kózka skakała aż się… zmachała

Stara i głupia*. Po prostu. Chyba sobą by nie była gdyby nie przegięła. A kolega biegacz profesjonalny uprzedzał: robić przerwy 2 dniowe, marszobiegi, nie forsować się. Trzeba było posłuchać. A nie później ledwo za dzieckiem się czołgać w topniejącym śniegu i błocku. Skakała kózka, fikała, a teraz nie może hycnąć nad kałużą 😉 Zmachała się. Mamo biegnij, noo dalej biegnij i goń mnie. Niee mamusia ledwo idzie a co tu o bieganiu marzyć. Na szczęście wymuszona niedyspozycja zmusiła mnie do odpoczynku i wszystko do normy wróciło. Więcej tegoż błędu nie popełnię i biegam już teraz z głową (często w chmurach ale jednak dość rozumnie). Dla dziecka siły i sprawność trzymać muszę bo i tak już dość podstarzała mamuśka ze mnie. I po co mi to czekanie z macierzyństwem było? Do czego potrzebne? Zwariowałam chyba. Koledzy synka będą myśleli, że babcia do szkoły przychodzi, a nie matka. Na szczęście więcej takich zagubionych w czasie i przestrzeni. Najbardziej decyzję o potomstwie perspektywa szkoły we mnie hamowała.

*tfu tfu od razu pluję, że tak brzydko o sobie, młodej i pięknej, napisałam 😉

No więc chodzimy sobie nad jezioro i do lasu, ubrani po wieśniacku bo ciągle czymś upaprani i o ile dziecka fotkę wrzucić mogę, o tyle swojej lepiej nie ujawniać 😉 A pięknie i spokojnie jest. Domki śpią przykryte jeszcze pierzynkami śnieżnymi, pusto i głucho, jakieś ślady opon tu i ówdzie widać ale przeważają jednak odciski kopyt różnorakich.

Czasami pokaże się jakiś słoneczny promyk i przygrzeje tak, że buzię  już wystawić do boga Re na ogrodzie można 🙂 Było też ognisko co stanowi chyba największą atrakcję dla młodego i niestety kiełbaski też sobie opiekali. Trzeba przyznać, że tata jest fachowcem w rozpalaniu nie tylko mnie 🙂 Do najczerwienszej czerwoności…

A na co dzień jak puściły pierwsze lody i zaczęły się “ukochane” moje roztopy, które to się leją ze stron różnych strumieniami, najciekawszym zajęciem okazało się budowanie tamy i tworzenie rzecznych koryt 🙂 nie ma jak błotko 🙂 to najlepsza jest zabawa i zabawki schować się chwilowo mogą. Zresztą prace budowlane już daleko posunięte i to w miejscach intensywnie uczęszczanych tak więc lepiej w ciemności po ogrodzie nie chadzać bo w jakąś dziurę (fundament) można się władować 🙂

Odkryliśmy też przypadkiem w remizie strażackiej umieszczonej tuż opodal domu naszego i zwiedzanej dookoła milion razy okienko. Jak mogliśmy je pominąć nie wiem ale fajnie wylukać coś nowego przez przypadek 😀  Widać przez nie jedną z dwóch straży pożarnych, starą zabytkową Nyskę, piękną przyznać muszę. Czerwoniutka i błyszcząca. Drzwi do niej otwarte iii… SĄ! węże ssące ssss (tak, łapię się doskonale i znam z książeczek owe sprzęty), przyłącza hydrantowe, prądownica, kamizelki itp. Chciałam fotkę lepszą machnąć ale nie wypada tak się z telefonem zamierzać na państwowe mienie w sąsiedztwie sołtysowej posiadłości 😉 Tu się skrywa(ją) 🙂

Z ciekawostek  – jest też znacznie większa, duża samochoda pożarowa Jelcz antyczny zabytkowy, wyjątkowo czarujący. Oba mają jeden minus, jak kiedyś pożar niedaleko w nocy był i syrena wyjcem wyła na ratunek, żadna z nich nie odpaliła. Przybiegli strażacy, próbowali, cudowali ale nic, nie drgnęły 😛 Jednak jako atrakcja świetnie się spisują i można je szczelinami różnymi podglądać 🙂 Dodatkowo koniec tyłu ogrodu naszego ze skrawkiem działki OSP sąsiaduje więc mogę akcje z ukrycia różne śledzić sobie 🙂 I sikać ze śmiechu czasem co się tam wyprawia 🙂

Po południami gdy za oknem niebo płacze i wicher wieje urządzamy sobie na przykład malowanie czym chcemy i co nam w ręce wpadnie (tu pędzle i palce wszelakie). Tym razem płyta średnia była bo farby jak schły to poznikały trochę ale szły odciski stóp i rąk i hit tygodnia – łączenie kolorów. Młody zachwycony co z mieszania różnych barw wychodzi i fajnie, że sprawia mu to radość. Tak więc artystycznie się wyżywamy mając przy tym masę śmiechu 🙂 Przy okazji ujawniam swoje plastyczne zdolności ha ha a te żółte to pszczoły, nie motyle 😉 biedronki widać gołym okiem, ul podpisany 🙂

Próbuję też ćwiczyć ale jak tylko zaczynam tak to wygląda jak na fotce poniżej 🙂 Pocieszam się też, że jak na swój wiek, cesarkę i 21 kilo na plusie w ciąży to nie jest jeszcze ze mną aż tak całkiem słabo 🙂

Chociaż … dobrze się trzymałam do 6-ego miesiąca, dopóki ostatecznie nie przegięłam, żyjąc sobie w myśl zasady, że ciąża to nie choroba. No nie na pewno i dla młodszych wiekiem biologicznym (bo umysłowo różnie bywa) lasek różnicy owy stan nie robi lecz ogólnie jednak jest wyjątkowy i nie ma co się oszukiwać. Że przesadnie latałam na kilometrowe spacery, w jeziorze jak głupia pływałam, na jagody nawet chodziłam to później uziemiona prawie 3 miesiące w domowym łóżku i przymusowy odpoczynek miałam. I co jak nie żarcie na pociechę pozostało? Do tego milion rozwiązywanych krzyżówek, HBO i książki 🙂 Później sprawę, brzydko mówiąc, już olałam i lekarza też oszukiwałam, taaak robiłam to z premedytacją i wagę sobie zaniżałam 😛 bo bardzo wyzywał o każdego nadprogramowego kilosa. A ciśnienie też wysokie miałam ale tylko u niego w gabinecie. W domu w normie. Syndrom białego fartucha mnie się włączył.

Pełen relaks i już nie wiem jak do realu wrócić zdołam. Tu od 2 dni nawet kremu na twarz nie nałożyłam bo mi się nie chciało, a jedynie olejem kokosowym przy okazji dziub smaruję więc co o inszej tapecie mówić. Jedynie mąż jęczy coraz bardziej i na litość mnie już bierze, że zwierzęta tęsknią za mną niebywale. Tiaaa ciekawe… A przecież dziecka do ogarnięcia nie ma. Tylko pies, kot i dom 😀 Faceci…

Aaa przepraszam przez P duże, praca jeszcze oczywiście 🙂 a w zasadzie styl życia pozwalający uzyskiwać środki finansowe – mówiąc bardziej pozytywnie 🙂

A tymczasem ocieplam sobie życie takimi zdjęciami:

i nie wierzę czasem, że to moje dziecko jest już takie duże i takie mądre ma spojrzenie, patrzy tak dojrzale tymi swoimi granatowymi oczami, a ja zachwycona jestem. Do tego zadaje bardzo sensowne pytania i prowadzi partnerskie dyskusje. I staram się nie myśleć, nie chcę nawet, o podłościach tegoż świata. Fajne są maluchy, szczere, dobre, niewinne i łatwowierne… Wspaniałe po prostu. Zresztą nie dowierzam czasem, że w ogóle mam to dziecko i weszłam w posiadanie takiej ważnej życiowej funkcji jaką jest mamowanie. I w głowie mi się nie mieści, że JEST ten mały człowieczek, który ufa nam bezgranicznie i którego mamy do życia przygotować. A rośnie w tempie błyskawicznym dlatego namiętnie przeżywam wszystkie nasze chwile razem. I piękne to wszystko i straszne trochę 🙂 bo jednak od nas, rodziców bardzo dużo zależy jak sobie w tym całym życiu poradzą te nasze pociechy 🙂 YO

 

Autor: BeaHerba

Bea Herba to ziołowa beata herbata słuchająca siebie, swoich odczuć i snów, czasem słaba, czasem czarna i mocna, bywa też kompletnie zielona i delikatna biała, niekiedy słodka i aromatyczna. Jak życie…

2 myśli na temat “kózka skakała aż się… zmachała”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *