nurek

Mamo, język mi się dziś wygina i czasami jest łacina 😉 

Więc jak to często bywa można sobie plany robić, snuć, pleść niczym sieć pajęczą, a realia okazują się zgoła odmienne od zakładanych. A już najbardziej nie wiem po co w ogóle na cokolwiek się nastawiać. Chyba żeby potem przykro było, że szlag wszystko w sekundę trafił.

I tak wracając na wiejskie rozdroża roztaczając w głowie sielską wizję niedalekiej przyszłości uderzyłam nosem w beton. I po co mi to było? Jak siem mogłam tak zapędzić w swej pewności, że wszystko ułoży się ściśle według mych założeń? Wszak życie to nie żadna stała, płynie sobie w różne strony i nawet może niekiedy nie wiemy na początku CO jest dla nas takie dobre. A czasem może nam się po prostu tylko coś wydaje 😉 ? A może warto przyjmować każdy scenariusz jako dobrą niewiadomą, niespodziankę losu i przygodę życia? Czy nie było by za nudno gdyby wszystko układało się pod linijkę własnego perfekcjonizmu i wyimaginowanych czasem założeń? I czy nie jest zbyt dużą ignorancją myśleć, że nie ma innej możliwości 🙂 ?

sen prawdę powie 😉

A miałam kilka dni przed wyjazdem sen, w którym to dochodzę do mojej żółtej strzały, a tu flak, flaczysko w oponie przedniej przeokropne, zupełne i całkowite. Przebudziwszy się zaczęłam kminić i wykminiłam, że najsłabszej (ze snu) opcji zakładać nie można, nie będę, że znowu zamiast pozytywnie myśleć to kombinuję i przyczepiam się wersji najmniej ciekawej, że znaczenie co najwyżej może być odwrotne i takie tam tym podobne. Po południu mąż oznajmia, że ma dla mnie prezent, przynosi i wręcza mi z (samo)zachwytem… dętkę do roweru, że kupił przypadkiem, pod wpływem sam nie wie czego i mam ją zabrać. Wtedy sen wyśniony opowiedziałam i nawet trochę się śmialiśmy. Dętka podróżowała więc sobie w aucie i dopiero przed wyjściem na peron z bagażami po zęby utkanymi facet wciska mi ją mówiąc: masz, schowaj, na co ja: że gdzie, miejsca nie mam, nie biorę, po co, na co on stanowczo: CHOWAJ i już, do torebki 🙂 To schowałam.

Na ogród wypuszczona idę więc na ogólne oględziny terenu, podchodzę do Strzały, macam koło (wszystko identycznie jak w śnie) i… miękkie ale się (jeszcze) pocieszam, że nie tak bardzo. Myślę sobie może mnie się uda dopompować (sen ominąć) i próbuję, wtykam, dotykam, przyciskam, nic… Chyba pary w ręce nie mam, dalej brnę w swe rozważania, alle niechybnie (nagle jakoś przypadeczkiem) wentyl chyba dotknęłam (?) i nagle pufff psss szybko reszta powietrza umknęła bezpowrotnie w atmosferę… Czyli sen się ziścił dość dosłownie bo zostałam sama jak taka dętka z rozciapanym kołem 🙂 A w głębi serca czułam, że przewrotność tej majaki może być dosłowna więc tak czy inaczej przygotowana byłam (podświadomie może bardziej) na każdy efekt 🙂

Ups… było nie ruszać. A śniło się jej przecież, że flaka miała to gdzie te palce pchała? Jeszcze oburzona, sfochowana, że plany na przejażdżkę były i w tak diabelski sposób się zmyły.

Niby prosta sprawa – zmienić dętkę. Tak mnie mąż pocieszał, weź klucz i sama odkręć, a później zawieź do wulkanizacyji. Noo jasna sprawa, łatwizna, a gdzie klucze? Ba, we Wrocławiu 🙂 Tutaj nożem operuję i czasami zamiast młotka tłuczka do mięsa używam 🙂 Szczęściem całym, że już ją w ogóle (tę dętkę gwiazdę) miałam bo na wsi cisza, spokój, nawet psy (dupami) nie szczekały. Żar z nieba. I szczęście wtóre, że znajomy mamy przyjechał i mi to naprawił (imiennik mojego ojca, a nazwisko identyczne jak nazwisko drugiej żony tegoż samego ojca mego haha – taki psikus dzikus). No i rzecz najważniejsza, nie ma jak własny facet co to niekiedy wyprzedza rzeczywistość i czasem nawet rację MA 🙂

Oddaliłam się więc od domostwa pieszo w stronę plaży żeby burdy niepotrzebnej żadnej nie zrobić i wyhasać enerdżiję skumulowaną już podróżą plus nadciągającym PMS-em (taka ta herbata nie subordynowana była i w betonie koniczynę jeno raz zaparzyła). Niebezpieczna Herbata…

hrbata czasem stąpa po cienkim gruncie 😉

I tak (zanim rower uległ postawieniu na dwie nogi) z dwoma kilosami na plusie postanowiłam odwiedzić pomost i medytować jak jakiegoś (w miarę sensownego) naprawiacza koła do siebie przyciągnąć.

Poddać się podświadomości, która w swej twórczej sile każdego zawsze prowadzi tylko nie każdy chce to dostrzec i podchwycić 🙂

A jak już się rozebrałam i tak na tę wodę (po)patrzyłam to dylemat szybko mi się w głowie urodził. Moczyć się czy nie? Ryzykować lodowatość wody i pozostać suchą wygrzaną gorącą herbatą czy jednak zrobić to co zawsze i wykorzystać chwilę lata pełną piersią 🙂  Obie argumentacje bardzo przekonujące były bo druga strona podpowiadała, że w końcu wyszłam sama, bez psa, dziecia, męża i innych dodatkowych ciągutek, upał, jezioro czyste no i w tym sezonie jeszcze aż tak bardzo nie pływałam (a w zasadzie wcale).

Takie zajebiste to nasze polskie lato, że 9 miesięcy zimno, a później to już tylko lieto i lieto 😉 Czułam też, że zanurzenie dobrze mej psychice zrobi, hipotonię nieco zniesie i ciśnienie (paradoksalnie) podniesie, zmyję z siebie brudy mentalne wszelakie przy okazji też, trochę trzeźwiej na świat spojrzę no, a jak będą wodorosty to zawrócę. Wiadomo, że nie zawracam nigdy i nawet jak woda prądem mrozi to jak już zdecyduję się do niej wejść i tak wejdę. Teraz nie wiem czy to błogosławieństwo czy przekleństwo raczej? Że nie odpuszczę i nie cofnę się do punktu wyjścia. Nigdy przenigdy nie zdarzyło mi się nie przepłynąć jak już pupę zamoczyłam. Nie ma odwrotu 🙂 Lubię to wyzwanie, błahe może, zgadzam się, ale mi pomaga 🙂 Przełamuję swoje ograniczenia i grzech główny LENISTWO. Na nie człowiek bowiem zawsze ma wytłumaczenie i rozsądne argumenty. Tu jakaś szczepionka by się przydała i zastosowanie pożyteczne znalazła.

Było bosko, przywitanie z wodą potwierdziło moje przypuszczenia i poczułam się jak nowo narodzona (dopóki nie przypomniałam sobie o rowerze haha). Taki nurek był mi niezwykle potrzebny. Na siłę też przekonałam swój umysł, że plany czasem się zmieniają. Mogą i nawet prawo do tego mają i skoro tak to widocznie mam się opalać i odpoczywać, a rower w końcu naprawi się sam. Co prawda ograniczenie wolności kąsało silnie plany i postanowienia spokoju wszelakiego ale pokonałam wewnętrzną zmorę 🙂 I jak już się rozłożyłam i dupkę przypalać zaczęłam to rozwiązanie samo przydreptało, a w zasadzie nadjechało.

Suki nie wspominam (nagminnie i bez potrzeby) ale jednak pierwszy spacer bez niej sommerową porą od 13 lat był nieco dziwny. Nostalgiczno-romantyczny, podszyty swoistym urokiem, że za nikogo nie jestem odpowiedzialna 🙂 W takim sensie, że mogę się do woli zagapiać, zawiesić, zamyśleć i nikogo nie zgubię. Co mi się tak dosłownie nie zdarzyło ale jednak parę razy nie mogłam jej wzrokiem odszukać jak tak zatonęłam gdzieś nie wiadomo gdzie ponad ziemskie postrzeganie.

We ❤️❤️❤️

Poza tym zastanawiam się jak to jest, że

jak ludzie są razem to się żrą, a jak tylko na chwilę rozstaną to od razu tęsknią i beczą?

Istna Casablanca. I czy oby ta tęsknota nie jest lekko przereklamowana skoro później wracamy do starych schematów? I znowu jak za długo na wspólnym gruncie bytujemy to trzemy i trzemy aż iskry lecą?

Ale znam historie par, które całe wspólne życie się kłóciły, szantażowały rozwodami itp, a później i tak siedziały przy sobie cichutko jak trusie i rżnęły głupa, że w ogóle o co chodzi? Tak więc czasem lepiej nie brać na poważnie co tam ci partnerzy wygadują, bo sobie pogadają i zapomną 🙂 A znajomi/przyjaciele się później martwią. Para to odrębny byt co to swoimi prawami się rządzi, często niezrozumiałymi i z kosmosu. I lepiej nie próbować pojąć zjawiska bo tego nie ogarnia nawet ona sama 😀 W ostateczności się rozstają ale to w przypadkach skrajnych kiedy z miłością związek za wiele wspólnego nie miał, YO

Herbata sunie na górkiej rowerzycy w całkiem zielonej szalonej spódnicy. Myśli o sobie jak o zwykłej beacie, a jest zanurzona w topowej mery-nacie 😉

tak wygląda moje miasto

Powroty bywają piękne ale i zaskakujące… Chociaż czy może zaskoczyć człowieka własny facet tudzież znane od lat blokowisko? Ano nigdy nie przewidzimy dnia ani godziny i za spokojnie spać jednak nie można 😉

wciągam pranę i mówię OMM OMM 😉

W mieszkaniu na naszym wspaniałym osiedlu już w godzinę od powrotu dało się słyszeć trel blokowego dzięcioła (jeszcze nie „jebanego”, jeszcze na relaksie i spokoju wakacyjnym psychika jedzie) i łupanie młotkiem może zbyt głośne nie było lecz dość obrzydliwie natrętne. No tak, sezon remontów (jebanych) się zaczął.

I od 7-mej rano, tuż po dzwonach kościelnych, które chyba cały Wrocław słyszy, od pierwszego poranka przez następne, wyje sobie jakaś maszyna, która to ucicha delikatnie po szczelnym domknięciu okna. No i przestaje wyć (oczywiście) około południa. Ale jak już człowieka taki hałas rozbudzi i zdenerwuje… Nieee, mnie jeszcze z równowagi nic takiego nie wyprowadziło, 3mam się nadal trzciny i wiem, że niebawem wrócę do raju 🙂

Za to mój mózg zastanawia się i analizuje tak po trosze co może sprzątać facet przez 2 dni w tym, jak się okazało, bez odkurzania i mycia podłogi?

Co co co co ON może tyle czasu sprzątać ???

To pytanie natrętne narzuciło mnie się samo i do łez śmiechu doprowadziło oczy me 🙂 Chociaż w dalszej kolejności prawie z tegoż samego śmiechu popuściłam 🙂

Huuuuczne zapowiedzi jeszcze bardziej hucznego sprzątania przed naszym powrotem słyszałam od dni kilku 🙂 No i zajeżdżam, kontrolerka alergiczka. Facet szczęśliwy, zadowolony z siebie, mieszkanie prezentuje ochoczo:

-popatrz, TU starłem, zobacz w górę, tam TAM gdzie ty nie sięgasz, wszystko wyczyszczone 🙂

Ale oddala się nagle celem zarobkowym i domostwo opuszcza, zostaję więc z dziecięciem rozpakowując dobytek tymczasowy. Nooo i niechcący zupełnie, bez przyglądania się zbytniego odkrywam kolejne niespodzianki męskich porządków 😀 Aha, nie żebym nie doceniła tego co uczynił 😉

Tak więc gdy wrzucam pranie do kosza na brudy pierwsze odkrycie to tona piasku i innych śmieci z piaskownicy jeszcze przez synka miesiąc temu pozostawionych. Idę do kuchni co by herbatkę (ziołową) sobie zrobić iiii… oooo blat koło zlewu do białości wyszorowany, przyznaję, sama w życiu bym tak nie doczyściła, biorę maliny co to za połową drugą mniejszą stoją iii… no tak biały ale tylko do pewnego momentu. Dalej bowiem uroczym kurzydłem przykryty, a nań koszyczek pięknych owoców myląco postawiony (nie mówię, że specjalnie, mogło wyjść przypadkowo). Teraz to już w głowie słyszę duże HA HA HA. Ale dalej synek pudła klocków wyciąga i tu już pył w powietrze idzie bardzo spory, autka wszystkie pozostawione jak, no jak? noo jak miesiąc temu oczywiście 🙂 W związku z każdym kolejnym jego ruchem unoszą się coraz większe tumany.

Mam taki swój własny test, nie na siłę spreparowany lecz od natury dany, że jak kurzu gdzieś za dużo bytuje (i nie dokładnie jest posprzątane) to psikam i prycham jak szalona. I jak zaczęłam, jak wystartowałam to do wieczora przestać nie mogłam 🙂 Ale dobra, widzę braki lecz za radą mamy milczę srogo, doceniam dalej wartości z innych prac płynące jak np. wyczyszczenie obrazków w pokoju dziecka i tu sprawa bardzo ciekawa bo Jezus zabytkowy po prababci w spadku dostany całkiem czysty, teściowej (czyli mamy mojej) zdjęcie, nooo na moje oko jakby dłonią przetarte ale za to jego/pana/faceta fotka w dużą antyramę oprawiona czysta jak nigdy, świecąca z oddali, wybłyszczona i widoczna baaardzo dobrze 🙂 No tak, pucowanie obrazka i blatu może 2 dni pochłonąć 🙂 się nie rzucam 🙂

Na tym nie dość atrakcji bo niechcący zalawszy łazienkę (delikatnie z roztargnienia pranie czyniąc i wąż zahaczając) musiałam do mopa się pochylić. A on ci na wiór zasuszony, wąsy wykrzywione do góry na dół spaść nie mogły, myślałam, że odpadną trzeszcząc, za to prawdę powie i nie oszuka 🙂 Podłoga na bank więc myta ni razu nie była i kwitł sobie taki mopik na wieczne wysuszenie. Wraca ukochany, pytam:

a Ty podłogę chociaż raz myłeś?

-noo tak, jasne, myłem, przed twoim przyjazdem też 😀

taaak, a jak? bo mop suchy jak wiór zwykły pospolity?

-noo bo ja myłem i mopem nawet też ale… bez użycia wody 🙂 🙂 🙂

I tu już padłam (ze śmiechu of kors) chociaż męża swego znając rzeczywiście mógł na sucho wyszorować 😉

Staje w progu z gąbką do naczyń z miną bardzo dumną i rzecze:

-tym myłem (nie powiem, zdziwko mię chapło i na momencik zaniku myślenia logicznego dostałam)

na co ja: –całą chatę?

-taaak

-w sypialni też?

Tu wymięka i rechotać się zaczyna. Po chwili już oboje tarzamy się ze śmiechu bo okazało się, że dodatkowo też odkurzał tylko… bez użycia odkurzacza 😀 To jest sztuka!

W ogóle to mój facet jest po prostu magikiem,

sprzątać potrafi fantastycznie, niemalże ekologicznie i bez użycia wody podłogi myje 🙂

sweterek niechlubną sławą owiany i chętnie wypominany 🙂

Okazało się też na moje szczęście (męża nie) że są już wyprzedaże i nie idzie NIE skorzystać 🙂 To znaczy przypadeczkiem zupełnym całkowitym wybierając się na miasto przeceniłam warunki pogodowe. I ubrałam się za cienko. Gołe nogi (bo ładnie opalone to szkoda ukrywać), krótki rękaw, a w zasadzie jego brak i bosa stópka w nowym lakierze na wolność wystawiona. A tu wiatr, deszcz zacina, zimno się zrobiło, że skóry gęsiej dostałam i naprawdę miałam/chciałam tylko parasol (w Renomie mojej ulubionej co na drodze mnie stanęła) kupić, a wyszłam… w swetrze 🙂 Nie żebym nie była zadowolona… Ja tak, budżet domowy już nie koniecznie.

Jest też akcja (jeszcze bardziej) pozytywna, otóż

mając 2 godziny bez dziecia

co to z tatą gdzieś popląsał nie leżałam, nie sprzątałam i nie gotowałam nawet też (coś te gary mnie nie lubią i ogólnie omijamy się łukiem dość szerokim). Nagle zrywu na bieganie dostałam, stojąc i naczynia myjąc poczułam, że MUSZĘ lecieć. Bo jak nie od razu to kiedy?

Moment chęci łatwo utracić bowiem można,

a pokus dużo, oj dużo bardzo z każdej strony czyhających. Że się wypad na zumbę odwrotnie nieco ułożył to poczucie straty ruchu miałam. Więc w te pędy się ubrałam i zaczynam… Ledwo krok robię, a tu klucze mi od domu dzwonią. No to kombinuję, przekładam, próbuję, cuduję nic. Trochę biegnę, trochę idę w stronę parku aż dochodzę do momentu, że chrzanię to, niech sobie dzwonią (za ambitna na cofanie). Będę udawać, że nie słyszę. I one oczywiście przestają się rzucać więc uff. Już się nawet ucieszyłam ale nagle coś innego podskakuje i lekko pstryka. Znowu prawie do domu się wróciłam ale jakoś dałam radę. Raz się śmiejąc raz przeklinając głośno nawet (matka co to ciągle do dziecka gada wypuszczona sama na wolność nawija dalej ale do siebie). Jakem rytm złapałam to ku końcowi się zbliżałam. Ale warto było i bieganie dobre jednak jest na wszystko (a przynajmniej większość znakomitą). I dupa ruszona to głowa przewietrzona nabiera zaraz innego znaczenia 😀 Jedynie, że do ludzi muszę się przyzwyczaić bo dzikusem z lasu jestem i spojrzenia przechodniów krępują mnie nieco.

nie-idealna rodzina nasza, pozory czasem mylą 😉 W ZOO z 3 kłótnie przy końcu ze ślubnym własnym małżonkiem zaliczone 😉

Ruszyłam w końcu i do tych niechlubnych złą sławą owianych garów, cóż począć było, ociągając się na maksa

biszkopt i krem maskarpone z truskawkami zrobiłam ale niestety jeden się rozciapał,

a do tego zamrożony celem ratunkowym okazał się nad wyraz przepyszny. I powstać musiał na dzień następny kolejny maszkarponiec (płacz i lament, że za mało, brzuchy nie nażarte, a języki NIC nie poczuły, zwłaszcza ten największy). Zostało odśpiewane drugi raz „sto lat” i kwiaty z koperku też pozostały wręczone więc Dzień Ojca jak się patrzy pełnym ryjem 😀 Za to głodówka mnie nie minie i z facetem własnym dieta żadna nie wychodzi, leży, kwiczy i się śmieje 🙂 Może na wsi uda mnie się jakiś reżim wprowadzić i z grubej rury na post Dąbrowskiej lub chociażby witarianizm przeskoczyć 🙂

Całe chyba osiedle się remontuje, bez litości, razem z drzwiami, balkonami, podłogami, trawnikami, placami zabaw, klatkami schodywymi i innemi, z każdej strony wrrrrr wrrrrr wrrrrr wiertareczka w głowie jeździ. Tylko świadomość ucieczki pozostawia mię przy normalności. Bo jak na chwilę wzięła beatę znowu nienawiść do cukru, tłuszczu, nabiału i glutenu to piec musiała. Tyle się naczytałam o tej całej pszenicy… A idź pan w pyry normalnie z tym wszystkim 😉

jedyny mój obiekt do zdjęcia 🙂

Do ZOO to już chyba raczej więcej moja noga nie postanie. Przyjemność dziecku zrobić chciałam bo prosił, sam wybrał miejsce, które chce odwiedzić i koniecznie z obojgiem rodziców. Do człekokształtnych tym razem nie zajrzałam, w stanie nie byłam bo już przy mniejszych małpach ścisnęło mnie w gardle jak łapki przez kraty wyciągały i bardzo smutne oczki miały. Ni w ząb nie rozumiem jak można złapać zwierzęta, pozamykać je i chodzić oglądać… Zapomnijcie o dowodach z Pisma Św. Cytuję ten, na który wielu się powołuje:

Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi». 29 I rzekł Bóg: «Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem. 30 A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla wszelkiego ptactwa w powietrzu, i dla wszystkiego, co się porusza po ziemi i ma w sobie pierwiastek życia, będzie pokarmem wszelka trawa zielona».  

Zastanawiam się dlaczego ludzie-katolicy powołują się zaledwie na pierwszą część tychże słów, że zwierzęta mają im być poddane… Nigdzie Bóg nie powiedział, że zabijane i zjadane. „Poddane” to słowo oznaczać może wiele ale w kontekście kolejnych chyba jasne i logiczne jest co przykazał jeść… Roślinę przynoszącą ziarno i owoce z drzewa. Czytajmy dokładnie, a nie wyrywkowo i tylko dla usprawiedliwiania mordowania. Bierzmy na klatę to co robimy i do czego się przyczyniamy. To nie Bóg Ci kazał jeść mięso. A jak już jesteśmy TAKIMI katolikami to może zacznijmy właściwie interpretować słowo boże. Tacy sami chrześcijanie jak muzułmanie. Odbieranie życia w imię boga jakiegoś. Dokładnie identyczni. Ale o tym może jeszcze napiszę 🙂

Co poniektóre zwierzole też na ludzi jak na zoo patrzyły i zdziwione, przyglądały się temu tłumowi. Serce moje jednak jest za wrażliwe na takie widoki. Sfotografowałam więc jeno żółwia bo jakoś tak na dość pogodzonego wyglądał 🙂

I tak wygląda moje miasto w skrócie iście telegraficznym i nie tylko nocą 🙂 Bo to co wyprawia Herbata i jej familia cała nie sposób opisać dokładnie 😉

Ręka noga mózg na ścianie jest totalne rozjebanie… Aj hejt garnki i inne narzędzia kuchenne. Słowo „obiad” to wróg numer 1, a pytanie: co dzisiaj na kolację? przyprawia mnie o spazmy…  I czy moja miłość do gotowania nie spaliła się razem z ostatnim garnkiem… ?

sen uzdrawiający duszę

Od zawsze wiedziałam, że mój pies, suka, była wyjątkowa i ową wyjątkowość jak się okazuje potrafi objawić również po śmierci. Fizycznej bo czy ta duchowa ogólnie istnieje? Nikt tego do końca nie wie, wszystko jest zlepkiem ludzkich przeczuć, przeżyć osobistych i doświadczeń i każdy może sobie wierzyć w to co chce lub w to, co mu łatwiej przychodzi. Albo poszukać naukowego aspektu sprawy bo i takowe publikacje się pojawiają.

Tak więc przyjeżdżając na wieś musiałam po raz kolejny zmierzyć się ze swoimi wspomnieniami bo co i rusz na każdym kroku coś kojarzyło mi się z nią. I co zrobiła Herbata? Ano zaczęła się nad sobą roztkliwiać, nurzać w przeszłości, a nawet łzy cichcem (małe co prawda ale jednak) ronić. Tu ze mną chodziła, a tu się kąpała, tu leżała, a tu futro w słońcu grzała i w ten deseń różne pierdoły. Jeszcze synek czasem też sobie o niej przypomina, że rok temu z nami łaziła niemal wszędzie i takie tam bohomazy psychiczne zaczęły się w tej mojej głowie jątrzyć.

Aż stało się coś bardzo ciekawego, a mianowicie

przyszedł do mnie sen.

Sen, w którym to psica moja leżała gdzieś sobie zawieszona w próżni jakiejś chyba bo scenerii konkretnej i tła nie było. Spała zawinięta w kłębek jak to miała w zwyczaju na żywca czynić, bardzo spokojnie oddychając. Na to oczywiście ja: moja kochana, suczeczka moja najsłodsza, pieseczek mój kochany i tu wyciągam do nie rękę celem pogłaskania pyska. A ona na mnie wyszczerzyła zęby jak wilkołak, zupełnie jakby naprawdę to robiła kiedy jej np. dla zabawy dmuchałam w nos 🙂 I cap, złapała mnie za rękę w nadgarstku zębiskami. Mocny uścisk poczułam i tak dosłowny, że jak się obudziłam patrzyłam czy nie mam śladów pokąsania.

Zrozumiałam maleńka i przepraszam, że Cię stale zaczepiałam. Ty jesteś już spokojna i jest Ci dobrze. Może ktoś się śmiać

ale przyszła po prostu do mnie i dała jasność obrazu, że nie ma co jęczeć

tylko cieszyć przeżytymi wspólnie chwilami, zostawić je w szufladce wspomnień i iść dalej. Jestem bardzo wdzięczna za ten sen i dziękuję za niego. Pomógł mi uporać się z przeszłością i zrozumieć (ach ileż to razy trzeba pojmować coś od nowa), że życie naprawdę toczy się dalej, kula ziemska kręci się, a to co było minęło. Było pięknie ale już nie istnieje. I ona bez żalu odeszła i bez cienia goryczy przebywa sobie w innym wymiarze słodko śpiąc 🙂 A ja w jakimś sensie uwolniłam się i pozbyłam żałoby sercowej, a nawet wręcz przeciwnie, zaczęłam cieszyć i radować 🙂

wszystko z wiatrem przeminie sobie…

Takie wydarzenia niemal mistyczne czasem ściągają mnie szybko na ziemię i pozwalają złapać pion. Paradoksalnie. Bo na początku byłam trochę zła, że sama pozbawia mnie rozpamiętywania ale już później poczułam się uspokojona. Przede wszystkim mam wewnętrzną wiedzę, wiarę i zgodę na to, że jej życie na Ziemi się skończyło. Przeminęło z wiatrem jak wszystko przeminie, a jedyna chwila najlepsza i dobra dla nas to TU I TERAZ. Nie ma cenniejszego momentu na celebrowanie życia. Nie ma też na co czekać i odkładać w nieskończoność niczego na wieczne jutro, które nie nadchodzi nigdy.

Chociaż psowe perypetie na tym się nie zakończyły gdyż ogólnie wymyśliłam sobie, że jak będę (będziemy ale piszę tu o sobie) gotowa to nowy lokator zjawi się po prostu sam. A wtedy, takiego przybłędę, będę musiała zatrzymać już siłą faktu. Znając bowiem swoje własne i osobiste serce nie byłabym w stanie znajdy nigdzie dalej przekazać. Z kolei jechać i świadomie jakiegoś brać do domu nie jesteśmy (jeszcze?) w stanie. Owszem, chciałabym mieć psa ale najlepiej na jakiś czas, pożyczonego może albo w depozyt wakacyjny od znajomych pozostawionego. Bo kocham przytulać się do psiej sierści i Bogu dzięki, że mam takie psowe koleżanki, które to fundują mi dogoterapię wedle mej potrzeby. Kochane moje WY i Wasze PSY 🙂 Wrzucam Wam jednego czuba, ze swoim jednym z psów (nie mniejszych czubów), który to zmusza ją do treningów z dyskami i kocha to po prostu 🙂

zawsze im kibicuję 🙂 Wrocław, zawody Park Południowy, II miejsce ale moim zdaniem ktoś się pomylił bo są najlepsi 🙂 Kasia z Rajko 🙂 Zmora głuchoniema, też border colllie, siedzi na trybunach 😛
albo na szyi 😀

Dobra, daję też Zmorę bo się bardzo lubimy i nie może ciocia Becia jej pominąć 🙂

Tak więc idąc za dom celem złowienia ziela krwawniku bez zbytniego oddalania się i nóg męczenia usłyszeliśmy z młodym szczekopisk. Tenże psi, szczenięcy trel słyszałam już dużo wcześniej gdzieś na czyimś ogrodzie i szczerze powiedziawszy sądziłam, że to sąsiadki bo niedawno ktoś jej pod dom podrzucił szczeniaka właśnie, który to z nimi został. Dlatego jak szczekopisk cichł sądziłam, że pies jest z kimś i ok. Ale nagle zza płotu działki pustej i bezludnej zupełnie blisko dał się słyszeć owy dźwięk i tu już razem z synkiem stwierdziliśmy, że musimy sprawdzić o co biega. I okazało się, że za płotem jest mały piesek, odrośnięte szczenię. Bardzo spragnione. Więc poleciałam do sklepowej coby komisyjnie w razie czego przejść przez płot (żeby później nie gadali, że samowolnie latam po czyichś posesyjach, a sąsiedzi oko czułe mają). Już już się nawet ucieszyłam, mówię: kurcze, czyżbym naprawdę znowu coś sobie wykrakała? Zmyliła mnie jedynie płeć bo jak już pies to koniecznie chcem suczkę ale co tam, biedak, nieważny fiutek, ważne że trzeba pomóc. Mąż też już aprobatę wyraził ale…

Nagle przyleciała sąsiadka, że to jej pies i ona go cały dzień szuka (nie wiem jak skoro niedaleko mieszka, a żadnych oznak namierzenia lokalizacji szczenięcia nie odnotowałam). Jednak kamień spadł mi z serca i możecie nawet sobie o mnie źle pomyśleć ale głównie o tę płeć mi chodziło właśnie. Pomijam atrakcję dodatkową dla mamy mej, która na pewno takim entuzjazmem jak chociażby osobisty facet nie pałała. Serce mi zabiło jednak mocnej i znowu uwierzyłam (chociaż co ja gadam, stale wierzę), że mogę sobie przyciągnąć to co chcę na zawołanie. Psa również. I będzie to suka 🙂

Przyśnił mi się sen uzdrawiający duszę moją. Nawet jeżeli są to obrazy wyobraźni, mózgu, umysłu, nie wiadomo. To oczywiście teoria dla racjonalistów bo przecież we śnie rozum śpi 🙂 Wtedy budzi się zupełnie inna, równoległa rzeczywistość, może do głosu dochodzi podświadomość dlatego dobrze zaraz po przebudzeniu zapisywać sobie marzenia senne i je analizować. Mówią dużo o śniącym i podpowiadają jaką ścieżką i w którą stronę podążać. To cudowne narzędzie do poznawania siebie i pomoc w mentalnym podejściu do życia. Duchowa strefa nas samych codziennie manifestująca swoją obecność. Wszystko mamy w zasięgu ręki, wszystkie informacje o nas przechodzą przez nas tylko trzeba chcieć je odczytać i układać. Każdemu coś się śni jedynie, że nie każdy pamięta, nie chce pamiętać i wypiera obrazy ze świadomości. Jak się łapie kontakt z samym sobą zaczynają się odkrywać kolejne karty i pojawiają się też sny. Dlatego chciejmy śnić i cieszmy się nawet z najbardziej absurdalnych majak. Niektóre są tylko resztkami dnia, a inne mają bardzo duże znaczenie łącznie z pokazywaniem nam przyszłych zdarzeń. Koszmary to głównie nasze lęki, które w ten sposób do nas przemawiają i czekają na oswojenie. Trzeba się zapoznać ze swoim wnętrzem, z prawdziwym ja bo interpretacje bywają różne i przewrotne, dla każdego nieco inne. Należy umieć wyczuć czy coś śni się dosłownie czy odwrotnie i wraz z praktyką ta umiejętność rośnie. Temat jest bardzo szeroki i ciekawy bo można też w dalszej kolejności praktykować świadome śnienie i czasami robimy to sami z siebie, nieświadomie. Kiedy śni nam się coś nieprzyjemnego i sami sobie karzemy się obudzić. Można sterować senną rzeczywistością i osobiście uprawiam świadome śnienie czynnie od dzieciństwa.

Tobie drogi i wytrwały Czytelniku życzę powodzenia i mądrego korzystania ze swojej Intuicji, która czasem przemawia do Ciebie kiedy słodko sobie śnisz 🙂

A na dni kilka przygarniamy wilka 😀 I będziemy mieli w depozycie wakacyjnym psa koleżanki, już się cieszę juhhu !!!

miejska wieśniaczka, a może wczasowiczka?

Szczerze powiedziawszy mam dość liczenia tych podstępnych kalorii co to tylko życie zatruwają zamiast rozpieszczać i wspierać. Nie chce mi się ciągle myśleć i zastanawiać co zjadłam, jakie wartości odżywcze swemu ciału przekazałam i czy oby na pewno dobrze zrobiłam. Nie mam ochoty liczyć centymetrów ani kilogramów i przejmować cellulitami i innymi ami ani, że nie jestem doskonała i nie mam 20-stu lat. Fizycznie oczywiście bo psychicznie może nawet wciąż i tak 🙂 Nie mam siły non stop myśleć czy zażyłam wszystkie niezbędne suplementy i witaminy i czy wychlałam wystarczającą ilość wody celem nawodowania ciała co to się z wody składa. Mam w nosie to czy biust mi sterczy na odległość, a włosy nie mają siwych traw. Olewam zmarszczki chociaż te aktualnie same się schowały. Może w słońcu się zjarały? Wrzucam na potwierdzenie 😉

żart, na zdjęciu wybranym z wielu zawsze wygląda się w miarę przynajmniej git 😀

Uznaję jedyną dla siebie słuszną słuszność, żeby robić wyłącznie to co czuję i mało tego, co sprawia mi przyjemność. W czym mogę się pławić mentalnie, umysłowo lub cieleśnie. Czasami pozycja pozioma to ta, która sprawia mi największą rozkosz. No, przełamałam się też do tych jagód i ich zbierania bo w zasadzie to samo pozyskiwanie jest najbardziej uciążliwe, a reszta robi się sama. Tak, sama i nic nie spaliłam (jak do tej pory). Synek uwielbia jagody (poziomki też po drodze zbierane), a zimą dżemiki mamusi więc tu sprawa jasna, poświęcenie świadome, również w kierunku innych głodomorów wysunięte z sercem na dłoni. Jedynie, że 2 h w pozycji kucznej potrafią już tak człowieka pozostawić na dłużej 🙂 Czym jednak częściej czynność powtarzana tym kręgosłup bardziej zahartowany. A pośladki trenowane zupełnie przy okazji całkiem są zadowolone.

rzadko wskakują same 😉 a czasami wyjątkowo gryzą robale różnorakie… zawsze trafia się najlepszy i najgorszy dzień zbierania 🙂

W ogóle to ja oddaję tytuł gospodyni roku i zdaję fartucha. Kompletnie w tym sezonie nie ogarniam, nie nabywam hurtem truskawek, nie robię zapraw i sama nie wiem dlaczego (?). Może z lenistwa, a może z przegapienia dnia bo jak sobie o nich przypominam żeby kupić to już jest zaawansowany wieczór. Mało sprzątam, dziecię odrośnięte więc groźby zjedzenia pasożyta z podłogi nie ma, a skoro i tak za chwilę jest pełno pisaku to po co się nadmiernie wysilać. Kto by spamiętał na wakacjach ile łykać magnezu, ile Wit C i czy już piłam czerwoną koniczynę dzisiaj? Noo jedynie te zioła właśnie mi wychodzą (ale o tym będzie osobny tekst).

Żyję w swoim tempie i cud, że białe baldachy kwiatów czarnego bzu zebrałam i moczę żeby zrobić syrop. Ale samo się złożyło, po prostu spotykając je na spacerze były tak piękne, że żal im było odmówić i głuchym pozostać na to cichutkie kwilenie: zeeerwij mnie… no zeereerwij mnie… i mnie też…

Biegam za to z radością i sądzę, że bieganie może pożreć wspomniane wcześniej kalorie jeżeli nie przesadzę z ich uzupełnianiem (o co u mamusi bardzo łatwo). Do działania odchudzającego roweru nadal nie jestem przekonana i służy raczej jako środek lokomocji celem oddalania się od domostwa.

A tak w ogóle to mam wakacje i jest mi zajebiście dobrze. W upał plażing i smażing, w brzydsze pogodowo dni inne pomysły nam przychodzą chociaż lekki smażing uprawiam z dziką radością niemal codziennie. Bo nad jeziorami pogoda często jest zupełnie inna niż zapowiadali. I są przebłyski słońca kiedy to się akurat przebywa w pobliżu leżaka, a nic na to nie wskazywało (rozbieram się i ubieram z prędkością światła, a bikini to moja druga skóra 😉 ). Leżak często mam z przodu domu, a koc z tyłu lub odwrotnie. Żeby smażyć tył i przód ciała swego. Synek czasami przychodzi i mówi: maamoo odwróć się już, ty frytko, bo jesteś odpowiednio wysmażona 😀

inauguracja z wodą pierwszy raz w tym sezonie oł jee na na na 🙂 była była 😉

A tak przy okazji to nadal obserwuję moje niebo i wyraźnie jak na dłoni widać poczynania wojskowych (?) samolotów w sprawie smug. Robią je na bank jakimś sposobem, w kratkę (siatkę Faradaya) o której wspominałam w innym tekście i każdy naprawdę każdy może zwrócić na to uwagę. Jest szachownica jak byk. Już od rana czasem zasuwają i niszczą nasze piękne niebo pieprzoną sztuczną chmurą, która zawsze psuje pogodę. I zamiast błękitnego to wygląda jak poniżej na fotce. A że wiał dość silny wiatr to rozgonił chmurzyska po horyzont.

antidotum od miasta… spokój i cisza… tzn. ptaki śpiewają jak szalone 😉

Mój dzielny synek miał też atrakcje w parku linowym i nie zjechał ale był bardzo odważny i sam wspiął się na bardzo wysokie drzewo, a na koniec powiedział do pani, że nie zjedzie na linie bo chciał tylko zobaczyć widoki z dużej wysokości 😀 Zszedł też samodzielnie i jestem z niego dumna 🙂

Więc wiejskie życie wygląda mniej więcej tak jak senne marzenie, bo jest przyroda, słońce, pola, zbiory wszelakie ale jest też rozrywka różna zapewniona czy to przez babcię czy to przez zrządzenia losu 🙂

Zawsze też w grę wchodzą zabawy podwórkowe z tego co aktualnie jest po prostu pod ręką lub pod nogą 🙂 Można więc przypinać się liną holowniczą, w prezencie po poprzednim aucie dostaną od taty, do płotu (a jak!) ale można dnia innego jeździć po prostu na bramie bez skrępowania żadnego 😉 I nie ma znaczenia zwracanie uwagi, że może ją zarwać skoro babusia ukochana na wszystko pozwala 😉

Osobiście uwielbiam też wspólne wyprawy we dwoje i okazuje się, że dziecię nasze może przedreptać całkiem spory kawałek drogi. Odrobinę dziwnie tym samym czuję się bez wózka, do którego to przyzwyczajona byłam bardzo i lubiłam z nim chodzić. No i można było załadować cały dobytek 😀 Ale za to odpoczywamy w takich miejscach jak poniżej, do których tylko lasem dojść można lub podpłynąć łódką 🙂

nareszcie opalona 😀 jakkolwiek by to nie zabrzmiało dziewczyny jednak lubią brąz 🙂

A po drodze zdarza nam się wypatrywać zwierząt, które najczęściej są oczywiście żywe i przemieszczające się po padole samopas. Niemniej jednak te pozbawione żywota stanowią nie mniejszy punkt zainteresowania jak czasem nie większy 🙂 Włącznie z przenoszeniem na pobocze 🙂

żyje czy nie? maaaamooo a jak ten wąż jeszcze się obudzi ? 🙂

Po drodze szosami się wałęsając mamy szansę spotykać prawdziwe relikty minionej rzeczywistości. Maaamooo, ty naprawdę kiedyś szłaś do takiej budki porozmawiać? I nie miałaś telefonu? Haha ano nie miałam i szłam do takiej oto budki 😀 Czasami to ona dzwoniła do mnie.

dawno temu na wakacjach, jak jeszcze nigdy bym nie przypuszczała, że tu będziemy mieć dom, telefonowałam z niej do mamy 🙂

Gdy robi się upał i słońce praży najlepiej jest nam na plaży 🙂 Naszej dzikiej i schowanej, całej dla nas. W pakiecie zupa ze świeżych pomidorów z lanymi kluskami, oczywiście klucha od jajek z wiejskich i zadowolonych z życia kur 🙂 Bardzo lubimy jeść w plenerze i synek zawsze czeka co z torby mama wyczaruje 😀

A w torbie jest wszystko, wiadomo, razem z przyborami do kopania w piachu, które nigdy, przenigdy czasem nie zostają użyte. Ale iść muszą bo przecież nagle ten jeden jedyny raz mogłyby być potrzebne i co wtedy???

kobieta wszak zmienną 🙂 i cały ten ruch ma znaczenie 🙂 nie rezygnując z małych grzeszków można się cieszyć dobrą kondycją 😉 gryząc czasem gluten (mmm) i nabiał (jeszcze bardziej mmm) 🙂

Smażing, jak wspomniałam, uprawiam czynny, przekręcając się na boki, latając z(a) dzieckiem, rowerując, biegając i robiąc jeszcze parę(set) innych rzeczy. Więc opalona trochę jestem ale nie taka chuda jak zawsze 😛 Próbowałam parę brzuszków tyle, że w domu mam demotywację, a na siłowni w pobliskim miasteczku za rzadko bywam coby efekt jakiś szałowy zauważyć. Ale w sumie jestem i tak z siebie zadowolona bo jak na swój już nieco zaawansowany wiek źle nie jest, a może nawet można powiedzieć, że bardzo dobrze 😉 Tym bardziej jak na 23 kilosy w ciąży na plus przytyte. Można? Można.

I tym optymistycznym akcentem kończę retrospekcję wakacyjną beaty herbaty, miejskiej wieśniaczki, a może wczasowiczki, skracając wszystko oczywiście jak tylko się da. Jej przygody wykraczają bowiem daleko dalej niźli tych kilka przytoczonych życiowych przykładów i fotek 🙂 Ciao!

cudze chwalimy, a o swoich piktogramach nie pamiętamy

Napisałam Wam o trujących smugach, a teraz chciałam przypomnieć o czymś mega niesamowitym i również związanym ściśle z naszym niebem. Może nawet to wszystko jest ze sobą jakoś połączone?

A jest o czym pamiętać bo pewnie rodzime kręgi w zbożu nie były takie ogromne jak co poniektóre światowe ale jak na nasze polskie warunki i tak bardzo spektakularne. Być może nawet miały jakiś pośredni związek z naszym katolickim krajem? Nadgorliwe społeczeństwo w jednym z nich znak hostii bowiem wypatrzyło i może ufo wystraszyło?  Nie wiadomo.

rzekoma hostia 😉

Wiadomo natomiast, że chyba o tej Ziemi zapomnieli już kosmici nawet i nie przylatują, nie zaglądają i nie odwiedzają ziemian. Skłaniam się ku teorii, że może rzeczywiście jesteśmy gatunkiem, który oni sobie eksperymentalnie wyhodowali i obserwowali z daleka nasze poczynania podchodząc czasem nieco bliżej z odważnym zamysłem zapoznania się. Eksperyment raczej nie udany gdyż dając nam we władanie taką piękną planetę, różnorodną i kolorową, podobno cudownie wyglądającą z kosmosu, popełnili błąd.

Edit: podczas fascynującej rozmowy z jedynym z najbardziej znanych polskich ufologów Stanisławem Barskim dowiedziałam się, że znaki pojawiają się nadal w Anglii oraz w innych krajach na świecie. W Polsce rzadko, ponieważ twórcy piktogramów uznali , że nie ma sensu rozmawiać o kolorach z daltonistami. Daltoniści nie zamierzają odpuścić. Robią wszystko aby istnieć.

Fotek nie wrzucam bo piszę o naszych 🙂 Otóż zrezygnowali z takiej manifestacji u nas i ograniczają się jedynie do przelotów, które to są niekiedy widoczne na zdjęciach niektórych ufologów lub przypadkowych ludzi nie zdających sobie sprawy z tego co uchwycili w kadrze (często, a może nawet najczęściej są to obiekty niewidoczne gołym okiem). Ale to może temat na inny tekst, a ten pozostawię już tak jak jest i nie będę Czytelnikowi za bardzo mieszała 🙂 Podążajmy zatem dalej 🙂

Człowiek bowiem w swym rozwoju mądrości rozumy wszystkie pożarł i prowadzi nierówną grę z przyrodą, która to w końcu tupnie i o swoje prawa się upomni. Nie zniesie dłużej prób atomowych w stratosferze, a manipulowanie pogodą chociażby po przez chemtrlais-y będzie miało dla nas przykre konsekwencje. Nikt nie jest w stanie przewidzieć jak to wszystko się skończy i kiedy np. wybuchnie taki wulkan Yellostone, a podobno to tylko kwestia czasu. I zmuszane środowisko do ocieplenia (m.in. celem stopienia lodowców i wydobycia spod nich ropy) samo się po prostu ochłodzi. Czynią i czyniły to właśnie wulkany emitując do atmosfery pył, który to oddzieli nas od słońca, a tym samych klimat schłodzi się właśnie zupełnie naturalnie. To nic, że przez kilka lat nie dotrą do nas promienie słoneczne. W obliczu miliardów lat i na przestrzeni różnych cykli to naprawdę nic takiego. A jak do tego dołożyć miliony hodowlanych zwierząt wytwarzających gazy cieplarniane to już się robi niezła zadymka. Dlatego jako jednostki mamy wpływ chociaż na to co jemy i warto ograniczyć ilość spożywanego mięsa w diecie. Nie tylko ze względów zdrowotnych i etycznych ale też dla dobra ludzkości. Coś ta ludzka rasa zarozumiała w swym działaniu kompletnie o tym zapomniała. Bogacze i multimilionerzy mają schrony i jakiś czas nawet w nich przeżyją ale czemu do jasnej cholery nie zastanawiają się co będzie jak z nich wyjdą? Co sprytniejsi będą planowali oddalenie się na jakąś inną planetę i coś co dla szarego człowieka jest kwestią fantazji dla nich po prostu faktem. Pieniądze światem rządzą i lepiej się z tym pogodzić. Nie masz nie lecisz 😉

Edit: plany bogaczy legły w gruzach, przynajmniej na chwilę, gdyż robale wysłane na stację kosmiczną po przebywaniu tam wcale nie tak bardzo długo wróciły zmienione. Jeden z nich powrócił z dwoma głowami, a miał jedną, a ponieważ ma możliwości regeneracyjne to po ucięciu wyrastają nadal dwie. Inne zaczęły się nagle same dzielić. Okazuje się też, że być może astronauci przebywający na stacji kosmicznej są zagrożeni i oczywiście o tym nigdzie nie piszą, nie mówią, a nawet pokazują  plany zasiedlenia Marsa. Jakoby nic niepokojącego się nie działo…

archiwum prywatne

A wracając do kosmitów to przylatywali kilka lat z rzędu do naszego polskiego Wylatowa, które w tym tekście dla Was odgrzeję bo zauważam tendencję do wychwalania zagranicznych znaków, a tym naszym też niczego nie brakowało. Od 2001 r każdego lata biwakowałam razem z innymi poszukiwaczami przygód w polach i doświadczyłam niesamowitych przeżyć, które potwierdziły tylko to, co wiedziałam wcześniej, że wszystko jest możliwe, a człowiek mało wie i małej wiary jest.

Otóż podczas pewnej medytacji miłości razem z kilkunastoma osobami, w tym szamanami (ich inicjatywa), poszukiwaczami/badaczami ufo, dziennikarzami i zwykłymi mieszkańcami wsi

przeżyliśmy i zobaczyliśmy na żywe oczy niesamowite zjawisko świetlnej kuli energii,

która to wynurzała się kilkukrotnie zza pobliskich drzew, powaliła niesamowitym kolorowym blaskiem, a spektakl trwało około minuty (było więc dość czasu żeby się temu przyjrzeć). Nikt nic nie zarejestrował bo sprzęty przy piktogramach często wysiadały, baterie rozładowywały się i zaplanować coś świadomie nie było możliwości. Nikt nie spodziewał się czegoś takiego, tylu barw ułożonych w zmyślną całość o zmieniającym się kształcie jakby kuli 🙂 A może nikt nie miał refleksu bo był uspokojony ćwiczeniami duchowymi? Tak więc wszystko zostało tylko w pamięci uczestników, a osobiście widoku nie zapomnę ja ani pewnie inni do końca życia.

Pewne jest, że wszystko jest energią i

na co dzień zapędzamy się w prozie realizmu zapominając o najważniejszym. Życiu.

archiwum prywatne

Kolejna obserwacja miała miejsce także w nocy,

kiedy wracaliśmy do domu (mieszkałam wtedy w Gnieźnie) i na niebie zobaczyliśmy ogromną czerwoną kulę, większą niż księżyc w pełni więc na początku sądziliśmy, że to właśnie on. Jakież było zdziwienie gdy okazało się, że księżyc jest ale… po drugiej stronie nieba. Kula, jajo, żółtko jak różnie (pieszczotliwie) to ludzie nazywali, płynęła po niebie majestatycznie, zmieniała kształt, aż w końcu znikła. Trwało to ładnych kilka minut, a może nam się tylko tak wydawało? Cofnęliśmy się do bazy i okazało się, że więcej było takich jak my i wszyscy bardzo przeżywali zjawisko. Godziny przed świtem kiedy ludzie mają już dość oczekiwania, zasypiają lub zwijają się do domu. Było to coś absolutnie cudownego i mistycznego nawet. Czy poczuliśmy się wybrani? Sądzę, że odrobinę tak.

To były 2 największe demonstracje

z tyloma świadkami. W tym z Robertem Bernatowiczem z Nautilusa i co starsi mogą pamiętać taką audycję Nautilus Radia Zet 🙂 Kiedyś marzyłam żeby faceta poznać bo słuchałam namiętnie o jego tajemniczych bardziej lub mniej historiach i o dziwo tak się stało. Kilka lat z rzędu wspólnie włóczyliśmy się po polach i utrzymywaliśmy kontakt. Reszty nazwisk nie wymienię bo publiczni byli jednak prywatnie 🙂

ostatni obraz w zbożu lipiec 2005 r

W ogóle klimat tam panujący był fantastyczny, ludzie zjeżdżali się co roku ci sami, pomijając atrakcje w postaci, a to znanego reżysera, komika czy jeszcze bardziej znanego jasnowidza lub naukowca. Atmosfera panowała przyjazna, biwakowa, życzliwa i niezwykle radosna. Zew przygody pachniał już w czerwcu: jest, jest już jakiś piktogram??? A później do żniw siedzieliśmy w polach. Głównie nocami i po pracy pędziliśmy do Wylatowa kompletnie niezmordowani i nakręceni 🙂

Pamiętam też doskonale ostatni piktogram i moment kiedy powstał.

Tak się złożyło, że ze znajomymi koczowaliśmy całą noc w polu, część z nas pojechała do pobliskiej piekarni po ciepły chleb, a część została. Leżeliśmy na miedzy w części pól, których nikt nie obstawiał, kiedy nagle poczuliśmy, że coś z nas z tego miejsca wypycha, usłyszeliśmy jakby głos w głowie, że mamy natychmiast odejść ale wcale na to ochoty nie mieliśmy i prowokowaliśmy los dalej. W końcu jednak wstaliśmy i

nakierowaliśmy aparat na puste, nocne pole i… ujrzeliśmy w monitorze kulę światła,

która sobie pływała nad zbożami, a kolega bardzo się wystraszył i zaczął uciekać 🙂 Nie chciałam zostać sama, uczucie było co najmniej dziwne jakby czyjejś obecności, a intuicja podsuwała pytanie czy na pewno chcę zobaczyć coś na co nie jestem kompletnie gotowa więc powoli oddalałam się cały czas patrząc co wyprawiają światła, których nagle było kilka i przypominały kształt obiektu – spodka. Mam nadzieję, że nie zrobiłam mu traumy zaciągając na obserwację 🙂 Bo nie wierzył i polemizował. Szkoda, że nic się nie nagrało ale soczewki aparatów fotograficznych są czulsze niż ludzkie oko to wychwytywały więcej. Widocznie manifestacja nie chciała być zarejestrowana i przeznaczona była tylko dla nas. Ponieważ godzina była znowu przed świtem pojechaliśmy do domu, a rano… dokładnie w tym miejscu był piękny obraz w zbożu. Szczerze mówiąc nie byłam nic, a nic zaskoczona.

W ogóle to

ja te piktogramy sobie zawłaszczam,

uważam, że powstawały dla mnie, bo łączą się od pierwszego 2000 r do ostatniego w 2005 r z moją osobistą historią. Motyl ma wyraźne znaczenie symboliczne dla naszego przypadku. Nikt i nigdy nie wmówi mi, że zrobili to ludzie. Nikt mnie nie przekona, że w hektarach pól, w środku nocy, bez latarek i w kilka godzin kiedy są najdłuższe dni, a brzask przychodzi bardzo szybko ktoś wygniatał to wszystko w zbożu. Niedowiarki – weźcie wyluzujcie poślady bo są na świecie rzeczy, których nie idzie wytłumaczyć racjonalnie. Może nawet nie z tego świata. Byłam tam i wespół z innymi chodziłam całe noce po tychże polach.

Nie wiem co to było ale BYŁO. I bardzo żałuję, że się skończyło bo

było piękne i dawało nadzieję, że jest coś więcej z czego sobie sprawy nie zdajemy. Dawało szansę dla ludzkości, że może się szybciej przebudzimy jak jednak na własne oczy zobaczymy. Ale dla zwykłego śmiertelnika okazało się to za małym dowodem, a jedynie dobrym obiektem do kpin. Nawet stojąc w środku kręgu. 

Widziałam panią, która prawie mdlała, telefon jej nie działał, samochód później nie chciał odpalić ale uparcie twierdziła, że kręgi wykonali ludzie. Taaak, jasne…

Mimo to warto wierzyć w niemożliwe i nie być zarozumiałym dwunogiem, któremu się wydaje, że jest sam we Wszechświecie. I w chwilach zwątpienia przypominam sobie medytację z Wylatowa i eskalację prawdopodobnie przekazu miłości, a może innych istot, które na tę właśnie miłość odpowiedziały? Teorii jest wiele, jeszcze więcej niedomówień, wątpliwości i interpretacji wyłącznie indywidualnych. Pewne jest, że człowiek (jeszcze i przynajmniej Polak) nie dojrzał do kontaktu z obcymi cywilizacjami i nie wiadomo czy kiedykolwiek dojrzeje bo mam wrażenie, że po przez swoją ignorancję uwsteczniamy się.

Dobrze żarło ale zdechło.

Smuci jedynie fakt, że już nie przylatują. Nawet jak widzę dziwne światła w tamtej okolicy to jednak nie jest to samo. Chociaż robią wrażenie i nie są to samoloty ani sondy. Niemal każdy wojskowy samolot z pobliskiego lotniska znamy i wiemy ze swoich źródeł o nowościach nie ujawnianych publicznie.

Zresztą wojsko tematem było o dziwo żywo zainteresowane i od razu ordynowało loty nad polami.

Śp. pilot, którego dobrze znaliśmy miał swoją teorię na ten temat i widział dziwne obiekty bywając w przestworzach. Ale o tym sza. Po prostu czasami można zaobserwować w okolicach Wylatowa niespotykane zjawiska na niebie i nikt tego rozumem ni nauką nie wytłumaczy(ł). Nikt prócz ufologów, których zastanawiam się czy ktoś traktuje poważnie? Piloci wszak głośno nie mówią co widzą. Dlaczego inne wymiary są obiektem kpin, a ludzie widzący rzeczy niewidzialne dla przeciętnego kowalskiego są wyszydzane i poddawane tylu wątpliwościom? I po co głos w tej sprawie zajmują osoby, które z tematem mają niewiele wspólnego? Pewne jest, że skoro ludziom czasem robiło się słabo, a auta zaparkowane przy ulicy nie mogły ruszyć to działała jakaś niewyobrażalna energia. Energia, która z człowiekiem miała tylko tyle wspólnego, że wszystko jest ze sobą połączone i my też jesteśmy energią. Czy jeżeli nie można czegoś logicznie wytłumaczyć to trzeba to od razu negować? Takiego pola elektromagnetycznego nie wytworzył człowiek choćby się, za przeproszeniem z*****.

młoda Herbata na wylatowskim polu 🙂

Nie objawiają się u nas i tyle. Czyżby zobaczyli, że nic z nas nie będzie? Skłaniam się ku teorii, że tak. Nawet jeżeli w pikotgramach skanowali ludzi i prowadzili własne obserwacje (co łączy się z teorią zasiedlenia nas na Ziemi) to

może przekonali się, że stworzyli kompletnie felerną rasę?

Która nie zaakceptuje nikogo prócz niej samej? Która niszczy, zabija i nie otworzy się na nic nowego? Teraz po latach myślę sobie, że ten znak przypominający hostię może jednak coś szczególnego znaczył dla naszego narodu? Może przewrotnie, weź przyjmij to ciało Chrystusa i zacznij żyć tak jak On głosił? A może chcieli łagodnie okazać swoje zainteresowanie w katolickim kraju? Ale nie,

nie z Polakiem takie numery.

Może hostię i zobaczył ale nic więcej z tego nie wyniósł. A było nawet prosto, jak krowie na rowie. Wszak każdy ma prawo do swoich skojarzeń, a znaki jednak były przemyślane i nie przypadkowe (wszystkie na całym świecie podobno przypominają części łańcucha DNA człowieka ale tu teorii jest wiele i co kraj to obyczaj).

A każdy przecież wie co głosił Jezus tylko czy o tym pamiętamy? 

Czy potrafimy odnieść to do siebie? Pochylić się bez ironii nad tym co miało miejsce, a co być może miało nas na celu przybliżyć do poszerzania świadomości i otworzenia więcej klepek w mózgu? Dodam, że zboża zawsze były jedynie pozginane. Jakby uszanowane. Nigdy połamane czy zniszczone. Zadeptywali je ludzie, którzy nie mogli przemieszczać się wyznaczonym szlakiem, a lecieli jak popadło.

Ależ my to lubiliśmy, tę ekscytację z powodu spotkania tylu niesamowitych ludzi i niesłychanego zjawiska. Cieszę się, że mogłam być uczestnikiem bezpośrednim sytuacji ale cudze znaki chwalicie, a o swoich nie pamiętacie… I paru niedowiarków zabraliśmy w nocne pole i oczy im się otworzyły. Kiedy rano w tv sami zobaczyli w sąsiedztwie czego wypoczywali pod gwiazdami.

Dlatego często spoglądam w niebo z dużą ciekawością 🙂 Nie tylko szukając smug chemicznych. A takich historii spoza naszego świata jeszcze parę Herbata ma 🙂 W rękawie albo raczej imbryku.

Dziękuje Ci Stasiu za rozmowę, za poczucie tamtej atmosfery i smak kolejnych przygód, które i tak zdarzają się nieprzeciętnym ludziom obdarzonym nieprzeciętnymi właściwościami. Nawet jak są wyśmiewani i uznawani za szaleńców. Inność zawsze była i jest piętnowana. Czy dalej będzie? Zobaczymy bo świat nasz wkracza w zupełnie inną erę, postępuje, kręci się i to jest piękne. Że zawsze jest nadzieja 🙂 Anglia odpowiada swoimi znakami tworzonymi przez człowieka. W szaleństwie jest metoda i nadal mogą się cieszyć kontaktem z nieznaną dla nas cywilizacją, która zrobiła krok w naszym kierunku.

Ps. Na wsiach rolnicy spotykali czasem takie kręgi w zbożach czy dziwne światła i u klienta mojego męża też lata temu powstał idealny i piękny okrąg. Ale nie chciał rozgłosu i się nie ujawnił. Nie ma się zresztą co dziwić, pól takich trzeba było pilnować przed totalną dewastacją. Pędziły ludziska jak opętane na nic nie patrząc.

A może obcy wycofali się żeby nie siać paniki? Pytań jest mnóstwo i sama Nancy Talbott próbowała też na nie odpowiedzieć odwiedzając Wylatowo. YO

zwykły człowiek

Na pewno warto i dobrze mieć marzenia, a może nawet dla higieny psychicznej są one wręcz potrzebne i niezbędne. Tylko czy czasami nas nie przerastają? Są takie, których realizacja to czysta przyjemność, niejako nagroda, która przychodzi bardzo często niespodziewanie ale jednak gdzieś tam w środku czekało się bardziej świadomie lub mniej na spełnienie. A są i takie, może to te kompletnie absurdalne, ze strefy: Niemożliwe. Tak bardzo odjechane, że aż prawdopodobne, że się spełnią właśnie 🙂 Taki sobie paradoksik.

I nagle

jak się dokonuje czy dokonać by miało to człowiek panikuje

i już sam nie wiem czy jest na to gotowy? Tak chyba można powiedzieć bez silenia się na górnolotność. Ale może niewielu ma takie dylematy (herbaty). A może właśnie tak 🙂 Kompletnie nie mam pojęcia. Wiem tylko, że co poniektórzy są nieźle tym życiem potargani i można mówić, że to takie proste i wystarczy chcieć żeby się uczesało. Nie jestem przekonana na ilu to wszystko, ta cała filozofia pozytywnego myślenia (mówiąc w skrócie) tak szybko działa bez jakiejś minimalnej pracy nad sobą czy może bardziej i ładniej brzmi zaangażowania. Żeby pomóc sobie i skorzystać też ze źródeł pomocy. No minimum jakieś trzeba z siebie dać, pomyśleć czy zastanowić się nad sobą, swoim postępowaniem i życiem nawet też. Przyłożyć trochę rękę, palec choćby do zmiany tego myślenia i łapaniu się na starych przyzwyczajeniach. Jednemu pójdzie łatwiej innemu nie, ktoś odniesie szybki sukces, ktoś inny powoli będzie parł do celu ale jednak coś tam tymi szarymi komórkami ruszać trzeba. Najlepiej okazuje się, że cały czas warto dbać o UWAŻNOŚĆ. Tego co się mówi, robi i MYŚLI. I dobrze czynić to z radością i lekkością oczywiście 🙂

lepiej jak rosną za duże niż siedzą przy ziemi za małe…

Czego się więc boimy gdy jesteśmy już u kresu, u końca realizacji naszego mega pragnienia? Że życzenie owo się właśnie spełni? Czy nie na tym nam właśnie zależało? Czy tylko tak się wydawało? Czasami okazuje się, że te obawy są tak mocno zakorzenione w naszej głowie/psyche/podświadomości, że na pstryknięcie palcem mimo chęci najszczerszych eliminacja ich nie działa. Tym bardziej, że niepokój pojawia się dopiero przy finale. Wcześniej rozum myśli (dobre sobie), że ze wszystkim już sobie poradził, przerobił (o, świetne słowo) i jest git. Marzenie nadciągaj, jestem, stoję tu… Jebnij mnie w głowę. I… jeb. Jebło. No co zdziwiony? Ano tak i to bardzo. I co teraz? Nie wiem, a znasz to?

Uważaj na marzenia bo mogą się spełnić…

Może tak być u ludzi z niską samooceną i pewnie jakimiś innymi fiksami też ale strach wyłazi sobie i już. Brak w wiary w siebie i poczucie nie zasługiwania na dobrostan. A wydawało nam się, że jesteśmy już tacy do przodu 😉 Może nawet być taki potencjał energetyczny uruchomiony z poprzednich pokoleń (energia nas tworzy z energii więc to co działo się wcześniej ma znaczenie). Taki kolejny myk, ciekawostka i zarazem bardzo interesująca sprawa.

Błysk, który ciapnął nas w nieodpowiednim momencie

kiedy np. coś przykrego stało się w naszym życiu. Zaskoczyło nie tak jak by miało i uruchomiło nie to co trzeba, co ciągnie się później za nami nawet całe życie. Czasami już nie pomoże nawet (klasyczna) psychoterapia ani (w dodatku) żadna inna apia i walczymy z wiatrakami. Gdy już liźniemy temat i trafimy na pomoc kogoś takiego kto wie co z nas wyciągnąć z poprzednich rodzinnych zdarzeń to nawet daje się w niektórych przypadkach (nie u każdego jest potrzeba aż takiej głębokiej terapii) połączyć szybko pewne rzeczy w jakąś całość. Oczy otwierają się szeroko ze zdziwienia, że możemy coś takiego (potencjał energetyczny) przenosić i to, co działo się z naszymi pra dziadkami i rodami ma olbrzymie znaczenie. Otarłam się o coś takiego, tzw. terapię rodową i muszę przyznać, że robi wrażenie. Przepina się później kanały energetyczne na specjalnych matrycach. Wiem, że brzmi dość odlotowo ale to wszystko oparte jest na fizyce kwantowej.

Poczuj to, jesteś energią.

Jak wszystko co nas otacza. Jak nasze myśli i słowa wypowiadane na głos. Ale zaprzestałam kontynuowania, bo zupełnie zwykły człowiek jestem, z powodów czysto ekonomicznych (drogo i tyle). Może to wytłumaczenie, oczywiście, ktoś ma prawo tak uważać i dla chcącego nic trudnego ale jednak powiem „cóż „… Drogo dla mnie of kors, dla ciebie może nie 🙂 Poza tym jak zwykle punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i gdyby porównywać cennik z ustawieniami Hellingerowskimi to rzeczywiście tanio.

I dopiszę, że miałam niesamowite odczucia, zadziało się ze mną coś szalenie intrygującego,

otworzyły się niemal natychmiast jakieś kanały przepływu informacji

na poziomie mentalnym i umysłowym. Czułam, że ta metoda na mnie działa i jestem w stanie pozbyć się swoich przypadłości tych bardzo uciążliwych zatruwających mi życie i jego swobodę. A do tego uzmysłowiłam sobie, że nie jestem za to odpowiedzialna ani tym bardziej niczemu winna. Po prostu taki, a nie inny potencjał energetyczny uruchomił się w jakimś momencie mojego życia i zaczęłam funkcjonować pod jego wpływem. Jedna trauma wystarczyła. I to jest piękne, że pozbyłam się tej ciążącej na mnie frustracji, że mogłabym inaczej, a nie potrafię. Ano nie potrafię, bo energia z poprzednich pokoleń ciągnie mnie w dół i zwodzi na manowce lęków i nerwów. Przez co nakręca się spirala coraz groźniejsza dla duszy kiedy to szamoczemy się z czymś w środku i nie potrafimy pozbyć.

Teraz, będąc tego świadoma po rodowych kęsach coraz częściej sama się wyłapuję na procederze i wybaczam sobie niemal od razu niecne zapędy psychiki/uczuć (bo jednak to uczucia nakręcają psyche i kiedy zaczynamy czuć wewnętrzny lęk, taki w sercu i żołądku, każdy inaczej ale zapewne wiecie co mam na myśli to rozum natychmiast w to wchodzi produkując jeszcze więcej czarnych scenariuszy) w nie te meandry co trzeba 🙂 Nawet jeżeli argumenty lęków są bardzo rzeczowe i przekonujące staram się przypominać sobie to ukryte drugie dno, które mną kieruje. No na pewno nie jest to świadomość. Tu akurat sprawa jasna jak słońce, ona nami nie steruje.

czasami dobrze chodzić z głową w chmurach 😀

Nie mam nic na swoją obronę, że nie kontynuuję terapii (prócz miliona przyziemnych spraw, w tym nieprzewidzianych wydatków). Tak czasami wychodzi, że się chce, a jakoś nie można. Czy to możliwe? Sama nie wiem. Czy to podświadoma ucieczka przed konfrontacją? Bardzo prawdopodobne, a niekiedy zupełnie trafione (choć herbata lubi mierzyć się ze sobą). Nie potwierdzam nie zaprzeczam ale wiem, że jesteśmy tylko i aż ludźmi. Jest nas miliardy, różnorodnych postaci, każdy inny i tak naprawdę jedyny w swoim rodzaju. To fantastyczne. Ale jesteśmy też częścią podświadomości zbiorowej, każdy jest falą i wszystkie się wzajemnie przenikają. Dlatego tak ważna jest uważność siebie i tego co nas otacza też. Panowanie nad swoimi myślami, sterownie nimi, w którą stronę podążać. Dbanie o ciało i ducha. Życia w wewnętrznej harmonii, uspokojeniu emocji i koncentracji na teraźniejszości. To jest możliwe. I odpuszczenie sobie wszystkiego wraz z  dopuszczeniem do siebie miłości i ufności, że wszystko jest i będzie dobrze 🙂

A marzenia, nie wiem czemu ale sądzę, że jak mają się spełnić to i tak się spełnią, bez względu (a może nawet czasem tym bardziej) na wszystko i na przekór wszystkim 🙂 kropka

i znowu te matki

Lubię czasami trochę poprowokować ludzi 🙂 I tak na przykład

uśmiecham się do przechodniów na ulicy

lub pań ekspedientek w sklepach i innych jednostek społecznych. Niby nic takiego, prawda? Zadziwia jednak skostniałość polskiego społeczeństwa kiedy to na zwykły i pospolity uśmiech reagują na tyle różnych sposobów tylko nie… uśmiechem.

Chociaż im częściej świadomie praktykuję owy zwyczaj tym więcej ludzi jednak odwzajemnia moje radosne emocje.

Pierwszy dzień – nazwijmy to eksperymentu bo nie z przypadku się kielczyłam tylko nakierowana byłam na reakcje ludzi, a do tego rzeczywiście wiele sytuacji, nawet prozaicznych np. na ulicy wywołuje po prostu uśmiech i pojawia się sam – był zaskakujący. Niektórzy patrzą zdziwieni, starsi na ogół rozglądają się dookoła jakby szukali wzrokiem kogoś innego obok siebie, młodzi chętniej się rewanżują, a najsłabiej chyba (niestety) matki z dziećmi. I znowu te matki 😉

Bea Herba ze swoim Herbatnikiem. Lubimy ludzi, którzy lubią się śmiać 🙂

I sama będąc taką właśnie matką z dzieckiem kompletnie nie rozumiem

tej ponurości spojrzenia, wzroku wbitego w ziemię i zero jakiejś zwykłej życzliwości. Matule mam wrażenie celują w smutasowaniu, być może przygniecione poczuciem nadmiaru obowiązków, może zmęczone pociechą i zakupami, może to, a może sro. A może tylko ja to tak postrzegam i właśnie matki zauważam? Na pewno miny mają często zacięte i ani grama uśmiechu. Albo uśmiechają się odwrotnie tzn. kącikami ust w dół. Mejbi bejbi.

Faktem jest, że będąc gościem na zagranicznych wojażach chyba nigdzie nie spotkałam się z takim zaskoczeniem na zwykły, najzwyklejszy uśmiech. I nawet w naszym kurorcie jeziorowo wypoczynkowym nastroje zmianie uległy i niegdyś ludzie jakoś tak spontaniczniej i ochoczo reagowali na siebie czy nawiązywali znajomości. Przenosząc spostrzeżenia na grunt wiejski sytuacja więc wygląda dość podobnie i na 20 spotkanych przypadkowo ludzi jakieś 2 odwzajemniają pozdrowienie czy w ogóle wyrażają jakąkolwiek chęć do uczynienia tego. Kierowcy z kolei to kolejna inna wredna nacja (ani uśmiechu ani nawet kultury jakiejkolwiek za grosz. I często czym piękniejsze auto tym wredniejsza gęba – chociaż znowu może to ja coś takiego wyłapuję).

A jak się powie komuś nieznajomemu do tego „dzień dobry”… Oooo to już czasem zaczyna bardzo przezywać ta osoba sytuację, od razu widać, że milion myśli przelatuje przez jej głowę w tym pada najważniejsze pytanie: SKĄD skąd skąd ja ją znam, lub skąd ONA zna mnie 🙂

Oczywiście trzeba kogoś znać żeby wyrzec słowa przywitania i oznaki uprzejmości ujawnić 🙂

to dopiero szczęście  🙂

Nooo dobra, przesadzam. Skoro coś takiego robię, to tak jak wspomniałam na początku, ludzie zaczynają odwzajemniać co bardzo polubiłam i motywuje mnie do dalszego niecnego postępku. Poza tym nie jestem odosobnionym przypadkiem (przynajmniej w czymś). Bo idzie sobie taka beatka wariatka drogą i cieszy się, że słońce świeci, że trawa zielona, że nie ma akurat kataru alergicznego i nos wolny, że dziecko podskakuje szczęśliwe obok, że niemowlak w wózku się do niej uśmiecha, że powstrzymała się od zeżarcia glutenu, ot takie zwykłe malutkie drobiazgi, które sprawiają, że zatrzymuje się w ulubionym (i niezbędnym) TU I TERAZ. I te sekundy zespolenia z Wszechświatem i połączenia z Ziemią działają na mnie uskrzydlająco. Bosa stopa postawiona na trawie, przytulenie (jakiegoś) psa, pogłaskanie swojego kota, gorąca kąpiel albo zimna w jeziorze jest tego całe mnóstwo dzięki czemu można w danej chwili poczuć szczęście absolutnie całym sobą i zestroić z Kosmosem. Nie euforycznie, po prostu zwyczajnie czuję się wtedy szczęśliwa. O  niczym nie myślę tylko się sobie cieszę 🙂 Ze wszystkiego co tylko do głowy mej przychodzi i serce podpowiada. Dlaczego nie, wszak zrobię chłopakom dobrą rybę na obiad, którą udało mnie się dostać, a czasem nie zdążę po świeżą, nigdzie się nie spieszę, mam zdrowe dziecko i piękne życie, którego nie zamieniłabym na żadne inne 🙂 Żyję i to też jest powód do radości 🙂

Dlatego zachęcam do prowokowania większej ilości stanów zachwytu i krzewienia pozytywnej energii samemu. A jak nie dajemy rady to odwzajemnijmy te, które płyną do nas od innych ludzi. Bo płyną!!! Czasami może tego nie dostrzegamy (nie chcemy bo wolimy i łatwiej jest narzekać), a wystarczy spojrzeć nieco dalej niż czubeczek własnego nosa i wyjść poza własne problemy i smutki 🙂 Dobrze też robi terapia śmiechem i to naprawdę działa! Na początku wydawało mi się całkiem odjechane, może nie skuteczne ale zwracam honor. Nawet jak zaczynamy śmiać się z jakiejś bzdury trochę na siłę to później idzie już z górki 🙂

Ps. Widzę ostatnio w necie rozdmuchiwanie takich chyba trochę sztucznych problemów, typu, że ciężarnym  nie ustępuje nikt miejsca w kolejkach i tramwajach, że z dziećmi nikt nie przepuści itp. Byle biadolić. Jak zwykle matki szturmem pod takimi postami wypisują jaki świat jest podły, jak w 9-tym miesiącu ciąży NIKT miejsca nie zwolnił, nawet jak się sama domagała. Łe rety ludziska! A mnie wszyscy zawsze przepuszczali i do dziś tak jest. Może dlatego, że sama zawsze tak robiłam i walczyłam o ciężarne, wpuszczałam babki z dzieciakami i byłam przychylnie do nich nastawiona. W myśl mojej ulubionej zasady CO SIEJESZ TO ZBIERASZ 🙂 I gdyby tak szczerze przeanalizować swoje zachowanie to dostajemy dokładnie to, co sami dajemy 🙂 Nawet jeżeli nam się to nie podoba i wydaje kompletną bzdurą. To tym bardziej warto zastanowić się chwilkę nad tematem i sobą, cmokasy herbatasy :**

chwila samotności na łonie przyrody wyzwala nieziemskie odczucia wdzięczności i radości 🙂

katastrofa wielkopolskich jezior !!! z aferą w tle

Będzie więc o katastrofie przyrodniczej być może nie do naprawienia 🙁

Niestety sobą bym nie była i czuję się nawet w obowiązku nadmienić o tym, że martwi mnie poziom wielkopolskich jezior i zabieranie wód przez pobliską kopalnię Konin. Już od paru ładnych lat zauważam, że poziom wody jest coraz niższy i to prawda, że Powidzkiego Małego niebawem w ogóle nie będzie. Nie rozumiem argumentacji, że niby kopalnia węgla brunatnego daje pracę wielu ludziom, a przepraszam turystyka to gips? Przecież dzięki niej żyją setki rodzin, Polska jest teraz bardzo popularnym kierunkiem turystycznym i przeżywa prawdziwy (ponowny) nalot. Dzięki temu rybacy i agroturystyki mogą wyżywić rodziny i zarabiać. To się nie liczy? NIE POJMUJĘ! A ludzie? Nie mają prawa do korzystania z piękna tego świata? Być może gdybym tu była na stałe próbowałabym czegoś więcej się dowiedzieć no ale przecież

nie jestem w żadnej gazecie zatrudniona, zrezygnowałam z lokalnego dziennikarstwa już wiele lat temu, między innymi przez to, że nie można było pisać prawdy

to kto mi coś w ogóle powie (prasówka jest przepustką do wywiadów w takich sprawach). Niewiele się zmieniło i w lokalnych mediach głównie nadają o dupie maryny (popularna ta maryna, nie ma co) i festynach okolicznościowych. Ewentualnie o wypadkach i przybywających żołnierzach amerykańskich stacjonujących w tutejszej bazie lotniczej 33. Którzy to nota bene jeżdżą bryczkami po wsiach i patrzą na wszystko jak na jakieś zoo 🙂 No tak, Polska wieś – jak żyją takich dziw nie widzieli. Dla przykładu jeden z tygodników i jakże istotne poruszone w nim sprawy…

za to takie widoki mogą niebawem pójść w zapomnienie

Do niedawna kopalnia kłamała, że wody nie podbierała z jezior tylko, że klimat nagle zrobił się stepowy. Dobre…

Władze kopalni przedstawiają własne ekspertyzy i od lat powtarzają: – Wielkopolska stepowieje. Klimat się ociepla. Jeziora wysychają właśnie dlatego. Nie mamy z tym nic wspólnego – fragment tekstu z gazety krakowskiej z 2010 r.

Przejeżdżając obok owej kopalni gołym okiem widać całe koryta transportowanej wody* i utworzony niedaleko zbiornik wodny. Dlatego pojawiło się na stronie kopalni coś takiego:

Wydobycie węgla brunatnego wymaga jego odwodnienia i odprowadzenia znacznych ilości wód kopalnianych. Odwodnienie złoża okresowo może mieć wpływ na wody powierzchniowe i podziemne. W celu określenia wpływu odwodnienia złoża na otaczające środowisko prowadzony jest monitoring środowiska wodnego.

*Edit: zupełnym przypadkiem podczas naprawiania naszej klamki przez tubylca dowiedziałam się co następuje. Żeby wydobyć węgiel brunatny najpierw trzeba się pozbyć wody, która to jest z pobliskich jezior. Dopiero wtedy można zacząć kopać. Kopią w różnych miejscach i dlatego trafiają na różne źródła od poszczególnych akwenów wodnych (ależ cudownie jest to wszystko ze sobą połączone, cała ta nasza planeta). Mieszkańcy sytuacją są bardzo przejęci. Ale to nic w porównaniu z tym jakie pewnie idą wałki z planami, żeby kopalnia oddała wodę. Tak sobie myślę, że realizacja opóźnia się z racji komplikacji przeprowadzenia machlojki finansowej na tak dużą skalę.

I co? I jajco. Napisali światu jak pięknie i kolorowo, że dzięki kopalni kwitnie region, a jeziora schną sobie dalej. Poza tym kłamią. A skoro nikt (z dziennikarzy) nie drąży tym bardziej kopalnia ma w nosie walkę ekologów. Co oni sami mogą zrobić? I jak to się mówi dupa zawsze z tyłu…

Bo temat aż się sam narzuca i prosi ale pewnie strach w oczy zagląda żeby posady nie stracić i dupsko trza lizać tu i tam co by się na powierzchni pseudo medialnego świat(k)a utrzymać.

Znalazłam newsa z marca tego roku jakoby woda miał być do jezior dopompowana. Wypowiedział się senator PIS (niegdyś z Gniezna) Robert Gaweł dla radia Merkury. Koryto więc od lat to samo, a wieści o uzupełnieniu zbiorników szerzą się od 2015 roku. Woda będzie pochodzić z kopalń odkrywkowych, które tę wodę odciągają i teraz to już naprawdę robi się NIEZŁY WAŁ. Akcja dopompowania wody to koszt kilkunastu milionów złotych ! A czy kopalni nie trzeba będzie przez przypadek za tę operację zapłacić? I pieniądze będą przepływały (jak ta woda) między państwem (gminą? województwem? dotacją z Unii na zniszczone środowisko?) a kopalnią? Czy zapłatę dostanie tylko firma dopompowująca wodę? I skoro tak się żrą to wiadomo o co chodzi. Będą teraz walczyć między sobą kto ma ten tort pogryźć. Tylko, że jeziora usychają dalej i…

(może) jest afera i skandal nawet też…

A nie lepiej chronić to, co mamy i szanować za wczasu, a nie później ratować za wszelką cenę? Nie, bo ktoś na tym ZARABIA. Jeżeli popłynęłam sprowadźcie mnie na ziemię, pliss. Nigdzie nie znalazłam publikacji pod takim właśnie kątem. Czyżby żadna osoba w ten sposób nie skojarzyła faktów

czy jednak jest zmowa milczenia

i np. jeżeli taka kopalnia Konin reklamuje się w jakiejś gazecie to nikt nie wydrukuje tekstu o nich? To oczywiście moja wyobraźnia (plus doświadczenie na własnej skórze zdobyte). Ale ciekawa jestem czy temat znowu ucichnie i wróci dopiero za rok przed sezonem? Zobaczymy też

czy jednak kopalnia odda łaskawie wodę, którą „niechcący” zabiera?

piękny jest ten nasz świat …

Czy zamierza tę wodę stargować?

Później będą wszyscy płakać, że turystyka zaniknie i po jeziorze najpiękniejszym w Wielkopolsce śladu nie będzie. Bo nie będzie. Czeka go ten sam los co jeziora: w Przyjezierzu i Skrzynka (Wilczyńskie i Niedzięgiel też niebawem do nich dołączą. Pamiętam jak za dzieciaka plaża w Skorzęcinie zaczynała się dużo szybciej, a huśtawki stały zupełnie w wodzie co uwielbiałam. Teraz tak kminię, że proces wysychania jezior trwa wiele wiele lat). Wtedy się zacznie lamet. I dyskusje CO trzeba było zrobić. Szukanie winnych. A może nie? Bo

kogo obchodzi los naszej cudownej planety,

kogo to w ogóle interesuje (prócz garści oszołomów) skoro nie ma na tym aż takiego zarobku jak na węglu? Zysku z perfidnej ingerencji człowieka w to co mamy najcenniejszego – dziedzictwo przyrodnicze. Coś, czego już nigdy nie odtworzymy. Gdyby nie byli tak pazerni i wydobywali mniej zapewne natura by sobie jakoś z tym poradziła. A radziła sobie wiele lat gdyż odkrywka ta istnieje od czasów wojennych i NIGDY takich problemów, na TAKĄ skalę nie było. Ale nie, plany są na kolejną inwestycję ale w nową kopalnię.

Kogo z mieszkańców Gniezna i okolic (ale nie tylko bo zjeżdżają się tu ludzie z całej Polski) interesuje, że niebawem nie będą mieli gdzie tak blisko wypoczywać? Że znika kawał pięknego świata na naszych własnych oczach?

Teraz jeszcze jest co ratować i wierzę, że po dużym Jeziorze Powidzkim niektórzy nie widzą ubytku ale ktoś, kto z nim żyje za pan bart i zna jego cykle widzi i wie swoje. Ludzie są przejęci i ochoczo opowiadają o swoich prywatnych spostrzeżeniach jak i donoszą wieści poparte praktyką i wiedzą zaczerpniętą z pracy w tejże kopalni. Kopalni, której właścicielem posiadającym pakiet większościowy jest Zygmunt Solorz-Żak. Tak wyglądają układy finansowe na szczycie. I wiadomo kto się nachapie najwięcej. Tylko dlaczego kosztem Bogu ducha winnej przyrody i takich wielkich czystych jezior…? Niemniej tak się właśnie robi duże interesy, po trupach. Mają nas i ten kraj głęboko gdzieś, a sami wypieprzą po świeże powietrze na prywatne wyspy. Teraz priorytetem jest dorwać się do kasy na regenerację jezior. Powiedzmy to otwarcie. Bo gdyby nie o to chodziło woda dawno by już była na swoim miejscu, a przede wszystkim kopalnia nie mogłaby tyle wydobywać i byłaby na to jakaś prawna regulacja, której musieliby przestrzegać. Ohyda. Wszyscy tacy sami w obliczu mamony.

Więc o babie na rowerze na pocieszenie też coś będzie… 🙂 

Czasami człowiek czuje się jak to dziecko. I okazuje się, że do szczęścia niewiele potrzeba. Wystarczy wiatr we włosach i rower (noo z tym wiatrem to przesadzone ale brzmi ładnie). Oczywiście okoliczności przyrody ważne tło stanowią i nie wiem czy w miejskim zgiełku miałabym podobne odczucia. Może tak, a może nie.

żółta strzała jest wspaniała 😉

Bo z takim bieganiem na ten przykład nie bardzo potrafię po chodniku i mimo, że park niedaleko to jakoś męczę oczy i ciało szybciej też. W lesie wszystko przychodzi samo, ten zew przyrody i ruchu pojawia się po prostu nieoczekiwanie  i nawet jak myślę, że nie dam rady niesie mnie po prostu przed siebie. I już już leżę gdzieś tu i tam bardziej lub mniej nasłoneczniona i już już sądzę, że to jest mój relaks wymarzony kiedy nagle pojawia się dziwne uczucie, które sprawia, że ruszam się z tego ciepłego i wygodnego miejsca i lecę 🙂 A później czuję się cudownie wyczerpana i paradoksalnie naładowana nową energią.

bywa mroczne i ciemne 🙂

Żółta strzała jest wspaniała. Dostarcza poczucia wolności i daje autonomię. Nie mogę przestać jeździć i przypominam sobie dzięki temu co czują najmłodsi. Euforia, radość, las, droga i ja. Wjeżdżam w kałuże i pędzę za szybko (nie mogę się powstrzymać i tylko w bardzo sprzyjających okolicznościach). No i jezioro, każdy zakątek na nim inny, czasami jest jak morze, z piaskiem delikatnym i błękitną wodą, a czasami mroczne, wietrzne i groźne. Zależy z której strony człek się doń zbliży. Jestem zachwycona tą różnorodnością i co roku, co przyjazd wręcz przeżywam to samo zauroczenie. Od początku do końca. Zakochana po uszy.

czasami jest jest jak morze 🙂

I miało być miło, a wyszło jak zwykle. Cóż, taka gorzka ta Herbata czasem. Niby słodka, a piołun… Ale proszę Was pismaki, ruszcie tyłki i zróbcie coś! Piszcie chociaż o tym. Przecież tu przyjeżdżają Wasze dzieci, a i sami Wy szpanujecie, że to Wasz teren.

A ja jadę zatem dalej i pozytywnie afirmuję, że przecież może się w każdej chwili coś zmienić na plus i ta Unia zakaże w końcu wydobywania węgla kosztem niszczenia świata, dóbr lokalnych i przy okazji, w konsekwencji, życia ludzi też. Gdzie są te kary nakładane przez Unię za degradację środowiska? Dlaczego pieprzona kopalnia nie płaci za zniszczenia? Chociaż nic nie wróci wody i nie zapełni akwenów (no, może ci, którzy je wykańczają podejmą wyzwanie). Przypominam, że Jezioro Powidzkie ma jedną z najczystszych wód w Polsce.  Bo tylko o hajs jak zwykle chodzi, ale nie Twój człowieku jeno tych co na górze samej siedzą i takim węglem handlują. A resztę mają gdzieś, zwierzęta, jeziora, lasy i nas… Dlatego być może niebawem nie będzie tego świata w takiej postaci w jakiej go znamy, a następne pokolenia będą mieszkać w jakimś podziemiach… Za to bogacze odlecą na inne planety zagospodarowane specjalnie dla nich 😉 Tfu tfu tfu przez lewe ramię 😉

Dobre leśne duchy, miejcie nas i ten (pojebany) świat w opiece, amen.

Mamę przepraszam za brzydkie wyrazy 🙂

rowerzyca górska

Tak człowiek marzy o urlopie, odpoczynku i wolnym czasie tylko dla siebie, że jak już go ma to… kompletnie nie wie co ze sobą zrobić. I okazuje się, że aklimatyzacja przebiega powoli, postępuje ślamazarnie i jedynie wyspać się w ciszy zupełnej można. I niby coś by się tam chciało, gdzieś ruszyć, może nawet czas jakoś użytecznie zagospodarować a… nie chce się po prostu.

Nie chce się ani chcieć ani nie chcieć.

Taka przewrotność losu widocznie. Że jak już dostajemy to, czego chcieliśmy to nie umiemy z tego korzystać. Oczywiście to tylko przejściowe, szybko przyzwyczaję się do dobrego, do garów też (kiedyś) wrócę w swoim czasie, zaprawy i przetwory nie uciekną. I może dobrze, że we wszystkich pobliskich miejscowościach (czyt. wiochach) nie ma na sprzedaż ani 1 (słownie: jednej) truskawki gdyż uchroni mnie to przed terroryzmem dżemowym. Inaczej miałabym wyrzuty sumienia, że są, czerwoniutkie i pachnące, a ja zamiast smażyć grzeję i smażę ale swoje własne dupsko w kompletnej bezczynności na słońcu. Lub na kocu, łóżku, trawie i innych miejscówkach do polegiwania stworzonych. Wybredna nie jestem, byle się opalać lub dżem-ać 🙂 Bom blada jak ta zimowa zwykła… dupa wlaśnie (ups, no przepraszam maaamooo).

buuuu ….

Doznałam też pierwszych obrażeń dosiadając po latach nie ujeżdżania roweru swego nowego (nowego dla mnie, a starego dla świata). Który to dostałam w prezencie i rodzina świadkiem, żem go sobie wyczarowała. Ponieważ od 2-óch (tak tak tylu aż) sezonów planowałam zakup jegomościa do celów przemieszczania się po lasach i jagód łapania, a cały czas coś stawało na drodze,

zaczęłam sobie (starym ale jakoś zapomnianym ostatnimi czasy sposobem) czarować.

Już słyszę śmiech moich chłopaków jak to przeczytają (tzn. duży sam, małemu trzeba pomóc) ale dobrze pamiętają jak świadomie wzywałam z niebios rower i go do siebie przyciągałam. Teraz mogę wyznać to publicznie. Bo przybył. Znikąd, a w zasadzie od znajomego. Usłyszał mentalnie akurat on ale do kogoś hokus pokus dotarło i rower też właśnie niedawno przybył do mnie osobiście. Bez kasy, za zupełne darmo (noo może za jakieś małe przysługi po drodze, zwykłe herbaciane i wynikające z cech mego charakteru na stanie posiadanych) górska damka, która to miała być damką zwyczajną i przede wszystkim wybitnie wolną. Taką, na której powiozę też syna.

No nie jest ani zmulasta ani tym bardziej wolna, wręcz przeciwnie, szybka i przyczepna do drogi wyjątkowo. Siodełko niestety zapieczone i za wysoko, sama nie opuszczę ale sobą bym nie była gdybym go (a może jednak jej, rowerzycy górskiej) nie dosiadła. Korciło bardzo żółtą strzałę wypróbować. Ale cóż, niedopasowana wysokość sprawiła, że oczywiście z hamowaniem na ogrodzie problem był. I pierwszy raz (chyba hihi) przyznać muszę mojemu ukochanemu rację, że się o mnie boi i jak usłyszał co to za pojazd to się lekko (nawet) wystraszył czy zaniepokoił? Zna mnie jednak i wie, że mogę stanowić nie lada niebezpieczeństwo dla otoczenia i co gorsza (może) samej siebie 🙂

ogród jednak za mały na rozmach herbaciany 😉

Miałam być zwykłą babą na rowerze a nie jak to dzikie zwierzę 🙂

Ale oczywiście cieszę się niezmiernie z tego co od Losu dostałam bo jednak DOSTAŁAM i potwierdziło to teorię, że

WSZYSTKO absolutnie WSZYSTKO można do siebie przyciągnąć.

Czuję prawdziwe szczęście, że eksperyment się powiódł, sama na początku jak głośno rower do siebie wzywałam wahnięcia miałam ale z racji tej, że już nie raz sobie coś tam wyczarowałam brnęłam dalej mimo uśmieszków (serdecznych) rodziny. Która to zresztą czasem do mnie przemawia: noo weeeź wyczaruj coś… Tak więc

namawiam wszystkich do przyciągania do siebie tego czego pragną,

a sama zachęcona rezultatem jakże dla mnie cudownym działam w tej materii dalej. I śmiem praktykować czary mary teraz na inne zamówienia. Nawet jak realizacja opóźni się w czasie to nic nie szkodzi.

nie ma się co podniecać, tak było w zeszłym sezonie 😛

Jedynie, że na taki szybki pojazd nie zamontuję fotela dla dziecka ale za to po jagody będę śmigać co bardzo czasu mi zaoszczędzi. Teraz jeszcze muszę dorwać kogoś we wsi do siodełka i tu o tyle jest szkopuł, że chłopa wszędzie pełno ale baby nad wyraz przewrażliwione na punkcie innych bab 🙂 A już na pewno tych turystycznych. A ponieważ dawno mnie nie było na razie jeszcze po swojsku nie jestem traktowana i zmieni się to dopiero z biegiem dni. Ciśnienia jednak nie mam, owszem, oddaliłabym się z chęcią moim jednośladem ale nie za wszelką cenę gdyż plątanie się bezczynne z kąta w kąt też mi wyjątkowo odpowiada i bardzo dobrze wychodzi 🙂 A może muszę wypocząć zanim pozdzieram asfalt 😀

Tak więc drżyjcie tak czy siak wiejskie drogi bo Herbata rusza, a jak już ruszy to nie wiadomo gdzie i na czym się zatrzyma 🙂 Kierowcy, miejcie oczy szeroko otwarte, ahoj przygodo 🙂 całusy herbatusy :*

koń by się uśmiał

Miasto – to dopiero twór żyjący własnym życiem. Potrafi człowieka pożegnać, nie ma co. Z wyjątkowym przytupem.

zawsze to atrakcja 🙂

I tak piątek poprzedzający niedzielny wyjazd okazał się dla rodziców dziecka swego nad wyraz rozrywkowy i w swoim towarzystwie wyłącznie własnym też można ulec zupełnemu zapomnieniu czasowemu. Sobota, starym zwyczajem, dniem kota (kocicy) oczywiście była więc to mąż sprawował cotygodniowy dyżur nad pociechą. Wstawanie zostało zatem przesunięte na późniejszą godzinę, a i tak z racji chwilowej rozłąki planowałam nie spać do południa tylko wspólnie z rodziną dzień weekendu świętować. I koń by się uśmiał bo

najpierw o 2 w nocy do uszu mych błogo zatapiających się w mięciutką poduszeczkę

(tylko zdrobnienia mogą stan odzwierciedlić 😉 ) dobiegać zaczęło zwykłe hau hau, które w nocnej ciszy brzmiało być może HAAAUUU HAAAUUU HAAAAAUUUUUUUU odbijając się o betony donośnym echem. Pomyślałam, że zaraz może przestanie, że ktoś go zamknął tego psa na jakimś balkonie (jeszcze nadzieję miałam), że może go ktoś narąbany zostawił przed blokiem i ze spaceru zapomniał… Może długie i szerokie niczym morze się zrobiło i później wcale nie było już tak miło. Ani tym bardziej zabawnie.

kocham psy ale w nocy lepiej jak śpią 🙂

Próbowałam więc medytacji i relaksacji,

przypominałam też sobie co robią mnisi buddyjscy,

którzy mogą medytować w każdych warunkach i nawet czasem udawało mi się odpłynąć. Do momentu jak nie usłyszałam zgrzytu klucza w zamku co zmusiło mię do wysunięcia nogi z łoża i nie podeszłam nieprzytomna do okna (celem namierzenia sprawcy uporczywego szczeku) i nie zobaczyłam nadal kompletnie zaspana mojego mena sunącego pod blokiem z rozwichrzonym fryzem celem przepędzenia z kolei tegoż psa. Wypasionego rudego kundelka. Tak więc już o 4-ej nad ranem jak świt do okien zaglądał tylko z oddali słychać było cichsze hau hau, które to czasem jeszcze gdzieś po przez senne majaki wracało w bardziej rozwiniętym tonie by o godzinie 6.50 zamienić się w… ryki i krzyki. Po psie ani śladu, za to…

na nich liczyć zawsze można, jebani kosiarze trawników,

nigdy ale to przenigdy w soboty nie przychodzili lecz od pewnego czasu blokowiska schamiały chyba ostatecznie i mieszkańców za nic mają. Zwłaszcza tych co w tygodniu pracują, a w taką sobotę chcieliby pospać chociaż do tej 9-tej. Nie mam na myśli siebie (matka wszak wolnym nie dysponuje) tylko faceta swego jedynego, którego bardzo mi żal było, bo najpierw ten (nie mniej jebany) pies, a później trawiarze mada faka pasjonaci. Wyrzynacze osiedlowych krzaków jak zaczęli koncert (i nie pomogły nawet zamknięte okna) to dziecię dosłownie 3 minuty później otwarte oczy szeroko miało i w oknie stało. Zachwycone może nawet: mamao mamamooo patrz ILE kosiarek przyjechało, patrz, musisz mamo to zobaczyć koniecznie, bo jest też baaardzo duży traktor…

Tak syneczku, of kors (a w głowie o niiiieeeeeeeeee niiiieeeeeeee noooołłłłłłlłl noooołłłłłlll i o wiele brzydsze słowa poleciały, których tym razem nie przytoczę). Mama z perspektywą ulotnienia się jakoś więc przetrwała ten niemy kryzys, w kłębek się zawinęła i na siłę uszy zamykała. Bo po 8-smej skończyli! Tak, przeszli na drugą stronę bloku. Ale dziecko pozamiatane, nie uśnie ponownie, bez szans. Ostatecznie tata poszedł na przekupstwo i w zamian za drzemkę obiecał motor 🙂 Trzeba sobie umieć radzić i czasem z różnych metod się korzysta.

buddyjscy mnisi medytują w każdych warunkach to czemu nie ja 😉

Tak czy inaczej gdybym nie wyjeżdżała to nie ręczę za siebie co bym z tego okna nawrzeszczała i jakiej zadymy narobiła. To pewne jak słońce świecące na niebie bo targał mną dodatkowo w darmowym pakiecie PMS. Dżizes mnie jednak uchronił i całe pobliskie otoczenie przy okazji też. Na zakończenie jeszcze przyszli o 15 kiedy to akurat zaczerpnąć łyczka szybkiej dżemki chciałam i chyłkiem oddaliłam się na spoczynek pod pretekstem pójścia do toalety. I nagle… znajomy świst i ryk ręcznej takiej małej ucinarki do żywopłotów. Wrócił dociąć (jebaniutki). Może krzaczek gdzieś wystawał.

Podróż z plecakiem ciężkim prawie tak jak ja i wysokim też prawie jak ja sama przebiegła pomyślnie. W przedziale stacjonował wespół z nami pan w wieku zbliżonym do mnie (nie powiem, ucieszyłam się z osobnika płci męskiej, krzepkiego i dość rosłego, bez nadmiernej konwersacji na ustach – z pobudek czysto egoistycznych jak i … jeszcze bardziej egoistycznych – bo przecież dziecię do WC 50 razy chodzić chciało to lepiej jak ktoś w przedziale siedzi, o plecaku nie wspominając), wydziarany przy tym bardzo przyjaźnie (pokarz tatuaż, a powiem ci kim jesteś… Haha ciekawe czy można się tym sugerować) i chętnie bagaż transportujący do samego końca. Silny chociaż jak go podniósł to się zdziwił ale sam napierał, że z siedziska na górną półkę położy za to od razu jak chwycił zapowiedział, że zniesie mi go na sam peron. A tak przy okazji plecaka to latem raczej i przynajmniej teoretycznie ale lżejszy być powinien… Ten odwrotnie, w cieple nabiera kilosów i rośnie większy niż zazwyczaj być może w symbiozie ze swoją właścicielką. Z tylu rzeczy przecież zrezygnowałam… Okroiłam ile wlazło.

bardzo zachęca do przetworzenia 🙂

A wieś, cóż… tu zaskoczenia nie ma… (poza drobnymi psikusami). Cisza, zielono, soczyście i bujnie, ptaki śpiewają, bociany klekocą, a na ogrodzie jak tylko wyjdzie słońce upał i palma, bez czarny zaczyna kwitnąć na biało i sądzę, że pójdzie pierwszy na tapetę chociaż tego jasnego syropu nigdy jeszcze nie robiłam. Ale rośnie praktycznie pod oknem i wystarczy wyjść na ogród żeby zerwać. Widziałam też kątem oka, że krwawniki na długich łodygach z trawy wyglądają i łąki moje na mnie czekają (haha).

trio (w końcu) wyszło, dwóch od razu głodnych i spragnionych 😉

Co prawda spory kawałek siebie zostawiłam w metropolii, która to też jest domem mym i częścią mnie jak się okazuje bardzo silnie zakorzenioną. I dziwnie trochę bez tego hałasu, tramwajów, tłumów, nagrzanych ulic, znajomych szalonych – przynajmniej przez pierwszy moment. A zamiast śmieciarki budzi pianie koguta, też o świcie 😉 Pozdrawiam Was serdecznie  i herbacianie 🙂

Ps. Oczywiście musiał spaść deszcz… Po prostu nie mogło być inaczej 😉 Za to tchnął nadzieją, że do wystąpienia w bikini jest jeszcze szansa na małą, malutką, tycią choćby ale zawsze poprawę 😀