BAJKA BAJECZKA

Bajkę (bajeczkę) tę napisałam wiele lat temu dla mojego potencjalnego wtedy jeszcze dziecka 🙂 Została wygrzebana przez synka z dna szuflady, a jako osoba bardzo wstydliwa przedstawiam ją wyłącznie na prośbę domowników, zwłaszcza najmłodszego z okazji Dnia Dziecka 🙂 Bo przecież był List... to musi być i bajka 😉 

PRAWDZIWA BAJKA O TOSI I FRENDZELKU

I

Dawno temu, nikt nie pamięta już kiedy, na świecie pojawił się knurek. Podobno wietnamski, bo mały ale za to bardzo rezolutny. Ponieważ rósł tylko do pewnego momentu, a i starzeć się nie zamierzał, był beztroskim, 4-ero kilowym świnkiem. Jego pani nadała mu imię Frendzelek, a jej życie nigdy nie było już takie samo.

Frendzelek zaczął poznawać świat i otaczającą go rzeczywistość. Zobaczył, że po ziemi chodzi dużo istot na 2-óch nogach z pewnością do niego nie podobnych i zrobiło mu się smutno.

Pani z Panem są wspaniali ale to jednak ludzie – pomyślał i poczuł się bardzo samotny.

Nie uszło to uwadze jego państwa i zauważyli metamorfozę. Ryjek zrolował w typowy dla knurków rulonik, a ponieważ znał już parę słów w ludzkim języku oznajmił, że nie chce więcej być wesoły i czuje się zupełnie samotnym odmieńcem. Nie jest wszak ani popularnym psem ani nawet (zarozumiałym) kotem. Zobaczył już COŚ i zrozumiał, że wszystkie gatunki żyją w stadach i parach, że nawet latające pierzaste stworzenia nie są samotne i jest ich bardzo wiele.

Nie zdawał sobie jeszcze sprawy jaką niespodziankę szykuje mu życie…

Jego żal dotarł bowiem do serca pani i pana, a ci wspaniałomyślnie postanowili, że ich knurek nigdy nie będzie już sam. I tak pojawiła się na świecie Tosia, knurka pochodzenia prawdopodobnie brazylijskiego o typowo afrykańskich korzeniach. Koloru czarnego.

To był najszczęśliwszy dzień w życiu Frendzelka! Od tej pory wiedział, że już nigdy nie będzie sam i będzie miał z kim gadać w knurzym języku.

II

Tosia i Frendzelek rozpoczęli wspólną przygodę. Najpierw skupili się na dorastaniu i nauczeniu języka ludzkiego. Co jakiś czas dorastali od nowa i uczyli się wszystkiego też od nowa bo do końca nie dorastali nigdy. Wiek lat 3-ech to maksymalna granica jaką osiągali, a potem liczyli lata wstecz nie tracąc do końca nabytych umiejętności gdyż były to bardzo inteligentne świnki.

-Knurki, nie świnki, jesteśmy knur-ka-mi. Frendzelek knurek, a Tosia knurka- zakomunikowała ochoczo nowa.

Oczywiście trudno było zaprzeczyć gdyż na pewno nie mogły to być zwykłe świnki.

Ponieważ oprócz kwiku i chrumkania mówiły ludzkim głosem nie mogły za często bywać wśród ludzi. Zwłaszcza z powodu niewyparzonego języka i szczerości wypowiedzi. Raz w sklepie Tosia chciała dostać batona i zaczęła głośno kwiczeć i jeszcze syczeć na ekspedientkę. Ta nie byłaby taka zakłopotana gdyby nie padły słowa:

-No i co taka zdziwiona, kwii, knury też lubią słodycze…hhh…

Kobiecie zrobiło się słabo ale zanim się ocknęła nikogo przy kasie już nie było… „A ponieważ na świecie nie ma świń mówiących ludzkim głosem, na pewno WSZYSTKO to mi się zdawało” pomyślała roztargniona wierząc w to bezgranicznie.

-Ach ci ludzie, chrum, za duzi żeby zobaczyć, za mali żeby zrozumieć- naszło Frendzelka znikającego za pazuchą pana.

I dlatego już od pierwszych dni pojawienia się towarzyszki Frendzelka wiadomo było, że razem stanowią dobraną parę. Nigdy i nigdzie nie mogły chodzić same, zbyt dużo czyhało na nich niebezpieczeństw. Mógł ktoś na przykład zwariować, wystraszyć się albo porwać naiwne zwierzaki, które wierzyły tylko w dobre intencje świata. O istnieniu drugiej strony medalu nie wiedziały. Może jeszcze nie, a może nigdy się nie dowiedzą.

Bardzo lubiły zabawę i głównie po to żyły.

odkopane notatki beatki, z rysowaniem jest jak jest 😉

zimowe motyle

FRU FRU FRUWAJĄCE SZCZĘŚCIE

Jak dobrze było obudzić się w dobrym, a nawet cudownym nastroju. Wiedziała jednak, że z żadnymi emocjami przesadzać nie można i już nie raz przekonała się o tym, że nadmiar szczęścia szkodzić może tak samo jak nadmiar smutku. – Bzdura– zdziwiło się Serce. – Jak może szkodzić coś co pomaga żyć? – dodało. Może miało jakąś tam nawet rację i gdyby nie zasoby wiedzy i doświadczeń skumulowane zarówno w umyśle jak i w całym ciele, uwierzyłaby mu.

A więc pani ze szklanego ekranu oznajmiła uśmiechniętym tonem, że za spadek energii odpowiedzialny był nie kto inny jak zwykły i podrzędny niż pogodowy. Niż, który to zaniżał jakość Jej życia i oddziaływał na samopoczucie. Widocznie zjawisko podziałało na nią ZA bardzo. Chociaż miewała niekiedy takie skoki emocjonalne bez żadnych pogodowych anomalii ani większej przyczyny i nie wiedziała czasem czy zawdzięczała to niezbyt normalnej osobowości, która to lubiła płatać figle, podstępnym hormonom czy diabeł sam może wiedział czemu jeszcze.

-Widzisz Serce, nadmiar emocji nie działa dobrze, na nic i na nikogo. Tych dobrych też i zwłaszcza na ciebie- zaśmiała się. Postanowiła jednak, że dziś jest TEN dzień kiedy nie będzie sobie niczym przykrym ani poważnym zawracać głowy. Wierzyła w Energię. Po prostu. Dlatego bywała na siebie taka zła, wściekła, rozgoryczona nawet, że WIEDZIAŁA dużo i nic z tej wiedzy na dłuższą metę nie wynikało. Bo poddawała się swoim własnym słabościom, które potrafiły zdominować niemal Ją całą. A nadmiar wiedzy szkodliwy czasem wyjątkowo b y w a ł.

Zaciągnęła się Słońcem, które zajrzało przez okno i poczuła się wyjątkowo dobrze, spokojnie i bezpiecznie. -Jak super, że jest i kocha właśnie MNIE- znowu się uśmiechnęła.

Nie przeszło Jej nawet przez żadną, drugą ani trzecią myśl, że może to być tylko chwilowe zauroczenie. Nie wiedziała nawet czy cokolwiek postanowiła świadomie w tej kwestii, wiedziała jedynie, że jest Jej aktualnie miło i jest ot tak sobie szczęśliwa. Nie czuła żadnej potrzeby udowadniania nikomu tego szczęścia i argumentowania go na jakiekolwiek sposoby. Zresztą była egoistką. POCZUŁA to po prostu w sobie, w swojej duszy i głowie nawet też. A co sobie będzie żałować, poczuła to całą popieprzoną sobą. Poczuła i zobaczyła wiosnę w środku zimy i wyfruwające spod śniegu motyle. Nikomu tego nie odda ani nie pozwoli sobie odebrać. Może się za to podzielić.

Czy nie prościej by nam się wszystkim żyło gdyby Rozum też jednak czasem pomyślał?– zapytało Serce. Ale nikt mu nie odpowiedział, bo ani ona ani Rozum nie chcieli wdawać się w taką dyskusję i byli nastawieni wyjątkowo pokojowo, pobłażliwie i serdecznie. Serce bowiem zawsze wykazywało tendencję zaczepną i prowadziło swoją politykę. – Czy ty nie możesz cieszyć się tak zwyczajnie i normalnie z tego, co czujesz?- teraz zapytała Ona. Bim bam zabiło wesoło i uznała to za wystarczającą odpowiedź.

Mimo śnieżnych chmur na horyzoncie czuła lekkość i wyjątkową znośność bytu. Była już dużą dziewczynką i wiedziała, że wszystko jest zmienne, tym bardziej pogoda. Mimo to od otworzenia rano oczu każda czynność, dnia któregoś tam stycznia, sprawiała Jej po prostu zwyczajną przyjemność. Chciałaby na zawsze zatrzymać te uczucia przy sobie ale zdawała sobie sprawę, że na siłę niczego nie idzie zrobić i tylko luz działał na korzyść poprawy Jej myślenia. Luz, który jeżeli dawała sobie dawała też innym i całemu bliskiemu otoczeniu. I wszyscy mogli złapać głęboki oddech bezcennej fali życia samego w sobie. Bez pytań i bez odpowiedzi. Czuła też, że równowaga, której z reguły nienawidziła jest Jej potrzebna tak jak Miłość do normalnego funkcjonowania i wiedziała, że nie może tej szczodrości nadużywać. Że niczego w życiu nie mogło być za mało ani też za dużo. I im mocniej kogoś czy coś chce się zatrzymać przy sobie to tym bardziej się to wymyka i ucieka. I złapanie TEGO w niektórych okolicznościach przyrody graniczy z cudem.

Ale TERAZ pamiętała, że był JEJ dzień, dzień dobroci dla samej siebie. Dzień, który się nad Nią zlitował i który był jednym z najpiękniejszych w Jej życiu bo czuła wolność wszelaką i na różne sposoby każdą komórką swego istnienia. Wolność w swojej duszy, wolność od emocji, wolność od stanu posiadania, wolność od swojego popaprania, wolność od WSZYSTKIEGO.

Lubiła ten stan o smaku czekolady. Mlecznej. I pomyślała, że skoro nic nie trwa wiecznie to nie pozostało Jej nic innego jak się nim dobrze nasycić i wryć w niepokorną pamięć kolejne dobre i budujące uczucia… Tak, żeby zawsze mogła wydobyć je z zakamarków bezkresnej pamięci i przypomnieć sobie w razie potrzeby, że szczęście i dobro są na wyciągnięcie ręki. Zawsze.

Chociaż pamięć bywała wyjątkowo krótka i ulotna. Zwłaszcza tego, co pozytywne. -Ciekawe dlaczego?- przeszło Jej przez głowę ale bez żadnej kontynuacji tematu. Przynajmniej na razie.

Fru fru fruną sobie zupełnie banalnie przed siebie i za siebie dobre chwile (jak motyle) i nie wiadomo kiedy odfruwają za daleko… Postanowiła więc poszukać sposobu na jakieś przywiązanie ich do siebie i trzymanie na krótszej jednak smyczy…

dialogi na cztery nogi

UPADKI I WZLOTY

Dla Serca nie miało tak do końca znaczenia KOGO kocha i CO kocha. Znaczenie miało przywiązanie i upatrzenie sobie ofiary, która to czasami przypadła mu do gustu po prostu sama z siebie i bez szczególnego powodu. –Nie obrażaj mnie– usłyszała pomruk z oddali. –Aż takie bezinteresowne nie zawsze jestem. Z reguły kocham tego, kto jest przy tobie i jest dla ciebie dobry– kontynuowało już nieco bliżej Serce. Ale tak naprawdę chciało po prostu KOCHAĆ i tylko to się dla niego liczyło. Owszem, pragnęło wzajemności ale podskórnie czuło, że nie tędy droga. Że kochać ma ot tak, po prostu i już, bez zbędnej racjonalizacji. –Chyba naprawdę jestem chore na Miłość – pomyślało Serce. Ale tylko cichutko i krótko przez myśl mu to przebiegło, na tyle żeby go nie usłyszała. Wiedziało, że jak dotrze do Niej taka informacja od razu będzie chciała mu pomóc i się nim zaopiekować. Jakby miała mało spraw na głowie. Nie chciało dokładać Jej problemów, marzyło raczej żeby być dla Niej wsparciem i ukojeniem od trosk zwyczajnych i ogólnie przyjętych…

Co dziwnego jest w kochaniu? Ale może tylko ból serca, który czasem czuła, świadczył jednak o odchyłach od normalności NIE przeznaczonych dla normalnego człowieka…

-Co to jest ta normalność i dlaczego my jej nie znamy?- podsłuchał Rozum. –Ty chyba wiesz jak to jest? Przecież umiesz sobie wszystko wytłumaczyć? – odpowiedziało przemądrzale Serce. –Głupi Rozum, nic nie rozumie– dodało jednak w myślach.

Czy nie mogła ani jednego dnia przeżyć spokojnie bez tej całej wewnętrznej paplaniny? Kiedy to się w ogóle zaczęło? Chyba pamiętała moment i chyba stało się to bardzo szybko we wczesnym już dzieciństwie. Usłyszała gdzieś w zakamarkach swego (d)ucha te dziwne pytania i dialogi i nie miała innej sposobności jak się z tym zjawiskiem skonfrontować, a z ekipą zapoznać po prostu. Długo podobał Jej się nawet taki stan rzeczy bo mówiąc w ten czy inny sposób do siebie samej poznawała coraz bardziej swoje pragnienia, moce i niemoce i te zakamarki siebie, o których nie miała bladego pojęcia, że istnieją. Ale przyszedł wreszcie czas kiedy zamilkli i okazało się, że niczym dobrym ta cisza nie pachniała. –Może na chwilę znormalniałaś  jednak wtedy, co?– zadrwiło sobie Serce. -Nie poniżaj mnie- wtrącił się coraz bardziej otwarty Rozum, chociaż pytanie nie było przecież skierowane do niego.

-Dobra, przestańcie- powiedziała. -Wkurzają mnie te wasze dialogi na cztery nogi- wycedziła. Wiedziała, że ich kłótnie pozostaną bezsporne i że nie ona pierwsza próbowała pogodzić kompletnie niepokorne towarzystwo i to takie, które raczej do pogodzenia za chętne w ogóle nie jest i do zgody żadnej większej czy dłużej nie bardzo się nadaje. Gdyby to było takie proste dawno już by ktoś tę metodę opatentował i jeszcze na niej zarobił.

-Jesteś jednak głupsza niż przypuszczaliśmy- orzekli o dziwo zgodnie. Po co chciała walczyć z czymś, z czym i tak nie wygra? -Ale też nie przegram- pomyślała przewrotnie. Bo wiedziała, że przegranych walk stoczyła już ze sobą tysiące i to dzięki nim nabrała siły, a blizny utworzyły pancerz, z którym teraz nic i nikt tak łatwo sobie nie poradzi. I że zniszczyć Ją może tylko Ona sama.

Poza tym przegrana niekiedy oznaczała wygraną chociaż na początku tak to wcale nie wyglądało. Wiedziała, że za dużo myślenia powodowało u niej lasowanie mózgu i przybierało niebezpieczną formę doprowadzania Serca nawet na skraj rozpaczy i prozaicznych palpitacji. Małe czerwone i zagubione Serduszko z każdym dniem nabierało jednak coraz większej śmiałości, a wbite kolce nie kuły aż tak bardzo. Stanowiły jego nieodłączną część i wpisały na stałe w krajobraz bijącego mięśnia. Wrosły.

-Amputacja Serca nie będzie na razie konieczna- usłyszeli wszyscy nie znany im dotąd głos.  Wyrok został odroczony do nie wiadomo kiedy… Uff… odetchnęli z ulgą.

nastrój nieprzysiadalny

CIĄG DALSZY KOŃCA POCZĄTKU

Jestem w nastroju nieprzysiadalnym– wyrwało się cichutko nie pytane Serce. Zdziwiła się bardzo bo już dawno nic takiego nie miało miejsca. Przyzwyczaiło Ją, że zawsze ma coś do powiedzenia, do wtrącenia choćby między wierszami…

-Hej, jak to? chciałam cię o coś zapytać… ? Cisza… zadrżało tylko delikatnie i nie wydało z siebie żadnego dźwięku. Zaniepokoiła się. Nie zwiastowało to niczego dobrego. -Boi się- pomyślała. Czyżby znowu wpadło w szpony najmniej oczekiwanego, wątpliwego „przyjaciela”, nieproszonego gościa może bardziej nawet… Lęku?

Nie chciało nic powiedzieć bo nigdy do zwierzeń w tej kwestii skore nie było i w tejże delikatnej materii swojej fizyczności miało zwyczaj kryć przed Nią te swoje nieprzyjemne spotkania. Czarne jak noc tajemnice jegomościa, który czasem kompletnie znienacka odwiedzał i zapuszczał się w te wrażliwe rejony. Niekiedy owe kontakty szybko przechodziły do stanu niepamięci ale czasem długo trzęsło się i dygotało ze strachu. Wiedziała wtedy, że nie jest dobrze i musiała pomóc mu się pozbierać… Z reguły długo dzielnie walczyło w pojedynkę żeby do Jej świadomości nie dopuszczać myśli złych i nie psuć tego co już sama wcześniej tyle razy naprawiała i wiedziało jak bardzo Jej na tym zależy. Tego pozornego choćby i chwilowego spokoju potrzebowała jak kania dżdżu i Serce doskonale zdawało sobie z tego sprawę. Może nawet było za bardzo obarczone odpowiedzialnością za Jej nastrój ale czego się nie robi z Miłości? Również umysł dobrze było chronić jak najdłużej. Bo jak już ON się w to wszystko wmiesza to koniec. Przepadła. Jeżeli oprócz bólu serca dostanie bólu myśli rozpadnie się na kawałki. Ilość ich wahać się może od trzech do miliona i cierpkiej nieskończoności… Czym więcej, tym mniej łatwa do poskładania będzie.

Sądziła jednak, że jest aktualnie w dość przeważającej całości, że nic od Niej nie odstaje, że żadna Jej cząstka, nawet ta najbardziej popaprana, nie wybiega poza żadną większą-mniejszą normę, nawias ani skrawek aury. Ale może to tylko pozorny spokój? Może wszystko to, co buduje jest słabe i chwiejne? ZA słabe i ZA chwiejne…  A może Serce wymaga dłuższego leczenia skoro daje się tak szybko podejść temu, kogo przecież świetnie zna i wie do czego może się ów wróg posunąć?

Mimo, że ta znajomość od początku oczywistą nie była i zaczęła się całkiem niewinnie. Parę życiowych zdarzeń, kilka niewyjaśnionych przez dorosłych historii, trochę łamania kręgosłupa i nie wiadomo kiedy przyplątał się On. Rozgościł czy zakorzenił nawet czasem w bardziej rozległy sposób. -Paskudny obywatel trzeciego świata – chociaż już jak to pomyślała uśmiechnęła się w duchu, że porównanie trochę nie na miejscu. Cóż… pasuje za to, niestety wyjątkowo, do Jej osobistej sytuacji. Dziki i ciemny, nie przebierający w środkach i formie ekspresji, tyran i dominator. A nawet kompletny terrorysta, który nie cofnie się przed niczym. Czarna maź zalewająca i oblepiająca powoli Ją całą. Od stóp do czubka ostatniego włosa. – O, te chociaż mają możliwość wypadnięcia i uwolnienia się w sposób naturalny i ostateczny- chciała się odrobinę pocieszyć, a może rozśmieszyć…?

Miała plany niczego nie brać do siebie dosłownie i więcej się po prostu śmiać. Z niego też. Wiedziała, że On tego nie lubi, czuje się wtedy niepewnie, traci grunt pod czarnymi stopami i ucieka, a przynajmniej ucicha. – Zakompleksiony dupek- pomyślała. –Taki odważny, a odwagi cywilnej za grosz nie ma– pocieszał Rozum.

Najlepiej zacząć działać od razu. Świadomość jeżeli tylko podoła i w miarę wcześnie zda sobie sprawę z zagrożenia pomoże opanować sytuację… Oczywiście tylko te pozytywne myśli i siła spokoju mogą przełamać paskudny charakter Lęku.

Wdech wydech wdech wydech wdech wydech … Powoli, spokojnie, bez nerwowych ruchów. Tu nie ma co działać pochopnie, lepiej przeanalizować sytuację i stawiać łapy cicho niczym kot. Nie może przyznać się głośno i otwarcie, że jest przygotowana na takie odwiedziny, że będzie walczyć o swoje Serce, o całe swoje ciało materialne i nie materialne, o te delikatne twory swojego umysłu, które kocha i pragnie im tę Miłość okazać. Nie przyzna się, że mimo strachu nie boi się już aż tak bardzo i planuje się z nim może nawet zaprzyjaźnić? Nie powie mu, że widzi w nim malutką czarną wystraszoną puchatą nawet kuleczkę, która skrzywdzona kiedyś postanowiła zemścić się na Niej i całym Jej świecie dookoła. Hop hop z lewej dłoni w prawą i odwrotnie hop hop… Podrzuciła nim parę razy, tak dla zabawy… Absurdalność pomysłu sprawiła, że znowu się uśmiechnęła, a to był już bardzo dobry omen. Nie powie mu, że pieprzy go i olewa. Lepiej nie, bo zna przeciwnika i wie, że jest bystry wyjątkowo. Dobrze przygotowany atakuje z ukrycia w najczulszy punkt i jak się rozhula nie idzie go wyprosić. -Znudzi się- pomyślała znowu. -I ładnie podskakuje. A do tego jest całkiem miły w dotyku- dodała ze zdziwieniem bo chyba pierwszy raz w życiu tak go odebrała. A ponieważ On był nie mniej zaskoczony niż Ona…

poczuła, że Serce zaczyna bić wolniej i chociaż jeszcze nic nie przemówiło odzyskuje pomału spokój i głos również powróci. A na razie jest w nastroju nieprzysiadalnym i skoro czuje się z tym dobrze to nie przymusi go do niczego, bez zbędnego pośpiechu i popychania na siłę do przodu. Niech bije w swoim własnym tempie i dojdzie spokojnie do siebie. Poczeka aż samo będzie gotowe do dalszego życia.

oswajanie

STARY POCZĄTEK NOWEGO

Wcale nie miała ochoty ruszyć ani ręką ani nogą ani niczym w ogóle. Gdyby mogła zostałaby w łóżku swojego istnienia, swoich osobistych iluzji albo po prostu w łóżku nie bytu i nie istnienia żadnego. Bądź co bądź zmienność uczuć, nastrojów i poglądów napływały do Niej niczym śnieg z deszczem chociaż ogólnie najbardziej to wszystko przypominało wiosnę. Paradoksalnie pod śniegiem i mrozem kiełkowały uczucia jak młode pędy i bardzo chciały przedostać się przez skuty lodem Rozum. Rozum, który to zabraniał czuć i nie bardzo miał ochotę zaprzyjaźnić się z popieprzonym Sercem. Z drugiej strony był siedliskiem dobrych i przydatnych pomysłów i wcale nie zasługiwał na aż takie byle jakie traktowanie.

-Co za prozaiczność życia- pomyślała sobie bo bardzo jednak nie lubiła stanu pośredniego, kiedy emocje są na jednym poziomie. – Ha ha rozśmieszyłaś mnie. To nie o to ci cały czas chodziło?– rzekło Serce, które czuła, że jest dzisiaj wyjątkowo przekorne. Trafne spostrzeżenie ale swoim sposobem udała, że nie słyszy.  Oczywiście Rozumowi też nigdy tego nie powie, jeszcze obraziłby się śmiertelnie i przestał wymyślać. Tak czy inaczej wiedziała, że Jej dylematy są na pograniczu albo bardzo pokręconych albo niewiele znaczących w ogóle.

Patrzyła na sypiący za oknem śnieg i przypomniała sobie, że kiedyś była jednak odważniejsza i bardziej przebojowa. Teraz bywa, że zwykłe wyjście z domu staje się dla Niej mistrzostwem świata, dosłownie i w przenośni. Ale może to wina skostniałej dookoła aury? Przełamuje te różne bariery ale czy czasem to nie one przełamują Ją? Może to dzięki nim JEST w ogóle w tym całym cyklu życia i jeszcze z niego nie wyskoczyła…?

Czasami korciło Ją żeby zrobić coś naprawdę dziwacznego, np. polizać śnieg… Nietypowe dość pragnienie, prawda? A może nie, może NIE była wcale żadnym odosobnionym wielce przypadkiem, tylko takim, który otwarcie się do pewnych słabości przyznaje? -Dzieci są cudowne bo robią to co czują- powiedziała do siebie.

A widzisz? to wcale nie jest takie trudne– wtrąciło się odważnie Serce, chociaż nikt go naturalnie o zdanie nie pytał i akurat w tym momencie do niego się NIE odzywał. Może znowu uda, że nie słyszała? Przecież każda zaczepka z jego strony prowadzi tylko do jeszcze większych nieporozumień, a przynajmniej dyskusji nie koniecznie krótkich i spokojnych. Ale Serca też nie chciała urazić bo jednak żyją razem w symbiozie i na razie nic nie wskazywało na to, żeby miało być inaczej. -Może dobrze, że jest takie wygadane? Przynajmniej nie oszukuje i nie kręci – przebiegło Jej przez parującą łepetynę chociaż za sekundę nie była już tego taka pewna. -Wtrąca się ale niby dlaczego ma się nie odzywać zupełnie? Przecież nic za to nie może, że jest jakie jest i bije. A do tego słuch ma bardzo dobry- dodała w głowie.

Dopóki biję, jak słusznie zauważyłaś, będę się wtrącać, a nawet zajmować głos. Przypominam, bo może zapomniałaś lub bardzo chciałaś zapomnieć, że taka moja natura – powiedziało coś  znowu.  Wymądrza się jak zawsze i próbuje zdominować logiczne myślenie… Z powodzeniem zresztą. Przynajmniej na razie.

Drugi dzień stycznia był jednak wyjątkowo spokojny i nie zapowiadał się inaczej. Przywitał Ją nor-mal-no-ścią. Prócz tego, że musiała oswoić samą siebie, wyjść w śnieżycę z domu i wrócić do realności, za którą „przepada” jak za kaszanką z grilla. Do zwykłych i podrzędnych problemów dnia codziennego. Od których ucieczki nie ma. 

chwilowych perypetii ciąg dalszy

KONIEC KOŃCÓW

I jak mogła kiedykolwiek lubić koniec roku i jakiegoś rzekomego Sylwestra? Być może traktowała to jedynie jako okazję do zabawy i niczego kompletnie więcej. Teraz wraz z upływającym czasem chciałaby zostać w każdym starym roku po kolei na zawsze. Czuje podskórnie, że czas nie jest już Jej sprzymierzeńcem, a zmienność chwil stała się czymś nieuchronnym, co próbuje pokochać czy zaakceptować choćby ale z różnymi efektami. -Czy to kula ziemska przyspieszyła czy naprawdę czym człowiek starszy tym szybciej grunt spod nóg mu się usuwa? – pomyślała.

Jakiekolwiek spostrzeżenia nie będą na miejscu bo przecież starała się zmienić to cholerne myślenie na bardziej pozytywne ale czarność Jej duszy wygrywa znowu coraz częściej z jasnością i światłem, które tli się teraz małym zaledwie płomyczkiem.

Gdyby nie człowiek, za którego jest odpowiedzialna nie miałaby czasem sensu istnienia, sensu otwierania rano oczu, a tym samym sensu bycia. Życia- tego słowa lepiej może nie nadużywać bo czymże jest owo życie? Ale jest chłopiec, który dodaje Jej sił, skrzydeł nawet i dla którego zrobi wszystko. Nawet obudzi się i wstanie rano. I będzie się uśmiechać.

Rzeczywiście niektórzy ludzie mają coś spierdolone u podstaw. Tak być może. Skazani na duchowe poniewierki kiedy myślą, że są już na prostej, nagle zaczyna ona niespodziewanie wyginać się i zakręcać w nieprzewidziane strony. Czy wszystko jest iluzją? Czy Miłość jest również oszustwem umysłu czy jednak stanem ducha? Serce ma nieograniczoną pojemności i to ludzie, egoistyczni właściciele tego cudownego tworu nadają Mu ramy i ograniczenia. Czyli rozum zaczyna decydować kogo kochać, a komu te drzwi zamknąć. A czy nie można tak po prostu, kochać ile wlezie i kogo się chce? Czy to takie głupie, niemożliwe i trudne do zaakceptowania? Przez kogo? Pomyślała sobie, że miłość nie wyklucza się wzajemnie i kiedyś już doszła do wniosku, że nic nie stoi na przeszkodzie żeby po prostu kochać skoro taka Jej popieprzona natura. Skoro tyle tego w sobie ma i nosi i jakoś jednak przetrwała. Czy życie w kłamstwie nie jest jednak lepsze i ta szczerość nie przeszkadza za bardzo w relacjach międzyludzkich? Może zamiast mówić co czuje powinna zacząć unikać tejże tematyki i zamknąć usta? Zacisnąć palce w pięści?

-Trzeba żyć– powiedziało znowu Serce, ale Ona nie chciała już więcej go słuchać… Nie chciała słuchać tej głupiej, chorej może nawet paplaniny swojego własnego poplątania, które zajeżdża Jej samej już nawet tanim melodramatem po prostu. Chyba się na Nie obrazi, że ciągle Jej coś do ucha nadaje i skończyć nie może. -Czy ty Serce kiedykolwiek robisz sobie wolne? zasypiasz może chociaż na jakiś czas albo coś? – Sama dobrze wiesz – odpowiedziało lekko urażone bo sądziło, że zna je dobrze. I znowu trysło jakąś taką cholerną mądrością swojej wypowiedzi, która nie przypadła Jej do gustu… A może nawet wyprowadziło z równowagi Ją to durne powiedzenie, niby odpowiedź, której tak naprawdę usłyszeć NIE chciała. Zapytała, ale tylko Jej się tak wyrwało. I znowu pomyślała, że lepiej uważać na to co się mówi. I do kogo…

Jasne przecież jak słońce, że Ono nie śpi nigdy i nigdy chyba nie robi sobie żadnej przerwy, a może nawet lubi te całe perypetie… Nie działa też na nie czas i zamiast mądrzeć wprost proporcjonalnie wraz z jego upływem to nic takiego się nie dzieje. Wręcz przeciwnie. Nie ma pewności czy ono nie cofa się jednak w rozwoju …

zupełnie inna historia

DETOKS

Jednak mieli rację ci którzy mówili, że Jej nie kochał. Bo czy prawdziwa Miłość wietrzeje i nie mówi zwykłego „dzień dobry”?  Choćby stara już bardzo była, laską podparta i ledwo na nogach się trzymała?

Chciała zamurować swoje Serce głęboko i mocno i nawet myślała, że już udało Jej się to (wymyślone przez siebie) zadanie zakończyć i za wiele ponad normę nie czuje. Ale czuła bardziej niż by chciała, a skorupa z betonu słaba jednak była i pękła przy byle okazji. Pod nią zabiło, małe czerwone, zupełnie bezbronne Serduszko: stuk puk JESTEM. Nie zniszczysz mnie bo moim celem jest Miłość… Aa czyli chcesz kochać bez względu na wszystko? Bez względu na rany i wbite kolce? Tak, taki jest mój cel i nic innego się nie liczy
Nauczyła się z tym żyć, ale wyobraźnia doprawiła niepotrzebnie zupę wspomnień bo od początku nie było NIC w Jej życiu wielkiego co z Miłością Prawdziwą jakikolwiek związek miało. Chciała kochać i być kochaną ale nikt nie chciał Jej? nie potrafił może (bo trudny charakter miała) pokochać Jej tak mocno żeby umierać z tej Miłości przez resztę życia. Ona jest nieuleczalnie chora ale przecież ludzie żyją z różnymi chorobami i funkcjonują w miarę normalnie. -Na Miłość nie ma lekarstwa- podpowiedziało pewne swego Serce. Żeby chociaż szum drzew i zapach nieba potwierdził i odwzajemnił Jej uczucia, szepnął do ucha, że myli się, znowu coś sobie wymyśliła – czułaby się lepiej. Ale nie ma nic. Pustka. Przez tyle lat hodowała w głowie (a może jednak z głową za wiele to wszystko wspólnego nie miało) stare filmy i okazuje się nieaktualne już dawno i pożółkłe obrazy. Delektowała się nawet nimi na tylko swój własny, chory pewnie sposób, a okazały się być zwykłą karmą dla ptaków, a nie wyborną dla duszy strawą. Nigdy nie była sama, okazało się, że po prostu nie umie i Miłości potrzebuje jak tlenu żeby przeżyć, utrzymać się w ogóle na powierzchni istnienia. Dlatego błądziła ale miała szczęście. Znalazła Ją TA Miłość być może Najprawdziwsza i Największa w życiu. Taka, która się nie poddała i nie zostawiła Jej przy pierwszej próbie odrzucenia jej przez nią samą i skopania własnym butem do krwi fizycznej. Taka, która wszystkie te odmęty umysłu i ból Serca przetrwała. Gdyby jeszcze raz się urodziła wolała by mimo wszystko być facetem. Może oni aż tak MOCNO tego życia nie przeżywają i pieprzą Miłość. Dosłownie. Może Jej się po prostu nie udało?

Nie przeżyła tego, co myślała, że przeżyła i jak się okazało zatraciła już kiedyś granicę między tym co prawdziwe a tym co sobie wymyśliła czy uroiła. A wyobraźnię ma sprawną i bujną aż (za) nadto. Chętnie odda jakiemuś biedakowi, nie chce jej już w takiej formie i ma dość. Sama sobie szkody narobiła, piwa nawarzyła i teraz stare i latami leżące, zepsute i nie smaczne spijać musi. Ale mimo wszystko ma DOŚĆ oszukiwania samej siebie. Skoro już raz w tę skorupę pieprzła, przywaliła młotem realizmu to chyba musi rozwalić ją do końca. Czuje ból niemal fizyczny, zniszczyć coś, w co tyle lat wierzyła… Pielęgnowała i miała nadzieję, że słusznie robi i to właściwa droga. Okazało się to wszystko NIC nie znaczącą farsą, nie pierwszą w Jej życiu ale teraz nie wie czy umie sobie z tym poradzić bo jednak lata minęły i młodość odchodzi w niebyt istnienia. Została z niczym. Bez wspomnień i przeszłości. Bez tej swojej Wielkiej Miłości (przez małe „wu” i jeszcze mniejsze „em”). Bez niczego. Z pustką w środku i białą kartką. I boi się czy umie zapisać od nowa na niej swój LOS. Z pełnym emocji Sercem ale pustymi rękami i głową przy okazji też nieźle opustoszałą. Miłość Ją zniszczyła i miłość Ją uzdrowi. Tylko musi zacząć od nowa, bez żadnych kłamstw przez rozum spreparowanych. Czy naprawdę musiała być taka ślepa i taka głupia całe swoje życie prawie? Lokować uczucia nie tam gdzie trzeba? Czy z takimi zapasami wiedzy naprawdę musiała to sobie sama zafundować? Pozbawić się wspomnień? Przeszłości? Życia? Mu-sia-ła szukać dalej niż trzeba było i próbować COŚ sobie udowodnić? Sama siebie okradła, ograbiła, tak przesadziła, że NIC nie zostało prócz czającego się na dnie smutku i rozczarowania.

I kto wymyślił, że cierpienie uszlachetnia? Jak może uszlachetniać coś co zjada człowieka po kawałku i dosłownie fizycznie odgryza skórę z mięsem dobierając się do kości? Wymyślili to chyba ci cierpiący co pocieszyć się bardzo chcieli i zdesperowani już bardzo byli. Jej cierpieniu daleko było do jakiejkolwiek szlachetności, a bliżej do samozniszczenia i zagłady. Nie tylko zresztą siebie ale i wszystkiego dookoła. Wszystkich i każdego kto wejdzie Jej w drogę i stanie się przypadkową ofiarą. Czasami myślała, że jest na nie skazana już od urodzenia a przynajmniej dzieciństwa kiedy człowiekowi kształtuje się osobowość i pewne zdarzenia, na które wpływu nie mamy odciskają tak czy siak swoje piętno. Zakładała też nie jednokrotnie, że ma jakiś prawdziwy uszczerbek w tejże właśnie osobowości i nie UMIE postępować inaczej. Że jest skażona niszczeniem siebie co jakiś czas i gdy myślała, że zrobiła TO już do końca, ostatecznie i nie drgnie, nie wyda ani jednego oddechu więcej – jednak budziła się po czasie z letargu uczuć i rodziła na nowo. Być może w tym momencie, uświadomienia sobie kłamstw na swoje własne życzenie, w które to również na życzenie własne mocno już z biegiem lat uwierzyła, doznała szoku po prostu, że znowu cierpi i znowu doprowadzi siebie i TYLKO siebie do kompletnej katastrofy. Ale teraz ma więcej siły i Miłości dookoła, tak naprawdę jeszcze więcej niż kiedykolwiek w życiu miała i dostała. Również własnego do samej siebie powoli rodzącego się uczucia doświadcza i może najpierw przypomina ONO muśnięcie skrzydeł motyla w środku zimy ale przecież CZUJE, że Ono jest. I znowu zrodzi się na nowo ze swoich własnych popiołów chociaż to nowością żadną przecież dla niej nie jest. Z tą „drobną” różnicą, że przeszłość pochowa na zawsze w grobie wspomnień i nawet nagrobku nie postawi żeby nie kusiło Jej odwiedzanie zwłok i ekshumacja. Nie będzie więcej zaglądać do tych starych i zgniłych już miejsc. Nie będzie dotykała zimnego mchu pieprzonych wspomnień, które tak kochała, a które Miłości NIGDY nie odwzajemniły i z Nią niewiele, jak się okazuje, wspólnego miały. I choć sama jest matką urodzi się skoro trzeba ponownie i porzuci bezpieczny kokon cierpienia przeplatanego radością, która też jednak choć wyimaginowana bardziej niż sądziła to chwilami była. I nawet jeżeli wymyślona to czuła ją przecież wyraźnie. Czyli nigdy NIC już nie będzie TAKIE SAMO i Ona też nie. Przeżyje żałobę ale dojdzie do siebie i wróci może pierwszy raz prawdziwie do prawdziwego życia. Takiego jakie jest, a nie jakie sobie stwarza na potrzeby własnego wnętrza i pojebania. Pogodzi się z tym, że utraciła coś czego nigdy przecież nie miała i może nawet kiedyś będzie się z tego śmiać. Może… A na razie idzie na detoks choć Jej głowa paruje a Serce trzęsie się ze strachu czy potrafi zaakceptować taki stan Nie kochania przesadnego w praktyce i wcale prawie może nawet NIE kochania żadnego w przeszłości. „Prawie” bo miłość jest dla Niej paradoksalnie Najważniejsza, jest powietrzem, którego potrzebuje do życia jak NICZEGO innego i może cały czas wdychać jej zapach choćby nieświadomie czasem to robiła. Nawet jeżeli nie dostrzega niekiedy skąd ten aromat dochodzi i zapomina się w oczywistości tego będącego cały czas przecież przy niej uczucia. Niezbędnego do podniesienia rano ręki i ruszenia nogą.

Chciałaby przestać w końcu ranić siebie i innych bo zrozumiała, że raniąc innych najbardziej rani siebie właśnie.

 

-Dziękuję i przepraszam…- powiedziało Serce.

Przecież nikogo nie chciało skrzywdzić, nie wiedziało tylko jak ma postępować… Błądziło ale znalazło swoją drogę i nie chce żadną inną więcej zmierzać. Choćby wędrówka mozolna była i przez góry prowadziła… Ale nie… przecież góry i doliny już przeszło, ma za sobą te pokrętne trasy, przed Nim w końcu droga prosta i jasna… Tylko musi się odważyć zrobić po niej pierwszy (milionowy pierwszy?) krok … Może naprawdę już ostatni …

 

wszelakie komentarze mile widziane 🙂