green tea

Miałam nie żreć słodyczy, unikać nabiału (w tym żółtych serów, które uwielbiam) itd itp … Miałam miałam miałam … Tyle hucznych planów było i początków … Już już prrrawie mi się udało przetrwać dłużej niż 2 tygodnie ale np. urodziny NAGLE wyskoczyły … Najpierw moje … Noo nie ma już nie wiadomo jakiego powodu do przesadnego obchodzenia tej daty ale na pewno dyspensa na słodycze i różne frykasy /nie koniecznie super zdrowe/ jest. Oczywiście początkowo na 1 – z reguły pierwszy dzień jest przydzielona. Chociaż jak przypadają np. w niedzielę /tak jak teraz/ to obchody zaczęły się już w piątek (weekendu początek). I przeciągnęły się na kilka dni po (nie chce się kończyć święta, nawet do pracy łatwiej się chodzi i chętnie wraca i obowiązki codzienne radośniej wykonuje z taką perspektywą 🙂 ).

Za niedługą chwilę również dziecka urodziny wyskoczyły i co? Miałam nie jeść? Tortu pysznego i innych SŁODYCZY (bożhe, naprawdę gdy widzę słodycze to kwiczę – o nieee). A że wypadły w poniedziałek, w sobotę zaś odbyło się małe spotkanie dla synka – zaczęliśmy w … piątek ha ha (weekendu początek 😉 ). Tak więc są jawne powody do świętowania i życia z poczuciem pełnego konsumpcyjnego luzu, że przecież nie można odmówić (żal by było, szkoda, tyle pyszności, następne za rok etc) i za nic paluchów pędzących po kolejny kęs opanować …

torcik

Bardzo to piękne dni były ale się skończyły. Prędzej czy później trzeba wrócić do tej wspaniałej (cholernej) rzeczywistości i spaść na ziemię. Nie jest trudno mieć miłą atmosferę w domu jak nie ma żadnych szczególnych problemów i wszystko kręci się wokół obiadków i pierdół. Wtedy jakoś łatwiej się wyluzować i przymykać oko na różne, drobne jak się okazuje, niedogodności. Schody pojawiają się jak trzeba się zmierzyć z czymś na co nie było się przygotowanym, co wyskoczyło z nienacka i ŻYCIEM się po prostu nazywa. Przeczytałam ostatnio takie motto (może to jest nawet moje motto jakieś) :

To czym jesteśmy jest rezultatem tego o czym myśleliśmy w przeszłości. Umysł jest wszystkim.
To co myślimy – tym się stajemy

Buddha

OMG normalnie w samo sedno trafione i wierzę, że tak jest. Ogólnie człowiek na jakąś tam prostą wychodzi ale jak na to swoje życie popatrzy od tej strony … nooo… dla mnie ma sens i prawdę w sobie zawiera. Niesie też nadzieję że WSZYSTKO w każdej chwili może ulec zmianie jak zmieni się myślenie (o sobie, o świecie, ludziach, przekonaniach, przeszłości – wszystkim). I że to MY mamy tę moc i w każdej chwili, w każdym momencie możemy to zrobić. Próbować sami chociaż wyłapywać się ile negatywizmu i destrukcji niesiemy myślą, słowem i czynem też.

Tak więc test największy zawsze przechodzimy w obliczu wyzwań życiowych czy przeciwności losu (zwał jak zwał ale słowo “przeciwności” nie niesie niestety zbyt pozytywnej energii). Na początku jeszcze sobie jakoś radzimy i się trzymamy ale później im dalej w las tym ciemniej czasem. W zasadzie próbuję jakoś tak emocjonalnie odciąć się od niektórych sytuacji żeby za bardzo ich nie przeżywać i nawet trochę mi się to udaje. Wiem, że stres bardzo szkodzi przynajmniej MOJEMU zdrowiu, naprawdę, kiedyś jak byłam młodsza kompletnie to do mnie nie docierało ale człowiek młody to rzeczywiście głupkowaty trochę jest i nie szanuje za bardzo siebie. Tak się jakoś dziwnie wydaje, że ta młodość jest dana raz na zawsze i będzie trwać wiecznie. Przynajmniej ja żyłam w takim odrealnieniu i niestety dość długo to trwało. Aż razu pewnego dotarło do mnie NAGLE, że starą  dupą już jestem i najlepsze (pod względem przydatności) lata minęły. Musiałam na nowo odbudować sobie system wartości jako kobieta, która im starsza tym ma bardziej przerąbane (umówmy się, że tak po prostu jest i facetów aż tak upływ czasu nie dotyczy**). Pogodzić się, że czegoś tam nie zrobiłam, może coś tam zmarnowałam i nauczyć się funkcjonować nie jak małolata tylko KOBIETA. Och wcale to takie proste nie było, czas jakiś trwało, dlatego nawet zaniechałam obchodzenia urodzin żeby się nie dołować i tak trochę oszukać siebie – przede wszystkim chciałam. Dziwne to poczucie utraty lat i młodości właściwie i mnie dopadło. A przecież człowiek żył dość intensywnie i czerpał z życia. Ale może właśnie ZA bardzo i bezrozumnie trwonił ten czas. Z drugiej strony nawet ze słabej sytuacji wynika zawsze coś dobrego. Tylko punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Przestałam się w końcu obwiniać, wszak duszę nadal dość młodą posiadam (doświadczoną jedynie bardzo). A teraz jak jest dziecko automatycznie przestałam zawracać sobie głowę pierdołami i nawet się z konieczności troszkę uwsteczniłam – żeby wejść w świat mojego synka.

Widocznie w życiu ciągle jesteśmy poddawani jakimś testom i sprawdzianom, a już na pewno pojawiają się one z tytułu założeń i planów zmiany, o których tyle rozmyślamy i nawet wdrażamy w życie (łatwo idzie jak wszystko dobrze się układa). A tu nagle pies ukochany ma boleriozę i szlag wszystko próbuje trafić. Trzeba się trzymać i być ponad to. Codziennie weterynarz i nerwy, dodatkowy obowiązek dla faceta również bo mobilny to oprócz (nie normowanych godzin pracy) sukę dzielnie wozi. Ale rzeczywiście facetom trudniej się jakoś pogodzić z dodatkowymi obowiązkami, nie mogą zaakceptować tak łatwo zmiany planów i szybko się do nowych okoliczności przystosować. Akceptacja słabo samcowi wychodzi bo swoje sprawy ma, a w domu to ODPOCZYWAĆ chce, a nie  czymś tam dodatkowym się zajmować. Nie wiem dlaczego tak się dzieje i myślałam, że to tylko u mnie ale jednak nie koniecznie – z obserwacji wychodzi, że więcej takich jednostek po świecie chadza. Tacy kurcze wrażliwi. Zresztą dużo nie wytrzymuje spiętrzenia obowiązków i znajdują sobie gdzieś indziej cichy kącik i oazę spokoju (oczywiście do czasu bo w moim przekonaniu każda kochanka i tak żoną się staje). I kto tu jest słaba płeć? No na pewno nie kobiety …

Myślę pozytywnieMyślę pozytywnieMyślę pozytywnie … ( w końcu tyle zrobić mogę i chcę nawet)

Moja podświadomość zna rozwiązanie każdej sytuacji

Jestem spokojna i opanowana OMMM OMMMMMM OMMMMMMMMMM OMMMMMMMM OMMMMMM plus mudry koniecznie

Ps. Na razie udało mi się nie histeryzować aż tak bardzo z powodu suczki i postanowiłam kompletnie zaufać Sile Wyższej. Przemogłam się i w jakimś sensie /po raz milionowy chyba/ otworzyłam na Nią, że tyle razy już mnie/nas przeprowadziła to dlaczego teraz miałoby być inaczej … ? Spróbowałam pogodzić się nawet z tym, że pies już starszy (14 lat jednak ma) i miał dobre życie z nami. Spróbowałam nie przekroczyć tej cieniutkiej linii kiedy stres zacznie kumulować się w moim ciele i zacznę sama siebie zjadać. Usg nie wykazało nowotworu wątroby ani nerek i pod tym kątem mi ulżyło. Jeszcze mają coś tam sprawdzić bo ogólnie duży stan zapalny jest (więc z radości na razie nie skaczę i na wyrost się NIE cieszę) ale teraz już bardziej WIERZĘ, że z tego wyjdzie. I to są te nieprzewidziane sytuacje życiowe, w których wychodzi cała prawda o naszym systemie myślenia i podejściu do życia… Ja jednak jestem jeszcze dość zielona herbata w kwestiach konsekwencji trenowania swojego umysłu i daleko mi do doskonałości… Jedno mi wyjdzie, a drugie ucieknie czasem i w bok odskoczy … Dzisiaj piję piołun (herba-tę).

mala

**hmm… może być tak, że mężczyźni to naprawdę duże emocjonalne dzieci i w ten sposób zatrzymują sobie młodość … Nie dorastając zbytnio … Metoda skuteczna nawet bez względu na to, czy szkodę jakąś niesie 😉 YO

zwierzogród

No niestety jednak bardzo uczuciowa jestem i przyzwyczajam się do tych, których kocham. Również do swoich zwierząt. Na samą myśl, że są już stare robi mi się ciężko (tak tak) na sercu i ni jak nie mogę nad tym zapanować. Oczywiście tłumaczę sobie, że taka kolej rzeczy, że wiedziałam że tak będzie, że ciekawy bardzo żywot przy nas mają itp. itd. Ale nie ma to przełożenia na uczucia jakie we mnie są.

Miałam już kiedyś pasa i pożegnanie z nim przeżyłam bardzo chociaż pojawił się u nas jak dzieciakiem większym jeszcze byłam i do końca nie wiedziałam jak się mam nim opiekować. Cocker spaniel wyjątkowo wyrasowiony był (Gerry von der Teufelsburg się nazywał) i niemiecka rodzina pozbyła się go bo miał bardzo duże problemy z uszami (takie są nasze podejrzenia + że kłaczył do tego niemożebnie a włosy miał dłuugie). Znajomy uchronił go przed uśpieniem i przywiózł do nas. Mimo papierów i udziału w wystawach nie podołali takiemu obowiązkowi jakim w tym przypadku była pielęgnacja i dbanie o zdrowie. Zresztą dla dziecka też nie było to nazbyt fortunne psisko gdyż codzienne czesanie i latanie po lekarzach nie należało do moich ulubionych/nastoletnich czynności. Do tego hrabia, wytresowany (np. podawał łapę lewą lub prawą w zależności o którą się poprosiło, chodził przy nodze, siadał i kładł się) i na komendy (w języku niemieckim wydawane) reagujący owszem ale ogólnie niesamowity indywidualista – nie przejawiał na przykład większej ochoty do ciągłego tulania się i nie przepadał za przesadnymi spacerami siłą czasem ciągnięty (zdarzało się, że chciałam sobie z nim pochodzić, a on skubany uciekał mi do domu). Bardzo go z mamą jednak kochałyśmy i uważałyśmy, że cierpi za urodę. Był już moment, że miał taką ropę w uszach, że żaden lekarz w Gnieźnie nie chciał go leczyć i uśpić radzili. Ale my się nie poddawałyśmy i znalazłyśmy jakieś starego już wtedy profesora w Poznaniu, który sytuację opanował. A później przeszedł operację uszu i do 13 roku sobie jeszcze żył. Za żarcie oddał by wszystko i tylko ono go interesowało (ale ponoć spaniele potrafią nażreć się do pęknięcia żołądka). Miewał też swoje fochy i chimery i jak w nocy został przyłapany na wylizywaniu cukru z cukiernicy na stole siedząc to autentycznie bardzo się wstydził i głowę “nie wiem o co chodzi” odwracał. Potrafił też odmówić wyjścia z domu i 3 dni siedział pod ławą w kuchni bo mu np. jedzenie nie podpasowało (nie sikając). Weterynarz więc nie raz do domu był wzywany i dopiero później załapałyśmy, że to taka psia histeria …  Po jego odejściu psa więcej mieć nie chciałam ale …

po kilku miesiącach od straty tamtego mąż mój osobisty narozrabiał (kłamał, że nie pali, a palił – papierochy) i wymyślił sobie, że przed Bożym Narodzeniem weźmie mnie na litość i psa przyprowadzi. Że decyzja to poważna była NA SZCZĘŚCIE mnie poinformował i oczywiście ziarno na grunt podatny padło. Pojechaliśmy więc do schroniska niby tylko zobaczyć co i jak i się jeszcze zastanowić, ale rudy duży jamnik tak głośno szczekał, że od razu poczuliśmy, że jest nasza. I wyszliśmy z psem. Kompletnie nie przygotowani i nie świadomi jak ma przebiegać opieka nad zwierzęciem z sierocińca. Długo się docierałyśmy ale jak już ją naprawdę pokochałam bez żalu o tamtego (który jeszcze jednak w sercu siedział i porównywałam ją do Gercia) to na zabój. Owszem, sprawiała trochę problemów bo ani nie umiała na smyczy chodzić, sikała w domu i notorycznie uciekała. Ileż razy po osiedlu ją jak ta głupia goniłam … (teraz się z tego śmieję, tamten DO domu uciekał, a ta Z domu) I sandały najlepsze też mi pożarła (a to pewnie dlatego, że młodsza była niż w schronisku powiedzieli bo nawet trochę jeszcze urosła). A później załapałam, że to pies mega spacerowo-wybiegowy i jak na solidny spacer wyjdzie to na miejscu grzecznie siedzi. Do dziś jak jest na wsi, prysnąć potrafi jak do lasu na wybieg nie pójdzie. Nerwowa bardzo też od  zawsze była i nawet kąsać próbowała (cały czas jak się zdenerwuje to na swój-na szczęście- ogon się rzuca) ale rzeczywiście coś  w tym jest, że psy do właścicieli są podobne (koty zresztą też) 😉 Nigdy nigdy przenigdy bym jej na żadnego innego nie zamieniła, towarzyszka najlepsza i pocieszycielka, pies jak z bajki – jak płakałam czasem to przychodziła i po rękach mnie lizała … Nawet wyrzuty sumienia trochę mam, że jednak jej od razu w pełni nie zaakceptowałam i do tamtego idiotycznie przyrównywałam.  Wszyscy bliscy znajomi darzyli ją uczuciem bo towarzyska nader była (teraz mniej już trochę ufna), wszędzie z nami jeździła, na imprezy i aftery też się zdarzało ją zabierać, setki chyba kilometrów pól, łąk, lasów, ulic przeszła z nami i miała potrzebę być TYLKO ze mną najlepiej, nieważne gdzie i w jakich warunkach. W życiu bym się nie spodziewała, że taką sukę cudowną będę miała, przytulaczkę, która przyznaję, lata całe do pojawienia się dziecka w łóżku z nami spała. I nagle ma 14 lat ! A do tego tyle kleszczy w życiu miała i żaden jej nie zaszkodził, aż do teraz. Nerwy straszne, przeżywam bardzo każdą akcję zdrowotną z nią (i kotem) związaną i cieszę się, że mąż w porę gnojka znalazł w futrze głęboko bardzo zakleszczenego i dużego już niestety. Pocieszające jest, że w porę antybiotyk dostała, bo w krwi jakiś stan zapalny wyszedł. Mimo więc innych zdrowotnych perturbacji trzymam kciuki, że będzie sobie jeszcze z nami żyła. Iii tam kciuki, tak naprawdę szczerze się za nią modlę …

zwierza

Jeżeli chodzi o kocicę to przyjechała z moim mężem, wówczas chłopakiem,  w Dzień Dziecka na weekend tylko. I oboje zostali na zawsze. Darzę ją szczególnym bardzo sentymentem i przeżywam jak szalona przytrzaśnięcie końca ogona przez dziecko (niestety) bo operacja ją nie minie (martwica). Nic za to nie mogę, że te moje zwierzole darzę takim silnym uczuciem chociaż obiecuję sobie, że już NIGDY więcej żadnego nie wezmę (jest u babci jeszcze Krówka). Ale później jak tak sobie rozmyślam  sam na sam to nie wiem czy jednak wytrzymam. Owszem, serce krwawić będzie ale życie bez psa czy kota jałowe jakieś mi się jawi. Oczywiście mogłabym mieć jeszcze papugę czy świnię morską ale jednak te dwa gatunki : pies i kot niesamowicie mi pasują i gdybym miała wybrać to nie wiem które (kot ma to, czego nie ma pies i odwrotnie 😉 ). Rozum każe więc zaniechać posiadania więcej zwierząt bo to obowiązek, wydatki, przeżycia emocjonalne na wysokim poziomie i upychać w razie wyjazdu trzeba (na szczęście można do mamy)  i same racjonalne argumenty przeciw przemawiają. I mąż też nie chciał więcej zwierząt (mówi, że kota na pewno nie zaakceptuje – zobaczymy …) ale już zaczął coś wspominać, że na małego pieska to się zgodzi 😀 jak synek będzie bardzo chciał haha …

Bo podobno najlepszym pocieszeniem dla psiarza po utracie przyjaciela jest wzięcie następnego. I o ile wydaje się to niemożliwe- to lekiem jedynym dla cierpiącej duszy się staje i nadzieję nową daje … Po zastanowieniu myślę sobie, że coś w tym może być … Pustkę zapełni. Oczywiście nie od razu ale ciągnie wilka do lasu prędzej czy później … Już raz to zresztą przeżyłam.

Nad nerwami natomiast średnie panowanie mam i słabo idzie mi NIE panikowanie. Czemu w tej głowie roją się od razu czarne scenariusze zamiast odpuścić i poczekać chociaż na wyniki badań suczki… ? Tym razem bardzo się starałam i szło mi jakoś ale do czasu oczywiście… jak pies za próg domu do lekarza nie wyszedł …  Ale przyjaciele to przyjaciele. Na 4 łapach czasem okazuje się, że najwierniejsi, zawsze kochający bez względu na wszystko i czekający z utęsknieniem. Nie lubię jak ich w pobliżu nie ma ale … może to nie tylko tęsknota … ?

Może też chęć posiadania nad wszystkim kontroli przeze mnie przemawia? Może tak być bo często wydaje mi się, że nikt się tak nimi nie zajmie jak ja, nie postara o karmę specjalistyczną jednej na nerki, drugiej light/senior, nie wygłaszcze wystarczająco i nie zobaczy tego, co ja potrafię wypatrzyć … czarna herbata normalnie jestem … Zresztą też się  z czasem przyzwyczaiłam, że wszystkim w domu SAMA zajmę się najlepiej (co za durne przekonanie). Kiedyś taka nie byłam ale zgodzę się z teorią, że kobiety przyjmujące nazwisko męża zmieniają się w zupełnie inne babki *. Osobiście byłam dość oporna i długo ukrywałam różne, powiedzmy, talenty ale w końcu i tak po latach zaczęłam coraz bardziej dbać o swój dom i swojego faceta z przyjemnością (do tego nawet !). Wdrożyłam też własne obserwacje pod tym kątem bo temat wydał mi się ciekawy i naprawdę coś w tym jest ! Ostatnim namacalnym przykładem jest moja mama, która długo po rozwodzie nosiła jeszcze nazwisko mojego ojca ale w końcu po wielu latach postanowiła się go pozbyć i wrócić do panieńskiego. I stopniowo zaczęła przejawiać cechy osoby wolnej, skoncentrowanej na sobie, a nie tam na przyziemnym sprzątaniu czy gotowaniu obiadków. Zawsze bardzo dokładna nagle robi wszystko z niedbałym rozmachem i oczywiście coś tam sprząta ale raczej tyle, ile trzeba 🙂 Nawet były pewne spory pod tym kontem gdyż denerwowałam ją swoim – jak to mówi perfekcjonizmem (lecz daaaleko mi do tego), a ona z kolei wkurzała mnie ignorowaniem spraw gospodarczo-domowych. Dopiero jak wykminiłam, że to proces naturalny i zmieniła znowu wibracje na panieńskie to jej o tym powiedziałam i wzajemnie się na nowo zaakceptowałyśmy.  Więc ja czasem odpuszczam, a ona właśnie inwencją ciut większą wykazuje …

* jeżeli chodzi o numerologię to kompletnie ją odrzucam jak i inne wróżby. Tu akurat motyw zmiany nazwiska jest dość naocznie opisany. Zajmowałam się przez wiele lat robieniem portretów numerologicznych i na koniec doszłam do tego, że nie chcę nikogo programować (bo to swego rodzaju kody są wrzucane ludziom), do tego każdy ma w sobie WSZYSTKIE cechy każdej z liczb bo jesteśmy wielowymiarowi (wyszło jak się pomyliłam i dla innej liczby opis zrobiłam, a zgadzało się w 100 % haha), pewne rzeczy i tak się dzieją w swoim tempie i żadne cykle nie są do końca w stanie tego przewidzieć, a najbardziej koliduje mi to z WIARĄ, ŻE WSZYSTKO ABSOLUTNIE JEST MOŻLIWE. Wyklucza się wzajemnie już z zasady i albo jest naprawdę wszystko możliwe (i w to wierzymy) albo jakaś wróżka czy doradca rzuci w podświadomość schematy, które temu przeczą. A jeżeli spróbujemy tak jak np. w książce Sekret przesterować swoje myślenie (i podświadomość) to będziemy żyć życiem jakim pragniemy i o jakim marzyliśmy. JA wierzę, że to JEST MOŻLIWE i testuję na sobie prawo przyciągania. Na dodatek korzystając z jakichkolwiek wróżbiarskich prognoz możemy (również nieświadomie) nakarmić swoje lęki i usłyszeć to, czego nie chcemy i się boimy (a później odwrócić i przekodować swoją głowę nie jest tak prosto i trzeba szukać pomocy, najlepiej od razu kogoś takiego jak Gracja Brzuskiewicz). Często właśnie (wiem po swoim przykładzie) ludzie słabi i zalęknieni bardzo chcą zajrzeć w swoją przyszłość i wykluczyć swoje obawy. I dostają jakiś program, jeden z wielu, który teoretycznie może się wydarzyć. Ale inny też ma szansę realizacji i jest to kwestia trochę naszego wyboru. A w tej branży nie ma aż tylu delikatnych wróżbitów, którzy nie chcą krzywdy wyrządzić i znając środowisko WIEM TO po prostu, że prędzej czy później epatują swoją niby przewagą i w pychę często popadają, a co za tym idzie koniecznie chcą wmówić człowiekowi, że wiedzą na pewno wszystko lepiej od Boga samego nawet. Jako gatunek ludzki jesteśmy bardzo wrażliwi na wszelkiego rodzaju sugestie i idąc do wróżki itp. sami wystawiamy się na totalną manipulację i niezłe wkręty. Astrologowie często są mistrzami konfabulacji i łączenia szybko faktów i tak sesję prowadzą, że większość informacji wyciągają od klienta (na swoim przykładzie u super astrolog, bardzo polecanej to zobaczyłam-powtarzała przerobione MOJE opowieści i bardzo zachęcała do kolejnych – a później droga prosta do własnej interpretacji). Biznes to jest i zapominają troszkę, że z psychiką ludzką do czynienia mają i ktoś może się okazać bardzo słaby i wrażliwy. Kompleksy, a co za tym idzie posiadanie  władzy również w tych kręgach bardzo bowiem jest kuszące i nadużywane. Tym bardziej jak ktoś do tego pazerny jeszcze jest – chętnie uzależni “ofiarę” od siebie żeby ciągle po porady przychodziła i kasę nie małą zostawiała.

listopadowe sentymenty

4 lata pękły jak balonik i zleciały nie wiadomo kiedy, a porost pociechy odbywa się niemalże z prędkością światła – o ile nie szybciej nawet. Pewnie, że nie każdy czuje na sobie aż tak bardzo ten upływ czasu i kiedyś również należałam do tej grupy szczęśliwców. Do momentu jak moje życie nie zostało podzielone na etapy : z przed i po urodzeniu dziecka.

Myślę, że dopiero wtedy wychodzi cała prawda o człowieku i związku przy okazji też. I o ile kiedyś uważałam (być może takie przekonania właśnie miałam), że jak ludzie zamieszkają razem czy się ochajtają (w zależności od okoliczności) to dopiero wszystko wyłazi jaki kto jest, o tyle teraz (o Eureka! w jakiejż naiwności sobie żyłam 😉 ) sądzę, że prawdziwy sprawdzian dla związku to dziecko właśnie. No niestety. I dopóki się nie pojawi żyjemy sobie  spokojnie (mniej lub bardziej oczywiście) ale czasowo skoncentrowani na sobie (w tym pracy) i partnerze, podróżujemy, balujemy, świętujemy, weekendy przesypiamy (lub właśnie nie 😉 ), na zakupy latamy, na makijaż gdzieś wskoczymy czy pazurki. Wyjątkowo też uprzejmi dla siebie jesteśmy i bardzo się kochamy – oczywiście bez lukru przesadnego bo i tarcia w związku muszą być, inaczej chyba zdechnąć z nudy by można przez lata z kimś będąc… Ale niestety przy tak dużym poczuciu odpowiedzialności i obowiązku jakim jest pojawienie się dziecka ujawniają się nasze najgorsze cechy charakteru te, które tak bardzo wcześniej próbowaliśmy chować, rzadko ujawniać i NAWET się to udawało.

Na początku pierwsze miesiące to istna sielanka połączona z totalnym amokiem kiedy to naprawdę zaczynamy działać na maksa intuicyjnie, a rozum włącza się tylko raz na czas jakiś. Osobiście uważam, że wspaniale jeżeli TAK właśnie się dzieje i nie zajmujemy sobie głowy niczym zbędnym tylko koncentrujemy głównie dzidziusiu i w końcu  tego serca słuchamy (całe podejście do noworodka, w moim przekonaniu, opiera się głównie na miłości i TO uczucie wkłada się w każdą jedną wykonywaną, prostą nawet i na maksa prozaiczną czynność). Bo karmienie, bo kąpiele, kolki, spacery, potówki, przegrzewania, smoczki, butelki, podgrzewacze, pieluchy itd itp. –   te wszystkie czynności wymagają naszego bezwzględnego zaangażowania – szczerego i prawdziwego. Nie ma człowiek  kiedy myśleć o pierdołach jak np. zastój mleka w piersiach i trzeba szybko reagować bo gorączka nagle rośnie. I mąż/partner wtedy jest cudowny i wykazuje się bardzo dużą empatią, przyznać to trzeba (a jak nie to do wymiany już dawno powinien być przeznaczony). Dziecko kanguruje (do dziś wzruszenie mnie ogarnia jak sobie przypomnę jak go tak nosił, później w chuście bo wygodniej jednak było), zakupy przynosi według diety karmiącej matki i pracuje jeszcze ! To jedne z piękniejszych chwil w naszym życiu mogą być jeżeli sobie na to pozwolimy, a zupełnie wspaniale się robi jak cały proces przebiega w ZGODZIE z naszą indywidualną naturą i współgra z cyklem wspólnego życia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ale dziecko rośnie i zaczyna być samodzielne, a co za tym idzie matka też już pod ochronką żadną nie jest (moim zdaniem do końca karmienia piersią należy jej się specjalne traktowanie). I wszystkio co z nim jest związane przeżywa się jak ta mrówka okres. Ząbek pierwszy wyczekiwany- o ludzie jak się darłam, że wyczułam przez przypadek  dziąsła myjąc (mąż zazdrosny, że go wyprzedziłam haha), utratę włosów – czy NA PEWNO odrosną ??? (no taak mamusia), zjedzenie papki- radość pod sufit, że zjadł paćkę marchewkową i mu widać smakowało (nie to co teraz), WSZYSTKO –  pierwszy samodzielny krok w pierwsze urodziny, pierwsze słowo, zdanie itd. a ile jeszcze przed nami …

Patrzę więc tak sobie na mojego synka i głupie to może, ale łzy w oczach czuję jak zaczyna do kontaktu sięgać i SAM zapala sobie światło. I tak sobie wtedy myślę, że jak dziecka nie miałam to sądziłam, że ludzie przesadzają mówiąc, że tak szybko one rosną. Wydawało mi się to BARDZO banalne… Jak to lepiej niczego z góry nie krytykować, bo teraz sama też tak to trochę widzę. Nie wiem doprawdy KIEDY te 4 latka ma i wiem, że to mało ale dla mnie czasu ogrom. Zwłaszcza, że nudy nie ma. Codziennie rano widzę, że rączki ma większe i nóżki dłuższe i piękny to jest proces dorastania tego swojego ukochanego dziecka i wiem, że musi być nieodwracalny ale jednak jakoś tak się dziwnie przy tym czuję. Każdego miesiąca wszystko się zmienia i nic nie jest takie samo. Chcę pamiętać i zawsze czuć we wspomnieniach jak był taki malutki i świeżutki prosto z brzucha. Nawet o nic nie mam do siebie pretensji (oooo wspaniale 😉 ) bo jednak macierzyństwo przyszło do mnie już (hmm … parę lat) po 30-stce  było więc świadomym (no powiedzmy) wyborem i przyjęciem wyzwania wypływającym prosto z serca (a nie z okoliczności, którym sądzę, że też bym podołała). Zniosłam wszystko dzielnie (chociaż drugi raz TYLKO w prywatnej klinice bym rodziła i to 6 kawałków zapałaciła). Do końca miałam obawy, jak chyba każda przyszła matka, czy sobie poradzę, a nawet zastanawiałam się czy na pewno je pokocham (tak, takie głupoty mi do głowy przychodziły w dzień porodu właśnie). Naturalnie jak go tylko usłyszałam i zobaczyłam zapomniałam o jakichkolwiek obawach i tak wyłam, że mój lekarz śmiał się ze mnie, że NIGDY nie widział, żeby babka aż tak ryczała przy porodzie (przy cc chyba bo siłami natury słyszałam jak laska się darła z 7 h).  A później zaufałam swojej INTUICJI bo czytałam wcześniej trochę o tej magicznej sile i wiedzy, którą nagle kobiety odczuwają jak zobaczą swojego maluszka. Wierzyłam, że będąc osobą bardzo sensytywną (chociaż to aż takiego znaczenia nie ma i jedynie pociechę jakąś stanowiło) i mnie to spotka, otworzyłam się więc na te doznania i ZAUFAŁAM naturze. Te wszystkie doświadczenia okazały się najpiękniejszymi w moim życiu – od początku czułam moje dziecko i ono czuło mnie (przyznaję, że to było mega niesamowite). Mimo cesarki sama się nim zajęłam i wiedziałam jak karmić piersią. Tylko we mnie ta wiedza była i to jest niezwykle namacalny dowód, że mamy swoje instynkty, którym wystarczy dać się poprowadzić, wsłuchać w siebie i w ciało swoje – bo do szkoły rodzenia nie chodziłam (musiałam ostatnie 3 miesiące spędzić w łóżku-na szczęście własnym, a nie szpitalnym). I nie poddawać się tak łatwo, a najlepiej wcale.

Teraz też staram się korzystać z intuicji ale przez lęki o dziecko, które chcąc nie chcąc czasem same się pojawiają jej obraz nie zawsze bywa tak dosłowny i wyraźny…

I nagle to już całkiem duży chłopiec jest, partner do rozmowy, przyjaciel nasz najlepszy i cudowny synek mamusi (no tatusia rzecz jasna też 😉 )

Tak mnie na sentymenty wzięło z okazji Jego urodzin, które w tym roku przypadły w piękną i do tego wyjątkową pełnię więc tym bardziej dla mnie/nas jest to taki magiczny listopad. I wiem, że to ja jestem jego przewodnikiem ale to ON jest moim światełkiem i promykiem, który oświetla mi drogę – prowadzi nawet w jakiś sposób i dzięki któremu w ogóle teraz JESTEM …

Epoka z przed dziecka minęła i jest wspomnieniem bardziej czy mniej wyraźnym, jakimś innym światem, w którym kompletnie nie zdawałam sobie sprawy jak zarąbiście jest być matką i jak dobrze czuję się w tej roli.

Zapach nadchodzącej zimy, słońce i mróz jednocześnie to wszystko ZAWSZE będzie mi się kojarzyć z człowiekiem, który wywrócił nasze życie o 180 stopni i od którego zaczęła się zupełnie inna przygoda. LOVE

Ckliwa Bea jednak czasem jestem … jak każda matka chyba zresztą może tak to wszystko przeżywam – co z dzieckiem jest związane … cóż …

                                           *************

Zawsze po spotkaniach/imprezach z dziećmi nachodzi mnie refleksja, że wszystkie są bardzo niepowtarzalne, spontaniczne i cudowne 🙂 Plus i korzyść jeszcze jedna i dość ważna nawet z takiej okoliczności, że solenizant najadł się tyle żelków (raz w te urodziny dałam dzieciom to, co lubią, no niestety … ) że następnego dnia rano powiedział : maaamooo ale żeli to się tyle objadłem, że już chyba nigdy nie ruszę … lol

 

chcesz być zdrowy to nie choruj

Jak mogę unikam wiadomości wszelakich, również telewizyjnych i nie żebym nie była ciekawa co się w kraju i na świecie dzieje. Ciekawska jestem i to bardzo ale robię to świadomie i z premedytacją dbając o swój i tak nie najlepszy system nerwowy (kątem oka zawsze w internecie o coś tam się zahaczy).

Jeżeli chodzi o zacięcie polityczne to niestety przejawiam skłonność w tym kierunku chyba z mlekiem matki wyssaną,  a wszystko przez mojego dziadka Edwarda, który losami kraju zawsze bardzo był przejęty  i komuny nienawidził wyjątkowo szczerze. Walczył w obronie Kłecka – miasteczka w Wielkopolsce i może to nic takiego wielkiego nie było, ale jednak z karabinem biegał i do niewoli przez Niemców złapany trafił. Historia rodzinna związana z tym jest taka, że stał razem z innymi pojmanymi w szeregu i jakiś gestapowiec powiedział nagle raus i mój dziadek usłyszał jakiś wewnętrzny głos, że ma odwrócić się i odejść. Tak zrobił. Przeżył, reszta niestety nie. Ukrywał się później ponad miesiąc w jeziornych trzcinach i cudem wyszedł z tej sytuacji. Po zakończeniu wojny przeżywał więc wszystko baardzo dosłownie. Do tego stopnia, że wychodził na swój własny ogród wykrzykiwać na komuchów,

Czytaj dalej chcesz być zdrowy to nie choruj

matka roku

Czasami tak sobie myślę, że matką roku to nie jestem, ooo nie. Staram się i robię co mogę, zwłaszcza ze swoim nie łatwym charakterem … A temat wewnętrznego spokoju chyba jakąś rzeką do mnie płynie … i powraca sobie kiedy chce …

Rzeczywiście – SĄ lepsze momenty w życiu kiedy to panowanie nad sobą jakoś tak łatwiej przychodzi. Wcale nawet krótko nie trwają. I człowiek nie denerwuje się z byle powodu, cierpliwość okazuje i jakoś tak z humorem do wszystkiego podchodzi. Ale niestety nie trwają wiecznie i do kanonu zachowań wejść nie chcą. Najbardziej żal mi dziecka bo to na nim sporo się kumuluje (jak nie najwięcej) ale choćby bardzo bardzo z sił całych chciało się go uchronić przed tymi negatywnymi aspektami życia to nie idzie po prostu i już.

Zauważyłam, że moje nerwy czasami niestety nie są nerwami na syna ale np. na partnera, a nieodpowiednie (czasem naprawdę) zachowanie dziecka wyzwala je i potęguje. Coś zbroi i normalnie to olewam, a jak jestem już wcześniej zła to nagle zaczynam złościć się jeszcze bardziej. W ogóle złośnikom i cholerykom jest zdecydowanie mniej łatwo (bo na usta ciśnie się słowo “trudno” ale w ramach pozytywnego podejścia do życia unikam takich wyrazów) nad sobą panować i wymaga to ciągłej pracy i uwagi. Staram się nie krzyczeć, panować nad sytuacją i sądzę, że w stosunku do tego, jaka byłam kiedyś – zanim urodziłam dziecko to i tak jest wspaniale i zrobiłam mega duże postępy. Niemniej jednak jak podniosę głos i do tego uświadomię sobie, że dziecko pada kompletnie przypadkową ofiarą to czuję się paskudnie. Mam niesamowite wyrzuty sumienia i potrafię jedną sytuacją katować się cały dzień. Nawet jak nikt już o tym nie pamięta. Ale JA pamiętam i wcale tak prosto mi to wymazanie z pamięci nie idzie. /faktem jest, że czasem jak się trochę głosu nie podniesie to- przynajmniej moje dziecię- za nic nie posłucha i można sobie prosić do woli i błagać grzecznie do chybanigdy – żeby nie obdzierał np.tapety ze ściany/

Ale wydaje mi się czasem, że inne matki są takie spokojne i opanowane (zwłaszcza te w internecie) i  że głosu nie podnoszą / za to chętnie krytykują słabości innych i głoszą złote teorie, do których ciekawe czy same się stosują? Jak się tak naczytam różnych wypowiedzi to czuję się później o-kro-pnie (no niestety nie da się użyć zamiennika na to słowo).  Po czasie dopiero dociera do człowieka, po raz kolejny, że koleżanka np. ma podobnie, a obca laska przy zjeżdżalni palpitacji prawie z nerwów dostaje bo pociecha za nic np. nie chce iść do domu i siłą trzyma się barierki wrzeszcząc w niebo głosy. To tylko słabe pocieszenia bo JA to JA i JA wiem, że z dzieckiem trzeba i można dogadać się normalnie i bez krzyku. I bez wątpienia spokojna mama to spokojne dziecko. To naprawdę działa i jest dość prostą zasadą (wszystkie te zasady są takie “PROSTE”).  Tylko JAK tu się opanować jak twój facet osobisty w sekundę do furii doprowadza … ? Podziwiam pary, które potrafią do wieczora czekać i jak dziecko już śpi pogadać sobie co nie tak było, wtedy się pokłócić może i zrobić to bez niepotrzebnych – publicznych scen. Jak oni to robią? Bardzo próbuję uczyć się cierpliwości i zastosować do takiej metody rozmów sam na sam ale nie bardzo mi to wychodzi w praktyce. Staram się ile sił ale ten język szybki wyjątkowo i gryzienie się w niego słabo pomaga. Chyba musiałabym go amputować… Przeczytałam gdzieś, że bycie matką to nieustanne wyrzuty sumienia. I o ile najpierw zmierzwiłam się, że przesada jakaś o tyle w drugim odruchu muszę niechętnie przyznać, że coś w tym jest… Ciągle obwiniam się, że nie jestem dość dobrą matką. Że POWINNAM robić tak,  albo inaczej, wiedzieć o tym, stale pamiętać, to znowu nie robić czegoś, pilnować bardziej, gadać mniej, zapominać szybciej, a może jednak robić więcej (?) itp. itd. Można powiedzieć, że mistrzyni zadręczania to ja… Oczywiście nie cały czas i nie non stop ale jak tylko pojawia się jakiś kryzys to i owszem. Nawet potrafię się obwiniać, że za dużo (oczywiście w subiektywnym i matczynym odczuciu) zajmuję sobą i  myślę o sobie (Ha Ha !). Paranoja jakaś bo przecież wiadomo, że matka często jest na ostatnim  miejscu jeżeli chodzi o myślenie i cokolwiek zresztą co tylko z jej osobą jest związane… Próbuję trochę to odwrócić ale familia przyzwyczajona do pełnej opieki średnio takie poczynania znosi i delikatne kłody pod nogi podrzuca … O swojej osobie rozmyślam więc  w tzw międzyczasie i w przerwach pomiędzy planowaniem zakupów, a tym że lodówkę trzeba umyć. Ewentualnie wieczorem, a nawet w nocy. I ok, aż tak nie narzekam, ogólnie nawet wcale ( 🙂 ) – chyba, że jestem już bardzo zmęczona i naprawdę cierpię (o znowu super słowo) na chroniczny brak czasu.

Więc najpierw jest dziecko – bezdyskusyjnie (i naturalnie zresztą to się dzieje), mąż, a dalej pies i kot. Zwierzaki nie młode, opieki swojej i wyżywu wymagające. Przecież to zupełnie normalne i naturalne, obowiązek jest – ale akceptuje się go i robi swoje.  Więc teoretycznie jest ok ale może doba za krótka jest po prostu? Chociaż gdyby dłuższą była to i rzeczy do zrobienia też by się pewnie więcej uzbierało … Tak więc jedyne rozwiązanie to ćwiczyć ten oporny na zmiany umysł, starać się panować nad sobą (co oznacza także nie dawać się wciągać w czyiś kiepski nastrój i nerwy), szybko zmienną być i elastyczną,  łykać dużo magnezu i potasu na nerwy, melisa i ziołowe HERBAty*  też bardzo wskazane (parzenie jedynie czasochłonne trochę jest), wypoczynek (tak tak, bardzo ważny), a także  wiara w siebie i że wszystko jest możliwe

20160529_163221

Widziałam gdzieś rozmowę z Agnieszką Maciąg, że ona bardzo wcześnie rano wstaje i ma więcej czasu dla siebie… Jestem nawet zainspirowana takim sposobem na życie i wierzę, że naprawdę się sprawdza … Jeszcze tylko żeby realizacja była taka prosta jak nawet chęci, które gdzieś tam w głębi (no głęboko bardzo ale jednak) duszy przejawiam … I żeby to cholerne (kochane) łóżko takiego magnesu w sobie nie miało 🙂 Hmm… ale łatwo też może mówić komuś, kto ma pewnie pomoc jakąś domową czy nianię do dziecka – wstawaj o świcie będzie super … A spać kiedy? Jak po położeniu synka – mąż domaga się bezwzględnej uwagi? I książkę, jak się chce, też można spokojnie poczytać (przynajmniej do zamknięcia oka – tak samo jak z filmem 😉 ), nogi woskować, paznokcie pomalować, z maseczką poleżeć itp.

 

Bo druga prawda jest taka, że jakimś szczególnym wyjątkiem nie jestem i moje dylematy (beaty) żadnym ewenementem nie są … A słabsze chwile każdy ma prawo czasem mieć …

Słońce wracaj, to wszystko przez ciebie !

*można by jeszcze dołożyć dietę odpowiednią bez cukru, nabiału, mięsa (przynajmniej mocno ograniczone), glutenu (ha ha mnie to bawi już trochę jednak) ale pszenica naprawdę odpada i szkodę dla organizmu niesie, medytację czy relaksację – wystarczyłoby iść w możliwie odosobnione miejsce albo trochę spokoju wykombinować nawet na to 10  minut dziennie (teoretycznie co to jest, a tak pomaga ! wystarczy zwykła koncentracja na oddechu), sport do wyboru i choćby 15 minut – to WARTO… spacery na świeżym powietrzu… jeść świeże owoce i warzywa  (chociaż dużo mrożonych zimą też jest ok) … oczyszczanie organizmu  sprawa oczywista itd itd itd…  wtedy rzeczywiście jak o siebie dbamy to i spokój ducha nagle okazuje się prostszy, a nawet drugą skórą (przynajmniej czasowo) się staje 😉

natrętna pigwa i facet

Jesień nasza kolorowa, cudna i złocista obdarowała nas w dodatkowej promocji – dłońmi znajomego – ponad dwoma pełnymi siatkami pięknej i dojrzałej pigwy. Niby nic w tym nadzwyczajnego nie ma, ot zwykła pigwa przyszła sobie, siadła cichutko w kuchennym kąciku zapachniała przyjemnie i czeka. Czeka i czeeeka … i doczekać się nie może 🙂

Już na wyjeździe dowiedziałam się więc o nowej lokatorce, która to wyczekuje właśnie na MÓJ powrót i przetworzenie i beze mnie obejść się ABSOLUTNIE nie może. Troszkę się strwożyłam gdyż akurat pigwy NIGDY nie robiłam i do czynienia za bardzo z nią nie miałam (tylko na krzaczkach na ogrodzie mamy zachęcały dziecię do zrywania i rzucania, twardych jabłuszek, jak mój synek mówi na nie – lecz ta była całkiem inna). Już się kiedyś do niej przymierzałam ale wydawała mi się jakaś taka wymagająca, bo to po pierwszych przymrozkach zbierać trzeba, no a smak też dziwny jakiś, ni to gruszka, ni  ananas, trochę jabłko, mix totalny. Nawet coś z cytrusem jakby wspólnego miała. Kto by pomyślał, że to różowate głogowate 😉  Fakt faktem, że nie próbowałam do tej pory żadnej konkretnej sztuki, raz od kogoś dostaliśmy słoiczek z niby konfiturą do herbaty i jeżeli o mnie chodzi to smak nie powalił na kolana. I wcale nie odbieram jej właściwości zdrowotnych, wręcz przeciwnie – zachwycający to po prostu owoc jest … Smaczny zresztą nawet też – choć dziwoląg nie byle jaki 🙂 ale do smaku przemówiła pigwa owa dopiero jak ją sami po swojemu przyrządziliśmy (chociaż mimo wszystko oryginalna).

Wróciwszy więc do domu stałam się niemal odpowiedzialna za jej żywot i prawie 2 tygodnie na sumieniu mi siedziała. Nie tylko zresztą mi, mąż wspaniały zachęcony pozytywnymi opiniami o owocku doniósł jeszcze jedną siatkę – dumny bo sam zrywał i zbierał. Więc razem tak sobie na nią od czasu do czasu patrzyliśmy, a ona natrętnie zerkała na nas. Owszem, popędzana ciutkę byłam, ale tyle przetworów latem natrzaskałam od ogórków kiszonych, szwedzkich, sałatek do powideł, dżemów, konfitur wszelakich włącznie z jagodami własnymi rękoma zbieranymi …  więc na słowo ZAPRAWY szału prawie dostałam i cichutko odstręczona wyparzaniem (ZNOWUUU) słoików – zbywałam troszkę nowe lokatorki  (przyznaję, że w ukryciu wyrzucałam na bieżąco te nadgniłe).

Aż razu pewnego będąc na zakupach w Kauflandzie mąż (wąż) wypatrzył owe pigwy po 5 zł za sztukę. No i okazało się, że to owoc drogi nawet dość i zawrotne ceny niemal osiąga przybierając postać marmoladki (do 27 zł za słoiczek). Trzeba przyznać – podziałało, zaraz motywacja się zwiększyła (nie za dużo ale cukier zakupiony został). A że dzień ostateczny ważący losy pigwy zadomowionej nadszedł w moje urodziny i objęta ochroną wszelaką byłam – na małżonka obowiązki owe spadły. Zrozumieniem i uczuciem się wykazał względem szykowania słoików i sam wszystko przygotował (zdolny, naprawdę umie TAKIE rzeczy robić 😉 ). Tylko do obierania zagoniona zostałam, no ale tyle zrobić /ewentualnie/ mogłam. Harda sztuka co prawda z tej całej pigwy – niby dojrzała i delikatna, a w sumie twarda i kroić dać się nie chce – dość oporny więc owocek i najlepiej wrzucić do jakiejś szatkownicy krajalnicy może? Bo ze zwykłym nożem jak się na drobno che pociachać nie ma lepiej co startować …
Stał więc ukochany godzin kilka przy garnku konfiturkę mieszając, w między czasie parę innych rzeczy z zakresu gospodarstwa domowego poczynił, dziecięciem się pozajmował, herbatki zalewał skoro już w kuchni urzędował, pranie sobie sam nastawił (ooo), a na koniec dnia … haha orzekł słodko : bożhee, jakie to bycie gospodynią domową jest wyczerpujące -niee chcę juuż… (taaak? NA prawdę?) ooo jak mnie ręce bolą (to od obierania pigwuni zapewne) – masuj, masuj proszę kochana żono,  zmęczony jestem TAKI – nie usiadłem prawie wcale i naprawdę ta niedziela nieźle w kość mi dała…

pigwa1

Tak tak, to się tylko tak WYDAJE, że w domu wszystko samo się robi, a zaprawy to zwykła pestka (słyszę czasami: “tylko wrzucisz do garnka i cukrem zasypiesz”) noo przyyyjemność sama samiuteńka normalnie (na początku sezonu jak człowiek po zimie wytęskniony owoców i jarzyn wszelakich to owszem, no ale późną jesienią i zimą? to już cały rok na okrągło? o nie !). W takim razie może dobrze czasem zamienić się rolami i wykorzystać sytuację bo o ile facet z pracy wróci i ma wolne, o tyle kobieta-matka nigdy prawie 😉

Pigwa została więc uratowana i zasiliła domową spiżarnię 🙂 Rzeczywiście gdyby się zmarnowała trochę przykro by nam było – tyle kasy (jakby kupić) i witamin 😉

równa waga

Jak ja kocham swoją piżamę i łóżko własne… Może nawet jestem mentalnym niedźwiedziem, który zimą jedyne o czym marzy to żeby zapaść w zimowy sen … Dlatego ile mogę latam porozbierana jak najbliżej legowiska swego. Jest tam chyba po prostu jakiś magnes, który mnie przyciąga bardzo i ubierać mi się za nic nie chce …

Zawsze lubiłam jesienią i zimą siedzieć zaryta w domu i w łóżku swoim obłożona książkami, a  wychodziłam tylko do szkoły i na imprezy. Człowiek aż tylu obowiązków jednak nie miał chociaż tak bluźnił na przymus edukacji.  I po co? Skoro to najlepsze lata były … Teraz zresztą też są i nie ma powodów do jęczenia. Raczej do entuzjazmu, a przynajmniej umiarkowanej radości bez zbytniej euforii.

Jak  we wszystkim potrzebna jest ta RÓWNOWAGA. Słowo znane niby doskonale i przesłanie, które niesie również z kosmosu nagle nie spadło. Na pewno są ludzie przez naturę obdarzeni ową równowagą i wykazują sami z siebie tendencję do umiarkowania. A niektórzy mają za zadanie dobrnąć do tej całej równowagi, zapoznać się z nią i zatrzymać na dłużej. Osobiście zawsze jawiła mi się jako jakaś obca istota i kompletnie do mnie nie pasująca ale jednak zdawałam sobie sprawę, że jest pożyteczna i potrzebna w życiu. I o ile udało mi się ją jakoś utrzymać względem potencjalnych nałogów to już z emocjami nie było/jest tak łatwo. Jako stworzenie nader uczuciowe bowiem do granicy możliwości naciągałam zawsze poziom swoich emocji. Wyszargałam je, a później musiałam jakoś z powrotem posklejać. Intuicyjnie uciekałam więc  w totalne odosobnienie, bez telefonu i uprzedzenia. Nawet jak już telefony komórkowe były nie zabierałam po prostu żeby nie kusił. I ową równowagę łapałam z powrotem. Z czasem zaczęłam pilnować bardziej emocji, naczytana książek o zaburzeniach osobowości o tym, że po euforii zawsze jest totalny spadek i czym większa euforia tym większy i boleśniejszy upadek na glebę właśnie. Prawda to i trzeba zawsze o tym pamiętać. Że cieszyć się trzeba ale bez przesady. Bo jak się za bardzo nakręcimy  to ubywa dużo energii, którą później, w najlepszym przypadku, trzeba uzupełnić. W najgorszym można doprowadzić się do depresji lub jakichś zaburzeń skrajnych nawet.

Dlatego najlepiej panować nad sobą i poziom życiowej energii utrzymywać na możliwie stałym poziomie. To samo odnosi się do dołów jakichś i zapędzania w psychiczny kozi róg przez samego siebie wyłącznie i osobiście. I czujemy czasem tę granicę, której nie należy przekraczać i wiemy kiedy jeszcze jest szansa na powstrzymanie negatywnej lawiny emocjonalnej, która rusza tylko przez nas w ruch wprawiona. Jak się poddam tej destrukcyjnej cesze swego charakteru (może to w charakterze luka jakaś?) to jestem później bardzo zła, że nie dałam rady i nie powstrzymałam się w porę. Bo spadek energii też jest przy tym ogromny i uzupełnić go łatwo nie jest. Chciałabym mieć taką swoją stałą równowagę (równą wagę też 😉 ) wewnętrzną i ba! zewnętrzną. Bo niczego nie może być ani za dużo ani za mało. To takie proste przecież jest ! Zwłaszcza, że gdyby iść takim tokiem rozumowania, że to co wewnątrz to i na zewnątrz nabiera to wszystko jakiegoś sensu i nadzieję daje 🙂

A tylu ludzi, z obserwacji moich wychodzi – bo kocham ich obserwować  –  ma takie właśnie skoki i moje to pikuś czasem. Euforyzują się, skaczą, szaleją, że szczęśliwi tacy i super wszystko, a później dół i rozpacz… Mniej przyjemnie się robi w przypadku jak już zupełnie nie idzie nad tym  samemu zapanować. Dobrze chociaż na początek zdać sobie z tego sprawę, uświadomić i przyjąć do siebie. A później zacząć wyłapywać metodą obserwacji swojego JA albo udać się po pomoc do specjalisty. Może gdyby człowiek miał czas tylko sobą się zajmować, medytować, żyć spokojnie (to chyba samemu 😉 ) – jakoś łatwiej by z tym spokojem szło. Ale wiadomo – wytłumaczenie zawsze się znajdzie dlatego sztuką jest pracować nad sobą we wszystkich życiowych sytuacjach bez biadolenia, że gdyby coś tam, to coś tam …

Czy może jest tak, że moglibyśmy zmienić w sobie WSZYSTKO gdybyśmy jakieś większe chęci mieli ? Zapał jakiś taki albo może motywację? Dobrze jak już się na tą pozytywną falę wskoczy i nastawi odpowiednio. Wtedy rzeczywiście wszystko idzie samo … I pilnuje równowagi, że za dużo to później znaczy za mało…  Nie wiem, głupia czasem jestem czy zmieniać czy akceptować? A może trochę zmieniać jak już coś naprawdę nie pasuje, a resztę akceptować? Bo akceptacja i miłość do samego siebie to jednak jakaś podstawa egzystencji jest. W zasadzie można nawet przyjąć, że początkiem prawdziwie szczęśliwego życia być może nawet … Nie można  chyba (?) być tak na stówę szczęśliwym jeżeli ciągle w głowie za coś człowiek się obwinia i czepia siebie nieustannie. A to, że za mało wykształcony, że zbyt emocjonalny właśnie, że diety nie stosuje, że niesłowny jakiś, marudny itd.itp. No przecież każdy ma wady i zalety, plusy i minusy i nie może być inaczej. Skoro jest nam dane doświadczać tylu wewnętrznych przeżyć to może trzeba je barć jak leci ? Również to, co złe w nas siedzi. A jak się słabo z tym czujemy i nie możemy za nic akceptacji włączyć to też nie obwiniać się tylko próbować jednak  COŚ tam zmienić ? Tak jak z figurą, albo się kochamy i niczym nie przejmujemy, jemy sobie bez żalu albo jak nie możemy w lutrze na siebie patrzeć i przysparza nam to dużo wewnętrznej złości i dołuje – zacisnąć te zębiska i wziąć za siebie.

kamy

jednak jestem niedźwiedziem 🙂

plus z deszczowej aury – pies nie ma ochoty na spacery – tylko na pazurkach na mokrą trawę wychodzi po czym pędzi do domu ile w łapach sił 😉

a tak w ogóle to teraz jestem już wagą właśnie, a nie żadnym tam skorpionem i mi się ta zmiana barrdzo podoba 🙂

bądź mądry i pisz wiersze

Czasami to już naprawdę zgłupieć można kompletnie co temu dziecku dawać, a czego nie, co jest tak serio potrzebne, a co przesadą i skąd wiedzieć JAK postępować?

Jeżeli chodzi o odżywianie tu aż takiego problemu nie ma. Każdy wszak wie, że warzywa i owoce to podstawa zdrowia, dobre oliwy (NIE rafinowane),  ziarna i strączkowe też wspaniałe bardzo i na szczęście uwielbia moje dziecię soczewicę czy cieciorkę, reszta dyskusyjna i według uznania. Szkodliwość cukru dawno udowodniona, mięso też niezbyt fajne no a parówki to wiadomo, że już zuo wcielone. Z tym jedzeniem sprawnie wszystko przebiega tylko do 2 roku życia może zatem, kiedy to fascynacja pożywieniem sięga zenitu i wcina warzywa od brokułów przez buraczki w różnych odsłonach, kiszone ogórki, kapustę przeróżną, awokado i inne warzywiaste bardziej lub mniej typowe. Wtedy jeszcze możemy panować nad sytuacją i pilnować co do buzi bierze, zwalić np. na potencjalną alergię (tworzenie profilaktycznych historii, że za dużo np. nabiału spotęguje potówki – cóż i tak bywało … ) czy w porę powstrzymać idący (łaaa NIEzdrowy) chrupek od kogoś wciskany. Tak na marginesie to się zmienia w tempie dość szybkim jednak. Ledwo się człowiek przyzwyczai do czegoś to za chwilę pojawia się coś całkowicie innego … już pięknie coś je, za chwilę tego nienawidzi 🙂 Trzeba się bardzo szybko przestawiać i być niezwykle elastycznym… Mleka jedynie – na szczęście – do dziś nie znosi, napojony wystarczająco widocznie matczynym  (czasem mówi, że tylko mleko z cycusia było pyszne, a inne to kompletna OHYDA ha ha). Ale jogurty i deserki to już owszem …

Czytaj dalej bądź mądry i pisz wiersze

jin i jang

Muszę przyznać, że bardzo się cieszę, że mam synka. Zawsze chciałam mieć córeczkę i oczywiście najidealniej byłoby posiadać przysłowiową parkę. Ale zanim zaszłam w ciążę poczułam bardzo bardzo wielką ochotę na synka właśnie. Nie było więc innej możliwości 🙂

Oczywiście moje pobudki mogą wydać się komuś wyjątkowo niskich lotów ale jakoś tak po głębszej analizie wychodzi mi, że chłopaki mają jednak, mówiąc bardzo pospolicie, w życiu trochę łatwiej. Chociażby nie muszą ciągle myśleć o tych jajnikach, zawianiach i innych babskich wyjątkowo wrażliwych sprawach. Odnoszę też wrażenie – wracając wspomnieniami do szkoły, że chłopakom wszystko jakoś inaczej uchodziło i nawet jak ktoś się na takiego uwziął to jednak akcja gnębienia przez nauczyciela na przykład przebiegała nieco inaczej niż u dziewczyny.

Pewnie indywidualista wyróżni się z tłumu bez względu na płeć i kłopoty sprawiać każdy może ale jednak ten męski świat wydaje mi się trochę prostszy. I czasami rzeczywiście mam wrażenie, że jesteśmy z jakichś innych galaktyk. Wiele teorii już snułam w tym temacie raz, że inni zupełnie jesteśmy to znowu doszłam do wniosku (ciągle jakąś literaturą intelekt faszerując) że uczucia i emocje mamy takie same przecież i przeżywamy podobnie. To też jest prawda bo jesteśmy przecież ludźmi i targają nami podobne uczucia bólu, żalu czy miłości. Chłopcy są tak samo wrażliwi jak kobiety (o ile nie bardziej nawet). Wyciągnęłam więc kompromis, że facet taki sam ludź jak kobieta ale jednak inny całkiem … (można powiedzieć, że odkryłam amerykę 😉 )

Mimo, że mężczyźni mają też swoje życiowe wyzwania wcale nie takie proste, np. tą odpowiedzialność za rodzinę, zdobywanie pożywienia – w obecnej sytuacji kasy na nie, no i wzwód – główną przyczynę poczucia szczęścia lub nie – to jednak psychicznie trochę mniej skomplikowani jakby są. Nie rozmyślają bez potrzeby, nie dramatyzują bo hormony nimi  AŻ tak nie sterują jak nami (co za szczęście!), nie przejmują się pierdołami i o ile trafi się czasem jakiś pedancik o tyle reguły nie stanowi żadnej.

Druga sprawa gdzie teraz tych prawdziwie męskich mężczyzn poszukiwać? Nigdy łatwo nie było ustrzelić fajnego ale jednak jacyś tacy bardziej przebojowi byli. Chyba, że się zestarzeli i sił już nie mają 😉 Wychowanie pewnie też ma znaczenie i miłość matczyna jest cudowna i potrzebna bardzo ale może być tłamsząca i zbyt wyręczająca we wszystkim. Sama też będę musiała się bardzo pilnować żeby nie wychować jakieś kompletnej niedołęgi życiowo społecznej bo rzeczywiście relacja syn-mama dziwną formę przybierać lubi. I ta mamusia na rzęsach staje i WSZYSTKO za synusia jest w stanie zrobić. A zasady wpajać jakieś trzeba, przy okazji jak postępować z kobietami i w ten świat kobiecy też może wciągać? Jak facet bowiem ma zrozumieć kobietę kiedy nic o niej nie wie? Skąd ma wiedzieć o tych naszych szalejących hormonach jeżeli nikt z nim o nich nie rozmawiał? Noo z pewnością się NIE domyśli bo jak już wiemy w większości faceci tej konkretnej umiejętności nie posiadają i jedynie przekaz WPROST jest skuteczny.

A jak się tak człowiek-dziewczyna za młodu powieści naczytała o miłościach romantycznych to myśli, że w realu po minie ukochany pozna co ją trapi. Nie nie pozna, jeszcze urażony będzie, że się czepia. Najlepiej więc mówić wszystko konkretnie i bez owijania w bawełnę. Już na własnej skórze wiele razy się przekonałam, że to jedyna skuteczna metoda jeżeli nie chcę czuć się nie zrozumianą czy zlekceważoną (oczywiście w świecie moich domysłów). Oni nie widzą tego naszego cielęcego spojrzenia, nie analizują godzinami wyrazu naszej twarzy i wymownego (haha) ehh i ohh … Nie zastanawiają się zbytnio siedząc w swoim ukochanym fotelu co my tam sobie rozmarzone myślimy… W ogóle nie biorą takiej wersji pod uwagę. I można sobie godzinami i latami nawet czekać na jego “domyśli się”. Później może pojawić się tylko frustracja, że jak to, świnia jedna, tyle szansy mu dawałam, a on nadal nic nie kuma. No niestety nie. Nie było jasno powiedziane co i jak się dzieje. Nawet kartkę po zakupy szczegółową robić trzeba i nie wystarczy napisać : makaron… trzeba dopisać, że pełne ziarno na przykład i świderki (chociaż wydawać by się mogło, że wie doskonale jaki jemy i lubimy familią całą).  Inaczej w najlepszym przypadku biały przyniesie i do spaghetti, a w najsłabszym – ryż. I powie : a to nie wszystko jedno? przecież na kartce nic NIE BYŁO napisane ! Dodam, że kiedyś ukochany miał mi zakupić lakier do włosów zwiększający objętość jakiejś tam konkretnej firmy, a przyniósł zupełnie inny, wielki i ogromny i mówi : no przecież sama napisałaś, że ma być większa objętość to wziąłem największy jaki był hehe 😀

Ale jak już wyszczególnimy i powiemy o co chodzi to z reguły pomoc jest od razu. O dziwo dialog też potrafią podjąć i rozmawiać na unikane tematy. I nawet jak w pierwszym odruchu złapie się za głowę, że co to znowu za wymysły, to w drugim już zrozumie. I podtrzyma na duchu, a nawet okazać się może, że troszkę się spodziewał (ale bez potrzeby nie wychylał, bo po co?)… Domyśli się więc czegoś czasem, ale tylko czasem i nastawiać się nie można ani jako regułę potraktować. Facet na banały czasu bowiem nie traci i dopiero czymś zaczyna się przejmować jak mu własna INTUICJA to podsunie do baniaka i wewnętrzny niepokój sam z siebie poczuje. Wtedy szybko wyjątkowo spostrzegawczy się staje i czujny za bardzo nawet. A intuicję mają równie dobrą jak my kobiety (czasem nawet lepszą bo bez emocji zbędnych gadającą) tylko po co za dużo rozmyślać i w nadmiarze jej używać?

winfda

Bo te półkule mózgowe to nam chyba naprawdę inaczej trochę działają i o ile nasze żeńskie potrafią jak polny konik przeskakiwać z lewej na prawą to u nich niestety godzinami ten proces nieraz trwa. Więc jak ten men z pracy do domu  wraca i o interesach jeszcze myśli to lepiej dać mu trochę czasu żeby przestawił się na życie domowe i ochłonął. Można uniknąć przy tym nieporozumień, że my tu czekamy z głową pełną pomysłów, bo dziecku buty trzeba jechać kupić, pies na obcięcie pazurów iść musi i zadajemy milion pytań z tym związanych : kiedy? o której? jak, pieszo czy autem? a podoba ci się moja nowa pomadka? do tego dorzucimy: a co na obiad JUTRO byś chciał? jak jeszcze obecnego nie zjadł 🙂 A później pretensje mamy, że nie słucha, nic go rodzinne życie nie obchodzi, paskud i leń ogólny zwykły … Do pracy tylko chodzi i o forsie ciągle myśli, a nie o nas …  A wystarczy odczekać, wykarmić, niech usiądzie bezmyślnie trochę (przepraszam ogólnie i bez urazy), niech pogapi się chwilę przed siebie czy w ten telewizor choćby zerknie,  pyknie trochę w jakąś gierkę przy kompie  i może chwyci i przestawi się po czasie jakimś, że już nie musi logicznie myśleć tylko uczuciami trochę może zacząć się kierować. I z dzieckiem się pobawi z przyjemności, a nie z musu. Delikatnie, taktownie z nim postępować … jak z jajkiem hihi …

Dlatego o swój spokój trzeba dbać bo inaczej nic dobrego z tego wszystkiego nie wynika. Faza zakochania wiadomo mija szybko (chociaż w naszym przypadku – na szczęście – trwała długo bardzo ale bez okresu narzeczeństwa i chodzenia ze sobą dłuższego niż 4 miesiące – więc może dlatego) i sielanki non stop nie ma. Chyba, że sami będziemy dążyć do poprawiania jakości naszego życia i związku i szanować się na wzajem. Bo my kobiety to dopiero za skórę potrafimy zaleźć. Wcale się nie kryję, że okropna czasem jestem i sama ze sobą wytrzymać nawet nie mogę …  I mimo, że uwielbiam być kobietą, czuję się cudownie w swojej żeńskiej postaci to wiem, że minimum raz w miesiącu przechodzę samą siebie. Nic nie mogę na to poradzić mimo prób wszelakich różnych, od medytacji, po przez zioła, dietę, gimnastykę i nawet o leki uspokajające zahaczyłam byle tylko to pieprzone napięcie przedmiesiączkowe zniwelować. Ale cóż, nie udało się i pilnować jedynie się można, żeby jakiejś większej szkody nie wyrządzić otoczeniu i sobie. Mojego męża naprawdę więc podziwiam, że to wszystko dzielnie wytrzymuje i znosi i wiem, że czasami MUSI mnie do pionu postawić bo sama bym tego nie zrobiła. I po tylu latach niemal matczyną miłość mi czasem okazuje żeby rozklekotane hormony uspokoić troszkę. Czekoladą napasie, ostrych papryczek przyniesie, do kąpieli aromatycznej wciśnie, z drogi schodzi, i nigdy przenigdy nie potwierdza, że jestem gruba haha. Wręcz przeciwnie, zawsze mówi, że jestem szczupła i zgrabna – mistrz dyplomacji. Zresztą, każdy facet mógłby być już od niemowlaka niemal uczony, że szczerość w kwestii pytań zadawanych  przez kobietę -czy przytyłam?- nie zawsze popłaca 😀

Bo to znowu my baby – specjalistkami od czepiania się jesteśmy np. :    o niee przytyłam, kochanie, zobacz jaką dużą dupę dostałam, no zobacz, PATRZ MÓWIĘ CI... a on : nieee skarbie, wydaje ci się przecież… ona: NIEEE PATRZ DOKŁADNIE, ślepy przecież nie jesteś, nie spojrzałeś nawet bo nic cię nie obchodzę, a lustro mam i WIDZĘ… on: no może trochę rzeczywiście się zaokrągliłaś, ale to nic, jesteś i tak seksowna i śliczna i lubię taki tyłek…. na co ona: taaak wiedziałam, że już od dawna to widzisz, DLACZEGO, DLACZEGO mi NIC nie powiedziałeś buuuu jestem taka gruba i TY o tym wiedziałeś… JAK mogłeśa podobno mnie kochasz itp. No, mniej więcej tak to czasem wygląda 😉 I nauczka dla nas, że faceci owszem wzrokowcami są ale na detale większej uwagi nie zwracają (bardzo nad wyraz wyjątkowo coś tam zauważą) dopiero jak im same osobiście wciśniemy je w oczy 😉 I to my kobiety odpowiedzialność bierzemy za to, co stale im same w te gały wpieramy i koniecznie (chyba) chcemy żeby dostrzegli (no właśnie, czy to jest aby  TAKIE niezbędne?) Więc czy to naprawdę aż tak nie fajnie, że zmiany koloru włosów nie odnotują ? skoro setnej nowej bluzki czy spodni też nie zauważą 😉

Tak więc kocham WAS FACECI, uwielbiam i życia sobie bez Was nie wyobrażam 🙂 Jesteście zajebiści po prostu! I choćby z tego powodu cieszę się na maksa, że jestem kobietą 🙂

mamy bunt

Pijąc tym razem hektolitry herbaty z krwawnika wychodzi mi, że każdy w różnym stopniu ale przyzwyczaja się do dobrego.

Oczywiście faceci bezdyskusyjnie przodują i z owej dobroci im okazywanej czerpią ile się da nie przejmując zupełnie niczym, a nawet poczucie mając, że im się wszystko należy (bezbłędni jesteście i podoba mi się podejście 😉 ). Ale wszystkich domowników czy ludzi żyjących ze sobą emocjonalnie blisko to dotyczy… Zwłaszcza, jak kobieta, która głównie domem i rodziną całą najbliższą się zajmuje nagle zaczyna zajmować się sobą i swoimi zainteresowaniami, przyjemnościami czy czymkolwiek co zajmuje jej czas i sprawia frajdę.

Nie jest tak, że się nie cieszą, są naprawdę szczęśliwi ale jednak mają poczucie utraty bezwzględnego dobrostanu. Bo posprzątane, poprane, obiad na godzinkę zażądaną wjeżdża na stół, fikuśny bardziej lub pospolity ale jest, frykasy na kolacyjkę w lodówce czekają, sok świeżo wyciskamy codziennie (oczywiście z myciem sokowirówki), owoce do wyboru do koloru, dziecię wyhasane, pies spacerowany przynajmniej raz na 2 dni minimum 45 min do parku i wiele innych spraw na tip top ogarnięta… I nagle … wszystko staje, bo mamusia nowe powołanie odkryła jakieś i szokową terapię na rodzinie przeprowadza. Zakupy do minimum ograniczone, obiad na ostatnią chwilę albo prawie wcale go nie ma (dziecko najmniej poszkodowane – tu obiad być MUSI, a że lubi też frytki, racuchy, naleśniki i spaghetti to mamcia na łatwiznę idzie – TAK niestety – czasem trzeba), wszędzie spóźniona, niedomalowana i ubrana równie dziwnie, nawet pies zdegustowany z resztką nadziei w oczach spogląda – jak się do drzwi zbliżyć, że już … już … może teraz mnie gdzieś wyprowadzi… ???

I żal nawet ekipy po czasie się robi, że zaniedbana taka trochę odłogiem sobie żyje. Choć ta matka dwoi się i troi żeby jednak minimum socjalne  wszystkim zapewnić … Ale nie może przestać i nagle zrezygnować z obranej drogi. Kwestią czasu jest i zmiany organizacji sytuacja po prostu wymaga. Bo nie można być tylko żoną i matką, trzeba też być sobą, pozwolić sobie na to i jak trzeba – zawalczyć. A walka szersze kręgi zatacza bo poza domem własnym też się daje we znaki takiej np. mamie swojej własnej. Bo na wyjazdach też wszystko zrobione, bo starszej osobie chce się pomóc i lata się ze ścierką jak nakręconym, a i chce się podogadzać, zdrowym wegetariańskim jedzeniem – napaść ile wlezie bo przeciętny człowiek z babciowego pokolenia, z przeciętnego miasta pochodzący, nie ma pojęcia o przygotowywaniu takich posiłków (ani czasu czasem jak całe dnie pracuje) .
I nagle trrach – odebrano im to wszystko … i to prawda, że dziecię najlepiej stoi i czasu najwięcej dostaje, a reszta dorosła przecież jest i sama musi sobie, mimo protestów, radzić. Szantaż,  manipulacja na “misia”, branie na litość, krzyk, terror, płacz, a nawet choroby i niemoc fizyczna – wszystko zrobią byle tylko ta matka wróciła na, powiedzmy, swoje miejsce. A czy ktoś ucieka od obowiązków i dezerteruje (choć czasem by się chciało) ? Mamusia nie zniknie, ma tylko też jeszcze kogoś do ogarnięcia o kim sobie w końcu przypomniała – SIEBIE ! Komu też potrzeba jest uwaga i uczucie trochę wyższe jednak niż li tylko sprowadzające się do podstawowych potrzeb …

I bunty wybuchają i zamieszki lokalne. Ale samemu też trzeba się trochę zbuntować właśnie i zobaczyć, że świat się jednak nie wali jak czegoś nie zrobimy,  nie posprzątany etc., a z głodu też jakoś nikt nie pada.
Nie mniej jednak nawet jak wszystko na początku się rozsypie to na pewno  z powrotem poukłada.

Zauważyłam też, że jak się nazwie rzeczy pewne po imieniu i wypowie je sobie głośno, to dopiero zaczyna się coś w tej bani zmieniać. Taka konfrontacja i upadek na glebę jest potrzebny żeby sobie ten swój

świat przewartościować naprawdę, a nie tylko o tym gadać czy snuć jakieś iluzje, w które sami wierzyć chcemy.
Żeby nie popaść w totalną psychiczną zapaść trzeba więc działać. Moim zdaniem jak wyrzuci się ze swojego wnętrza jedną sprawę to można poruszyć w ten sposób następne i przeżyć swego rodzaju katharsis żeby ponownie poczuć tą Moc, Wszechświat, Boga, Absolut – nazwa nie ma najmniejszego znaczenia bo chodzi o jedną i tą samą cudowną energię, która chce naszego dobra i jeżeli się na Nią prawdziwie otworzymy to zadziała i przeprowadzi nas przez wszystko (do tego po naszej myśli). Modlitwa, medytacja, relaks, joga, zwykła gimnastyka, sprzątanie nawet z intencją jakąś, kontakt z przyrodą czy serca wkładanie w proste czynności i wykonywanie ich z miłością i radością – wszystko absolutnie nas do tego przybliża bo napełnia wiarą i miłością nasze serce, a co za tym idzie spokojem, że wszystko jest dobrze, wszystko jest możliwe, że jeżeli żyjemy w zgodzie ze sobą i swoimi uczuciami /przekonaniami to nagle ta droga zaczyna być widziana jako prosta i prostą się staje. Ale trzeba się przełamać, nie wstydzić mówić czasem wprost nawet czegoś, co otoczeniu nie pasuje. Nie wstydzić się okazać emocji, zapłakać – nie wiem, cokolwiek zrobić co czujemy, że zniknie ta wewnętrzna blokada i spadnie jakiś ciężar z duszy.

Jeżeli o mnie chodzi to posprzątałam cały dom mamie tam, gdzie sama nie daje rady i chęci żadnej na to nie ma (dobrze, po to jestem – żeby jej pomóc), zrobiłam to z WIELKĄ ochotą, która nagle sama do mnie przyszła, śpiewając przy tym i odwracając uwagę od trujących myśli (z którymi wcześniej walczyłam) , wspomogłam się muzyką – i tu możesz mężu się śmiać bo włączyłam Eska TV ha ha ale nie ma to znaczenia. Stopniowo pogodziłam się też, że w lesie utknęłam bo zobaczyłam, że być może tak ma być dla mojej mamy, która bardzo za nami tęskni (my za nią zresztą też) i że czasami plany muszą się trochę zmienić żeby np. ktoś inny był szczęśliwy. A druga strona wcale na tym aż tak nie ucierpi. I że tęsknota za ukochanym zajebiście ożywia związek w sposób pozytywny, czysty i dobry. Nagle można dogadać się bez kłótni, pretensji i irytacji (przynajmniej przez chwilę). Udało się ziół regularne parzenie i spijanie, a wcześniej się nie chciało – choć w zasięgu ręki były osobiście latem zbierane i suszone. Organizm się upominał z dala od apteki – do natury wręcz zmuszony. Korzyść kolejna bo cukru mi się odechciało i ćwiczyć też trochę zaczęłam, a nie robiłam skłonów ostatnio nawet. Jakoś tak bardziej kobieco się przy tym poczułam. Na lęki pewne przypomniałam sobie ich przyczynę i mimo, że jeszcze nie przepracowane do końca, sama świadomość tego,  że ktoś już o nich wie, że gdzieś już zaczęłam ten proces wyciągania spraw z PODświadomości, sprawił, że doznałam bliżej nie zidentyfikowanego poczucia spokoju i ulgi…
Październik to fajny miesiąc jednak był 🙂
W wielkim skrócie oczywiście 😉