nurek

Mamo, język mi się dziś wygina i czasami jest łacina 😉 

Więc jak to często bywa można sobie plany robić, snuć, pleść niczym sieć pajęczą, a realia okazują się zgoła odmienne od zakładanych. A już najbardziej nie wiem po co w ogóle na cokolwiek się nastawiać. Chyba żeby potem przykro było, że szlag wszystko w sekundę trafił.

I tak wracając na wiejskie rozdroża roztaczając w głowie sielską wizję niedalekiej przyszłości uderzyłam nosem w beton. I po co mi to było? Jak siem mogłam tak zapędzić w swej pewności, że wszystko ułoży się ściśle według mych założeń? Wszak życie to nie żadna stała, płynie sobie w różne strony i nawet może niekiedy nie wiemy na początku CO jest dla nas takie dobre. A czasem może nam się po prostu tylko coś wydaje 😉 ? A może warto przyjmować każdy scenariusz jako dobrą niewiadomą, niespodziankę losu i przygodę życia? Czy nie było by za nudno gdyby wszystko układało się pod linijkę własnego perfekcjonizmu i wyimaginowanych czasem założeń? I czy nie jest zbyt dużą ignorancją myśleć, że nie ma innej możliwości 🙂 ?

sen prawdę powie 😉

A miałam kilka dni przed wyjazdem sen, w którym to dochodzę do mojej żółtej strzały, a tu flak, flaczysko w oponie przedniej przeokropne, zupełne i całkowite. Przebudziwszy się zaczęłam kminić i wykminiłam, że najsłabszej (ze snu) opcji zakładać nie można, nie będę, że znowu zamiast pozytywnie myśleć to kombinuję i przyczepiam się wersji najmniej ciekawej, że znaczenie co najwyżej może być odwrotne i takie tam tym podobne. Po południu mąż oznajmia, że ma dla mnie prezent, przynosi i wręcza mi z (samo)zachwytem… dętkę do roweru, że kupił przypadkiem, pod wpływem sam nie wie czego i mam ją zabrać. Wtedy sen wyśniony opowiedziałam i nawet trochę się śmialiśmy. Dętka podróżowała więc sobie w aucie i dopiero przed wyjściem na peron z bagażami po zęby utkanymi facet wciska mi ją mówiąc: masz, schowaj, na co ja: że gdzie, miejsca nie mam, nie biorę, po co, na co on stanowczo: CHOWAJ i już, do torebki 🙂 To schowałam.

Na ogród wypuszczona idę więc na ogólne oględziny terenu, podchodzę do Strzały, macam koło (wszystko identycznie jak w śnie) i… miękkie ale się (jeszcze) pocieszam, że nie tak bardzo. Myślę sobie może mnie się uda dopompować (sen ominąć) i próbuję, wtykam, dotykam, przyciskam, nic… Chyba pary w ręce nie mam, dalej brnę w swe rozważania, alle niechybnie (nagle jakoś przypadeczkiem) wentyl chyba dotknęłam (?) i nagle pufff psss szybko reszta powietrza umknęła bezpowrotnie w atmosferę… Czyli sen się ziścił dość dosłownie bo zostałam sama jak taka dętka z rozciapanym kołem 🙂 A w głębi serca czułam, że przewrotność tej majaki może być dosłowna więc tak czy inaczej przygotowana byłam (podświadomie może bardziej) na każdy efekt 🙂

Ups… było nie ruszać. A śniło się jej przecież, że flaka miała to gdzie te palce pchała? Jeszcze oburzona, sfochowana, że plany na przejażdżkę były i w tak diabelski sposób się zmyły.

Niby prosta sprawa – zmienić dętkę. Tak mnie mąż pocieszał, weź klucz i sama odkręć, a później zawieź do wulkanizacyji. Noo jasna sprawa, łatwizna, a gdzie klucze? Ba, we Wrocławiu 🙂 Tutaj nożem operuję i czasami zamiast młotka tłuczka do mięsa używam 🙂 Szczęściem całym, że już ją w ogóle (tę dętkę gwiazdę) miałam bo na wsi cisza, spokój, nawet psy (dupami) nie szczekały. Żar z nieba. I szczęście wtóre, że znajomy mamy przyjechał i mi to naprawił (imiennik mojego ojca, a nazwisko identyczne jak nazwisko drugiej żony tegoż samego ojca mego haha – taki psikus dzikus). No i rzecz najważniejsza, nie ma jak własny facet co to niekiedy wyprzedza rzeczywistość i czasem nawet rację MA 🙂

Oddaliłam się więc od domostwa pieszo w stronę plaży żeby burdy niepotrzebnej żadnej nie zrobić i wyhasać enerdżiję skumulowaną już podróżą plus nadciągającym PMS-em (taka ta herbata nie subordynowana była i w betonie koniczynę jeno raz zaparzyła). Niebezpieczna Herbata…

hrbata czasem stąpa po cienkim gruncie 😉

I tak (zanim rower uległ postawieniu na dwie nogi) z dwoma kilosami na plusie postanowiłam odwiedzić pomost i medytować jak jakiegoś (w miarę sensownego) naprawiacza koła do siebie przyciągnąć.

Poddać się podświadomości, która w swej twórczej sile każdego zawsze prowadzi tylko nie każdy chce to dostrzec i podchwycić 🙂

A jak już się rozebrałam i tak na tę wodę (po)patrzyłam to dylemat szybko mi się w głowie urodził. Moczyć się czy nie? Ryzykować lodowatość wody i pozostać suchą wygrzaną gorącą herbatą czy jednak zrobić to co zawsze i wykorzystać chwilę lata pełną piersią 🙂  Obie argumentacje bardzo przekonujące były bo druga strona podpowiadała, że w końcu wyszłam sama, bez psa, dziecia, męża i innych dodatkowych ciągutek, upał, jezioro czyste no i w tym sezonie jeszcze aż tak bardzo nie pływałam (a w zasadzie wcale).

Takie zajebiste to nasze polskie lato, że 9 miesięcy zimno, a później to już tylko lieto i lieto 😉 Czułam też, że zanurzenie dobrze mej psychice zrobi, hipotonię nieco zniesie i ciśnienie (paradoksalnie) podniesie, zmyję z siebie brudy mentalne wszelakie przy okazji też, trochę trzeźwiej na świat spojrzę no, a jak będą wodorosty to zawrócę. Wiadomo, że nie zawracam nigdy i nawet jak woda prądem mrozi to jak już zdecyduję się do niej wejść i tak wejdę. Teraz nie wiem czy to błogosławieństwo czy przekleństwo raczej? Że nie odpuszczę i nie cofnę się do punktu wyjścia. Nigdy przenigdy nie zdarzyło mi się nie przepłynąć jak już pupę zamoczyłam. Nie ma odwrotu 🙂 Lubię to wyzwanie, błahe może, zgadzam się, ale mi pomaga 🙂 Przełamuję swoje ograniczenia i grzech główny LENISTWO. Na nie człowiek bowiem zawsze ma wytłumaczenie i rozsądne argumenty. Tu jakaś szczepionka by się przydała i zastosowanie pożyteczne znalazła.

Było bosko, przywitanie z wodą potwierdziło moje przypuszczenia i poczułam się jak nowo narodzona (dopóki nie przypomniałam sobie o rowerze haha). Taki nurek był mi niezwykle potrzebny. Na siłę też przekonałam swój umysł, że plany czasem się zmieniają. Mogą i nawet prawo do tego mają i skoro tak to widocznie mam się opalać i odpoczywać, a rower w końcu naprawi się sam. Co prawda ograniczenie wolności kąsało silnie plany i postanowienia spokoju wszelakiego ale pokonałam wewnętrzną zmorę 🙂 I jak już się rozłożyłam i dupkę przypalać zaczęłam to rozwiązanie samo przydreptało, a w zasadzie nadjechało.

Suki nie wspominam (nagminnie i bez potrzeby) ale jednak pierwszy spacer bez niej sommerową porą od 13 lat był nieco dziwny. Nostalgiczno-romantyczny, podszyty swoistym urokiem, że za nikogo nie jestem odpowiedzialna 🙂 W takim sensie, że mogę się do woli zagapiać, zawiesić, zamyśleć i nikogo nie zgubię. Co mi się tak dosłownie nie zdarzyło ale jednak parę razy nie mogłam jej wzrokiem odszukać jak tak zatonęłam gdzieś nie wiadomo gdzie ponad ziemskie postrzeganie.

We ❤️❤️❤️

Poza tym zastanawiam się jak to jest, że

jak ludzie są razem to się żrą, a jak tylko na chwilę rozstaną to od razu tęsknią i beczą?

Istna Casablanca. I czy oby ta tęsknota nie jest lekko przereklamowana skoro później wracamy do starych schematów? I znowu jak za długo na wspólnym gruncie bytujemy to trzemy i trzemy aż iskry lecą?

Ale znam historie par, które całe wspólne życie się kłóciły, szantażowały rozwodami itp, a później i tak siedziały przy sobie cichutko jak trusie i rżnęły głupa, że w ogóle o co chodzi? Tak więc czasem lepiej nie brać na poważnie co tam ci partnerzy wygadują, bo sobie pogadają i zapomną 🙂 A znajomi/przyjaciele się później martwią. Para to odrębny byt co to swoimi prawami się rządzi, często niezrozumiałymi i z kosmosu. I lepiej nie próbować pojąć zjawiska bo tego nie ogarnia nawet ona sama 😀 W ostateczności się rozstają ale to w przypadkach skrajnych kiedy z miłością związek za wiele wspólnego nie miał, YO

Herbata sunie na górkiej rowerzycy w całkiem zielonej szalonej spódnicy. Myśli o sobie jak o zwykłej beacie, a jest zanurzona w topowej mery-nacie 😉

Autor: BeaHerba

Bea Herba to ziołowa beata herbata słuchająca siebie, swoich odczuć i snów, czasem słaba, czasem czarna i mocna, bywa też kompletnie zielona i delikatna biała, niekiedy słodka i aromatyczna. Jak życie...

6 myśli na temat “nurek”

  1. Na pocieszenie dodam, że u nas podobnie, domowe afery, a jak przychodzi co do czego to tęsknimy jak wariaci 🙂 Co do roweru, bardzo nie lubię jak coś mi w nim nawala także znam ten ból 🙂 pozdrawiam i życzę udanego wypoczynku

  2. Zazdroszczę Ci tego miejsca, w którym możesz się zaszyć i odpocząć. Ja kiedyś takie miałam. Naprawdę dawno u cioci na wsi. Ciocia już nie żyje, a i miejsce podobno na gorsze się zmieniło. Nie mam, gdzie jechać jak sobie wyjazdu jakiegoś nie załatwię parę miesięcy wcześniej.
    Co do roweru też mam, ale dróg do jazdy nie bardzo. Drzewa wycinają i inne robią tu niespodzianki.
    Poza tym jest lato. Na nic nie narzekam.

    1. Aniu, zapraszam do mnie nad jezioro 🙂 Pokój można bez problemu wynająć, a i rower wypożyczyć 🙂 albo zabrać swój. Mi brakuje czasem towarzystwa do pokonywania rowerowych szlaków 🙂 Kiedyś miałam takie miejsce do zaszycia się u babci na wsi ale później babcia dom sprzedała bo już nie dawała sama rady. Przez wiele lat mieszkałyśmy w mieście nie mając dokąd ot tak wyjechać i dopiero jak mama wyprowadziła się do lasu, na wieś, odzyskałyśmy spokój. Także wiem co to jest nie mieć dokąd uciec 🙁 Ściskam mocno ❤️❤️❤️

  3. Bardzo ciekawe poglądy. Każda para się kuci to normalne, ale dużo zależy od świadomości partnerów, mówiąc o świadomości mam namyśli świadomości świata i życia otaczającego nas. Zwiększa się wtedy zrozumienie drugiej osoby, a to klucz do dobrego związku. Pozdrawiam 🙂

    1. Dziękuje za komentarz 🙂 Jednak lepsza konstruktywna kłótnia niż obojętne milczenie bo i ono się w parach zdarza. To prawda, trzeba w związku (i nie tylko) nad sobą pracować ale czasami w obliczu upierdliwości dnia codziennego zapominamy o poszerzaniu świadomości i koncentrujemy wyłącznie na sobie i swoich potrzebach, na które czasu brak 🙂 Pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *