tak wygląda moje miasto

Powroty bywają piękne ale i zaskakujące… Chociaż czy może zaskoczyć człowieka własny facet tudzież znane od lat blokowisko? Ano nigdy nie przewidzimy dnia ani godziny i za spokojnie spać jednak nie można 😉

wciągam pranę i mówię OMM OMM 😉

W mieszkaniu na naszym wspaniałym osiedlu już w godzinę od powrotu dało się słyszeć trel blokowego dzięcioła (jeszcze nie „jebanego”, jeszcze na relaksie i spokoju wakacyjnym psychika jedzie) i łupanie młotkiem może zbyt głośne nie było lecz dość obrzydliwie natrętne. No tak, sezon remontów (jebanych) się zaczął.

I od 7-mej rano, tuż po dzwonach kościelnych, które chyba cały Wrocław słyszy, od pierwszego poranka przez następne, wyje sobie jakaś maszyna, która to ucicha delikatnie po szczelnym domknięciu okna. No i przestaje wyć (oczywiście) około południa. Ale jak już człowieka taki hałas rozbudzi i zdenerwuje… Nieee, mnie jeszcze z równowagi nic takiego nie wyprowadziło, 3mam się nadal trzciny i wiem, że niebawem wrócę do raju 🙂

Za to mój mózg zastanawia się i analizuje tak po trosze co może sprzątać facet przez 2 dni w tym, jak się okazało, bez odkurzania i mycia podłogi?

Co co co co ON może tyle czasu sprzątać ???

To pytanie natrętne narzuciło mnie się samo i do łez śmiechu doprowadziło oczy me 🙂 Chociaż w dalszej kolejności prawie z tegoż samego śmiechu popuściłam 🙂

Huuuuczne zapowiedzi jeszcze bardziej hucznego sprzątania przed naszym powrotem słyszałam od dni kilku 🙂 No i zajeżdżam, kontrolerka alergiczka. Facet szczęśliwy, zadowolony z siebie, mieszkanie prezentuje ochoczo:

-popatrz, TU starłem, zobacz w górę, tam TAM gdzie ty nie sięgasz, wszystko wyczyszczone 🙂

Ale oddala się nagle celem zarobkowym i domostwo opuszcza, zostaję więc z dziecięciem rozpakowując dobytek tymczasowy. Nooo i niechcący zupełnie, bez przyglądania się zbytniego odkrywam kolejne niespodzianki męskich porządków 😀 Aha, nie żebym nie doceniła tego co uczynił 😉

Tak więc gdy wrzucam pranie do kosza na brudy pierwsze odkrycie to tona piasku i innych śmieci z piaskownicy jeszcze przez synka miesiąc temu pozostawionych. Idę do kuchni co by herbatkę (ziołową) sobie zrobić iiii… oooo blat koło zlewu do białości wyszorowany, przyznaję, sama w życiu bym tak nie doczyściła, biorę maliny co to za połową drugą mniejszą stoją iii… no tak biały ale tylko do pewnego momentu. Dalej bowiem uroczym kurzydłem przykryty, a nań koszyczek pięknych owoców myląco postawiony (nie mówię, że specjalnie, mogło wyjść przypadkowo). Teraz to już w głowie słyszę duże HA HA HA. Ale dalej synek pudła klocków wyciąga i tu już pył w powietrze idzie bardzo spory, autka wszystkie pozostawione jak, no jak? noo jak miesiąc temu oczywiście 🙂 W związku z każdym kolejnym jego ruchem unoszą się coraz większe tumany.

Mam taki swój własny test, nie na siłę spreparowany lecz od natury dany, że jak kurzu gdzieś za dużo bytuje (i nie dokładnie jest posprzątane) to psikam i prycham jak szalona. I jak zaczęłam, jak wystartowałam to do wieczora przestać nie mogłam 🙂 Ale dobra, widzę braki lecz za radą mamy milczę srogo, doceniam dalej wartości z innych prac płynące jak np. wyczyszczenie obrazków w pokoju dziecka i tu sprawa bardzo ciekawa bo Jezus zabytkowy po prababci w spadku dostany całkiem czysty, teściowej (czyli mamy mojej) zdjęcie, nooo na moje oko jakby dłonią przetarte ale za to jego/pana/faceta fotka w dużą antyramę oprawiona czysta jak nigdy, świecąca z oddali, wybłyszczona i widoczna baaardzo dobrze 🙂 No tak, pucowanie obrazka i blatu może 2 dni pochłonąć 🙂 się nie rzucam 🙂

Na tym nie dość atrakcji bo niechcący zalawszy łazienkę (delikatnie z roztargnienia pranie czyniąc i wąż zahaczając) musiałam do mopa się pochylić. A on ci na wiór zasuszony, wąsy wykrzywione do góry na dół spaść nie mogły, myślałam, że odpadną trzeszcząc, za to prawdę powie i nie oszuka 🙂 Podłoga na bank więc myta ni razu nie była i kwitł sobie taki mopik na wieczne wysuszenie. Wraca ukochany, pytam:

a Ty podłogę chociaż raz myłeś?

-noo tak, jasne, myłem, przed twoim przyjazdem też 😀

taaak, a jak? bo mop suchy jak wiór zwykły pospolity?

-noo bo ja myłem i mopem nawet też ale… bez użycia wody 🙂 🙂 🙂

I tu już padłam (ze śmiechu of kors) chociaż męża swego znając rzeczywiście mógł na sucho wyszorować 😉

Staje w progu z gąbką do naczyń z miną bardzo dumną i rzecze:

-tym myłem (nie powiem, zdziwko mię chapło i na momencik zaniku myślenia logicznego dostałam)

na co ja: –całą chatę?

-taaak

-w sypialni też?

Tu wymięka i rechotać się zaczyna. Po chwili już oboje tarzamy się ze śmiechu bo okazało się, że dodatkowo też odkurzał tylko… bez użycia odkurzacza 😀 To jest sztuka!

W ogóle to mój facet jest po prostu magikiem,

sprzątać potrafi fantastycznie, niemalże ekologicznie i bez użycia wody podłogi myje 🙂

sweterek niechlubną sławą owiany i chętnie wypominany 🙂

Okazało się też na moje szczęście (męża nie) że są już wyprzedaże i nie idzie NIE skorzystać 🙂 To znaczy przypadeczkiem zupełnym całkowitym wybierając się na miasto przeceniłam warunki pogodowe. I ubrałam się za cienko. Gołe nogi (bo ładnie opalone to szkoda ukrywać), krótki rękaw, a w zasadzie jego brak i bosa stópka w nowym lakierze na wolność wystawiona. A tu wiatr, deszcz zacina, zimno się zrobiło, że skóry gęsiej dostałam i naprawdę miałam/chciałam tylko parasol (w Renomie mojej ulubionej co na drodze mnie stanęła) kupić, a wyszłam… w swetrze 🙂 Nie żebym nie była zadowolona… Ja tak, budżet domowy już nie koniecznie.

Jest też akcja (jeszcze bardziej) pozytywna, otóż

mając 2 godziny bez dziecia

co to z tatą gdzieś popląsał nie leżałam, nie sprzątałam i nie gotowałam nawet też (coś te gary mnie nie lubią i ogólnie omijamy się łukiem dość szerokim). Nagle zrywu na bieganie dostałam, stojąc i naczynia myjąc poczułam, że MUSZĘ lecieć. Bo jak nie od razu to kiedy?

Moment chęci łatwo utracić bowiem można,

a pokus dużo, oj dużo bardzo z każdej strony czyhających. Że się wypad na zumbę odwrotnie nieco ułożył to poczucie straty ruchu miałam. Więc w te pędy się ubrałam i zaczynam… Ledwo krok robię, a tu klucze mi od domu dzwonią. No to kombinuję, przekładam, próbuję, cuduję nic. Trochę biegnę, trochę idę w stronę parku aż dochodzę do momentu, że chrzanię to, niech sobie dzwonią (za ambitna na cofanie). Będę udawać, że nie słyszę. I one oczywiście przestają się rzucać więc uff. Już się nawet ucieszyłam ale nagle coś innego podskakuje i lekko pstryka. Znowu prawie do domu się wróciłam ale jakoś dałam radę. Raz się śmiejąc raz przeklinając głośno nawet (matka co to ciągle do dziecka gada wypuszczona sama na wolność nawija dalej ale do siebie). Jakem rytm złapałam to ku końcowi się zbliżałam. Ale warto było i bieganie dobre jednak jest na wszystko (a przynajmniej większość znakomitą). I dupa ruszona to głowa przewietrzona nabiera zaraz innego znaczenia 😀 Jedynie, że do ludzi muszę się przyzwyczaić bo dzikusem z lasu jestem i spojrzenia przechodniów krępują mnie nieco.

nie-idealna rodzina nasza, pozory czasem mylą 😉 W ZOO z 3 kłótnie przy końcu ze ślubnym własnym małżonkiem zaliczone 😉

Ruszyłam w końcu i do tych niechlubnych złą sławą owianych garów, cóż począć było, ociągając się na maksa

biszkopt i krem maskarpone z truskawkami zrobiłam ale niestety jeden się rozciapał,

a do tego zamrożony celem ratunkowym okazał się nad wyraz przepyszny. I powstać musiał na dzień następny kolejny maszkarponiec (płacz i lament, że za mało, brzuchy nie nażarte, a języki NIC nie poczuły, zwłaszcza ten największy). Zostało odśpiewane drugi raz „sto lat” i kwiaty z koperku też pozostały wręczone więc Dzień Ojca jak się patrzy pełnym ryjem 😀 Za to głodówka mnie nie minie i z facetem własnym dieta żadna nie wychodzi, leży, kwiczy i się śmieje 🙂 Może na wsi uda mnie się jakiś reżim wprowadzić i z grubej rury na post Dąbrowskiej lub chociażby witarianizm przeskoczyć 🙂

Całe chyba osiedle się remontuje, bez litości, razem z drzwiami, balkonami, podłogami, trawnikami, placami zabaw, klatkami schodywymi i innemi, z każdej strony wrrrrr wrrrrr wrrrrr wiertareczka w głowie jeździ. Tylko świadomość ucieczki pozostawia mię przy normalności. Bo jak na chwilę wzięła beatę znowu nienawiść do cukru, tłuszczu, nabiału i glutenu to piec musiała. Tyle się naczytałam o tej całej pszenicy… A idź pan w pyry normalnie z tym wszystkim 😉

jedyny mój obiekt do zdjęcia 🙂

Do ZOO to już chyba raczej więcej moja noga nie postanie. Przyjemność dziecku zrobić chciałam bo prosił, sam wybrał miejsce, które chce odwiedzić i koniecznie z obojgiem rodziców. Do człekokształtnych tym razem nie zajrzałam, w stanie nie byłam bo już przy mniejszych małpach ścisnęło mnie w gardle jak łapki przez kraty wyciągały i bardzo smutne oczki miały. Ni w ząb nie rozumiem jak można złapać zwierzęta, pozamykać je i chodzić oglądać… Zapomnijcie o dowodach z Pisma Św. Cytuję ten, na który wielu się powołuje:

Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi». 29 I rzekł Bóg: «Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem. 30 A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla wszelkiego ptactwa w powietrzu, i dla wszystkiego, co się porusza po ziemi i ma w sobie pierwiastek życia, będzie pokarmem wszelka trawa zielona».  

Zastanawiam się dlaczego ludzie-katolicy powołują się zaledwie na pierwszą część tychże słów, że zwierzęta mają im być poddane… Nigdzie Bóg nie powiedział, że zabijane i zjadane. „Poddane” to słowo oznaczać może wiele ale w kontekście kolejnych chyba jasne i logiczne jest co przykazał jeść… Roślinę przynoszącą ziarno i owoce z drzewa. Czytajmy dokładnie, a nie wyrywkowo i tylko dla usprawiedliwiania mordowania. Bierzmy na klatę to co robimy i do czego się przyczyniamy. To nie Bóg Ci kazał jeść mięso. A jak już jesteśmy TAKIMI katolikami to może zacznijmy właściwie interpretować słowo boże. Tacy sami chrześcijanie jak muzułmanie. Odbieranie życia w imię boga jakiegoś. Dokładnie identyczni. Ale o tym może jeszcze napiszę 🙂

Co poniektóre zwierzole też na ludzi jak na zoo patrzyły i zdziwione, przyglądały się temu tłumowi. Serce moje jednak jest za wrażliwe na takie widoki. Sfotografowałam więc jeno żółwia bo jakoś tak na dość pogodzonego wyglądał 🙂

I tak wygląda moje miasto w skrócie iście telegraficznym i nie tylko nocą 🙂 Bo to co wyprawia Herbata i jej familia cała nie sposób opisać dokładnie 😉

Ręka noga mózg na ścianie jest totalne rozjebanie… Aj hejt garnki i inne narzędzia kuchenne. Słowo „obiad” to wróg numer 1, a pytanie: co dzisiaj na kolację? przyprawia mnie o spazmy…  I czy moja miłość do gotowania nie spaliła się razem z ostatnim garnkiem… ?

zaraz (ek)

Ze statystyk wynika, że

11 na 100 mężczyzn nie bierze udziału w żadnych czynnościach domowych.

Dla porównania wśród kobiet losem gospodarstwa domowego (w tym dzieci) nie przejmują się 4 na 10 tysięcy 🙂 No nie wiem czy te pierwsze dane o facetach nie są podane nazbyt optymistycznie 🙂 AŻ TYLU pomaga 😉 ? I po pracy sprząta, zajmuje się potomstwem i gotuje obiadki ???? A w wolnym czasie naprawia i reperuje? Czyżby? I w ogóle czy to dużo czy mało?

Zaraz -od słowa zarazek, malutki, a siejący nie lada spustoszenie i przybierający duże rozmiary rozrastające się na otoczenie rodzinno-domowe. Niewinnie wyglądający tylko z pozoru, po czym uwiera, a niejednokrotnie doprowadza do wybuchu. Emocji.

Zmyjesz naczynia?
– zaraz
Zejdziesz z psem?
-zaraz
Umyjesz wannę?
– już zaraz zaraz.
Zaraz-ek jeden nie daje za wygraną. Aż w końcu po 100-nej prośbie i kilku godzinach (czasem dniach, tygodniach, a nawet miesiącach) dalej od zadanego pytania nerwy puszczają. Może lepiej petycje pisać 😉

Faceci… Z prowadzonych obserwacji i wywiadów osobistych wychodzi, że większość jest właśnie takich. Co nie baczą na naczynia wychodzące ze zlewu, wannę brudną np. od Kalii bo dziecię podejrzane krostki na rączkach miało i trza było zamienić płyn do kąpieli na to – omija wzrok faceta zjawisko łukiem szerokim wyyyjątkowo. A zasięg ma dalekosiężny, ponad horyzontalny – z bliska bowiem nie wszystko (do)widzi. Natomiast chłopczykowi małemu tylko daj fioletową tabletkę do wody i odmów eksperymentalnej zabawy. Jak raz zobaczył to za nic nie pozwoli wlać rozcieńczonej wcześniej. Musi osobiście nadzorować postęp rozpuszczania „rysując” nią po całej wannie (mimo zakazu wydanego).

No pomijam odkurzacz, który gryzie wyjątkowo mocno, zęby z kąta szczerzy i zaraz unika go jak może, boi się widocznie, mop wiadomo – niewidkę czapkę na sobie nosi, okna – ooo tych zaraz nienawidzi szczerze, psina też czekała czasem dłużej na wyjście niż ustawa przewiduje ale tu nie oceniam (aż tak bardzo) bo spaniela poprzednika 2 razy spod sklepu zapomniałam zabrać, na szczęście siedział zdziwiony i nikt go nie zwinął. Zaraz dotyka (oczywiście nie bezpośrednio) np. kontakty i jak jaki zepsuty to i z rok na audiencję karze sobie czekać. Mało ważny, niepotrzebny, cichutki kontakcik.

Jest też „później” to znacznie groźniejsza odmiana poprzednika zaraz-a, oznacza odległe czasy, a nawet nie nastające wcale. Niezbyt miło jak w eter pada bo „później” lubi właśnie nie nadciągnąć nigdy i sama czasem zapominam o co mi chodziło dopóki tego czegoś nie potrzebuję i nie działa.

Nie trzeba mi kochanie co pół roku przypominać, przecież pamiętam – co za trafny żarcik 😀

Najlepsze jest to, że taki facet gdyby zechciał zrobiłby każdą rzecz ekspresowo, bez czasowego ani wielce fizycznego obciążenia, bez kobiecej furii, a jedyną konsekwencją byłoby poświęcenie swego wolnego (ha ha) czasu no, a to świętość nad świętości, ruszać nie można, chyba, że z odpowiednim wyprzedzeniem :

-kochanie za tydzień spali mi się lampa pod sufitem

-taak, a o której kotku?

Wtedy gdyby zaplanował może zdążył by w terminie.

Nie działają prośby, groźby, nic nie działa. ZARAZ to zrobię, a co pali się? Noo już już idę zaraz zaraz lecę przecież.

Owy zaraz rozwinął się z czasem, może nawet z wiekiem właściciela i odpowiednio proporcjonalnie non stop dorasta i dojrzewa 🙂

Przez przypadek zupełny odkryłam jednak coś co przyśpieszyć może akcję zniszczenia zaraz-a i może warto wypróbować w ekstremalnej sytuacji.

Rzecz nie żadna wybitna, może nawet na dość niskim poziomie, płytka jak w kałuży woda (lecz zmuszona kobieta posuwa się do różnych podstępów) ale jak się powie, że kogoś można przecież wezwać do naprawy to od razu (lub szybko bardzo) nagle rusza. I nie chodzi o zazdrość tylko ego męskie – że nie chce zostać urażone. Że inny samiec przyjdzie i zrobi, no i będzie górą. A w oczach samicy notowania (jednak) spadną. Sprawa odbywa się (może) nieświadomie dość, a nawet (zapewne) podświadomie, poza jasnością myślenia zwyczajnego i pospolitego, a nawet jakiegokolwiek. Testosteron, rywalizacja i te sprawy. Plus ta męska natura po prostu. Egoizm i ambicja to kręci facetów, a nie tam zwyczajne „proszę” i grzeczne pipi, a i awantury na niewiele czasem się zdają : ale nie krzycz proszę, opanuj się, powiedziałem, że (zaraz) zrobię to zrobię. Ula la. Zaraz zrobi 😉

A naczynia, cóż, w końcu się złamie tylko trzeba samemu zacisnąć zęby i nie myć. Wytrzymać 🙂 przeczekać najsłabszy moment i zacząć w to brnąć, a później ich widok już tak nie dręczy naszych oczu, a świat się nie wali, że sobie w brudzie wypoczywają 😉 A co im będziemy żałować 🙂 Dobre jest też omijanie wzrokiem zlewu (podobnież do zaraz-a). Jak ulubiony kubek i talerze na dnie utkną to umyje. Ambicjonalnie 🙂 I nagle zaraz (ek) metamorfozę przechodzi i zamienia się w teraz… YO

 

miała być sukienka, a wyszedł garnitur

Znaleźć suknię wydawać by się mogło, że jest bardzo łatwo. Taką dla siebie, w której człowiek czuje się dobrze, spełnia jakieś tam kryteria choćby minimalne i nie kosztuje powyżej 350 PLN.

Spódnicę też łatwo nie jest ale jednak kiecka, ta w całości,  stanowi większe wyzwanie 😉

Każda ma coś czego nie ma druga i wychodzi na to, że najlepiej byłoby uszyć. Oczywiście po uprzednim odnalezieniu krawcowej idealnej, która temat czuje, a do tego jest fachowcem. Pracując kiedyś w starej firmie Próchnik, która słynęła z szycia prochowców i płaszczy ale też pięknych garniturów wymagających czasem przeróbki miałam do czynienia z krawcowymi właśnie. Można by epopeje pisać co wyprawiały i ile czasu zajęło nam znalezienie tej perfekcyjnej.

Panią w średnim wieku, typową wrocławiankę, czerwone loki i 100 kilo żywej wagi. Miała swoje humory (jak każdy w sumie hehe) i trzeba było się nieźle z nią nagadać i naprzekonywać do siebie żeby chłodem nie wiała, na cito robiła i jeszcze rabaty dawała. No z tego typu osobą tylko zsympatyzowanie się wzajemne miało jakikolwiek sens. Bo jak czasu nie miała to za nic szybciej nie przeszyła, nawet za dodatkową kasę. A jedynie z sympatii 🙂

Okazuje się bowiem, że zwykłe, wydawać by się mogło, ale oczywiście tylko wydawać, skrócenie spodni, idealne i równe leży w granicach cudu. A garnitur za 2 tysiące… I modlitwy w duchu żeby klient nie zauważył spieprzonej roboty (przeprrraszam wspaniali moi klienci, ubierać Was to czysta przyjemność była, każdego, od studenta po lekarza) i nie zaczęły się dalsze perypetie. Oczywiście najczęściej przechodziło, osobiście sama walczyłam o każdego swojego poprawianego i robiłam zadymy jak zawaliły więc akurat mi wszystkie starały się robić dobrze (zua herbatka). Ale czasem okazywały się za krótkie: no niech pan te spodnie trochę opuści, co tak wysoko podciąga, albo: proszę pana, pan za nisko te spodnie ma i dlatego nogawki są za długie 🙂 A jak do tego doszło niedbalstwo sprzedawcy bo źle zaznaczył i nie ustalił gdzie pas to już w ogóle wychodziły cuda, a czasem musiał dostać nowy garniak 🙂 O rękawach nawet nie wspomnę i takim zwężeniu marynarki, że dopiąć się nie mógł 😀 Oj chyba pan coś przytył od ostatniego razu

Przy okazji nadmieniam, że

faceci są najlepszymi klientami pod słońcem

i już pracując w butach to wiedziałam. Które sprzedawały się świetnie tylko praca bardzo ciężka. Tak więc ciuchy, do tego piękne, dla mężczyzn z klasą i kasą sprzedawać i dopasowywać to sama przyjemność. Konkretni, wpadali po to co chcieli, a że kupowali czasami więcej to nasza, sprzedawców zasługa była. Jak doradziliśmy i zbajerzyliśmy tyle zostawili kasy 😀 I byli mega zadowoleni więc dużo wracało stałymi klientami się stając. Płacącymi czasami po 8 tysięcy na raz 🙂 (a zdarzało się i więcej). Prowizja była od sprzedaży więc…

A facet jak polubi doradcę swego bo tak po trosze jednak znaliśmy się na tych garniturach i wiedzieliśmy jaki komu dobrać, do jakiego momentu skracać, kiedy wąskie spodnie, taliowaliśmy marynarki, indywidualnie do klienta – to jak ten pies, przywiąże się i zawsze wróci 🙂 Ze ślubnymi było więcej cyrku bo te kupowali często męzczyźni nigdy w gajerkach nie śmigający, niekiedy poczyniający oszczędności przez wiele miesięcy na ową wyprawkę i nie mający zielonego pojęcia co jak ma wyglądać. Plus w pakiecie narzeczona (obowiązkowo) matka pana młodego, przyszła teściowa i np. brat. Nooo to już była cała gwardia żeby 3 klocki wydać (trochę się nie dziwię zresztą bo to nie mała kasa przecież). Czasem chodzili i miesiąc zanim podjęli jakąś decyzję. Ale coś mi podpowiada, że to te kobitki wszystko psuły zapewne szukając ciągle czegoś lepszego i tańszego – najlepiej z promocji z najnowszej kolekcji 🙂 A później: nieeee maaa już tamtej koszuli? nieeee maaaa taaaamtych spinek?

Oczywiście jak się trafił niewymiarowy to szedł do modernizacji haha. Nieee noo żarcik taki drobny jak moje kości, z reguły rozmiary pasowały ale trzeba było im np. krawaty wiązać bo nie potrafili, nosili, a tego nie umieli. Zawsze mnie to bawiło troszkę – przyznaję. Taka prościzna. Za to brali od razu po kilka całych zestawów, gajery ze 2 od tysiaka wzwyż, do nich po kilka zestawów koszul z krawatami, płaszcz, a coś wypatrzył jeszcze i na koniec pytał czy butów i bielizny nie mamy bo wszystko by kupił. Naprawdę

niesamowici są FACECI

pod tym względem* 🙂 I wielu dających się przekonać do innego niż praktykowali stylu, elastyczni, same zalety 🙂 Słabsi byli ci niedzielni, świebodzki się schodził albo latali po galerii celem korzystania z WC 🙂 Osobiście zawsze jednak miałam szczęście i trafiałam takich co chętni do współpracy byli, a nasz salooon drogi był więc już na wejściu oglądacze odpadali. No i jak te towarzyszące baby wątpliwościami jęły nieraz tryskać: nieee nie nie mój misiu nigdy takiego koloru nie założy, NIE przymierzaj nawet, a kysz… A misiu bokiem okiem mrugał, że i tak wróci sam haha. I wracał. Albo od razu na przekór babie kupował, żeby nie było że dupa z niego jakaś, a nie facet 😉 Bo każde miejsce jest dobre na podleczenie kompleksów…

*żeby nie było to pod innymi of kors też 😉

Babeczki w butach jak pijane zające w kapuście latały, mierzyły po 10 par, już leciała do kasy z wybranymi, to jednak się cofa: Pani, bardzo proszę, gdzie są TAMTE co pierwsze mierzyłam??? Nie ma nie ma nie ma, może ktoś już kupił? I biega między półkami, szuka, a na koniec znajduje przy lustrze tam, gdzie zostawiła. Już już bierze te bez których przez 5 minut żyć nie mogła i pyta: a pani jak myśli, te czy tamte lepsze? Obie pary są fajne dam pani rabat jak weźmie obie 🙂 Rabat? Ach RABAT TAK, biorę 🙂 Przecież zawsze mogę zwrócić, nie? Uff…

W tych męskich ciuchach fajna praca była, kreatywna, można było się wykazywać inwencją własną, a i efekt przerastał czasem najśmielsze wyobrażenia i byle pulpet zaczynał wyglądać po prostu zajebiście 🙂 Nikt mi nie wmówi, że kasa znaczenia nie ma, a ciuchy nic nie dają. Później wskoczyłam jednak w meble bo 12 godzin pracować od 9-21 i tyle kłapać pyskiem nie dało rady. Kasa była większa i zamówienia skoczyły na 30 tysięcy 🙂 No ale przyszedł (ciekawe czy sam czy jednak ktoś go nam na chama wepchnął) kryzys, również na rynku mieszkaniowym i eldorado Polaków nagle się skończyło. Wszystkich, nabywców i sprzedawców dotknął bezlitośnie i zlikwidowałam salon Swarzędz Meble we Wrocławiu z żalem ogromnym i łzą w oku. Upadnięty specjalnie, wmawiano nam, że meble nie idą (haha), a z Próchnikiem dotowanym przez państwo, który był od 1948 r zrobiono dokładnie to samo. Pensje zmalały i w branży ciuchowej z 1800 na rękę spadły na 1 200 (z tego co wiem niewiele się zmieniło).

Wracając do sukni, niby w necie dużo fajnych ale tak bez przymierzania nie bardzo mam odwagę kupować. Nie chce mi się odsyłać.

I miała być sukienka, a wyszedł garnitur 🙂

woman no cry

Nie pojmuję tego świata dlaczego kobieta traktowana jest tak przedmiotowo. Dlaczego jak staje się niepotrzebna wielu facetów po prostu wyrzuca ją na śmietnik. Może należy się cieszyć, że żyjemy w tej zacofanej Polsce i nie jest u nas jeszcze aż tak źle jak w innych krajach.

Np. w takiej Rosji. Wiele żon bogaczy wymienia się na młodszy i nowszy model pozbawiając „starych” dotychczasowych standardów w jakich żyły. U nas raczej praktykuje się sprawdzony model trójkąta: mąż, żona i kochanka. A jak już się na kontrakty wcześniejsze pokolenie najeździło np. do takiego Iraku czy Libii i ziarno na podatny grunt padło to hulaj dusza bez ograniczeń. Marzą im się te haremy, baby zahukane i pamiętam jak mój ojciec opowiadał, że żon po kilkanaście przed kanjpą w Iraku czekało, a panowie się bawili. Zachciało się przenoszenia na nasz grunt arabskich zwyczajów to skończyło się rozwodem (w wielu przypadkach również mi znanych). A można było dla kasy i majątku siedzieć z kurwiarzem, który po każdej przygodzie wracał skruszony i odchodzić nie zamierzał. Strach co prawda o pożycie erotyczne czy jakiejś niespodzianki nie przytarga do domu i tu żarty kończą się właśnie. Można iść do seksuologa leczyć z seksoholizmu ale mało który przyjmuje coś takiego do wiadomości czując się przez kolejne podboje jeszcze większym samcem alfa.

A że pieniądz jest bogiem to wiadomo odkąd świat istnieje ale przecież rozwijamy się i oczy na pewne kwestie otwierają się przecież? Więc dlaczego tak się dzieje, że z każdej strony kobieta jest poszkodowana? Rodzi te dzieci, zajmuje domem, wspiera męża w interesach, a taki później nawet nie podzieli się majątkiem, na który tak naprawdę wspólnie pracowali. Chociaż pytanie „dlaczego” to ponoć najdurniejsze pytanie świata, na które odpowiedzi najczęściej nie ma i nie będzie. Tak jak nie ma wytłumaczenia na tę dominację męską w świecie. Chyba tylko ze względu na pozornie słabszą płeć i powiedzmy niedyspozycje związane z wydawaniem na świat dzieci. Bo organizm wyczerpany zajściem w ciążę i porodem można zastraszyć i łatwiej zdominować. Czy naprawdę tak to musi tak wyglądać?

Wszędzie chyba prawie (może z wyjątkiem Skandynawii gdzie babki zupełnie niemal przejęły męskie odruchy aż do przesady nawet) kobiety na tych samych stanowiskach mniej zarabiają i są dyskryminowane za naturalne właściwości. Np. będąc zarejestrowaną w urzędzie pracy dowiedziałam się, że nie ma dla mnie ani jednej oferty dlatego, że posiadam dziecko. TO nadal się dzieje! A może nawet nasila, nie wiem. Pozornie pod płaszczykiem równouprawnienia nadal tkwimy w degradacji społecznej i dopóki jesteśmy młode i bezdzietne mamy szansę przebicia. Później niestety te szanse maleją, kurczą się, a niekiedy zanikają zupełnie. Trzeba być bardzo przedsiębiorczą i zaradną, a także silną fizycznie i psychicznie żeby podołać wyzwaniom jakie życie niesie. Sam fakt bycia matką już jest nie lada treningiem i swego rodzaju obciążeniem dla kobiety głównie. I piękne to przecież, a tak wypierane przez cywilizację i zabijana jest radość z rodzenia kiedy trzeba iść do pracy i spojrzeć rzeczywistości w oczy. Że dzieciak do maminej spódnicy długo chce być przyklejony.

Fajnie jak partnerzy razem dojrzewają, potrafią się podzielić obowiązkami i jest wsparcie od faceta. Oczywiście to loteria bo jak się później okazuje niejeden zwija się i szuka nowego gniazda. Może więc im więcej kasy tym rzeczywiście musi więcej być rozumu i nie gniewajcie się faceci za te słowa ale na papierze kobieta najlepiej niech ma z czym w razie czego zostanie. Pół biedy (że użyję nielubianego zwrotu) jak majątki na rodzinę rozpisane, wtedy pan i władca nic legalnie nie posiada to i wyskoki ma mniej szkodliwe. To znaczy czysto towarzyskie i rozrywkowe, a o rozwodzie nie myśli. Bo często żony właśnie biorą na siebie większość niewygodnych zobowiązań i przy odrobinie sprytu po cichutku rozdają karty. Czym więcej nazbieranych dóbr tym trudniej bowiem je podzielić, sprzedawać i rozstawać się. Więc rzeczywiście często te pieniądze ludzi łączą bardziej niż co innego i dzieci nawet. Niemniej jednak lepiej być mądrą niż głupią i nie bać się zawalczyć o swoje.

No bo można zasuwać w galerii po 12 godzin dziennie i dziecko widywać 3 razy w tygodniu. Przy takim trybie pracy wychodząc rano i wracając o 22 nie ma szans na normalny kontakt z potomstwem, do którego stworzyła nas przecież mądra natura. Znam kobiety tak żyjące i cierpiące nawet ale co mają zrobić. Wpieprzone w kredyty z mniej przedsiębiorczym mężem nie mają czasem wyjścia, ktoś zarobić musi. Jestem pełna podziwu tak jak dla wszystkich kobiet na tym świecie. Które trochę się już wyzwoliły spod jarzma męskiej dominacji no ale jednak jeszcze daleko nam do bycia prawdziwie szanowanymi. Ogólnie w polityce traktowane jak milutki dodatek, rozhisteryzowane bomby hormonów, które za bardzo mają się nie odzywać, a jedynie tyle ile trzeba. I wyglądać – ale to ewentualnie.

Oczywiście co poniektóre na własne życzenie sobie to robią i siedzą np. siłą przy zamożnych (lub też nie) mężach, a później nieszczęśliwe. Bo my kobiety mamy taką właściwość przerabiania sobie rzeczywistości, godzenia się na półśrodki i przymykania oczy na to, na co mają być otwarte. Wiele wybacza zdrady (chociaż cierpią strasznie) i nie wiadomo czy to z własnego egoizmu czasem, szlachetności czy innych, równie ważnych dla nich, pobudek. Nie chcą dostrzegać sygnałów, które płyną od faceta, że ma dość, nie szanuje, wytyka wady, niekiedy nawet stosuje przemoc psychiczną i fizyczną, a one nic. Niezłomnie wierzą, że to przejściowe, że dla dobra dzieci nie mogą nic zrobić itp. Po co się oszukiwać? Jak ma mieć kochanki i zamienić na młodszy model żadna szlachetność nie pomoże i nic nie da. Wręcz przeciwnie. Pogarsza naszą, kobiet sytuację. Dajemy się wykorzystywać, a później płaczemy. Robimy więc to sobie trochę na własne życzenie zamiast czasem drania rzucić i z honorem odejść.

Czy przykład sfrustrowanej matki jest tym, co chcemy zaszczepić naszym dzieciom? Nikogo nie namawiam do rozwodu bo jest to ostateczność (jeżeli inne formy próby ratowania związku zawiodły) ale do szanowania się w swoim indywidualnym poczuciu moralności i etyki. Czy na pewno trzymamy niszczący nas związek dla często już dorosłych dzieci? Czy jest to tylko zasłona dymna żeby niczego nie zmieniać bo wolimy już to cierpienie własne, jęczenie i biadolenie niż podjęcie wyzwania i ryzyka i rozpoczęcia życia na nowo. Może warunki nam się nieco pogorszą, a znajomi odsuną (wychodzi bowiem kto tym znajomym w ogóle był). Tak to niestety często jest, że kto ma kasę ten ma władzę, a niektórzy (chyba większość) mężczyzn przez naturę już są tak usposobieni, że lubią dominować i rywalizować między sobą więc to za nimi pójdą znajomi i dotychczasowe życie. Czyli często to wszystko przypomina zlepek iluzji i to takich, które sami sobie w głowie wytwarzamy.

Pewnie, że im więcej hajsu tym czasami (paradoksalnie) trudniej i bardziej to wszystko się komplikuje. Jak się trafi na chama bez klasy to zostawi kobietę z niczym, szybko udowadnia, że majątku nie posiada żadnego, no a to że mieszka w pałacu i jeździ super furą to oczywiście nie jego i nic o tym nie wie. Ostatnio widziałam żarty (chyba) dwóch arabek, że mąż musi żonę trochę zbić jak nabroiła. Jedna drugą kijkiem pacała i bardzo się przy tym śmiały. Ale to widocznie akceptują jak murzyni, którzy wolność dostali i od oprawcy nie odeszli. Znają tylko takie życie, od dziecka tłoczona jest propaganda anty żeńska, godzą się na to i przyjmują z pokorą. Dla Europejczyków to nie do pomyślenia chociaż ogólnie wszędzie dominacja męska zatacza swe kręgi. Okazuje się, że takich nacji jest więcej bo i w Chinach kobiety lekko nie mają, a ciąże z dziewczynkami musiały być usuwane.

Traktowane jak gorszy sorty bo rodzimy, zajmujemy się domem i tworzymy rodzinę. Co nie jest traktowane w kategoriach pracy tylko i wyłącznie babskiej przyjemności, a czasami fanaberii (chciałaś dziecko to masz). Po czym biorą pomoc domową i opiekunkę, za które płacą. Paradoksy życia są niezliczone jednak w sprawie kobiet niewiele się zmienia i dlatego cenię feministki za przypominaniu światu o co w tym wszystkim kaman. Niech walczą.

Faceci chcą decydować o naszych pochwach co już wkurza mnie zupełnie i nawet jak mieliby tę rację kompletnie jej nie przyjmuję. Jak może jeden z drugim co nigdy w ciążę nie zajdzie dyktować warunki i zasady życia naszych brzuchów? Doprawdy to kompletnie niezrozumiałe. Słabsza płeć jest bardzo silna i nie musi posuwać się do takich wykrętów żeby podnieść sobie wartość. Wnerwiam się jak słucham tego całego cyrku i nagonek na kobiety. Że albo za dużo poświęcają czasu pracy, albo źle, że zajmują się domem i dziećmi. To

co w takim razie jest dobre?

Dużo kobiet marzy o wychowywaniu dzieci i nie mogą tego robić. Presja społeczeństwa, że matka my być wieloczynnościowa i przypominająca cyborga jest bardzo silna. Ma pracować, po zajmować się dzieckiem (które sama przecież chciała), rano wstawać i lecieć na siłkę żeby być fit, sprzątać to wiadomo, rozwijać się naukowo, gotować i co jeszcze? A! nie krzyczeć, nie denerwować się, wszystko znosić, dać się skopać przez system, za dużo nie pytać i tyrać na 3 etaty. Bo facet po pracy odpoczywa, a kobieta zajmuje się (tylko przecież) domem. Facet to nawet po zabawie z dzieckiem musi odpocząć. Czy nie jest może tak, że same sobie to robimy? Nie szanujemy się godząc na ubóstwo duchowe, a co za tym idzie inni (czyli mężczyźni) też nas nie szanują. Bo trzymamy się niekiedy zbyt kurczowo swojego życia nie widząc, że ono już nie jest takie nasze. Nie próbujemy odejść w porę tylko walczymy o jakieś nieistniejące uczucie, a później czujemy rozczarowanie.

W Żonach Oligarchów miliarder na urodzinach żony wytykał jej przy gościach wiek: ona już jest TAKA stara tylko dobrze wygląda ale nie dajcie się zwieść, to muzeum. I tu nastąpiło hi hi hi, a sama zainteresowana pokornie się uśmiechała NIC nie mówiąc. A później rozpacz. Dlaczego się na to godzimy? Bo mamy nadzieję, że nie będzie aż tak źle? Dlaczego często same dajemy się poniżać mężowi, szefowi, lekarzowi, a później synowi (i dzieciom w ogóle). Wylewamy swoją frustrację na inne kobiety zazdroszcząc im lepszego/innego życia ale nie dbając o jakość własnego. Dzieci też dorosną i szacunku nie buduje się dając na ich oczach całe życie się pomniejszać.

U bogaczy (z obserwacji własnych od wielu lat czynionych) zauważam taką prawidłowość, że albo kobieta robi interesy (z kolei kosztem dzieci, co tez ma swoje konsekwencje) albo jest tylko kurą domową i nikim więcej. A dyktator pije drinki, rucha dziwki i się cieszy. Ona przyzwyczajona do takiego trybu życia, sądzi, że skoro dom jest na nią jej pozycja jest bezpieczna, jedzie na lekach antydepresyjnych udając szczęśliwą w swoim świecie mikro zakupów (w porównaniu do pana) scedowana na jego łaskę (lub nie bo jak zechce i tak się zwinie do młodszej, dziwki lub bardziej szanującej się). Albo albo. Nie ma środka. Co bardziej przedsiębiorcze mają na siebie właśnie pozapisywane mienie i to ono trzyma tych facetów przy nich. Gdyby było inaczej dawno co poniektóre byłyby wymienione na inny model.

I ok, niech tak żyją jak chcą tylko jakie wartości przekazujemy kolejnym pokoleniom? Bo syn obserwując jak ojciec traktuje matkę tak samo będzie traktował swoją żonę. Bo córka, która widzi, że mąż nie szanuje żony najczęściej wejdzie w podobna rolę. Nieświadomie. Tylko nieliczni łamią schemat. A za pieniądze można kupić sobie trochę pewności siebie, która czym sztuczniejsza tym okrutniej się przejawiająca na najbliższych. I

im większy dominator tym bardziej zakompleksiony dupek.

Bo ktoś, kto szanuje siebie szanuje też innych. Innej możliwości nie ma. I pieniądze szczęścia nie dają ale władzę absolutną tak i o to wielu facetom chodzi. Dlatego mając już ich dużo chcą jeszcze więcej. Tylko zapominają często gdzie kończą się interesy, a zaczyna dom i rodzina. Później dzieciaki uciekają z tych wielkich, bogatych domów i ani nogi postawić w nich nie chcą. Błędne koło. Stoją puste pałace budowane z myślą o rodzinie pokoleniowej.

A może jednak olać konwenanse i żyć swoim życiem? Albo przynajmniej mądrze się zabezpieczać i nie ufać ślepo losowi bo tam gdzie pieniądze nie ma sentymentów i będąc w średnim wieku można się zdziwić. Spróbować też nie dać się wcisnąć w te wszystkie wypada/nie wypada i robić swoje w zgodzie z wewnętrznym głosem? Każdy wszak go ma tylko nie każdy słucha. Same też musimy stać na straży swojego szacunku bo tylko wtedy będziemy prawdziwie szanowane.

Obserwuję ostatnimi czasy trend na identyczność, a wszystko co inne jest tłamszone i wytykane. Szkoda też, że cud wydawania na świat przez kobiety dzieci jest taki zdegradowany do podrzędnej czynności fizjologicznej i kompletnie się go nie szanuje. Niektóre dzikie plemiona (np. w Wenezueli, polecam lekturę „W głębokim kontinuum”) więcej mądrości w tej sprawie mają niż my ucywilizowani. Intuicyjnie wiedzą, że kobieta przez to z natury jest słabsza. A my? Po 3 miesiącach od porodu zapierdalamy do roboty, udajemy, że dzieci nie chcą naszej piersi, dajemy z siebie żartować, a później sfrustrowane płaczemy po nocach. Więc no woman no cry tylko bierz los we własne ręce na ile to w danym momencie możliwe i leć do przodu bo życie ziemskie teraz mamy jedno 🙂

Mój ojciec choć bardzo zamożny oligarchą nie jest ale założywszy nową rodzinę odciął się zupełnie i po latach przestał nawet odbierać telefon ani nie chce zobaczyć swojego własnego, podobnego do niego wnuka. Wszystko rozbijało się o pieniądze, których nigdy nie chciałam, a na stare lata dopiero zrozumiałam, że bez nich żyć nie można. Buntowałam się i wierzyłam, że są niepotrzebne. I jak już Hitler kiedyś rozpropagował:

kłamstwo powtarzane przez lata staje się prawdą.

Dlatego nowe żony często odsuwają od poprzednich dzieci, a nieliczne są uczciwe i w porządku. Wiekszość łapie faceta (podatnego) na dupę i chce tylko jego pieniędzy. Reszta znaczenia nie ma. Nigdy tego wszystkiego nie zrozumiem chociaż pytanie „dlaczego” samo ciśnie się co jakiś czas na usta… Może za bardzo mierzę ludzi swoją miarą? Na szczęście udało mi się złamać schemat o czym może kiedyś napiszę 🙂 A na razie dziękuje Ci mamo, że postępowałaś w zgodzie z wartościami o jakich mówiłaś 🙂 I choć żadne decyzje w życiu podejmowane nie przechodzą bez konsekwencji to lepiej wybierać mniejsze zło 😉

PEACE&LOVE

ładne jajca

Okazuje się, że czasami można poczuć się jak we własnym śnie. Chociaż według co poniektórych mądrych głów śnimy cały czas. Niesamowite jest też to, że zdarzają się marzenia senne, które mogą zaskoczyć nas również na jawie.

I tak wysiadając na dworcu Poznań Główny wkroczyłam do wspomnianej właśnie rzeczywistości równoległej, w której to ludzkiej nogi nie postawiłam ale mentalną widocznie owszem. Poczułam się identycznie jak w pewnym śnie, śnionym już jakiś czas temu ale szczegółowo zapamiętanym przez umysł. Po remoncie totalnym zdjęć nawet nie widziałam a wiedziałam, że już chodziłam tymi właśnie korytarzami, zresztą kasy też okazały się być w znanym mi miejscu. Zadziwiająco odnalezienie się na nim początkowo nie stanowiło żadnego problemu. A panikowałam oj panikowałam. Sama zupełnie wypuszczona od czasu ciąży, czułam się jakbym pierwszy raz w życiu wyjeżdżała w nieznane. I nie 200 km, a tysiące 😉 W miejsce, które tak naprawdę nie było aż takie obce tyle, że z przesiadką. Poczucie dziwne ale smak wolności nad wyraz słodki i kuszący. Bo bez dziecia inaczej jednak jakoś i nieswojo nawet ciut, jakby czegoś brakowało. Dobrze, że tylko na 1-ną noc mama się oddaliła. Tak to jest, że człowiek-matka zmęczona i marudzi może nawet, a jak ma tę autonomię to nie do końca umie z niej korzystać i występuje zjawisko pomieszania z poplątaniem 🙂

No więc szybko starałam się zwoje mózgowe przestawić na nowy (chwilowy) tryb i zanurzyć w książkę. Wreszcie nareszcie mogłam poczytać bez przeszkód więcej niż 3 kartki za dnia, a nie nocą kiedy powieki same opadają i choćby lektura nie wiem jaką ciekawą była nic ich nie powstrzyma. Żadna zapałka ani nawet bambus 🙂 W Warsie koczując bo miejscówek zabrakło. Noo tak, świąteczne wyjazdy.

Plany niektórych ludzi muszą chyba zawsze jakimś zmianom ulegać i gdyby tak nie było to na serio można by pomyśleć, że śni się czyiś sen i żyje obcym życiem. Widmo beztroskiego świętowania oddaliło się bowiem bezlitośnie w nicość i pozostało zaadoptować się do nowej sytuacji. Na szybko wymotać jakieś żarcie bo mamusia niestety nie poda i nie pomoże. Mechanicy samochodowi są swego rodzaju bogami i przymusu nie uznają. Jak auto nie zrobione to nie i kropka. Na upartego tylko się pożreć można i samochodu jeszcze dłużej nie zobaczyć. Lepiej więc nie rozwścieczać takiego, cicho czekać i modlić, żeby nie naprawił za dużo.


Powrót niczym ruska baba zapewniony ale dla maminej wałówki warto. Może nawet jakieś wiejskie jajko dowiozę całe. Różnie bywa bo mimo, że bez dziecka to pół kawy na siebie już na wstępie wylałam. Zacięłam się też w pociągowym i okazało się zapchanym WC, na szczęście chwilowo i udało mi się po lekkiej szarpaninie z drzwiami wydostać i w majtki nie zsikać 😉

Prawie też przegapiłam stację wysiadkową ale mama mobilna to by mnie gdzieś z pola zgarnęła 😀 Do tego droga powrotna z atrakcjami bo pociągi opóźnione po 100 minut. I tyle czasu miała, a głodna została bo nic sobie nie kupiła. A zupy ze słoika pić nie będzie bo na bank się obleje lub co gorsza kogoś obok.

Peron 5 okazał się być bowiem w jakiejś czarnej d****, kompletnie nie oznaczony, a może rzeczywiście to podziemia Hogwart-u i trzeba wbić się w ścianę 🙂 Na dodatek jak już trafiłam na właściwy to oddalony od pożywienia tak, że z torbą ważącą przynajmniej tyle samo co ja nie było łatwo się przemieścić. Na szczęście ludzie w nieszczęściu łączą siły (czy to cecha ogólna czy wyjątkowo Polska?) i pocieszali się wzajemnie koczując tłumnie w przewiewie na walizkach, przebierając nogami i nasłuchując zmian rozkładu jazdy: o niech pani słucha, to o pani pociągu, nie 60 minut opóźnienia tylko 55 😀 . Jeden chłopak na bieżąco śledził informacje dowiadując się, że jakiś wielki zwierz wybiegł na tory i ruch zablokował na cacy. Co też w moim stylu bywa bo jak niedawno jechaliśmy z synkiem od babci to jakiś pijak położył się na torach i leżał. Raczej celem odpoczynku, a nie jakimś samobójczym zamachem groził za to skutecznie bo godzinkę staliśmy czekając aż łaskawie się usunie. Oczywiście do tego telefon rozładowany.

Bo w niemal każdej awaryjnej sytuacji nagle moc z niego ucieka w jakiś tajemniczy sposób, a prądy okazują się w takich chwilach bywać absurdalnie niedostępne. Tak było i tym razem, kontaktów w pociągu brak, a rodzina nie wie czym jadę i gdzie wysiądę (no nie tak jak w planie było). Starsza pani zapoznana już na peronie zaoferowała swój telefon w razie czego ale jakoś na tym ostatnim jego dechu się dodzwoniłam. A jak tylko wysiadłam z wagonu padł na dobre 🙂

Wobec czego zerkając mimochodem na jakiś nie wiadomo skąd wjeżdżający akurat koło mnie pociąg z wesołym napisem Wrocław Główny IC długo się nie zastanawiając wsiadłam po prostu byle szybciej dostać się do domu 🙂 Cały przedział należał do takich jak ja bo kto przy zdrowych zmysłach będzie czekał jeszcze ponad godzinę na ten właściwy. Tym sposobem byłam punktualnie spóźniona 🙂 A pani od telefonu dożywiała mnie jabłkami bo jechała w moja stronę 🙂

Czy ja tu widzę BURAKI? No skoro znalazło się miejsce dla naręcza przepięknych tulipanów zainstalowanych w słoiku i bukszpanu zerwanego rankiem w ogrodzie to czemu nie 😉 Chociaż to są ładne jajca żeby krzaki tyle kilosów wozić 😀

TATA SAM W DOMU

został na włościach, pełen entuzjazmu kolorowego. Dzień przetrwali z atrakcjami i pozostawienie mnie na peronie od razu skutkowało przyjęciem napoju niedozwolonego i pożywienia zakazanego. Ku radości przeogromnej pociechy, która łzy jakoś powstrzymała i dzielna była. Oczywiście taki dzień nie zdarza się często więc na faceta głowę spadło wszystko na raz (jak to zwykle bywa) w postaci dzwoniących klientów, prezentacji chat itp. O godz 23 zostałam poinformowana, że JUŻ tata wydał kolację, wykąpał, a o 24 JUŻ synek spał 🙂 I w słuchawce: wraaacajjj wraaaaacaj szybko, prooooszę, było fajnie ale wraaaacaaaj!!!! Auuu….

hmm… wcale mi się nie chce 😉 bo u mamy nawet na chwilkę malutką jest bosko, dobrze i jakieś takie inne poczucie bezpieczeństwa się łapie. Nie wspominając o samotnym wyspaniu się – bezcenne 😉

ciąg dalszy nastąpi 🙂

hojne święto na Lagerfelda

Dzień Kobiet, dobre sobie. I imieniny na dokładkę, nooo to już są atrakcje murowane. Podwójne święto zobowiązuje zatem do kwiatów, życzeń i upominków od najbliższych, a i sam 8 (słownie: ósmy) marzec postanowił obdarować kobietę nie lada niespodziankami… W sporym pakiecie. Proszony czy nie zrobił to po prostu i uwziął chyba na mą osóbkę, która to cichutko sobie w kąciku siedziała, miotłą zamiatała i z niczym się nie wychylała.

A więc już z pianiem kogutów lub też darciem kotów (do wyboru) pojawił się za oknem dźwięk piłowanego metalu co przerwało dostawę snu rozkosznego i brutalnie wyrwało z sennych majaków. Oburzona byłam, owszem, przyznaję, że wkurwiona nawet ale zdusiłam w sobie coraz mocniej gorejący żar i omowałam celem doprowadzenia się, do jeszcze na wodzy będącego, stanu względnej równowagi. ŚWIĘTO MOJE, DZIEŃ MÓJ I BĘDZIE ZAJEBIŚCIE. NAWET JEBANY PILARZ NIE ZNISZCZY MI TEGO. Postanowienie było silne i czyste w intencji. A że usnąć już nie mogłam zaczęłam też afirmować jakie cudowne jest życie, jak dobrze się budzić, że mam gdzie mieszkać i takie tam bla bla bla i jebana piła nie odbierze mnie tego święta ani spokoju (też świętego zresztą).

W ogólnym rozrachunku uznałam, że nie ma sensu chodzić wcześniej spać i błąd popełniłam wieczoru poprzedniego planując się wyspać i wypocząć dłużej. Gdybym położyła się późno, jak zwykle, sen byłby kamienny i byle dźwięk nie zakłóciłby go z takim rozmachem. Po co mi było przedłużanie 6 h snu do 8, które to przecież i tak zawierają się w tych sześciu (dla przypomnienia, po urodzeniu dziecka 8 godzin przesypiam w 6) czyli wyszło jakbym spała 10 🙂 No po tylu godzinach płycizna senna się robi, że hej i może nawet pająk sieć wijący przeszkodzić.

To, że pies zlał się na klatce schodowej i zamiast śniadania ze szmatą leciałam to mały pikuś ale… ciągle rano. Zakupy ciut później jakoś same nie chciały iść obok, a odkurzacz uparcie odmawiał działania w pojedynkę i za nic w obowiązku domowym wyręczyć nie chciał. Nic nie kuma, że święto.

Ważniejszy był koci ogon, który to koniecznie musiał pojechać na kontrolę lekarską i tu pojawiły się małe schodeczki. Bo najpierw 30 minut czekaliśmy przed gabinetem, w którym mało, że nikogo nie było (w sensie pacjenta), to w ogóle nie było szefowej, która ją leczy ( i jest specjalistą od gryzoni i kotów). A mąż miał tylko godzinę czasu. Tak więc porzucił mnie i rozbestwioną pociechę, która to pluła na święto i absolutnie nie miała poczucia żadnego w tym temacie (a jedynie takie, że jest sernik imieninowy). Jak już w końcu weszliśmy to wszystko owszem dość dobrze poszło ale dziecię markerem aż do brwi wyrysowane plus pani doktor zamazany kalendarz z operacjami… Ups, bywa…

Dobra, jeszcze tylko dojść do domu z 5 kilowym kotem plus klatka i będzie git. Nie, wet nie jest tak bardzo blisko, a moje ręce oporne na ciężar, nadgarstki już swoje przeszły więc zareagowały jednoznacznie: odmawiając po prostu współpracy. Po drodze przystanek na pętli tramwajowej się trafił, uff, odsapnęłam zgrzana jak przysłowiowa świnia po czym zmarzłam i zatrzęsłam się jak ta galareta (dla odmiany).

Doszłam, przyszłam, pies do wyprowadzenia, ledwo lazł bo leki dopiero zakupione w parówce przemyciłam. Okej… dobrze jest, żyję… jeszcze. Myślę sobie: wstawię pranie bo kosz przepełniony. Synek pakuje ciuchy i odpalamy. Po jakimś czasie czujny nos faceta wykrywa swąd i oznajmia, że pralka ma zwarcie i wysadza korki. O NIE… TYLKO NIE TO! Od razu w oczach filmy przypominające-wstrząsające: bea pierze w wannie, wykręca ręczniki, pot z niej kapie, kręgosłup w nadmiarze ugięty nie ma ochoty stawić się do pionu, pakowanie plecaka do pralni samoobsługowej, ta pożera i pożera kasę, która była przeznaczona na puder, bronzer, podkład, tusz, krem, lista długa i szeroka i tak dalej i tak dalej… Ale naprawiacz z radością w głosie pociesza nas, że na pewno naprawi i mamy być spokojni. Hmm no tak gdyby nie wcześniejsze doświadczenia z wyjazdem Prality na 2-tygodniową wycieczkę po Wrocławiu … A to dziwka jedna, tak nas wystawiła nas do wiatru. De ja wu.

W międzyczasie dziecko dorwało się do pepsi i po obiedzie łyknąwszy, nazbyt łapczywie szklaneczkę, w drodze do sypialni… zwróciło ją na pół pokoju. A już leżałam celem odpoczynku względnego i chwilowego choćby. Świątecznego 😉 Więc szmata, mop i jechane. A mówiła mama: nie pić tej ohydnej pepsi*.

*cola wszak lepsza 😉

I gdy już w końcu zrobiłam tę sałatkę owocową i chciałam zjeść ją z apetytem bom czaiła się cały dzień na TEN MOMENT (może nawet tydzień) i frajdę chciałam imieninową sobie zrobić to… Facet, tylko ON to może zrobić… Tak zamaszyście po domu biegał, że przyłożył nogą w fotel. Lament, skowyt i tylko STOPA stała się najważniejsza. Przyćmiła wszystko inne, zepchnęła na pobocze i wyszła na prowadzenie (a zabawa dopiero będzie i oktawa iście imieninowa). Pojechała na pogotowie ale ludzi za dużo i właściciel stopy po konsultacjach z jakimiś kimiś uznał (z tym i tamtym bardziej lub mniej w temacie doświadczonym), że złamana pewnie nie jest (bo jednak stąpać może) więc wrócili do domu. I oznajmił, że na razie do pracy nie idzie. Stopa wymaga specjalnego traktowania, jest cierpiąca (o jaka cierpiąca) i wymagająca.

Czasami tak jest, że dopiero urlop sobie robimy jak coś ze zdrowiem nam wyskoczy. Przymusowy odpoczynek. A nie lepiej samemu trochę zwolnić i dać sobie więcej luzu?

W końcu tę sałatkę zjadłam, pyszna była, imieninowa 😉

Już już blisko przy ustach nóż od ciasta krojenia miałam (truskawki z galaretką i krakowski sernik wiem, że pyszne) prawie prawie go oblizałam ale… udało mi się wytrwać i jedna z rąk przytomność umysłu zachowała. Nie wiem natomiast jak uda mnie się przetrwać PMS bez czekolady… To już będzie prawdziwy trening wytrzymałości. Dla wszystkich co ze mną żyją 😉

Co do glutenu, ten to wciąga człowieka, pachnie zewsząd pieczywo jak szalone i już już skórkę świeżutką i aromatyczną miałam w ustach ale… wyplułam. Jak Karl Lagerfeld 🙂 Taki projektant mody dla Chanel jakby ktoś nie widział. Był kiedyś gruby i jak schudł to gdzieś w wywiadzie powiedział, że teraz czasem przeżuwa i wypluwa 🙂 ale co poczuje smak na jęzorze to jego 😉 Więc zawsze można na Lagerfelda…

Pranie wykręciłam niedbale ręcznie i nie myślę co będzie jutro. Może futro 🙂 Może nawet sama to wszystko sobie przyciągnęłam. A w zadzie NA PEWNO. I ten pieprzony PMS, to WSZYSTKO PRZEZ NIEGO. Gdyby nie on byłabym milej usposobiona do świata, faceta, dziecka, siebie, życia, kasy i wszystkiego. A nie taka czarna herbata…  YO

 

dieta bez kotleta

Chyba jednak najlepiej przejść na wspólną dietę. Jak ktoś człowieka wspiera, motywuje i zachęca postawą własną – łatwiej przełknąć powietrze i jakoś to dno pustej miski aż tak nie smuci. A dodatkowo mając na stanie tę jakąś tam ambicję (a chyba każdy prawie ją posiada bardziej lub mniej skrytą i rozwiniętą) to już bardzo bardzo optymistycznie się robi 🙂 Najfajniej jak towarzyszem jest partner, z którym się żyje i kuchnię wspólną dzieli…

AKTUALNOŚCI (z kolejnej chwili nie koniecznie ostatniej)

Osobiście próbuję zapanować nad uzależnieniem od cukru i od tłustego czwartku nie ruszyłam drania. Zawzięłam się. Postanowiłam skorzystać z postu 40-sto dniowego i wziąć się sama pod włos. Jedynym odstępstwem jest miód i suszone owoce. Waga niestety, ku zdziwieniu memu ogromniastemu ani drgnie. Zepsuła się czy co? Jem mniej, a grubsza według pomiarów jestem niż po powrocie od mamy. Może to zasługa tej Wit C w prochu co się nią ochlewam aż po samą gardziel czasem. Może siemię lniane ma za dużo tych Omega 3 i to wyjątkowo kalorycznych? Nie wiem. A może lepiej nie wchodzić w ogóle na diablicę i olać sprawę? Wredna bestia z tej wagi i swoje fochy ma. Chyba zacznę ją omijać łukiem szerokim i nawet nie spojrzę w jej kierunku. Świnia i tyle. Kompletnie nie kompatybilna i nie zdolna do jakiejkolwiek owocnej współpracy.

Kochana żono, proszę mnie też przenieść na tę dietę – padło dnia pewnego.

Ale czy na pewno jesteś na to gotowy drogi mężu? Co to znaczy dla Ciebie dieta?

Nooo mięsa nie chcę za dużo i cukru absolutnie zero no i łykam wszystkie prochy jakie mi dasz… – dodaje.

Oookej, dobraa… Ambicja jednak się odezwała, górę (może górkę ale zawsze) wzięła bo impra się zbliża dużymi krokami, bandzioch z gramofonami nie prezentuje się zbyt szałowo i pary doskonałej nie tworzy, oj nie… Ukąsiłam trochę (to z głodu bardziej może) i jadu kolec w męskie ego wbiłam świadomie nawet dość ale ogólnie facet dorosły (przynajmniej z daty urodzenia) to jednak już coś kuma. Że O ZDROWIE TRZEBA DBAĆ. Że wiek już specyficzny i organizm oczyszczenia z toksyn się domaga. A pretekst każdy dobry. Nawet wyjście wieczorne może być do zmiany stylu życia zachętą. Tym bardziej jak jest się na świeczniku i za gwiazdę robi 😉 Tylko, że niestety ale samo ograniczenie produktów to nie wszystko. Tak naprawdę chodzi o metamorfozę przyzwyczajeń i zaprowadzenie nowych na więcej niż miesiąc. Najlepiej na stałe. W baniaku przede wszystkim. A czym dłużej się stosuje dietetyczne wygibasy tym lepszy efekt psyche&soma uzyskuje (słowo”psyche” celowo wymieniłam jako pierwsze gdyż jak jest zdrowy duch to z takim zawsze zdrowe ciało. Sama dieta nie pomoże bez wyeliminowania toksycznych myśli). Co oczywiście motywuje jeszcze bardziej do kontynuacji procederu. Wspaniałe uczucie jak tak to wszystko razem hula i każdy kto doświadczył tegoż stanu ten wie. Wie, że warto.

I tak zaczęła się dieta bez kotleta 🙂

Wstaję rano razu pewnego i widzę na ten przykład prawie puste opakowanie po ciasteczkach… Hmmm… a to co ? pytam… Aa to ciastka, pies w nocy jadł. Ha ha padłam jak to usłyszałam 🙂 Noo jak nie dziecko to pies jeszcze jest 🙂 Zawsze na kogoś zwalić można 😉 Wstała, otworzyła i łapką do pyska popchnęła 😀

A te kotleciki (z cieciorki) to z piekarnika będą? Yyy…  to ONE TAM się właśnie pieką?

Kanapki z szynką to do pracy mogą być kochanie, w końcu to nie żadne wielkie mięso 😀

Ale są też lepsze przypadki od mojego co na ścisłą dietę idą np. taką na jakąś naprawdę przewlekłą i nieprzyjemną chorobę, poświęcają się dla ukochanej (bardziej lub mniej dobrowolnie), towarzyszą jej w niedoli, a podstępnie robią sobie pod nieobecność owej JA JE CZNI CĘ. I naczynia po sobie myją 🙂 A tegoż procederu typowy przedstawiciel gatunku męskiego unika, brzydzi się i jest mycie garów poniżej jego samczej godności 😉 Tak więc mokra patelnia może stać się dowodem popełnionego przestępstwa 🙂 Dieta nie lekka sprawa i naprawdę odruchowo można coś nie przewidzianego chapnąć lub łyknąć jak takie mleczko przeznaczone do kawy dla klienta 😉

Mój przypadek taki, że nie mogę nawet oblizać lizaka co synek porzuci ani wyssać mini cukierka co to je za darmo wszędzie rozdają. Mogę sobie popatrzeć i to najlepiej z daleka 🙂 Na obrazku*. Bo w mojej główce OD RAZU MOMENTALNIE pojawia się przyzwolenie na więcej. I więcej i więcej wciąż… Jak alkoholik przed kieliszkiem wódki (czy innego specyfiku, który tak na niego działa). Już nie raz się przekonałam, że tylko czubek ust umoczyłam, skrawkiem wargi dotknęłam i KONIEC. Po diecie, założeniach, detoksie, obietnicach. Sukcesy tylko miałam jak nie tykałam. Czasami do wąchania produktów smakowitych się posuwam. Wiem, szaleństwo i wariactwo ale co mi szkodzi jak działa? Nawącham się i samym zapachem upajam. Wmawiam też sobie, że bułki i czekolada będą na świecie zawsze i jeszcze się zdążę nawpierdalać 😉 Ale już raz też, odruchowo właśnie, jakiegoś paluszka do dzioba przybliżyłam tylko w porę sobie przypomniałam… że fuu. Że intencje postną masz i uważaj herbata… uważaj bo znowu wygrają ale twe słabości. I będziesz na siebie (słusznie) oburzona. W porę się więc opamiętałam i do zaćmienia umysłowego nie dopuściłam. Pomijam szkodliwość glutenu, który uwielbiam i daleka jestem od ideału bo jednak pieczywa na razie z życia nie wyeliminowałam i na parę kromeczek sobie pozwalam. Gluten sruten samo zuo.

*będąc w ścisłym kontakcie z dziecięciem, które to od czasu do czasu dostaje jakieś smakowite kąski typu czekolada, to ta silna wola wystawiona jest na dodatkową próbę 🙂 naprawdę tak jest czy się to komuś podoba czy nie i to nie jest TYLKO wytłumaczenie…  Ładując towar do synkowej miseczki obcuje się z tym i owym na co ślinka leci…

No więc wszystko oczywiście pokręciłam i post zaczęłam w piątek po czwartku tłustym i kalorycznie zakończonym na pożegnanie cukru – kochanka prawie idelanego… Nie wiem czemu, to chyba z katolickiej nadgorliwości tak mi się ubzdurało w łepetynce* 🙂 Czyli zaczęłam pościć tydzień przed czasem. Intencyją się obdarzając jak raz wielce nadgorliwie. Dobraaa teraz już letę dalej i może w związku z tym dodatkowo rzucę nabiał, którego się wystrzegam jak mogę ale chwile zwątpienia mam i kawałek pysznej holenderskiej goudy długo dojrzewającej sam do buzi wędruje i szybko ginie w masakrze zębowej 🙂 Cukier to tymczasem najwyższej wagi poświęcenie na jakie się zdobyć mogę.

*takież zdrobnienia mnie się przyszwędały żeby jednak trochę milej o swej osobie się wyrażać 😉

Niestety biegnąca to ja w mieście jestem ale nie z wilkami tylko z siatami 🙂 zakupowymi… Sypnęłam też głowę popiołem i spopieliłam się dość dobrze w prawdziwy koniec karnawału zakładając intencję celem odmiany myśli na lepsze i panowania nade niemi wszystkiemi, najbardziej paskudnemi. Wiem, że kontrola powłoki i tego co do niej wrzucamy pozwala też zapanować nad innymi sferami życia co ogólnie wychodzi tylko na plus. Poza tym oczyszczone ciało to oczyszczony umysł, a na takowym bardzo mi zależy. Zresztą jak poczułam się super w swoim ciele takim, jakie jest to nagle samo ono z cukru zrezygnowało (no może trochę przeceniam jego możliwości ale chęci przemiany stanowczo wzrosły do poziomu zadowalającego) i źle się po prostu nacukrzone czuło (to akurat fakt i prawda co wcześniej nie przeszkadzało w spożywaniu).

To mózg i ego próbują nami sterować, że chcemy czegoś co wiemy, że nam nie służy i szkodzi nawet. Wmawia i wciska nam ten rozum jakieś pierdoły. Robi to namolnie i nachalnie aż ulegniemy. Ale WSZYSTKO JEST MOŻLIWE. Tylko trzeba trafić w odpowiedni moment i zrobić pierwszy krok 🙂 Jak zawsze… Przetrwać jeden dzień i bardzo się za niego chwalić. A później przetrwać następny. Bez hucznych planów. Tylko z założeniem dobowym. Tak mają też postępować uzależnieni jak nałóg rzucają i stanowi to część ich terapii. Nie wybiegać za bardzo w przyszłość i bez euforii dawać sobie pochwały przeżytego zgodnie z założeniem 1 (słownie: jednego) dnia.

WIOSNA  zaczęła się dla mnie 1 marca. Dzielę życie na 3 miesięczne pory roku i tak wypada, że marzec kwiecień maj to wiosna właśnie, czerwiec lipiec sierpień lato, wrzesień październik listopad jesień, grudzień styczeń luty zima. Innego podziału herbata nie przyjmuje, nie zgadza się i stanowczo protestuje 🙂

wyjściówka

PRZED

Może szaro i może nawet buro jeszcze ale jak byłam poza miastem, w polach szerokich, to wyraźnie nos mój wyczuł zbliżającą się i krążącą jeszcze daleko ale jednak WIOSNĘ. I zdecydowanie ogłaszam, że wchodzimy w stan przedwiośnia. Co może być miłe i przyjemne ale ma też stronę drugą medalu. Osłabienie po zimowe i ogólne rozbicie.mi

Nie mniej jednak uwielbiam ten zapach 🙂 Ponieważ niemal całe życie po lasach i łąkach węszę z niczym innym nie da się go pomylić ani porównać. I ptaki też trochę inaczej ćwierkają 🙂 Świadomość tegoż jest pocieszająca i działa na korzyść niepokornej psychiki.

WYJŚCIÓWKA

Tak więc kontynuując temat przyjaciółki warto do niej zadzwonić, owszem ale jeszcze lepiej spotkać się osobiście. Wyrwać z tego gniazda na momencik, bez dziecka, męża i innego przyczepu wypuścić na wolność. Wygadać, pomarudzić, pożalić, skonfrontować wspólne doświadczenia, pośmiać i zamiast kawy wypić piwo 🙂

Samiec też zaniepokojony zawsze jakoś bardziej jak babki we dwie gdzieś wychodzą i dobrze. Niech trochę iskry zazdrości lecą. Chociaż osobiście bardziej kieruję spostrzeżenia swe, że wygodna przez niego przemawia, a nie żadna zazdrość i boi się, że za długo z dzieckiem będzie siedzieć musiał. Zwłaszcza, że z 2 godzin zrobiło się ponad 4, a to już dla przeciętnego faceta może stanowić pół dnia przymusowej opieki nad potomstwem. Opcje są zawsze minimum dwie:

  1. albo będzie zgoda, wspólna zabawa, dogadanie się itp.
  2. albo krzyki, ryki, jęki i pretensje, w ostateczności telefon do matki w celu przyspieszenia jej powrotu.

No więc na szczęście punkt 2 odpadł i mężuś stanął na wysokości zadania nie wybierając numeru telefonu mego ni razu 🙂 Ooo sukces ! Za to przed wyjściem: a cooo z OBIADEM? Z obiadem?-rzeczę ja- jest, wystarczy podgrzać i ziemniaki ugotować. Zieeeemniaki? A ja myślałem, że wydasz pożywienie przed wyjściem 😀 No tak. Kuchnia nie da, trzeba się obsłużyć samemu, czyli obrać pyry, podgrzać buraczki i do tego polędwiczkę, którą to cały wcześniejszy dzień dla chłopaków czyniłam. Więc z miną cierpiącą i zbolałą po wstaniu z łoża o godzinie 12.15, nieco demonstracyjnie zabiera się owy facet do obierania. Nie wiem po co tak wcześnie ale ok. Rozumiem. Mam widzieć ile się narobić przez mój wyskok musi 😉  Kolejne pytanie pada po chwili: a Ty w SPÓDNICY IDZIESZ ??? Ha ha No tak, ileż można w dżinsach biegać i już wieczorem mimo lenistwa ogólnego zaplanowałam spódnicę właśnie i ta świadomość dodała mnie energii 🙂 Bo zasiedzonej w domu matce wybywać się w ogóle nigdzie nie chciało. I już myślałam, że rady nie dam się malować i sunąć na miasto ale jednak w ostatniej chwili plus ta spódnica, która nigdy jeszcze publicznie nie wystąpiła zrobiły swoje i bieg zdarzeń odwróciły. Mina faceta co ma sobie obiadek podać bezcenna i również motywacji dodała 😀 Do wyjścia of kors.

Ale to nie koniec pytań bo padło jeszcze: a o KTÓREJ wrócisz? No chyba dłużej niż 2 godzimy Ci to nie zajmie? Yyy… nie wiem-odpowiadam-może tak, a może nie. Może wrócę nawet jutro 😉

W końcu wyjściówka to wyjściówka, do czegoś zobowiązuje (niektórzy mają wejściówki, a inni wyjściówki 🙂 ). A warto było poczuć się normalnie. I piwko dobre miodowe grzane w Spiżu Wrocławskim wysiorbać. Ludzi zobaczyć. Pogadać i czuć się wybitnie zrozumianą. Z kobietami obcowanie swoje plusy ma i dobrze robi dla mózgownicy często w papkę przysłowiową zamienioną. Odpocząć od obowiązków czysto domowych. Przy okazji spódnica w myszy miki też zadowolona była i pozytywnie testy przeszła. W tym lekko smętnym krajobrazie gdzie większość kobiet w spodniach rzeczywiście czułam się nieco inaczej i kolorowo 🙂 Poza tym rozpuszczone włosy plus kiecka zawsze chyba na facetów działa 😀

no właśnie …

FACET

Więc cudowna niedziela, chłopaki w miłości i zgodzie trochę czasu razem spędzili co cieszy mię ogromnie bo jednak ojciec z synem MUSZĄ przecież jak najwięcej mieć kontaktu. W sekundę atmosfera w domu naprawie uległa, mąż ramionami obejmował i żoneczkę całował 🙂 I przyjechali po mamusię z radością i rozkoszą lody po drodze nabywając. Więc wniosek taki, że trzeba robić coś dla siebie, nie ustąpić czasem i zwieść się nie dać, trwać przy swoim, dupsko z domu ruszyć, ubrać inaczej nieco niż na codzienne zwykłe latanie i cieszyć, że ma się PRZYJACIÓŁKĘ 🙂

W domostwie natomiast rzecze mąż: kochanie, jaki ja jestem ZMĘCZONY. Cały czas się dzieckiem ładnie zajmowałem, wszystko razem robiliśmy-naprawdę. I obiad ładnie zjadł, prawie cały SAM szamał 🙂 A teraz bardzo proszę dać mi trochę ODPOCZYNKU, NIE PRZESZKADZAĆ i nie zaczepiać.

No tak, całe 4 godziny obcowania z młodym mogą baardzo zmęczyć wątłe ciało i jeszcze wątlejszą psychikę mężczyzny. MUSI się naodpoczywać, zregenerować i dojść do siebie 😀 Noo, może przypomniał sobie troszkę jak to jest być matką i czy siedzenie w domu na pewno tylko jest siedzeniem. A przecież nie sprzątał, witamin nie podawał, psa nawet nie wyprowadził (już już miałem ale akurat zadzwoniłaś, ups), prania nie wstawiał, zakupów nie robił, nie kąpał dziecięcia i jeszcze parę innych rzeczy też go ominęło 😀

Ale dzielny był bardzo i BRAWO TY 😉

cieńka czerwona linia, że hej

Czasami zamiast rwać sobie włosy z głowy lepiej wziąć telefon w rękę i zadzwonić do przyjaciółki. Najlepiej też matki i posiadającej na stanie dodatkowo faceta.

I tak okazać się może, że nie tylko my mamy problemy z dzieckiem, mężem, wychowaniem, sobą, kuchnią, dietą, czasem i innymi. Że wyrzuty sumienia, które nas niekiedy dopadają i poczucie winy to znany towarzysz każdej chyba kobiety która matką się stała. Na pewno są wyjątki regułę potwierdzające i na bank idzie się przywary wyjątkowo idiotycznej pozbyć. Póki co trzeba sobie jednak jakoś radzić na tym poligonie życia. I jak ma się jakąś wtopę to nie brnąć dalej lecz szybko próbować odwrócić sytuację. Zwłaszcza jak człowiek przemęczony i oczywiście tu mogą podnieść larum obrońcy „prawdziwego” życia zawodowego kobiety co to opuszcza mury domu celem udania się pozyskania środków finansowych. Fajnie jak dzieckiem na ten czas zajmie się babcia, zabierze do siebie, z przedszkola czy szkoły do domu swojego lub naszego zaprowadzi, a tam czeka już obiad z reguły 2-daniowy bo i zupa być musi, cierpliwością anielską się wykazuje, frykasy podtyka albo przynajmniej nażywi w spokoju i pomoże rodzicom. Jeżeli nie ma takowej w pobliżu z jednej albo z drugiej strony ani pomocnego i ofiarnego rodzeństwa, dyspozycyjności wszelakiej czy innych cudownych środków zabezpieczających to chyba jednak trzeba wynająć opiekunkę. Przy nienormowanej pracy na ten przykład gdzie człowiek na swoim jest i tylko uwagę na hajsu zarabianiu ma skupiać nie jest się w stanie zaplanować wszystkiego od do. I jak się takiej zapłaci to jest ok. Ale jak kobieta dziecko i dom ogarnia to nagle jest ta gorsza co nic nie robi „tylko w domu siedzi”. To tak dla przypomnienia o co kaman. Bo ostatnio znowu ataki.

Więc zmęczenie materiału następuje podstępnie, kolce jadowe wbija delikatnie i nie wiadomo kiedy bateria jest na wyczerpaniu. I jak wysiadamy fizycznie to i tak uważam, że to pikuś w porównaniu do rozładowania psychicznego. Objawia się rozdrażnieniem, później cierpliwości nagle ubywa, wypala się lub jak mydlana bańka pęka (co kto woli) i bum nie ma. Wszystko wkurwia, męczy, a tysięczne „proszę” w stronę dziecka wysyłane z nóg własnych zwala i gębę paraliżuje. A pociecha jak pociecha, przekorna wyjątkowo i im rodzica nastrój gorszy i może nawet się próbować starać, dziecię wyczuje i reaguje. 100 procent odzwierciedla samych nas osobiście.

I ileż to razy tej prawdzie w te ślepia spoglądać trzeba? Ileż tych błędów napopełniać? Nie zliczoną chyba ilość razy. Bo mimo wiedzy, doświadczenia, a nawet w swego rodzaju zaprawienia w boju zapomina się cholera wszystkie te zasady i porady i na furii czasem zupełnie odlecieć można*. Cieńka czerwona linia, której lepiej NIE przekroczyć choćby jednym paluszkiem malutkim. A jeżeli mleko się rozlało to szybko reagować. Zmienić bieg zdarzeń. I dać jak najwięcej czułości dzieciaczkowi co to jest niczemu winne. Bo to nasze frustracje się na nich najwięcej odbijają. Zmęczenie, brak czasu dla siebie, problemy wszelakiej maści i treści, różne różniste sytuacje i emocje, które dorosły też musi jakoś odreagować. I to żadne wytłumaczenia ale wybaczać też chyba jednak sobie trzeba. Dlatego łatwiej jak się pogada z kimś, kto również sytuację świetnie z autopsji zna i rozumie. I przypomni nam, że nie jesteśmy zdani sami na siebie, że ogólnie każdemu zdarzają się słabsze dni i co lepsze to mamy do tego prawo. Oczywiście lepiej być zawsze spokojnym i opanowanym no ale nie każdy tak potrafi i ma zaletę z góry daną. Zwłaszcza jak się żyje z kimś w związku to doprawdy nie wiem jak się czasem nie pokłócić. Na ten przykład moi rodzice nigdy się nie kłócili za to później nagle i z zaskoku się po prostu rozwiedli. Bęc. Tak więc to też nie jest metoda żadna żeby sztuczny spokój zachowywać, a emocje dusić w sobie. Jak takie później wybuchną to dopiero może się zrobić rozpierducha 🙂

Lepszy telefon do psiapsiółki i tak na przykład po kontakcie z nią otrzeźwimy się i przymnimy sobie, że :
1. nie ma idealnych rodziców
2. nie ma idealnych dzieci
3. nie ma idealnego faceta
4. nie ma idealnej sytuacji zawodowej/rodzinnej/innej

poza oczywiście specyficznymi przypadkami nie omylnych i wszystko wiedzących na temat każden jeden 😉

Tak więc po prostu nie ma co się katować przesadnie ani może w ogóle tylko jak się wpadnie w spiralę gniewu i przemęczenia to jak iskry lecą pluć na nie ile wlezie i ile śliny w gębie. I o ile łatwo jest prosić dzieciaka o coś w dobrym nastroju będąc nawet jak nas olewa, o tyle przy spadku witalności i po setnym „proszę” można ugryźć się w tyłek i nerwy choćby stalowe były w końcu puszczą. I jak zdarta płyta jestem ale ten spokój ducha NAJważniejszy jednak jest. Lepiej o tym nie zapominać. I szukać sposobów na ułatwianie sobie życia. Może też oddcinać się od nastrojów np. partnera i nie dawać wciągać się w żadne zaczepki czy sytuacje zaniżające nasze samopoczucie. Żeby tylko to takie proste było jak wkurwić w sekundki ułamku potrafi 😉  Mam sposób jeden jedyny skuteczny i niezawodny na zregenerowanie się, pakuję manatki i spadam do matki 😀 YO

Oczywiście w necie pełno mam idealnych, wypoczętych, wymalowanych, tryskających szczęściem i seksem. Wieczorami zaspokajających swoich mężczyzn, w pełnym makijażu i ochoczo sytuacje romantyczne aranżujących. A w życiu codziennym przeciętnej baby nie pozującej na nikogo, a próbującej jedynie czasem przetrwać w stanie względnego pokoju i spokoju daleko do takiej sielanki. Bo staranie się też energię czerpie i pobiera. I może lepiej zignorować te wyrzuty sumienia co to tylko nas od środka zżerają, sytuacja się od tego wcale nie polepsza, a wręcz przeciwnie i po prostu odpocząć. Przynajmniej spróbować. I nawet jak się znienawidzi wszystko na chwilę to też są przecież ludzkie uczucia, które nie skreślają nas jako człowieka, kobiety ani matki. Może nawet czasami trzeba właśnie znienawidzić żeby jeszcze mocniej pokochać? Moja filozofia nico pokrętna jest ale jak każdy szukam sposobów na zapewnienie mojemu synkowi szczęśliwego dorastania w maksymalnym komforcie psychicznym. Banalne powiedzenie: szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko jest cholernie prawdziwe. Dzieci czują wszystko i ich się nie da oszukać. Co najwyżej możemy być zaślepieni swoim egoizmem i tego nie dostrzegać. Ale ich zachowanie nie bierze się z niczego i warto zawsze mieć to na uwadze. Że jak nasze emocje ulegną poprawie to dziecka też. I jak chcesz zmienić kogoś lub coś to zacznij od siebie. I mimo, że mnie czasem wkurza ta teoria bardzo, chciałabym się nie zgodzić czy zaprzeczyć to jest to jedyna słuszna droga, którą należy podążać. Sygnał gdzie i co należy zmienić. W sobie.  A upadków pewnie będzie jeszcze sporo tylko grunt się umieć otrząsnąć i podnieść. Noce krótkie na pożycie jakiekolwiek więc ja osobiście po synka urodzeniu nauczyłam się przesypiać 8 godzin w 5 😀 Taki odpoczynek.

a tak w ogóle to oststnio intensywnie omowałam i omowałam i nawet trochę pomagało i mię powstrzymało na momencik. Niestety bomba opóźniony zapłon i tak miała, na szczęście atomowa nie była…

OMMMMMMM OMMMMMMM OMMMMMMM plus mudry wieczorem w pozycji horyzontalnej 😉

*słownictwo nieco podkoloryzowane i przerysowane, bardziej odzwierciedlające stan ducha niźli rzeczywistość

zemsta nietoperza

Chciałabym BARDZO mówić i myśleć pozytywnie ZAWSZE, również o moich sąsiadach ale niektórych z roku na rok coraz bardziej szczerze nienawidzę. Przynajmniej dzisiaj i teraz. W sobotę, W MOJĄ jedyną ukochaną sobotę, którą mam na odespanie tygodnia całego przeznaczoną, zaczęli swoje harce.

Tak więc godz. 7.30  z oddali snu błogiego docierać poczyna odgłos odkurzacza jadowitego. Ale to pikuś dopóki ktoś nie zaczyna przy tym przesuwać mebli z piskiem po podłodze. Zakrywam się poduszką i w pierwszym odruchu próbuję przeczekać, że może skończy za chwilę. Ale nieee, mija kolejne 20 minut, a piszczenie coraz częstsze i głośniejsze zaczyna budzić dziecko. Co za pojeb myślę sobie i wiem już chyba kto!!! Wszyscy wobec tego się budzimy, mąż wkurwiony bo chciał jeszcze pospać, cały tydzień w końcu wstaje to chyba NIC nadzwyczajnego, że liczy, mimo dyżuru z dzieckiem, na jak najpóźniejszą pobudkę. To chyba do cholery nie jest żaden ewenement, że w tygodniu ludzie pracują, a w weekend chcą odpocząć. Nawet muszą chyba nie? Więc ubiera się tym razem on i leci. Jak ostatnio byłam ja to baba mnie olała. Tylko facet na tą blokową hołotę działa. Zdziwieni kurwa, że jak to o 7.45 komuś odkurzanie przeszkadzać może??? No JAK? Kto śpi jeszcze o tej porze? A że dziecko wybudzili w dupie mają.  Za dużym przeproszeniem ale długo dość nie przeklinałam… I niby na poziomie, z pieskiem do fryzjera chodzą, elegancko w kapeluszach, na co dzień taka kulturka (pierdolona).

Żal mi chłopa mego kochanego się zrobiło bo się zdenerwował, a ja ledwo powstrzymałam od awantury rozpętania. Że też spać chciałam i w grafiku domowym zapisane miałam (mia-łam). Zabrał psa i wyprowadził, przynajmniej to już z głowy. Więc się dałam mu wykrzyczeć i wyżalić, prawo rozgoryczony być miał w końcu. Kładę się, błogo, ciepło, dobrze, odseparowana, cisza wszem i wobec, suka w nogach. Do 10 się udało. Mada faka jakiś typ zaczyna wiercić i wiertara w uszy czadu daje, parę dziurek tylko niby i… przestaje. Lecz skutecznie mię obudził. Teraz już godzina taka, że się mogę w nos pocałować. I nie mam z czym do niego lecieć.

Chodzi o to, że nikt się wzajemnie nie szanuje. Wszyscy wszystkich w tyłku mają. Parę tygodni temu jedna z piętra nad nami walić młotkiem zaczęła o 6.30 !!! W niedzielę. Nad pokojem synka. Szlafrok, klapki i ruszyłam. Proszę, że dziecko ma gorączkę i całą noc nie spaliśmy co prawdę akurat stanowiło. A ona na to, że ją to nie obchodzi, ciszy nocnej nie ma i będzie stukała ile i jak długo sobie będzie chciała. Jak mój mąż do akcji wkroczył to niestety i do teraz całe piętro się go boi. Bo drzwi pomylił z rozpędu nie słuchając mnie, która stuka i dobijał się na początku nie do tych co trzeba 🙂 Obok. Rykoszetem przy okazji i dobrze w sumie, oberwała jakaś Ukrainka co w szpilkach zasuwać potrafiła od 6 rano do 8 zanim domu nie opuściła. Chuj, że obrażona ale jej też skutecznie się odechciało hałasować i w końcu skumała, że to słychać „ojej, nie widziałam…” Teraz już obiekcji nie mam, chociaż wiem, że przesadził ale przynajmniej coś zjarzyła. Że przemocą delikatną, co poradzić skoro proszenie i rozmowy skutku żadnego nie przynoszą. Ta druga nawet się wyparła później, że to jakaś z piątego piętra w obcasach śmiga i nie ona hałasuje, noł noł noł.  A ściany nasze blokowe wcale nie są takie cienkie i trzeba się postarać mocno żeby kogoś dobrze wkurwić. Więc dwie pieczenie na jednym ogniu upieczone i towarzystwo nad nami, przynajmniej na czas jakiś, opanowane.

Bilans taki, że „dzień dobry” ta od młotka do tej pory nie odpowiada. Ukrainka przeproszona i ugłaskana bo jednak, mimo że słusznie, to omyłkowo jej się dostało. Chyba to przeżyję jakoś no bo ileż można być tą grzeczną dziewczynką, która wiecznie komuś ustępuje? Zresztą ci od odkurzacza też wielce urażeni, to pod nami i kilka miesięcy temu już akcja w niedzielę o 7 rano była. Obrażeni cały czas, w Boże Narodzenie jedynie trochę coś tam półgębkiem przemówili, a mi zwisa i przywitać mogę się. Też mi wielka rzecz, że uwagę ktoś sobie zwróci. Do nas bywało, że sąsiedzi przylatywali jak ciszą nie grzeszyliśmy nocną. I co? Mieliśmy się obrazić? Ok. Ich sprawa może, że nawet młodemu nie odkiwną. Bo dlaczego to akurat JA mam być zawsze tą mądrzejszą, kulturalniejszą czy lepiej wychowaną? Bo co? Mam dość takiego traktowania i kiwania słodko główką. Wcale taką gówniarą nie jestem za jaką często dość mnie mają, a mają, bo jak wiek wyjawię czasem to ZDZIIIIWIEEEENI… że hej. I daleka od pomsty jestem/byłam ale chyba jednak jakaś zemsta nietoperza nadejść musi. Tak dla przypomnienia się należy. A wyjeżdżam i mężuś sam w domu zostanie. To znaczy nie do końca sam bo w raz z nim 2 gramofony hi hi hi. I głośniki oczywiście wyjebane 😀 Może więc dotrze jak to jest spokoju pragnąć. A ma nowych płyt ciutkę do odsłuchania więc bez planu, samo wyjdzie 😀 Wszak swoje hobby mieć musi, inaczej się udusi 😉

Blokowiska, przepraszam ale spęd hołoty i tyle. Wcale się nie dziwię tym wszystkim co jak najdalej uciekają i dzieciaki do prywatnych szkół oddają. Gdybym mogła też bym to zrobiła. A próbując być nieco bardziej sprawiedliwa, to większość sąsiadów jest w porządku, nawet bardzo. I z niektórymi żyjemy prawie jak w tych serialach o sąsiedzkich zażyłościach. Po kumplowsku się odwiedzamy i kawki spijamy. Tylko czym więcej mieszkańców tym więcej zakał paskudnych się trafia.  YO

I po kiego grzyba wierci 3 dziury i przestaje WTF??? Nie mógł zrobić tego trochę później? Dobrze, że na lato znikam. Ta myśl jest pocieszająca i stanowi ulgę dla mej bolącej już od tego wszystkiego głowy. Chociaż może być też tak, że to ja jestem nienormalna i w sobotę spać mi się kurwa mać zachciało. PEACE&LOVE (tak czy siak)