odgrzewane kotlety

Czy powracanie do przeszłości jest nam potrzebne? Czy w ogóle warto bawić się w odgrzewane kotlety i żyć złudzeniami? A może właśnie dobrze wrzucić na ruszt jaką zmarzlinę żeby te iluzje spadły i prawda wyszła jednak na jaw? Tylko czy aby na pewno niesie to dla nas jakąś korzyść?

Ogólnie

prawda jest niezbędna do życia w harmonii

przede wszystkim z sobą samym i bez niej daleko nie zajedziemy ale może jednak są jakieś okoliczności łagodzące mierzenia się z nią, a nawet wykluczające zupełnie proceder? Wszak życie rzuca nas na różne głębiny zmagania się ze sobą i światem i może czasem lepiej sobie czegoś zaoszczędzić…

czasami coś nam się po prostu wydaje… i widzimy obraz taki, jaki chcemy widzieć, nie koniecznie zgodny z rzeczywistością 😉
Chyba zależy od jednostki

bo wziąć to wszystko na klatę nie jest czasem łatwo, że na przykład nie znaczyliśmy dla kogoś tyle ile nam się wydawało. I tak idziemy przez ten żywot (człowieka poczciwego bardziej lub mniej) w poczuciu naszego własnego „wydawania się” gdyż prawdy tej prawdziwej czasem kompletnie nie widzimy, nie chcemy i nie przyjmujemy do wiadomości.

Tak łatwiej funkcjonować, z tymi mechanizmami obronnymi, inaczej pewnie nie dalibyśmy rady, tym bardziej będąc na starcie w dorosłość. Młody człowiek wyjątkowo słaby psychicznie jest i wszystkim bardzo się przejmuje. Zdecydowanie ZA bardzo ale o tym jeszcze nie wie, idzie na żywioł, oddaje swoje serce, oddaje siebie, a czasem może okazać się po latach, że zupełnie przesadził i było to w aż takiej formie zupełnie zbędne. Potrzeba akceptacji jednak jest niezwykle silna, że nie ma co wymagać od małolatów dojrzałego postrzegania rzeczywistości i relacji międzyludzkich. Które często są zafałszowane, powierzchowne i z prawdziwą przyjaźnią niewiele wspólnego mają. Ale to oczywiście wychodzi po czasie i może lepiej być bardziej jednostką pędzącą do przodu, nie zastanawiającą się nadmiernie nad sobą, życiem i przeszłością. Skupioną na pozyskiwaniu wykształcenia, pracy, pieniędzy, paru znajomych lub całych rzeszy, nieważne ale jednak bez zagłębiania się przesadnego w doświadczenia przebyte i jakość tychże relacji.

z tą prawdą bywa tak, że może czasami i w niektórych przypadkach lepiej pozostać przy swojej własnej i nie mierzyć się z czyjąś 😉

Właśnie, czy ta cała przeszłość to na pewno realne fakty, które w życiu człowieka wystąpiły czy może jednak patrzymy na nią wyłącznie przez swoje emocje i indywidualne postrzeganie? Bo może być tak,  że do zdarzeń i doświadczeń dopisujemy sobie swoją własną historię, łudząc się, że ktoś inny odbiera(ł) podobnie. To, że nadawało się na tych samych falach w jakimś momencie wspólnej drogi wcale nie daje nam pewności, że te osoby mają nadal do nas jakiś sentyment czy żywiły uczucia tym podobne do naszych. Tak to chyba jest, że jak jakiś związek zostanie z jakiegoś powodu przerwany to już po latach nie idzie odbudować relacji ani nawiązać jej na nowo. Przyjaźnie, które przetrwają czas długi, dobry i zły, są prawdziwe, reszta nic nie wartą kupką wspomnień, do której można mieć słabość, sentyment jakiś ale lepiej nie łudzić się, że coś odżyje na nowo. Co oczywiście na pewno

nie jest niemożliwe i czasem się zdarza 😉

Wszak prawdziwe uczucia nie giną tak łatwo w tłumie. Ale być może jest to tylko romantyczne pieprzenie i takie sytuacje trafiają się niezwykle rzadko. Może czasem warto cofnąć się do tej przeszłości wyłącznie dla siebie samego, żeby np. coś naprawić, przeprosić kogoś kiedy zachowało się jak świnia czy coś wyjaśnić. Okazuje się jednak często, że tamte osoby nie pamiętają, zapominają i cały ten wspólnie spędzony czas dawno wymazały z kart pamięci. A ty się człowieku bujasz, głowisz czasami co zrobiłeś źle, dołujesz, że można/trzeba było inaczej, chcesz coś zmienić i nagle postanawiasz to zrobić. TYLKO, powtarzam tylko dla siebie samego. Nawet jak wydawać by się mogło, że do sprawy podchodzi się na zimno to jednak uczuciowe jednostki nie sądzę aby potrafiły tak zupełnie oddzielić rozum od serca i po prostu nie czuć. Jeżeli przychodzi nam coś takiego do głowy to tylko dlatego, że odczuwamy, może nawet właśnie za bardzo.

A życie to dziwka i pieprzy się z każdym, bez względu na naszą uczuciowość. Jest bezwzględne i lepiej czasem nie wchodzić do tej samej rzeki bo może się okazać, że serce i wszystkie wnętrzności zostaną pożarte przez piranie i zostaniemy okaleczeni, w skrajnych przypadkach o własną godność, w lepszych o dobre wspomnienia. I nagle stracą ten dziecinny blask i niepowtarzalny urok po wygrzebaniu demonów przeszłości (które to wyskoczą całkiem przypadkowo i niespodziewanie).

Gdyby jednak przyszło komuś do głowy wsiąść w wehikuł czasu to najlepiej zrobić to bez emocji właśnie i nadziei. Tej mieć nie można, niepotrzebna w takich okolicznościach i owszem, umiera ostatnia ale właśnie ta jej agonia może mieć przykre skutki dla naszej psychiki.

Pewne sprawy lepiej żeby biegły swoim torem,

korzystniej raz na zawsze wybaczyć sobie i innym, a wspomnienia zachować w takiej formie w jakiej przetrwały lata całe i zostać z twarzą na miejscu. Iść do przodu bo wczoraj już nie istnieje, a jutra nie ma. To oczywiście lekka metafora i twardziele, jednostki pozbawione sentymentów w ogóle tak do sprawy nie podchodzą. Po prostu zapominają i ta niepamięć działa w dwie strony, bo puszczają w niepamięć swoje uczynki tak samo jak czyjeś. Ba, o tym nawet nie myślą. Są później tylko zdziwieni, że wyskakuje jakiś królik z kapelusza, o którego istnieniu dawno już zapomnieli. Tylko królik myślał, że ktoś o nim pamiętał. Nic z tych rzeczy.

Do tego całego tanga trzeba dwojga ale przecież każdy rozwija się w swoim tempie i wszyscy jesteśmy po latach w zupełnie innej bajce i odmiennej rzeczywistości. Warto o tym pamiętać

bo największe szkody robimy sami sobie,

nikt i nic nie jest odpowiedzialny za nasze rozterki czy nawet cierpienie tylko MY SAMI. Sami decydujemy kto i co na ile w nas uderza. Co naturalnie jest bardziej złożone (skomplikowane może nawet) i wychodzi mi na to, że wiąże się silnie z poczuciem własnej wartości. Im mniej ktoś wierzy i ceni siebie tym bardziej dostaje po nosie od innych. Tym intensywniej wszystko przeżywa i cierpi później duchowe katusze (do których może się oczywiście nikomu nie przyznać, a nawet uciekać prze konfrontacją z samym sobą). Nierzadko samodzielnie więc się na to cierpienie wystawiamy bardziej świadomie lub mniej. Ale jednak kombinując coś tam z przeszłością stwarzamy sobie wizje w wyobraźni, wyobrażenia, snujemy jakieś tam rozważania i bęc na ziemię spadamy z dużą mocą grawitacji. Bo niekiedy wyobrażenia mogą różnić się od (parszywej nieco) rzeczywistości.

lepiej nie być takim wrażliwym ale czy można coś na to poradzić jak się jest?

Głupio jest być takim przesadnym wrażliwcem, niemodne to i nie na czasie. Jednak na pewno

nie jest głupio być sobą,

to umiejętność, która posiada każdy od urodzenia tylko nie każdy z racji warunków życiowych i rodziców jakimi został obdarzony (lub sam ich sobie wybrał) może używać do woli. Właśnie to bycie sobą jest cholernie ważne żeby móc wybaczać sobie te swoje błędy i robić to co się czuje. Ze wszystkimi konsekwencjami. Każdy bowiem uczynek czy to spełniony względem siebie czy innego człowieka ma swoje konsekwencje i każda decyzja, którą w życiu podejmujemy nie jest ani tak naprawdę dobra ani tak do końca zła. Po prostu jakichś wyborów musimy dokonywać i tyle. Któregoś zawsze można żałować niemniej jednak lepiej to po prostu akceptować tak jak jest. Dlatego

dla własnej higieny psychicznej trzeba słuchać siebie, swojego wewnętrznego głosu

i niczym go nie zmącać. Nie zakłócać przesadnie rozumem co to chrzani swoje i próbuje zagłuszyć intuicję. Ona nie myli się co ludzi, których spotykamy po drodze, to nasze wychowanie i konwenanse, stereotypy wszystko psują. Że trzeba dawać ludziom szansę na znajomość nawet jak podskórnie się tego nie chce, że coś wypada lub nie, że tak będzie dla nas lepiej itd. Od dziecka ten głos często jest w nas tępiony i zmuszamy się do nawet niekorzystnych kontaktów międzyludzkich. A jak coś nie pasuje to nie, po co brniemy czasem dalej?

Rzecz tak oczywista nie dla każdego jest taka prosta bo właśnie te

warunki dorastania mają ogromne znaczenie.

Czym wcześniej zniszczona dusza tym trudniej ją uratować ale nie jest to niemożliwe. Może właśnie ten wewnętrzny głos pomaga i po mimo porażek pozwala się pozbierać. I człowiek może sobie powiedzieć, że przecież zrobił to, co czuł. Nawet jeżeli uczucia zostają odrzucone i serce poparzone zostało do krwi to dokonał świadomego wyboru bo TAK CZUŁ.

Czy ludzie, którzy się boją podejmują najodważniejsze decyzje? Czasami sobie myślę, że coś w tym jest. Ileż to razy odbierano mnie jako jednostkę odważną, a ja bałam się i trzęsłam w środku. A i tak robiłam coś pokonując tym samym swoje słabości (i tak mi zostało). Przyzwyczaiłam się, zahartowałam i zaprzyjaźniłam ze swoimi lękami.

Życie w dysharmonii ze swoim wnętrzem powoduje frustracje i choroby i w pewnym wieku już nie wypada postępować inaczej.

Odwagi też można się nauczyć i przekonać do jej przełamywania, nabyć drogą pozyskiwanych doświadczeń na stan posiadania i przyjąć jako stałe wyposażenie siebie. Poza tym życie (niektórych) zmusza do pokonywania siebie i swoich ograniczeń. Nigdy nie jest na to za późno jedynie, że czym człowiek starszy tym oporniejszy na zmiany. Nawyki stają się tak głęboko zakorzenione i dla niektórych są nie do przeskoczenia.

Alkoholizm, narkomania i inne nałogi świadczą o kompletnie chorej duszy, wewnętrznym nieszczęściu zagłuszanym środkami żeby tylko nie słyszeć swojego prawdziwego i naturalnego głosu, za którym człowiek nie podążał. Poukładane pozornie życie, czasem za szybko, czasem wbrew sobie bo tak trzeba kompletnie rozwalają instynkt, który to nawet później może wręcz wkurzać. I trzeba go zabić, ujarzmić, odciąć się od tego co pierwotne i prawdziwe. Bo jak coś zmienić jak już całe życie zostało ułożone i zaplanowane wcześniej? Lęk przed nowym/nieznanym staje się nie do pokonania.

lepiej uważać odgrzewając kotlety przeszłości bo można poczuć rozczarowanie… i nakarmić się nie tą strawą co trzeba…

A Herbata lubi łamać schematy i stereotypy i odgrzałam parę kotletów. Wyciągnęłam z lodówki wspomnień i ożywiłam na chwilę, na sekundę łudząc się, że ? No właśnie że co? Że przywrócę coś na nowo do życia? Powiem „przepraszam” czy „dziękuję”? A okazało się, że czyjaś pamięć wygląda zupełnie inaczej i naprawdę często, jak nie robiło się aż takich nie wiadomo jakich świństw, lepiej się NIE PRZEJMOWAĆ! Bo ktoś może kompletnie Cię nie pamiętać i nie przywiązywać wagi do żadnych tam wspólnych wspomnień. Może nawet nic dla kogoś nie znaczących. Jedynie, że co bardziej uwrażliwione jednostki będą miały problem żeby to zaakceptować i przeżyć zderzenie ze stanem faktycznym.

Nie nastawiając się na nic wiem, że było nawet warto chociaż (zupełnie) niepotrzebnie. Bo jednak odgrzewane potrawy nie są już takie same, nie smakują nazbyt atrakcyjnie, nie stanowią dobrej strawy dla ducha, nie łatwo też zupełnie nie czuć rozczarowania i może lepiej takie praktyki zostawić sobie na stare lata 🙂 I zmierzyć się z tą akurat prawdą kiedy już na nas nie będzie robiła aż takiego wrażenia, a póki co żyć w swoim świecie fantazji i iluzji, że znaczyliśmy dla kogoś coś więcej niż znaczyliśmy i nam się wydawało 🙂 YO

homeopatia w szponach systemu i głupota ludzka co granic nie zna

Uwaga, są przekleństwa i black tea!

Śledzę sobie ostatnimi czasy ataki na homeotpatyczne leczenie i kompletnie ni w ząb nie rozumiem tej nagonki. Wszak wiele państw Europejskich korzysta z niej zupełnie równorzędnie do medycyny tradycyjnej i nikt z tego żadnego halo nie robi. Mam wrażenie, że znowu tylko Polakom (tudzież blokowi wschodniemu) coś przeszkadza i tylko Polaków ona NIE leczy. We Francji z sukcesami stosują ją nawet chorzy na raka , a u nas prawie każdy farmaceuta gdy prosi się o taki lek komentuje, że to „tylko” woda i cukier. Mam już serdecznie dość ich niedouczenia lub świadomego wprowadzania klienta w błąd! Skoro ja, Beata, wiem jaki jest ich skład to oni nie wiedzą? Nie wierzę! Sprzedajne wrony, które kraczą jak system im każe, na usługach samego szatana. Pomijam w ogóle jakiekolwiek dyskusje, jakim prawem wpieprza się taki w nie swoje sprawy skoro ma tylko podać produkt. Co to k*** jest, wyrocznia jakaś czy co? Jak kupuję Ibuprom nie strzela mądrościami w temacie ani fochów nie robi.

nie jest takie proste leczenie homeopatią i to wyższa szkoła jazdy!

Naprawdę nie wiem kto tych ludzi kształci ale

nie trzeba być farmaceutą magistrem żeby doczytać z czego składają się kuleczki

i na jakiej podstawie działają. Bo znowu miałam taką sytuację z aptekarzem: po co to pani kupuje? tym dziecka pani nie wyleczy chyba, że sugestią. To woda i cukier.

Zaczyna mnie to ostro wnerwiać, te komentarze pełne uszczypliwości i agresji nawet jeżeli nie podziela się ich zdania. Bo koniecznie chciał mi wcisnąć coś innego i namawiał jak mógł. Może niedługo klauzulą sumienia zaczną się zasłaniać? I tak to homeopatia jest w szponach systemu, a głupota ludzka granic nie zna.  Ale ja

swoje dziecko tą przeklętą i wyklętą homeopatią leczę już od dawna i dzięki temu uniknęliśmy parę razy antybiotyków.

Np. na zapalenie ucha, np. na anginę, np. na oskrzela. I wszystkie przeziębienia po drodze z udziałem kaszlu różnego rodzaju. Nasza wspaniała homeopatka, pani doktor z osiedlowej przychodni (tak się fenomenalnie dla nas trafiło, że najlepsza na cały Wrocław chociaż prywatnie już nie przyjmuje) zawsze zapisuje nam też receptę na antybiotyk bo czasem to są poważniejsze niż przeziębienie choroby i woli nas na zapas uzbroić we wszystko, zwłaszcza prze weekendem. Jednak nigdy, przenigdy go nie wykupiliśmy. I ciężką anginę kuleczki z „cukru” leczyły z godziny na godzinę po ich podaniu. I dziecko przestawało płakać, a gardło na naszych niemal oczach robiło się czyste. Rano nic nie mógł przełknąć, gorączka, a wieczorem wcinał jak szalony. Czy to naprawdę sugestia? Nie sądzę. Pewnie nikogo nie przekonam bo Polak w swoje stanowisko brnie jak ten osioł co się kopytami zapiera jednak

nie demonizujmy czegoś, co kompletnie na to nie zasługuje! Ty nie używasz ale daj korzystać innym!

Sądzę, że znowu jest nagonka na to co naturalne chociaż nie rozumiem – bo przecież producenci leków homeopatycznych to też koncerny farmaceutyczne. Chyba, że nie opłacają lekarzy, nie siedzą po uszy w systemie łapówek i dlatego takie wyklęte. Poza tym ludzie mają chorować w nieskończoność, a od antybiotyków odporność leci na łeb na szyję i zaczyna się spirala kupowania co i rusz nowych leków. Smuci jedynie fakt, że wszystkie te podłe eksperymenty i dorabianie się klik finansowych odbywają się kosztem najmłodszych, a rodzice sami im to fundują. Wiem wiem, w dobrej wierze oczywiście. Z pełnym zaufaniem do lekarza. Nie chcę używać sformułowań typu „ciemnogród” bo jednak wolałabym zachęcić ludzi do spróbowania tej metody na sobie czy dziecku właśnie. Wychwalać będę pod niebiosa i walczyć o homeopatii dobre imię jak lew! Bo jest wspaniała i chroni przed znacznie gorszymi rozwiązaniami. Jednak lud ma zasilać kasę koncernom, a nie tam ziółka i medycyna naturalna…

smutne i przerażające jest to, że biznes kręci się najlepiej na dzieciach …
Antybiotyki czasem są potrzebne i nie neguję ich skuteczności – jednak to ostateczność!!!

Bo co innego może wlepić zwykły lekarz na zawalone gardło? Jakie ma inne sposoby? Ano nie ma żadnych. Tylko z grubej rury. A to droga do nikąd. Antybiotyki zabijają mikroflorę w jelitach i brzuszku maluszka o czym niby KAŻDY WIE (dorosły organizm lepiej sobie radzi choć też nie zawsze), która potem odbudowuje się nawet do pół roku. Tak, niestety tak właśnie jest. Tyle czasu regeneruje się po takiej terapii. A jak przyszwęda się kolejne przeziębienie czy inne schorzenie to droga w kółko się zamyka. Pomijam fakt zapisywania antybiotyków bez wiedzy i zbadania czy w organizmie na pewno bytuje wirus czy bakteria. Często są to praktyki na chybił trafił, a jeszcze częściej na chybił. I jak jeden lek nie działa to podają następny i następny aż może się uda, a może nie. Loteria. Znowu kosztem dzieci. Nie ogarniam tego, doprawdy, jak można narażać organizm swojego dziecka na ciągłą walkę? Żeby nie było to znam osobiście takie przypadki. Mając wybór i możliwość skorzystania z innych sposobów w pierwszej kolejności. Przepraszam szczerość ale chyba rodzice wybierają najprostsze i najszybsze rozwiązanie i wiem od znajomych w jakim stanie przychodzą dzieci do przedszkoli czy szkół. Tak, pieniądze zarabiać trzeba ale dziecko jest najważniejsze mimo wszystko. I dopiero jak dochodzi do znacznie poważniejszych powikłań, niekończących się wizyt w szpitalach i następuje taki spadek odporności, że już nic nie działa to wtedy nagle otwierają się oczy i okazuje się, że można się wybrać nawet do zielarza czy innego uzdrowiciela albo Dżizusa. Wtedy zdesperowany rodzic porusza wszystkie możliwe sposoby na uzdrowienie dziecka i przywrócenie funkcji odpornościowych również sposobami alternatywnymi. Samej też zdarzało mi się korzystać z usług zielarki – egzorcystki, która to potworny ból kręgosłupa po urodzeniu dziecka zabrała ze mnie na jednej wizycie. No ale osobiście wolę zaczynać od źródeł niekonwencjonalnych, a w ostateczności udać się do białego fartucha. Do bioenergoterapeuty zresztą też czasem chadzam.

W ogóle nie rozumiem, doprawdy NIE POJMUJĘ przede wszystkim tego,

dlaczego społeczeństwo nie ma mieć wyboru?!

Gdzie my żyjemy? Naprawdę poszaleliśmy jako grupa ludności, która sama domaga się zabierania wolności i ograniczania sobie praw. To przerażające, że Ministerstwo Zdrowia chce zakazać sprzedaży niektórych środków homeopatycznych. Komu znowu to przeszkadza? KOMU cholera aż tak bardzo nie pasuje wybór jednostki i neguje badania, opracowania lekarzy z całego świata w tej sprawie, a przede wszystkim zdanie pacjentów! Polsko, co się z tobą dzieje??? WTF?

Najbardziej dziwią mnie i jednocześnie przerażają ludzie potępiający tę metodę, że szarlataneria i oszustwo, nie mający z nią styczności. Zapewne jeden z drugim nawet u prawdziwego homeopaty nigdy nie był i na własną rękę próbował się z czegoś leczyć. A sami to sobie syrop na kaszel możemy zaaplikować i krzyczeć później, że nie działa.

Tylko homeopata i to dobry wie jakie kulki czy inne specyfiki na co zapisywać.

Nie ma innej możliwości. Później możemy kombinować ale na kanwie profesjonalnego doświadczenia. Najwięcej drą więc ryja ci, którzy w ogóle nie mają o tym bladego pojęcia. Nie pofatygują się nawet zapoznać z tematem lub zrobili to jednostronnie. Biedne ofiary systemu. Nie sądziłam tylko, ze jest ich aż taka masa. Rzeczywiście co normalniejsi już chyba wyjechali z tego kraju. I gdyby nie względy sentymentalno-rodzinne też bym to zrobiła.

Aaa no tak, kulki kosztują po 12-15 zł, a syropy i inne od 2o plasują się w z wyż. Do tego stale coś trzeba dokupować, a to probiotyki, a to inne specyfiki. Może więc o to chodzi, o pieniądze? A naród jest jak zwykle ogłupiany, podobnie jak ze szczepieniami. Nie wolność wyboru i jakieś minimum tylko wszystko jak leci. Jestem pełna obaw i raczej będziemy jedni z pierwszych zaczipowanych w Europie bo sami się o to prosimy. Nie walczyć o odszkodowania poszczepiennne razem, wspólnie, tylko zakazać nieszczepionym dzieciom wstępu do szkól i przedszkoli.

Obudź się Polaku! Czas najwyższy!

Bo nikt później nie pomoże, nie będziesz miał skąd brać pieniędzy na leczenie bardzo kosztowne jak nie jesteś zamożny lub milionerem nawet. Zresztą takich nikt nie ruszy, nie będą chcieli to nie zaszczepią. Tylko biedaki bez znajomości i kasy pójdą na rzeź.

Powoli to nie jest kraj do życia dla ludzi myślących i światłych nieco bardziej. Nie mówię, że szczepienia są z góry złe ale panika jaką sieje się wśród tłumu jest mocno przesadzona. W dobie tak wysokich standardów życia faszerować dzieci taką ogromnością trucizny i to nie rzadko 5 w 1 to jakiś obłęd. Nie wybrać na jakieś choroby tylko walić strzykawy jak popadnie. Od gruźlicy, po przez polio, grypę, świnkę, żółtaczek kilka szczepów, tężec i inne różyczki. Szkoda, że np. na takie odkleszczowe zapalenie mózgu tylko leśniczych zaszczepiają, a przeciętnemu człowiekowi nie polecą. Niee, na to po co, a tylu ludzi ma choróbska od kleszczy właśnie, że szok. Jest ich zatrzęsienie ale o tym, co by może pomocne było to cichutko, nie mówi się za głośno i tylko w specyficznych kręgach. Najważniejsza jest ospa i HPV mada faka. A leczą się później ludziska na wiele innych chorób, które są od tego paskudnego pajęczaka. Z kolei taki tężec u nas prawie nie występuje i znowu poznikały linki do opracowań WHO, które jakiś czas temu czytałam (że w europejskiej ziemi praktycznie go nie ma). Więc internet też nie jest wolny tylko jednak kontrolowany przez system. Link do informacji, że bodajże w 2016 r w Polsce było 12 zachorowań na tę chorobę też przepadł. Po co aż tak karmić się lękiem? Nie lepiej cały czas dbać o odporność naszych organizmów dobrą dietą, suplementami* i bytowaniem na świeżym powietrzu? Robić syropy z czarnego bzu i inne lecznicze specjały samemu? I dlaczego nie dać dziecku czasu chociażby tych 3 miesięcy po urodzeniu na sprawdzenie jego odporności czy potencjalnych chorób, które nie objawią się w pierwszej dobie życia? Boże, co ludzie robicie? Przecież

nie wiecie z jakim wyposażeniem przychodzi na świat noworodek!

*jak zaczęłam podawać synkowi Wit D, Wit C dosypywaną do herbaty i np. właśnie czarny bez to nagle zupełnie przestał się zaziębiać

Na pewno na ten padół nie wydam więcej dzieci i to jedno już jest nadmiarem dal pojebanego systemu. Kocham go i tym bardziej przeraża mnie pęd owiec na nieuchronny koniec i katastrofę.

wolność – czy to pojęcie w ogóle jeszcze coś oznacza?
Sami oddajemy WOLNOŚĆ, nie walczymy o swoje prawa, krytykujemy wszystko co nie siedzi w naszym, wąskim często, światopoglądzie.

W Japonii to pewnie wariaci, bo tam obok medycyny konwencjonalnej do wyboru jest alternatywna, z której korzysta bardzo dużo ludzi. Ciemnota na końcu świata. A co taka Francja wie o leczeniu, dla Polaka NIC, spęd czarnuchów nie mających pojęcia o świecie. Ostro? Być może. Stracę lajki? Trudno. Wystarczy poczytać w internecie co statystyczny Polak sądzi o obcokrajowcach i co do nich przejawia na naszej ziemi. Za kogo się uważa.

Nie jestem w stanie milczeć i sznurować sobie ust (czy tam palców). No jak można ufać tylko jednej stronie i nie zainteresować się inną? Jak można zakładać, że jest tylko jedna racja? Świat jest ogromny, wiedzy różnej wszelakiej mnóstwo, co piękne przecież jest, że możemy mieć wybór, poznawać nowe filozofie czy systemy leczenia.

Zarozumiałość i pycha Polaka nie zna granic.

Zakładać, że jego dziecka nie spotka NOP jest ogromną butą i dopiero jak coś się wydarzy to jest płacz i wzywanie na pomoc mediów. A NOP-a u nas tak łatwo nie zgłosisz i dopiero zobaczysz o co chodzi. Kiedy będziesz wiedział, że po szczepieniu pogorszył się stan Twego dziecka, a system Cię oleje ciepłym moczem i powie, że to przypadek i zbieżność w czasie. Żeby było jasne nie jestem też fanatyczką szerzenia poglądu, że autyzm jest wyłącznie dziełem szczepień. Przypomnę krótko, że czas odcinania pępowiny też ma OGROMNE znaczenie z czego mało kto zdaje sobie sprawę. I też przyczynia się do autyzmu w bardzo wielu przypadkach. Taka bowiem jest medycyna konwencjonalna, daleka od natury. Ciach pach ekspresem i taśmowo. Kogo obchodzi i który z lekarzy ma czas czekać na ustanie tętnienia krwi pępowinowej, która NALEŻY się naszemu dziecku! A to jego krew i musi przepłynąć! Łożysko też jest częścią ciała kobiety i nie mają prawa decydować kiedy ma nastąpić oddzielenie go od noworodka! Tylko człowiek mało wie. Podobnie było z medyczną marihuaną. Teksty, że dzieci będą odurzone itp. No ludzie kochani, weźta się w garść! Rzeczywistość nie jest tylko czarna albo biała.

Chcesz faszerować dziecko chemią rób to, ja Ci nie bronię. Ale odwal się od tych, którzy tego nie chcą robić!

Dlaczego jedni mają być tolerancyjni, a inni zabiliby za odmienne poglądy? Co komu przeszkadza i co kogo interesuje czym leczę własne dziecko? DAJMY SOBIE WZAJEMNIE ŻYĆ!!!

Skoro komuś takie środki pomagają i to osobom na całym świecie to chyba nie wszyscy są takimi pojebami, nie? A nawet jeżeli, to mają do tego pełne prawo. I sugestia nie ma w tym przypadku nic do rzeczy. Sugestią leczy się w zupełnie inny sposób. Podobnie afirmacją. Niestety nie jest to takie proste jak się powszechnie wydaje i wmówić sobie, że się nie jest chorym będąc bardzo potrafi znikoma ilość ludzi. Albo już na maksa zdesperowanych u kresu sił, którzy automatycznie wchodzą na wyższe wibracje, oddając wszystko Bogu czy innej sile sprawczej lub ci, którzy takie praktyki stosują od dawna i wibrują na wysokich częstotliwościach. W pozostałych przypadkach to prawie nie wykonalne.

Przykładowy skład kulki dla tych co nie pofatygują się doczytać a krytykują i komentują na forach:

BELLADONNA 9CH (Dl8)

Jest to lek pochodzenia roślinnego. Sporządza się go z całych, pobieranych wraz z pniem korzenia, świeżych roślin. Roślina nosi polską nazwę: pokrzyk wilcza jagoda. Nazwa łacińska: Atropa belladonna.

Jak nie wierzysz dobry człowieku w moc uzdrawiania to żadne leki nie pomogą.

Niestety białe kitle tylko czekają żebyś ciął siebie i swoich bliskich, ostrzą na Ciebie noże i zacierają ręce. Jeżeli my sami o siebie nie zadbamy to NIKT tego nie zrobi. Tylko lekarz w rodzinie jest szansą na prawdę i szczerość w innym przypadku nie licz na jego miłość i szlachetność bo kasa się liczy i to ona ma znaczenie. A na medycynę idą (w przeważającej ilości co wiem od samych zainteresowanych) dzieci lekarzy nastawieni na sukces i grubą forsę (co bardziej przedsiębiorczy doktor zarabia całkiem sporo nawet w naszym kraju). Nie chodzi o humanitaryzm i serce, takich przypadków jak doktor Religa są jednostki. Takich co przeżywają pacjenta, empatycznych i dobrych ze świecą szukać (co oczywiście nie jest niemożliwe bo też na swojej pokrętnej drodze spotkałam). Większości nic nie obchodzi poza statystyką i dla dzieci też litości nie mają. To dopiero jest rynek bo

naiwni rodzice łykną ze strachu wszystko co im się powie.

Chociaż zastanawiam się czy tylko o lęki tu chodzi, a przepraszam, czy to nie jest aby wygodne? Przerzucić odpowiedzialność na kogoś powiedzmy, że bardziej kompetentnego żeby samemu nie poszerzać wiedzy? Winny zawsze będzie. A medycyna zarówno konwencjonalna jak i nie robi postępy i nie widzę powodu dlaczego nie miałyby istnieć obok siebie. Więc zanim skrytykujesz homeopatię i będziesz walczył z przeciwnikami szczepień spójrz na siebie i zastanów się czy chcesz być zaczipowanym pracownikiem banku i farmacji zapierdalającym od świtu do nocy na kredyty i leki.

gdy nie miałam dziecka kompletnie nie przejmowałam się takimi sprawami jednak teraz jakoś nie idzie … nie, że się nie zastanawiałam ale nie ponosiłam kosztów emocjonalnych sytemu… będąc odpowiedzialnym za małą istotę światopogląd ulega totalnemu przewartościowaniu ☀️❤️☀️

Ps. Dziękuję za uwagę, nikogo nie chciałam obrazić ani urazić… Po prostu jestem jednostką wysoce emocjonalną…

dzieci (nie)małpy

Mamo (i wszyscy co wrażliwsi), ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem 😉 

Zastanawiam się co sprawia, że rośnie nam pokolenie dzieci małp? Czyli takich, które recytują, śpiewają piosenki, co poniektóre nawet posługują się językiem nieco bardziej biblijnym, skomplikowanym nawet i potrafią wymienić 5 grzechów głównych, a nie rozumieją prostych zasad jakże potrzebnych w codziennym życiu. I dla jasności nadmienię, że nie nie mam nic do nabywania artystycznych umiejętności naszych pociech tylko niech to idzie w parze z rozmowami i tłumaczeniem dzieciom co jest dobre, a co złe. Niech to nie będzie głównym punktem naszego zachwytu, zaśpiewałeś to odejdź do swojego pokoju. Jak w cyrku.

Np. czy nie poświęcamy dzieciom za mało czasu? Czy traktujemy po partnersku i dzielimy swoimi doświadczeniami stosownie do wieku? Czy cieszymy się na kolejne tysięczne to samo pytanie czy może odsyłamy dziecko z kwitkiem (tłumacząc sobie nasze zachowanie zmęczeniem, problemami itp.)? Może jestem już nudna ale to takie ważne dla nas i jakości naszego życia, a już na pewno dla najmłodszych …

Czy jestem idealistką?

Oczywiście wiele czynności związanych z pociechami jest bardzo prozaiczna ale jako rodzic, matka, coraz dłużej pełniąc tę funkcję dociera też do mnie, że czujności nie można tracić ani krok, tym bardziej z dziećmi, których się nie zna. Przeraża też jak szybko one wszystko chłoną i chwytają. Przeraża mnie bo okazuje się, że przebywanie w towarzystwie agresywnego dziecka może tę agresję przenieść na siebie, a czym dłużej jest pod wpływem kogoś nie fajnego tym jednak gorzej.

Nikogo nie zamierzam oceniać, tym bardziej dzieci. Dzieci same w sobie są niewinne, często padają ofiarami dorosłych, a owi dorośli też kiedyś dziećmi byli i padli ofiarą innych dorosłych. Tak więc po trosze mniejszej lub większej

wszyscy jesteśmy ofiarami ofiar.

Dlatego wybaczam najmłodszym i staram się wybaczyć też dorosłym. Chociaż przyznaję lekko nie jest. Z perspektywy „zwykłego” człowieka, który sobie po prostu żyje całą złością można by obarczyć dziecko i czyta się czasem w necie o potworach bachorach ale czy ktoś próbuje chociaż odrobinę wpłynąć na sytuację tych dzieci, które zachowania wynoszą z domu? A w konsekwencji przenoszą je na grunt publiczny.

nie jest lekko wypuszczać dzieci w świat…

Przeraża mnie, że wypuszczę dziecko w świat pełen dobra ale też pełen zła. Nie chcę zamykać go w kloszu, nie mam takiego zamiaru ale już boli agresja, z którą prędzej czy później mojemu synkowi przyjdzie się zmierzyć. A jest bardzo wrażliwy i empatyczny. Nie dziwię się też niektórym rodzicom, że sami dokładnie dobierają towarzystwo szkolne i do zabawy, a nawet chronią się w enklawach przez siebie stworzonych. Czy pani w szkole, która ma 30 uczniów w klasie jest w stanie wychwycić każdą patologię? A może nie chce ryzykować swojego spokoju i etatu? Zniszczenia przez chorych rodziców, którzy uważają, że nauczycielka przesadza…

I zastanawiam się czy tak było zawsze? Możesz Drogi Czytelniku wyśmiać mnie za te rozważania ale one pojawiają się w umyśle matki analizatorki czy tego chce czy nie. Bo nie przypominam sobie jak uczęszczałam do takiego przedszkola żeby małe dzieci na siłę wkładały komuś np. kamienie do buzi. Jakoś kompletnie nie kojarzę takich akcji prócz błahych wyskoków w porównaniu do tego. Czy dziecko, które zna na pamięć 10 przykazań bożych, a rodzic chełpi się tym szeroko wie o co w tym wszystkim chodzi? Czy to dziecko rozumie co klepie z pamięci? Chyba nie skoro później idzie i bije młodszego/słabszego. Nikt mu po prostu nie wytłumaczył przerzucając odpowiedzialność na tymczasowych opiekunów.

Stwierdzenie katole-psychole samo ciśnie się mnie na usta. Pod płaszczykiem religijności czynienie drugiemu zła zamiatanego pod przysłowiowy dywan. Przyzwalanie na przemoc. Nie usuwanie agresora z towarzystwa, a zmuszanie do odejścia tych, którzy zostali skrzywdzeni. Czy to logiczne? Normalne? Dla mnie CHORE.

Historia dotyczy pewnego 6 latka, który to już rok temu na imprezie dziecięcej wykazywał paskudne tendencje szerzenia przemocy. I o ile młodszy robił to w sposób łagodniejszy o tyle czym starszy tym sieje większe zagrożenie. Do tego stopnia, że pewna rodzina z poza naszego kontynentu musiała zabrać dzieci z przedszkola tak były prześladowane. I znowu zastanawia mnie reakcja społeczeństwa, która to daje przemocowym rodzicom przyzwolenie na dalsze przemocowe praktyki, a dziecku poczucie wygranej. I umocniło go to w przekonaniu, że jego zachowanie jest przecież okej. Bo to poszkodowane dzieci musiały opuścić grupę, a agresor został. I nawet żaden psycholog nie brał udziału w rozmowach (a może brał ale bardzo słabo i nic o tym nie słyszałam). Może też to ze mną jest coś nie tak ale czy to nie ten chłopiec miałby ponieść konsekwencje? Czyżby aż tak bardzo wychowankowie bali się reakcji rodziców, że NIC kompletnie w tym kierunku nie uczyniono? Nie żal im dziecka, które jest regularnie bite i szarpane? Jak takie dziecko ma się zachowywać? To nierealne oczekiwania względem niego, którym nie sprosta. Naprawdę NIC nie można próbować zrobić? Jedynie litować się nad takim dzieckiem przyzwalając mu na destrukcję? Przecież to go nauczy jeszcze wstrętniejszego zachowania! Czym będzie starszy tym bardziej bezkarny! No skądś się to wszystko bierze! Dlatego w niektórych państwach dzieci, których rodzice zachowują się agresywnie wiedzą gdzie dzwonić po pomoc. A nie udawanie, że nic się nie stało. Bo źródło najczęściej leży w rodzicach i tam się to wszystko zaczyna. A później te potrzaskane dzieci kontynuują i uczą kolejne dzieci zachowania krzywdzącego innych. Może trochę w myśl zasady: z kim przystajesz takim się stajesz. Dzieci to gąbki, które wszystko chłoną, chłoną więc też negatywne wzorce. Dzieci, które dają się sprowokować i podejść takiemu małemu oprawcy (czasami z lęku żeby przemoc nie odwróciła się przeciwko nim) kompletnie nie kumają co robią, a jak dojdzie do jakiejś tragedii wtedy zaczyna się lament. A my rodzice wiemy z kim przebywają nasze dzieci czy tak naprawdę wolimy nie wiedzieć/widzieć? A w przypadku kata zachodzi bardzo silne uwikłanie psychiczne bo ktoś kto jest poniżany i szarpany będzie w taki sam sposób postępował również w celu poczucia się lepszym, dowartościowanym, że skoro ktoś zgnoił mnie to ja zgnoję kogoś i poczuję ulgę (chwilową). Przecież dziecko NIE ROZUMIE tego co się z nim dzieje.

Są ludzie dobrzy ale naiwni

i na słowo wierzą, że ktoś się zmienił. Tylko na słowo czyje? Rodziców? Bo chwilowo ucichł, a może właśnie lepiej się ktoś taki kryje i swoją politykę przeprowadza w inny sposób, bardziej zakamuflowany? I można powiedzieć, że przesadzam bo dzieci to „tylko” dzieci  ale nie, proszę Państwa. Dzieci kształtują się przy nas i są naszym odbiciem. Zachowania agresji i przemocy jeżeli taka jest obecna w domu nie wietrzeją, nie znikają i nie rozpływają się. One się jeszcze bardziej wżerają, zaczynają być sposobem na życie bo dziecko innej metody po prostu nie zna. Czy w katolickim przylądku można mieć oczy zamknięte na bicie? W żadnej instytucji nie może być coś takiego akceptowane! Niedopuszczalna jest przemoc jakakolwiek, tym bardziej na niewinnych i bezbronnych maluchach. I współczuję bardzo temu dziecku ale ponad wszelką wątpliwość chcę chronić swoje.

Nie wiem co to będzie jak ruszymy do szkoły. Czy będę w stanie milczeć, nie widzieć i nie słyszeć? Przykro mi, że mój synek otwarty i szczery trafił na takiego małego prześladowcę, który starszy będąc świadomy w tym co robi, z premedytacją, wyrachowaniem i założonym planem namawiał kolegę do przemocy na moim dziecku. Nakręcał spiralę agresji, szarpania, szydzenia, oddzielania od grupy kogoś, kto mu się nie spodobał. Rozumiem wszystkie jego pobudki ale NIE USPRAWIEDLIWIAM. Na szczęście nic takiego się nie stało bo dorośli kontrolowali sytuację (chociaż rodzica chłopca ani jednego nie było na miejscu), a synek jest bardzo dzielny i waleczny i bronił się bez płaczu i skargi. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że ma się w tym świecie bronić właśnie i w razie czego przyłożyć.

Wolę chodzić i tłumaczyć się z bójki niż reanimować moje dziecko z potłuczenia psychicznego…

A z takich małolaty się czasem nie podnoszą. Ogromna fala samobójstw jest obecnie wśród nastolatków, którzy nie mają żadnej sensownej podpory wśród zapracowanych rodziców. Spychologia jest bowiem chorobą naszego wieku. Najpierw cały prawie dzień dzieci spędzają w przedszkolu czyli chowają je obcy ludzie, później szkoła i podwórko. Śmiało można założyć, że z takiego chłopca, który mając 6 lat zamyka siłą młodsze dziecko w szafie i trzyma żeby nie wyszło, wpycha komuś kamienie do buzi itp. rośnie przestępca i bandyta, który mając lat 14 może doprowadzić jakiegoś nastolatka do czegoś znacznie gorszego. Wrzucając np. głupi filmik do internetu lub szczując całą grupę. Prowodyr, który zamiast być w porę wyłapany, a rodzina targana po psychologach umacnia się w swojej patologii. Umacniają się rodzice, którzy mają w nosie co się z ich dzieciakiem dzieje i są w 80% społeczeństwa polskiego, które stosuje przemoc i sądzi, że to normalne. Do tego co poniektórzy mogą zakładać, że szkoła jest od wychowywania, a dom to już niekoniecznie.

Jak się to ma do wiary? Ano ni jak.

Jesteśmy dokładnie tacy sami jak (znienawidzeni przez większość Polaków) wyznawcy islamu.

Katoliccy islamiści, nic absolutnie NIC nas od nich nie różni. Psychole mordujący w imię chorej doktryny panoszącej się w mózgu zindoktrynizowanym od niemowlęctwa religią. Tu podobnie, ręce złożone, a dziecku wpierdol.

Mimo wszystko żałuję (jeszcze) dzieci. Swojego, cudzego, każdego. Bo wiem, że nie one odpowiadają za swoje zachowania. To my rodzice ponosimy 100 procent odpowiedzialności za nie. Nie koledzy, szkoła, nauczyciele, ulica. NIE. MY jesteśmy za to odpowiedzialni i my przyczyniamy się do tego. My hodujemy psychopatów swoją tresurą i brakiem czasu. A dalej często milczeniem, które jest przyzwoleniem na przemoc. Tym, że boimy się odezwać i zająć jakieś stanowisko. Tym, że nie wierzymy, że coś da się zrobić i znajdziemy sojuszników. Tym, że odwracamy głowę i nie będziemy się wpieprzać w cudze życie. Tym, że dzisiaj mamy w nosie czyjeś bite dziecko, a jutro ktoś w tym samym nosie będzie miał nasze.

Nie chcę tak. Nawet jeżeli cena będzie wysoka nie chcę zaliczać się do milczących świadków agresji i dramatów. Nawet jeżeli nikomu nie pomogę to pomogę sobie, że próbowałam coś zrobić. A widzę, że przygody dopiero przed nami. Oby jak najlżejsze 🙂

Może więc warto żeby to dziecko chociaż latem, w wakacje, targało się przy tej matce czy ojcu, zostało w tym domu, odsapnęło i złapało równowagę/dystans. Później dzieci wracają za szkoły czy przedszkola podenerwowane, krzyczą albo się wstrętnie zachowują, a w domu dostaną jeszcze za to opieprz zamiast wsparcie i rozmowę. No MUSZĄ SIĘ GDZIEŚ ODREAGOWAĆ!!! Biedne małe istotki wypuszczone na ten świat walczą, radzą sobie jak potrafią, borykają się z historiami, których nie jeden z nas nie chciałby przeżywać. Dorosły wyżyje się na partnerze, dziecku, psie, a ten maluch nie ma uczuć? On nie musi rozładować napięcia? To takie smutne jak traktujemy dzieci. Jak małpy w cyrku, które mają ładnie wyglądać i wiersze klepać ale wyć i złościć się to już be, nie można, nie wypada, dzieciak ma znać swoje miejsce w szeregu etc. A później stawiane nierealne oczekiwania wobec tych dzieci powodują w rodzicach jeszcze większą frustrację. Nie wspominając o szacunku jakiego się domagają tylko czy sami szanowali?

Czy można oczekiwać od kogoś czegoś czego samemu nie potrafi się okazać?

Nie bądźmy później zdziwieni, że dzieci dorastając nie mają dla nas czasu ani serca. Wiem od młodych ludzi, że w przeważającej większości nie mają nawet swoich „starych” wśród znajomych na fejsbuku. Sami na to pracujemy. Że będą chciały jak najszybciej zapomnieć o swoim dzieciństwie pełnym łez i cierpienia. Gotowi odlatywać do innych krajów byle tylko dalej od wspomnień. I coś co dla dorosłego jest incydentem dla dziecka może stanowić traumę na resztę życia.

nie zawsze jest tak spokojnie…

Nasz synek przez kilka godzin dochodził do siebie, krzyczał i płakał. Na zmianę lamentował i histeryzował. Sam wszystko dokładnie opowiedział. Dostał szansę na odreagowanie i zawsze ją od nas dostanie. Bo jest takim samym człowiekiem jak my i ma dokładnie takie same prawa. Do szacunku i wyrażania złych emocji też.

I zdecydowanie rozsądniejszym wyjściem jest stosowanie antykoncepcji niż zachodzenie w niechcianą ciążę. Bo niektórzy ludzie lepiej żeby dzieci nigdy nie mieli. A wpadają i stają się często rodzicami z przymusu nie dając rady podjąć się nowej roli. Plus to, że nie czytają takich tekstów…

sen uzdrawiający duszę

Od zawsze wiedziałam, że mój pies, suka, była wyjątkowa i ową wyjątkowość jak się okazuje potrafi objawić również po śmierci. Fizycznej bo czy ta duchowa ogólnie istnieje? Nikt tego do końca nie wie, wszystko jest zlepkiem ludzkich przeczuć, przeżyć osobistych i doświadczeń i każdy może sobie wierzyć w to co chce lub w to, co mu łatwiej przychodzi. Albo poszukać naukowego aspektu sprawy bo i takowe publikacje się pojawiają.

Tak więc przyjeżdżając na wieś musiałam po raz kolejny zmierzyć się ze swoimi wspomnieniami bo co i rusz na każdym kroku coś kojarzyło mi się z nią. I co zrobiła Herbata? Ano zaczęła się nad sobą roztkliwiać, nurzać w przeszłości, a nawet łzy cichcem (małe co prawda ale jednak) ronić. Tu ze mną chodziła, a tu się kąpała, tu leżała, a tu futro w słońcu grzała i w ten deseń różne pierdoły. Jeszcze synek czasem też sobie o niej przypomina, że rok temu z nami łaziła niemal wszędzie i takie tam bohomazy psychiczne zaczęły się w tej mojej głowie jątrzyć.

Aż stało się coś bardzo ciekawego, a mianowicie

przyszedł do mnie sen.

Sen, w którym to psica moja leżała gdzieś sobie zawieszona w próżni jakiejś chyba bo scenerii konkretnej i tła nie było. Spała zawinięta w kłębek jak to miała w zwyczaju na żywca czynić, bardzo spokojnie oddychając. Na to oczywiście ja: moja kochana, suczeczka moja najsłodsza, pieseczek mój kochany i tu wyciągam do nie rękę celem pogłaskania pyska. A ona na mnie wyszczerzyła zęby jak wilkołak, zupełnie jakby naprawdę to robiła kiedy jej np. dla zabawy dmuchałam w nos 🙂 I cap, złapała mnie za rękę w nadgarstku zębiskami. Mocny uścisk poczułam i tak dosłowny, że jak się obudziłam patrzyłam czy nie mam śladów pokąsania.

Zrozumiałam maleńka i przepraszam, że Cię stale zaczepiałam. Ty jesteś już spokojna i jest Ci dobrze. Może ktoś się śmiać

ale przyszła po prostu do mnie i dała jasność obrazu, że nie ma co jęczeć

tylko cieszyć przeżytymi wspólnie chwilami, zostawić je w szufladce wspomnień i iść dalej. Jestem bardzo wdzięczna za ten sen i dziękuję za niego. Pomógł mi uporać się z przeszłością i zrozumieć (ach ileż to razy trzeba pojmować coś od nowa), że życie naprawdę toczy się dalej, kula ziemska kręci się, a to co było minęło. Było pięknie ale już nie istnieje. I ona bez żalu odeszła i bez cienia goryczy przebywa sobie w innym wymiarze słodko śpiąc 🙂 A ja w jakimś sensie uwolniłam się i pozbyłam żałoby sercowej, a nawet wręcz przeciwnie, zaczęłam cieszyć i radować 🙂

wszystko z wiatrem przeminie sobie…

Takie wydarzenia niemal mistyczne czasem ściągają mnie szybko na ziemię i pozwalają złapać pion. Paradoksalnie. Bo na początku byłam trochę zła, że sama pozbawia mnie rozpamiętywania ale już później poczułam się uspokojona. Przede wszystkim mam wewnętrzną wiedzę, wiarę i zgodę na to, że jej życie na Ziemi się skończyło. Przeminęło z wiatrem jak wszystko przeminie, a jedyna chwila najlepsza i dobra dla nas to TU I TERAZ. Nie ma cenniejszego momentu na celebrowanie życia. Nie ma też na co czekać i odkładać w nieskończoność niczego na wieczne jutro, które nie nadchodzi nigdy.

Chociaż psowe perypetie na tym się nie zakończyły gdyż ogólnie wymyśliłam sobie, że jak będę (będziemy ale piszę tu o sobie) gotowa to nowy lokator zjawi się po prostu sam. A wtedy, takiego przybłędę, będę musiała zatrzymać już siłą faktu. Znając bowiem swoje własne i osobiste serce nie byłabym w stanie znajdy nigdzie dalej przekazać. Z kolei jechać i świadomie jakiegoś brać do domu nie jesteśmy (jeszcze?) w stanie. Owszem, chciałabym mieć psa ale najlepiej na jakiś czas, pożyczonego może albo w depozyt wakacyjny od znajomych pozostawionego. Bo kocham przytulać się do psiej sierści i Bogu dzięki, że mam takie psowe koleżanki, które to fundują mi dogoterapię wedle mej potrzeby. Kochane moje WY i Wasze PSY 🙂 Wrzucam Wam jednego czuba, ze swoim jednym z psów (nie mniejszych czubów), który to zmusza ją do treningów z dyskami i kocha to po prostu 🙂

zawsze im kibicuję 🙂 Wrocław, zawody Park Południowy, II miejsce ale moim zdaniem ktoś się pomylił bo są najlepsi 🙂 Kasia z Rajko 🙂 Zmora głuchoniema, też border colllie, siedzi na trybunach 😛
albo na szyi 😀

Dobra, daję też Zmorę bo się bardzo lubimy i nie może ciocia Becia jej pominąć 🙂

Tak więc idąc za dom celem złowienia ziela krwawniku bez zbytniego oddalania się i nóg męczenia usłyszeliśmy z młodym szczekopisk. Tenże psi, szczenięcy trel słyszałam już dużo wcześniej gdzieś na czyimś ogrodzie i szczerze powiedziawszy sądziłam, że to sąsiadki bo niedawno ktoś jej pod dom podrzucił szczeniaka właśnie, który to z nimi został. Dlatego jak szczekopisk cichł sądziłam, że pies jest z kimś i ok. Ale nagle zza płotu działki pustej i bezludnej zupełnie blisko dał się słyszeć owy dźwięk i tu już razem z synkiem stwierdziliśmy, że musimy sprawdzić o co biega. I okazało się, że za płotem jest mały piesek, odrośnięte szczenię. Bardzo spragnione. Więc poleciałam do sklepowej coby komisyjnie w razie czego przejść przez płot (żeby później nie gadali, że samowolnie latam po czyichś posesyjach, a sąsiedzi oko czułe mają). Już już się nawet ucieszyłam, mówię: kurcze, czyżbym naprawdę znowu coś sobie wykrakała? Zmyliła mnie jedynie płeć bo jak już pies to koniecznie chcem suczkę ale co tam, biedak, nieważny fiutek, ważne że trzeba pomóc. Mąż też już aprobatę wyraził ale…

Nagle przyleciała sąsiadka, że to jej pies i ona go cały dzień szuka (nie wiem jak skoro niedaleko mieszka, a żadnych oznak namierzenia lokalizacji szczenięcia nie odnotowałam). Jednak kamień spadł mi z serca i możecie nawet sobie o mnie źle pomyśleć ale głównie o tę płeć mi chodziło właśnie. Pomijam atrakcję dodatkową dla mamy mej, która na pewno takim entuzjazmem jak chociażby osobisty facet nie pałała. Serce mi zabiło jednak mocnej i znowu uwierzyłam (chociaż co ja gadam, stale wierzę), że mogę sobie przyciągnąć to co chcę na zawołanie. Psa również. I będzie to suka 🙂

Przyśnił mi się sen uzdrawiający duszę moją. Nawet jeżeli są to obrazy wyobraźni, mózgu, umysłu, nie wiadomo. To oczywiście teoria dla racjonalistów bo przecież we śnie rozum śpi 🙂 Wtedy budzi się zupełnie inna, równoległa rzeczywistość, może do głosu dochodzi podświadomość dlatego dobrze zaraz po przebudzeniu zapisywać sobie marzenia senne i je analizować. Mówią dużo o śniącym i podpowiadają jaką ścieżką i w którą stronę podążać. To cudowne narzędzie do poznawania siebie i pomoc w mentalnym podejściu do życia. Duchowa strefa nas samych codziennie manifestująca swoją obecność. Wszystko mamy w zasięgu ręki, wszystkie informacje o nas przechodzą przez nas tylko trzeba chcieć je odczytać i układać. Każdemu coś się śni jedynie, że nie każdy pamięta, nie chce pamiętać i wypiera obrazy ze świadomości. Jak się łapie kontakt z samym sobą zaczynają się odkrywać kolejne karty i pojawiają się też sny. Dlatego chciejmy śnić i cieszmy się nawet z najbardziej absurdalnych majak. Niektóre są tylko resztkami dnia, a inne mają bardzo duże znaczenie łącznie z pokazywaniem nam przyszłych zdarzeń. Koszmary to głównie nasze lęki, które w ten sposób do nas przemawiają i czekają na oswojenie. Trzeba się zapoznać ze swoim wnętrzem, z prawdziwym ja bo interpretacje bywają różne i przewrotne, dla każdego nieco inne. Należy umieć wyczuć czy coś śni się dosłownie czy odwrotnie i wraz z praktyką ta umiejętność rośnie. Temat jest bardzo szeroki i ciekawy bo można też w dalszej kolejności praktykować świadome śnienie i czasami robimy to sami z siebie, nieświadomie. Kiedy śni nam się coś nieprzyjemnego i sami sobie karzemy się obudzić. Można sterować senną rzeczywistością i osobiście uprawiam świadome śnienie czynnie od dzieciństwa.

Tobie drogi i wytrwały Czytelniku życzę powodzenia i mądrego korzystania ze swojej Intuicji, która czasem przemawia do Ciebie kiedy słodko sobie śnisz 🙂

A na dni kilka przygarniamy wilka 😀 I będziemy mieli w depozycie wakacyjnym psa koleżanki, już się cieszę juhhu !!!

(na)mowa ziół

Wszędzie z każdej strony napierają wręcz na nas informacje o zdrowym stylu życia, co wolno, czego nie wolno, co powinniśmy, a czego zdecydowanie nie powinniśmy, ile mamy łykać, a ile nie łykać. Mam wrażenie, że cała ta filozofia przypomina niekiedy zmasowany atak na zwykłego człowieka, a raczej jego portfel, który to może zacząć głupieć, szaleć i włosy rwać z głowy można zacząć celem zaspokojenia swojego organizmu, który to nie zawsze ma chęć na taką ilość eksperymentów. Mogą pojawić się nawet wyrzuty sumienia, że OMG to ja prawie nic z tych zalecanych i KONIECZNYCH rzeczy nie robię.

Daleka jestem do zniechęcania przed zażywaniem suplementów,

wręcz przeciwnie, sama ochoczo zeń korzystam ale często jest to kropla w morzu jakby tak poczytać niektóre porady ile jeszcze trzeba w siebie wtłoczyć. Pewne jest, że detoksykacja organizmu jest potrzebna, wręcz niezbędna, że zdrowe odżywianie ma być częścią nas samych, że lepiej unikać mięsa ze względów różnorodnych i tu opcji jest bardzo wiele, a każdy może wybrać jakąś dla siebie. Podobnie z cukrem, jest sporo zastępstw słodziwa, wybór mamy szeroki i śmiało można degustować po kolei wszystko aby trafić na takie, które akurat nam najbardziej smakuje.

Owoce, warzywa, do tego nikogo nie trzeba już przekonywać, że mają stanowić podstawę naszej diety. Strączki, no tu już sprawa bardziej złożona i różni (czasem szaleni) dietetycy różnie zalecają, nabiał szkodliwy ze względu na hormony i antybiotyki podawane krówkom, które to dodatkowo są bez miary dojone (plus wychładzające właściwości organizmu od środka, które na dłuższą metę nam nie służy). Okropność. No ale to co wymieniłam jest jakoby naturalnym czynnikiem wpływającym na stan naszego organizmu, nie trzeba u nikogo zaopatrywać się w suple żeby zrezygnować z takiego nabiału lub po prostu go ograniczyć. Teoria konieczności spożywania ryb również została obalona i tu już może przeciętny zjadacz chleba zacząć się gubić, bo mięso nie, ryba nie, strączki różnie to co? Ano

moim zdaniem i tak należy słuchać swojego prywatnego organizmu i nie wpadać w paranoję.

Wszystko to bowiem prawdę stanowi ale jednak zapominamy o pozytywnym myśleniu w sensie dosłownym, które to jest podstawą dosłownie wszystkiego.

Skoro myśl jest energią i to my decydujemy co i jak myślimy to również ta sama myśl może dodać nam zdrowia w postaci nie przejmowania się po prostu i zdystansowania do ogromu wiadomości,

których przyznaję, że ja nie daję rady czasami przemielić. Wedle niektórych blogerów od tegoż organicznego tematu musiałabym od wczesnych godzin rannych do późnych nocnych wrzucać w siebie tony suplementów od zwykłego moczeniu nóg w magnezie (najlepiej) począwszy do pasienia się chlorellą i tu w zależności czy chcę siwieć czy nie może być to trawa pszeniczna (której nie idzie tak łatwo dostać chyba że na specjalnych stronach w necie) lub trawa insza i jeszcze bardziej inna (to wolę trawę zwykłą i najzwyklejszą 😉 ).

Chleję tę Wit C, czuję że mi pomaga, łykam magnez (bo też uważam, że zwykły daje radę), Wit D3 z K2 rzeczywiście jest trochę różnica w samopoczuciu jak czasem przestaję zażywać i ogólnie to finito.

To znaczy

kiedy przyszła wiosna żaden z tych wszystkowiedzących blogerów nie poleca zwykłych i sprawdzonych sposobów jakimi są ZIOŁA.

Ano właśnie dlatego, że pewnie są za tanie i mało tego, ogólnodostępne. A ja na przekór im polecam właśnie zainteresować się tym tematem bo

zamiast wrzucać w siebie tony supli wystarczy czasem wypić 2 szklanki herbaty z czerwonej koniczyny

dziennie i już. To „zwykłe” zielsko, z którego czasem wijemy wianki ma w sobie tyle zdrowia, że aż boli, że człowiek wcześniej takiej nie odkrył. Ale nie odkrył bo tylko nieliczni zachęcają do zioło brania i łatwiej iść i kupić te tabletki. I znowu łatwiej tylko pozornie bo przecież chadzamy na spacery, do lasu czy na plażę, a owa koniczyna jak i inne rośliny lecznice rośnie sobie i się na nas patrzy. Może nawet czasem zdziwiona, że tak niewielu ją tyka.

koniczyna czerwona, czasem jest bardziej różowa czasem bledsza 🙂 pamiętaj o rozdrobnieniu przez zaparzaniem, uwolnisz olejki eteryczne 🙂

Polecana kobietom ale nie tylko bo również świetnie działa na mężczyzn. Ma witaminy A, B, D C czyli to co nabywamy w aptece lub na stronach bio i organic. A czemu nie zerwać, nie zasuszyć i nie pić sobie swojej witaminy zdrowia?  Reguluje hormony i nawet kobiety rezygnują z zastępczej terapii hormonalnej! Dzięki tym różowym kwiatkom, które zwiększają ilość estrogenów możemy przestać łykać wstrętne, sztuczne piguły. Zawiera fitohormon genesteinę czyli to, co kupujemy w suplementach.

Może jestem oszczędna, może? A może napatrzyłam się w dzieciństwie na pełne poddasze suszonych ziół u babci, która to całą zimę nas nimi i siebie poiła. Do rumianku, mięty i melisy nie trzeba nikogo przekonywać, zna chyba każdy i w każdego apteczce się znajdują. To czemu nie pójść o krok dalej?

oto on: krwawnik pospolity 🙂 najlepiej zbierać zioła z dala od głównych dróg 🙂

Jeszcze raz napiszę też o takim krwawniku bo zaczął się na niego sezon i rośnie w dużych ilościach.

Kobiety, przede wszystkim WY, zainteresujcie się tą piękną i bardzo łatwą do rozróżnienia rośliną!

Cudownie reguluje cykle menstruacyjne, a dodatkowo fantastycznie działa na jelita i układ trawienny. Są przypadki wyleczenia mięśniaków macicy, polipów, torbieli dzięki diecie i spożywaniu dużych ilości tegoż zioła (proszę poszperać w googlach). Naprawdę warto się zagłębić odrobinkę w to, co matka natura nam na co dzień sama daje, a z czego my, zapędzone w tej prozie życia, nie korzystamy. A później wydajemy dużo kasy na leki, które często rosną przed naszym domem. Wiem, może się nie chcieć przygotowywać i zaparzać. Ale jak podejdziemy do tego z miłością, że

te cudowne kwiaty rosną konkretnie dla nas, dla Ciebie,

czekają na łąkach żeby je zerwać, żeby zaangażować w to dzieci to może i przygotowanie zacznie sprawiać radość? Mi sprawia, przemywam nim nawet twarz, leczyłam dziecku krostki, a nadaje się także do kąpieli i nasiadówek. Mój synek uwielbia zbierać zioła razem ze mną, doskonale orientuje się w czerwonej koniczynie i krwawniku właśnie bo są tak charakterystyczne, że nie pomyli się nawet dziecko. A ile radości mu to sprawia, że mamusi zbiera kwiatki 🙂 I wie konkretnie jakie, potrafi je nazywać. Wystarczy podczas spaceru schylić się nieco i z tego łąkowego bukietu który stawiamy w wazonie zaparzyć herbatkę 🙂

Owszem, potrzebna jest systematyczność spożywania, ale czy w suplach nie jest? Też trzeba łykać non stop, a kolejne zioło, taki skrzyp polny rośnie wszędzie na potęgę. Czy nie lepiej wykąpać się w nim i umyć włosy niż płacić po 20 zł za pudełeczko przetworzonych pastylek?

Nawet jeżeli zaoszczędzimy hajsu to chyba dobrze co nie?

Wolę iść z dzieckiem do zoo (no niestety, chce zobaczyć tygrysa i wilka) niż stale zasilać czyjąś kasę.

Jak nie aptek, to sklepów internetowych prześcigających się w ofercie. I pięknie się mówi, że bez supli przeżyć nie można ale tylko wtedy gdy głównym celem jest ich sprzedawanie. Tak, bez wartości odżywczych przeżyć się nie da ale często sami możemy o to zadbać i sobie dostarczyć. Jakoś o dobrodziejstwie roślin samych w sobie zbieranych własnoręcznie za często nie przeczytamy. Nikt nas do tego nie nakręci tak, jak do kliknięcia w „Kup teraz”.

Nie zabieram się za zrywanie ziół trudnych i takie kupuję w zielarskim.

Np. oczyszczające z pasożytów i toksyn mieszam i piję raz na jakiś czas. Mój język to kocha, znika nalot i ogólnie czuję się super. Taki piołun, wrotycz, kora dębu i kruszyny. Wystarczy po łyżce każdego z nich zmieszać i pić rano na czczo. Parzy się wieczorem 1 łyżeczkę zalewając wrzątkiem i przykrywając więc luuz. Proszę jednak sprawdzić dokładnie procedurę bo te ziółka mogą być bardziej groźne przy nieodpowiednim zastosowaniu. Zwłaszcza piołun, z którego robi się absynt. U nas zakazany ale przecież w niejednym domu jest 🙂

Nie jestem zielarką, nigdy nie będę ale są to cudowne sposoby na podratowanie naszego organizmu kiedy same rośliny kwitną od wiosny do późnej jesieni i zachęcają do korzystania.

Po co kupować dla dzieci Sambucol za 30 zł jak wystarczy zerwać owoce czarnego bzu, zasypać cukrem i samemu zrobić syrop bez żadnych dodatków?

Sama homeopatka mi to poradziła, mówiąc: a po co pani kupuje? Nie lepiej zrobić samemu? Chylę czoło przed tą wspaniałą kobietą. Spójrz na tego kwiatka, na tę koniczynę pod innym kątem. Zobacz w niej (darmową) moc, moc płynącą z natury, bez zbędnej egzaltacji i cyrku z zamawianiem.

Suszę w tym sezonie tony krwawnika żeby starczył mi na całą zimę bo ten kupiony w sklepie ma przemielone łodygi i liście, a tak naprawdę pije się tylko kwiaty. Tym samym smakuje zupełnie inaczej, co tu kryć, sklepowy jest ohydny dość, a świeże mają zaskakująco delikatny smak i kolor. Z łyżeczką miodu dla wybrednych stają się nawet smaczne. Krwawnik trzeba pić ciepły bo szybko ulatniają się z niego właściwości, z kolei koniczynę parzy się też pod przykryciem żeby nie uciekały oleje eteryczne i rozdrabnia przed zalaniem. Co szkodzi spróbować?

zawsze jak gdzieś idę czy jadę zbieram lecznicze kwiaty… Ostatnio nawet jak biegałam koniczynę przytargałam 😉

Z krwawnikiem mam już pozytywne doświadczenia,

szybko po przestaniu karmienia piersią postawił moje hormony do pionu,

teraz testuję koniczynę i poję nią również moja mamę bo dla starszych kobiet jest niezwykle polecana. Pomijam menopauzę (i andropauzę u facetów – też mają coś takiego) ale obniża cholesterol, reguluje ciśnienie krwi, wzmacnia serce i pobudza układ trawienny. To akurat idzie szybko zauważyć. Wypita wieczorem cudownie działa na jelita.

Nie dajmy się zwariować bo ja czasami mam takie wrażenie zaglądając na FB że ciągle robię coś ze sobą za mało, nie dość wciskam w siebie tego wszystkiego, a za mało to tak naprawdę pozytywnie myślę, w ogóle za dużo myślę haha i tylko w głowie robi się coraz większa kręcioła.

Zgadzam się, że

wielu produktów należy unikać ale przede wszystkim należy unikać stresu! 

A z glutenu najlepiej wyeliminować chociaż pszenicę bo ona już dawno straciła swoje właściwości, natkana jest tym całym syfem golifastem, a 90 % ziaren na świecie jest zmodyfikowana pod tym właśnie kątem i kontrolowany jest rynek zbóż żeby nie było już normalnej. Rolnicy nie mogą używać własnych ziaren tylko te, co Unia zapodaje, a dla siebie mają malutkie poletka, o których my nie mamy pojęcia bo większość z nas idzie po chleb do piekarni. Co bardziej przedsiębiorczy pieką sami i też bym kiedyś chciała ale chyba jak będę miała większą kuchnię i znajdę miejsce żeby wstawiać te wszystkie urządzenia (maszyna do chleba, wyciskarka do soku, parownik itp.). Póki co pozostaje wybór, a że gluten kocham i jestem od niego uzależniona to wkurwiam się kiedy go ograniczam zupełnie. Staram się więc wybierać żyto czy orkisz, a bezglutenowe chlebki sorry ale są ohydne (chociaż nadal poszukuję ideału).

Jedzenie bowiem ma stanowić przyjemność, a nie przymus i dlatego dobrze jest typować świadomie ale bez katowania się.

Katowanie doprowadza do tego, że prędzej czy później człowiek nawpierdala się niezdrowych rzeczy i to z dziką przyjemnością. A później znowu będzie płakał jak bóbr i dawaj od nowa z wyrzutami sumienia i zaniżaniem samopoczucia.

Co innego ludzie, którzy  żyją z fotografowania się z zielonymi sokami, mają konkretną motywację żeby tylko pić liście szpinaku z miną szczęśliwą i zadowoloną, że cukier to odrzucające ich paskudztwo, a lody to już w ogóle największe zło świata. Lub co poniektórzy (znam takich ) minę krzywią podczas picia ale wmawiają sobie, że to lubią. Mistrzowie oszukiwania się, też metoda.

Ale jak żyć w takim razie?

Nie każdy przełknie koktajl z naci selery i np. ja smaków takich nie znoszę. Z bananów, truskawek, moreli owszem, mogę dodać pietruszki noo ale bez przesady. Ja wiem, że jest moda na bio i fit ale sądzę z obserwacji własnych, że dużo ludzi robi to po prostu na pokaz i dla generowania hajsu. Odseparować dziecko i siebie, rodzinę całą od wszystkich przyjemności i poić tylko wodą? Czy ten dzieciak nie pójdzie gdzieś i nie zje tej przeklętej parówki? A nie daj Boże mu zasmakuje to już chyba od razu harakiri można popełnić 😉

Pod tym względem nie jestem żadna ponad przeciętna i kocham czekoladę. Dlatego

stawiam na posty i świadome planowanie na jakiś czas pół głodówek oczyszczających ale tylko wtedy kiedy moja głowa jest na to gotowa.

Na co dzień wolę sobie coś tam skubnąć choćby niezdrowego bo inaczej dopiero bym na łeb dostała. Oczywiście synek ma ograniczany cukier, nabiał i gluten ale jak ma ochotę na szynkę to ją je. Uwielbia też kotleciki z soczewicy i wiele wegańskiego jadła, którym pasie się mama. Pyta jak zabijane są zwierzęta i dlaczego gluten jest szkodliwy. Pyta dlaczego piję zioła i jemy mało słodyczy. A ja mu odpowiadam, tłumaczę i daję wybór, którego i tak dokona jako dorosły człowiek. A zmuszać kogoś do nie jedzenia tego czego nie jem ja nie chcę i nie zamierzam. Bo

to co jednemu daje szczęście drugiemu nie koniecznie.

Jestem przeciwna jakiemukolwiek terrorowi również żywieniowemu i ktoś kiedyś oburzył się na mnie, że jestem pseudusem bo nie jem mięsa ale kotlety smażę. Tak, robię to i wcale się nie wstydzę bo wolę jak mój facet zje to, co sama mu przyrządzę niż pójdzie się nawpieprzać do knajpy niezdrowego i przetworzonego syfu. I o ile brzydzę się to fileta czy polędwiczkę mogę upiec.

Znam przypadki, że partner chciał rzucić mięso dla kogoś z miłości, a za plecami jechał do mamusi na karkówkę czy cichcem wpierniczał kabanosy.

I co? O to chodzi? To jest dopiero pseudo życie. Chcesz mieć zdrową rodzinę to ją sobie sama wykarm nawet tym czego nie jesz. Ale przynajmniej wiesz gdzie kupujesz i co spozywają Twoi najbliżsi. A uświadamiać uświadamiam nawet jeżeli nie chcą już mnie słuchać. I z sukcesami bo mama po mimo, że mięso kocha (uzależnienie i kody od dziecka, którym wszyscy podlegamy. Do 3 roku życia kształtuje się bowiem charakter kulinarny człowieka i udowodniono, że nawet zaciekli weganie, którzy w dzieciństwie kochali i jedli mięso wraca do tegoż nałogu choćby w bardzo późnym okresie życia. Nie zamęczajmy się więc wzajemnie, a zrozummy swoje zachowania) to prawie nie je. Więc co innego propaganda, a co innego narzucanie swojej woli i prześladowanie rodziny, że nie są tacy jak byśmy oczekiwali. Nikt nigdy nie spełni naszych oczekiwań i nie ma co nawet na to liczyć. Chyba, że chce się żyć samemu. I żal mi czasem bliskich wegan co nie potrafią się rozstać z mięchem i są za to karani, głównie przez kobiety, ale facetów roślinnych kompletnych świrów terrorystów też znam. Współczuję bardzo takiego niszczenia swobody i wolności. Jak ktoś chce to sam przestanie być mięsożerem, a PRZYMUS RODZI OPÓR. Temat na odrębny tekst mnie się narzucił 😉

Reasumując: wszystko i tak jest w naszej głowie i psychice i jeżeli będziemy uważać, że nic nam nie zaszkodzi to nie zaszkodzi. Moja babcia jadła mięso, piła trochę wódki, piekła przepyszne frykasy i dożyła prawie 90-lat umierając bo tak chciała i bez przeciwwskazań medycznych do życia.

Grunt to dobre samopoczucie, bez poczucia winy, lęku o jutro, stresów o dzisiaj i zamartwiania się wszystkim.

A reszta z umiarem, żeby później nie żałować, że coś jednak z tą dietą można było zrobić. Każdy musi znaleźć złoty środek taki, jaki podpowiada mu serce bo i o sercu nie można zapominać.

To dzięki mojemu sercu przestałam jeść mięso, za którym nigdy nie przepadałam ale długo jadłam. Jednak względy moralne, że nie chcę przyczyniać się do ich cierpienia zwyciężyły i obrzydzenie do tkanek, ścięgien i kości w kurczaku choćby, niby pałeczce, stały się nie do przeskoczenia. Organizm sam to rzucił ku mojej ogromnej radości na stałe (bo prób miałam mnóstwo od 14 roku życia kiedy trafiłam na dietę krisznowców i zachwyciły mnie ich posiłki). Plus trochę chęci żeby zacząć wgryzać się w wegetariańskie przepisy i samemu eksperymentować z przyprawami, np. kurkumą czy gałką muszkatołową ale

jak jest dobry moment to wszystko samo się układa.

I nie trzeba do niczego podchodzić z musem i żalem, że coś się traci skoro można tylko zyskać. Nie wszystko na raz żeby się nie się zniechęcić tylko stopniowo, krok po kroku. Sądzę, że bardziej niż nabiał i gluten szkodzi złość, zazdrość, kłótnie, brak miłości, nienawiść i inne negatywne emocje, którym czy chcemy czy nie to czasami ulegamy. Dbając o ducha dbamy też o ciało niejako automatycznie bo zaczynamy słuchać swojego prawdziwego głębokiego wewnętrznego głosu, który mówi nam co jest dla nas dobre i potrzebne w danej chwili.

A zioła są fajne dla każdego. Poszerzanie wiedzy też. Zbieranie ich daje nam przy tym kontakt z naturą, możemy usłyszeć siebie, pomarzyć, poleżeć na trawie, skontaktować się ze sobą i zrelaksować. To cudowne co mamy pod nosem, nie musimy szukać daleko. Wyjdź kobieto na łono natury i zerwij krwawnik. A później go sobie zaparz i poczuj to cudowne uczucie dziwnego powrotu do czegoś, czego nawet nie można sprecyzować ani określić słowami. Jakby powrotu do domu, do korzeni. Bo

w każdej z nas jest trochę zielarki, szamanki i mistyczki,

nawet jeżeli żyjemy w betonowej dżungli i tego nie czujemy. To właśnie tym bardziej trzeba wracać do tego co pierwotne bo beton zabija w nas to co oczywiste i potrzebne duszy. I nie jest tak, że nie kocham miasta, kocham i to bardzo ale sztuką jest godzić w sobie dualizmy, z których się składamy. Dać sobie szansę na skosztowanie życia i doświadczania jego z różnych stron. Dać sobie szansę na bycie miejską wieśniaczką 🙂 A (na)mowa ziół na mnie podziała i zaczęłam słyszeć ich głos 🙂 Kto wie, może i Ty usłyszysz jak się trochę do nich z uchem przybliżysz 🙂 Amen

Wiadomość z ostatniej chwili: śmiem sądzić, że 3 tygodnie pitej czerwonej koniczyny w ilości 1-2 szklaneczek dziennie powstrzymały u mnie PMS-a. Po prostu się nie pojawił, zero tkliwości piersi, napadów agresji, głodu niepohamowanego, zmienności nastrojów i poczucia, że jestem wielka jak hipopotam. NIC. Dopiero w ostatni, a w zasadzie pierwszy dzień okresu dopadł mnie wilczy apetyt i wścieklizna ale… zaraz wszystko minęło. W ogóle zapomniałam, że mam go dostać 🙂 lol

I na koniec dodaję żeby ze wszystkim ziołami przed zażyciem zapoznać się dokładnie, z działaniem i co równie ważne z dawkowaniem, a może nawet po poradę udać się do zielarza, nie mylić ze sklepem zielarskim 🙂

zwykły człowiek

Na pewno warto i dobrze mieć marzenia, a może nawet dla higieny psychicznej są one wręcz potrzebne i niezbędne. Tylko czy czasami nas nie przerastają? Są takie, których realizacja to czysta przyjemność, niejako nagroda, która przychodzi bardzo często niespodziewanie ale jednak gdzieś tam w środku czekało się bardziej świadomie lub mniej na spełnienie. A są i takie, może to te kompletnie absurdalne, ze strefy: Niemożliwe. Tak bardzo odjechane, że aż prawdopodobne, że się spełnią właśnie 🙂 Taki sobie paradoksik.

I nagle

jak się dokonuje czy dokonać by miało to człowiek panikuje

i już sam nie wiem czy jest na to gotowy? Tak chyba można powiedzieć bez silenia się na górnolotność. Ale może niewielu ma takie dylematy (herbaty). A może właśnie tak 🙂 Kompletnie nie mam pojęcia. Wiem tylko, że co poniektórzy są nieźle tym życiem potargani i można mówić, że to takie proste i wystarczy chcieć żeby się uczesało. Nie jestem przekonana na ilu to wszystko, ta cała filozofia pozytywnego myślenia (mówiąc w skrócie) tak szybko działa bez jakiejś minimalnej pracy nad sobą czy może bardziej i ładniej brzmi zaangażowania. Żeby pomóc sobie i skorzystać też ze źródeł pomocy. No minimum jakieś trzeba z siebie dać, pomyśleć czy zastanowić się nad sobą, swoim postępowaniem i życiem nawet też. Przyłożyć trochę rękę, palec choćby do zmiany tego myślenia i łapaniu się na starych przyzwyczajeniach. Jednemu pójdzie łatwiej innemu nie, ktoś odniesie szybki sukces, ktoś inny powoli będzie parł do celu ale jednak coś tam tymi szarymi komórkami ruszać trzeba. Najlepiej okazuje się, że cały czas warto dbać o UWAŻNOŚĆ. Tego co się mówi, robi i MYŚLI. I dobrze czynić to z radością i lekkością oczywiście 🙂

lepiej jak rosną za duże niż siedzą przy ziemi za małe…

Czego się więc boimy gdy jesteśmy już u kresu, u końca realizacji naszego mega pragnienia? Że życzenie owo się właśnie spełni? Czy nie na tym nam właśnie zależało? Czy tylko tak się wydawało? Czasami okazuje się, że te obawy są tak mocno zakorzenione w naszej głowie/psyche/podświadomości, że na pstryknięcie palcem mimo chęci najszczerszych eliminacja ich nie działa. Tym bardziej, że niepokój pojawia się dopiero przy finale. Wcześniej rozum myśli (dobre sobie), że ze wszystkim już sobie poradził, przerobił (o, świetne słowo) i jest git. Marzenie nadciągaj, jestem, stoję tu… Jebnij mnie w głowę. I… jeb. Jebło. No co zdziwiony? Ano tak i to bardzo. I co teraz? Nie wiem, a znasz to?

Uważaj na marzenia bo mogą się spełnić…

Może tak być u ludzi z niską samooceną i pewnie jakimiś innymi fiksami też ale strach wyłazi sobie i już. Brak w wiary w siebie i poczucie nie zasługiwania na dobrostan. A wydawało nam się, że jesteśmy już tacy do przodu 😉 Może nawet być taki potencjał energetyczny uruchomiony z poprzednich pokoleń (energia nas tworzy z energii więc to co działo się wcześniej ma znaczenie). Taki kolejny myk, ciekawostka i zarazem bardzo interesująca sprawa.

Błysk, który ciapnął nas w nieodpowiednim momencie

kiedy np. coś przykrego stało się w naszym życiu. Zaskoczyło nie tak jak by miało i uruchomiło nie to co trzeba, co ciągnie się później za nami nawet całe życie. Czasami już nie pomoże nawet (klasyczna) psychoterapia ani (w dodatku) żadna inna apia i walczymy z wiatrakami. Gdy już liźniemy temat i trafimy na pomoc kogoś takiego kto wie co z nas wyciągnąć z poprzednich rodzinnych zdarzeń to nawet daje się w niektórych przypadkach (nie u każdego jest potrzeba aż takiej głębokiej terapii) połączyć szybko pewne rzeczy w jakąś całość. Oczy otwierają się szeroko ze zdziwienia, że możemy coś takiego (potencjał energetyczny) przenosić i to, co działo się z naszymi pra dziadkami i rodami ma olbrzymie znaczenie. Otarłam się o coś takiego, tzw. terapię rodową i muszę przyznać, że robi wrażenie. Przepina się później kanały energetyczne na specjalnych matrycach. Wiem, że brzmi dość odlotowo ale to wszystko oparte jest na fizyce kwantowej.

Poczuj to, jesteś energią.

Jak wszystko co nas otacza. Jak nasze myśli i słowa wypowiadane na głos. Ale zaprzestałam kontynuowania, bo zupełnie zwykły człowiek jestem, z powodów czysto ekonomicznych (drogo i tyle). Może to wytłumaczenie, oczywiście, ktoś ma prawo tak uważać i dla chcącego nic trudnego ale jednak powiem „cóż „… Drogo dla mnie of kors, dla ciebie może nie 🙂 Poza tym jak zwykle punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i gdyby porównywać cennik z ustawieniami Hellingerowskimi to rzeczywiście tanio.

I dopiszę, że miałam niesamowite odczucia, zadziało się ze mną coś szalenie intrygującego,

otworzyły się niemal natychmiast jakieś kanały przepływu informacji

na poziomie mentalnym i umysłowym. Czułam, że ta metoda na mnie działa i jestem w stanie pozbyć się swoich przypadłości tych bardzo uciążliwych zatruwających mi życie i jego swobodę. A do tego uzmysłowiłam sobie, że nie jestem za to odpowiedzialna ani tym bardziej niczemu winna. Po prostu taki, a nie inny potencjał energetyczny uruchomił się w jakimś momencie mojego życia i zaczęłam funkcjonować pod jego wpływem. Jedna trauma wystarczyła. I to jest piękne, że pozbyłam się tej ciążącej na mnie frustracji, że mogłabym inaczej, a nie potrafię. Ano nie potrafię, bo energia z poprzednich pokoleń ciągnie mnie w dół i zwodzi na manowce lęków i nerwów. Przez co nakręca się spirala coraz groźniejsza dla duszy kiedy to szamoczemy się z czymś w środku i nie potrafimy pozbyć.

Teraz, będąc tego świadoma po rodowych kęsach coraz częściej sama się wyłapuję na procederze i wybaczam sobie niemal od razu niecne zapędy psychiki/uczuć (bo jednak to uczucia nakręcają psyche i kiedy zaczynamy czuć wewnętrzny lęk, taki w sercu i żołądku, każdy inaczej ale zapewne wiecie co mam na myśli to rozum natychmiast w to wchodzi produkując jeszcze więcej czarnych scenariuszy) w nie te meandry co trzeba 🙂 Nawet jeżeli argumenty lęków są bardzo rzeczowe i przekonujące staram się przypominać sobie to ukryte drugie dno, które mną kieruje. No na pewno nie jest to świadomość. Tu akurat sprawa jasna jak słońce, ona nami nie steruje.

czasami dobrze chodzić z głową w chmurach 😀

Nie mam nic na swoją obronę, że nie kontynuuję terapii (prócz miliona przyziemnych spraw, w tym nieprzewidzianych wydatków). Tak czasami wychodzi, że się chce, a jakoś nie można. Czy to możliwe? Sama nie wiem. Czy to podświadoma ucieczka przed konfrontacją? Bardzo prawdopodobne, a niekiedy zupełnie trafione (choć herbata lubi mierzyć się ze sobą). Nie potwierdzam nie zaprzeczam ale wiem, że jesteśmy tylko i aż ludźmi. Jest nas miliardy, różnorodnych postaci, każdy inny i tak naprawdę jedyny w swoim rodzaju. To fantastyczne. Ale jesteśmy też częścią podświadomości zbiorowej, każdy jest falą i wszystkie się wzajemnie przenikają. Dlatego tak ważna jest uważność siebie i tego co nas otacza też. Panowanie nad swoimi myślami, sterownie nimi, w którą stronę podążać. Dbanie o ciało i ducha. Życia w wewnętrznej harmonii, uspokojeniu emocji i koncentracji na teraźniejszości. To jest możliwe. I odpuszczenie sobie wszystkiego wraz z  dopuszczeniem do siebie miłości i ufności, że wszystko jest i będzie dobrze 🙂

A marzenia, nie wiem czemu ale sądzę, że jak mają się spełnić to i tak się spełnią, bez względu (a może nawet czasem tym bardziej) na wszystko i na przekór wszystkim 🙂 kropka

tajemnica chemtrails wyjaśniona !

I kto, KTO tego dokonał???

Przez zupełny przypadek skacząc sobie po kanałach trafiłam na jeden z odcinków ojca Mateusza. Wcale bym się nie zatrzymała bo to nie mój target ale coś mą uwagę zwróciło, że oglądałam dalej.

Otóż starsza pani, która mieszka u niego na plebanii razem z gospodynią Kingą Preis, kimkolwiek by nie była, wyczytała w necie o trujących smugach chematrails i opowiadała o tym gosposi właśnie, a ta też zaczęła czytać podobne tematy np. o chupakabrze i sobie cały odcinek rozprawiały. Najwięcej przeżywały właśnie smugi co usłyszał padre Mateo i …. OMG wtrącił się do rozmowy.

Otóż usiadł na krześle, podrapał się w głowę z niedowierzaniem, że jego panie śledzą takie bzdury i…

wyjaśnił tajemnicę smug chemicznych!!!

znawca tematów wszelakich

Naprawdę, rzeczowo wytłumaczył, że powstają one, czyli chmury rozszerzające się ze smug pod wpływem… skraplania i zamarzania w atmosferze jako spaliny po prostu zwyczajne. Teraz się śmieję hahaha ale powiem szczerze, wkurwiłam się. Jak można tak okłamywać społeczeństwo, ciemnotę babciom i dziadkom wciskać (bo kto ten serial ogląda?) i wodę z mózgu społeczeństwu robić? System widzę przenika głęboko, a manipulacja ludem trwa na wszystkich poziomach.

Do jasnej cholerki toż wojskowi w USA życiem przepłacali żeby udostępniać zdjęcia montowanych dodatkowych zbiorników na pokładzie, nawet Polski pojebany kraj przyznał się do praktyk, świat wszem i wobec wygłosił, że smugi robione są celem ochrony obywateli przez szkodliwym promieniowaniem słonecznym, nie będę wszystkiego wrzucała tutaj ale każdy może sobie znaleźć rzeczowe informacje na ten temat.

Od 13 lat prowadzę swoje własne obserwacje zjawiska i robią to wszystkie samoloty, nie tylko wojskowe, co gołym okiem widać i wystarczy samemu zadrzeć głowę. Że jak dni są słoneczne to zaraz wytwarzają sztuczne chmury, że sterują pogodą dążąc do ocieplenia klimatu żeby dobrać się do ropy znajdującej się pod lodowcami, a Rosja od lat ma program HAARP manipulujący pogodą i potrafią od dawna tworzyć lub rozpraszać chmury właśnie. Chiny podobnie. Więc o co kaman, co się dzieje z Tobą Polsko? Dlaczego cofamy się, a nie idziemy do przodu?

Ostatnio szumnie w internecie pojawiają się zwolennicy nie wpuszczania dzieci do przedszkoli bez szczepień. Porównują się przy tym do Francji i innych rozwiniętych krajów. Jak te owce bez zastanowienie, bez sprawdzenia faktów, że

w takiej Francji wypłacane są milionowe odszkodowania za powikłania po szczepieniach,

że szczepionki są najnowocześniejsze, a nie od Ruskich i takie, co np. Niemcy 30 lat temu wycofali z obiegu. Bezmyślność ludzi jest przerażająca.

Dlaczego nie walczymy o to co ważne?

Dlaczego fascynaci szczepień nie stoją razem murem z rodzicami, którzy przez te same szczepienia stracili dzieci?

Państwo-system strasznie i przerażająco manipuluje głupim za przeproszeniem tłumem, bo to już innego słowa użyć nie mogę.

Jeżeli są przymusowe szczepienia MUSZĄ być odszkodowania

za te co się nie udały!!!! Niemcy, USA, Włochy, one płacą rodzicom za leczenie! MILIONY!  A Ty Polaku zostaniesz sam! System zaszczepi Twoje dzieci ale gwarancji nie da, że wszystko będzie ok. A jak nie będzie i nie jesteś dziany to zdychaj na chodniku bo nikt Ci nie pomoże.

Co to, że świadomość rośnie to ją zabić i zniszczyć, a rodzicom dzieci odbierać?

Dzieci są własnością państwa polskiego? Normalnie jak przeczytałam

ostatnio coś takiego to dobrze, że leżałam bo chyba zaprawdę bym padła. Przepraszam, a co to państwo daje? Zniżki na bilety od 4 roku życia? Że na wyjście do ZOO 3 osobową rodziną trzeba mieć w portfelu minimum 100 zł – na same bilety? Małe podatki? Aaa 500 plus, może to o to chodzi?

Strach w tym kraju mieć dziecko

i tak naprawdę dużą odwagą wykazują się ci, którzy je na świat wydają. To nie Skandynawia czy Szwecja, to Polska. Jak wierzysz w system to znaczy, że jesteś wyprany z własnej ideologii (jeżeli ją w ogóle posiadałeś) albo leniem totalnym któremu nie chce się zgłębiać wiedzy.

Jak chcecie fani szczepionek żeby nieszczepione dzieci do szkół nie wchodziły to przyłączcie się do walki o odszkodowania!!!

Tym bardziej, że nigdy nie wiecie czy to nie dotknie waszej pociechy. Żaden lekarz ochoczo kłujący Twoje dziecko nie da Ci gwarancji. A szczepiają nawet przeziębione. I to rodzic musi mieć siłę do walki o swoje prawa i o swoje dziecko. O jego zdrowie. Weźcie się zastanówcie, skoro szczepiacie to chyba nieszczepione dzieci nie mogą stanowić zagrożenia. Po co to robicie? Zaszczepiacie i nadal boicie się choroby? PA RA NO JA (ale nie będę się aż tak powtarzać, odsyłam tutaj).

Przypomnę też

o za szybkim odcinaniu pępowiny

co udowodniono, że również jest przyczyną m.in. autyzmu wśród dzieci gdyż krew z łożyska nie zdąży przepłynąć do wszystkich komórek powodując niedotlenienie. Zwłaszcza u chłopców potrzeba więcej czasu, żeby dopłynęła wszędzie. Dżisas, nie do wiary, ja też ten temat przeoczyłam. A

łożysko jest własnością matki

i to ona decyduje kiedy ma być noworodek od niego odczepiony. Pępowinka musi przestać tętnić, a w Polsce prawie w żadnym szpitalu tego nie przestrzegają. Piszę „prawie” bo wszędzie zdarzają się dobrzy ludzie i łut szczęścia. Musi upłynąć kilka minut, a najlepiej poczekajmy aż sama zakończy bicie i przekazywanie krwi dziecku. Dlatego podaje się od razu po urodzeniu wit K. Bo po takim szybkim odcięciu jest ryzyko krwotoku. Gdyby tętnić przestała w sposób naturalny nie byłoby takiej potrzeby. Bo wszystko musi zapierdalać wbrew prawom natury. Taśmowo, raz dwa, szczepienie, wit K, a resztę martw się człowieku sam. A jak masz problem i nie masz kasy to wypierdalaj bo depopulacja zakłada odpadanie najsłabszych z łańcucha.

Jeszcze tylko na sekundę wrócę do chemtrails -ów, otóż będąc alergiczką na własnej skórze widzę/czuję, że jak są smugi to już od rana nasilają się moje objawy. I jest to prawidłowość od wielu lat istniejąca.W USA tyle tego robią, że ludzie zbadali na drzewach i roślinach ogromne ilości metali ciężkich opadające i siejące spustoszenie.

Nie wiem do czego ten świat zmierza. Staram się nie czytać, pomijać wzrokiem i uchem to co się dzieje ale będąc matką do końca nie jestem w stanie. Bo dopada mnie przerażenie i wpadam w lęki o synka i o to czy dam radę walczyć o swoje. A później przychodzi refleksja, że jak będzie trzeba znajdę siłę, choćby z samego Kosmosu,

bo matka potrafi zamienić się w lwa kiedy trzeba,

nawet jak ma 160 cm w kapeluszu 🙂 PEACE&LOVE

Ps. Niby według sondaży tylko 30% społeczeństwa ufa mediom. Oby tym razem naprawdę tak było. Niech Moc będzie z nami 🙂

 

lustro

Dzisiaj chciałam się z Wami podzielić moim sposobem na niesforne dziecko. I zanim udacie się po fachową pomoc lub rozłożycie bezradnie ręce może akurat uda się tak opanować sytuację.
Otóż

zawsze i w każdej sprawie nie radzenia sobie z emocjami przez pociechę każdy psycholog czy terapeuta zacznie od grzebania w naszym życiu i w nas

gdyż zachowanie dziecka nie bierze się z powietrza, a one nie są takie same z siebie. Osobiście można więc pobawić się w swojego własnego psychoanalityka i poszukania przyczyny. Bez ściemy.
Dzieci bowiem są naszym odbiciem co powtarzam wiele razy ale warto o tym pamiętać (a pamięć-wiadomo-lubi figle płatać). Zanim się zbuntujesz, że to nie prawda i tak nie jest – usiądź spokojnie i złap oddech.
Krzyczy, tupie, szczypie, gryzie? Wrzeszczy i cuda wyprawia niestworzone?
Na takie zachowanie składa się wiele czynników. Od naturalnych etapów rozwoju po przez skoki rozwojowe i nasze rodziców zachowanie (a także pewnie parę innych). Czasem z pozoru niewinne i nieszkodliwe kłótnie z partnerem, irytacja, podniesiony ton głosu bardzo zaburzają rytm życia naszych dzieci.

Na przykład: czy poświęcamy dziecku wystarczająco dużo czasu? Jakim tonem się do niego zwracamy? Czy patrzymy mu prosto w oczy prowadząc konwersację? Czy odpowiadamy na różne, nawet w naszym odczuciu głupie i milionowe pytania? Czy siadamy na podłodze z uśmiechem i radością gotowi do zabawy?

A jak traktujemy siebie? Jakie zwroty wypowiadamy w swoim kierunku? I chyba najważniejsze,

jaki dajemy przykład, bo ten wiadomo idzie z góry.

A dziecko słucha nas i przygląda się ile wlezie. Nawet jak sądzimy, że nie widzi i nie słyszy to chyba tylko jak śpi albo nie ma go w domu możemy mieć taką pewność 🙂

Nie stawiajmy też dziecku absurdalnych żądań typu: uspokój się samemu będąc zdenerwowanym. Czy pozwalamy dziecku na złość, płacz, krzyk? Czy przypadkiem nie tępimy go za te niebyt przyjemne ale jakże bardzo potrzebne odczucia? Czy dajemy im do nich PRAWO? Bo sobie tak więc dlaczego dziecko ma się zachowywać wielce świadomie i być opanowanym, a my nie musimy? Bo co? Bo jesteśmy starsi? To raczej mądrzejsi i bardziej doświadczeni. A dziecko nie. Ono dopiero poznaje siebie i świat. I jeszcze długo tak będzie. A czym starsze tym trudniejsze do okiełznania i dużo zależy od nas jaką relację z nim nawiążemy

TERAZ,

nie za 5 czy 10 lat jak będzie duże i więcej zrozumie. Nie, wtedy będziemy MY ponosić konsekwencje naszego zachowania, lenistwa i często niechciejstwa oraz zaraza (o zaraz-ie będzie w następnym artykule).

Chcesz zmienić dziecko, świat zacznij od siebie.

Choćby z pozoru wydawało się, że tak nie jest, że jesteśmy ok to jednak tak naprawdę zachowanie dziecka może świadczyć o czymś zupełnie odwrotnym.

Mnie czasami to bardzo złości, ta zasada, która okazuje się być zawsze skuteczna. I jak dokazuje ponad normę (hmm chyba indywidualną jakąś ustaloną rodzinnie) wtedy wiem, że to ze mną jest coś nie halo. Co prawda nie jest łatwo nie kłócić się na przykład z partnerem albo nie docinać sobie zwłaszcza jak ktoś ma bardziej ożywiony temperament i wiele lat związku za sobą. Ale zauważyłam, że to wszystko przekłada się na dzieci i

jeżeli ja jako matka jestem w miarę wewnętrznie opanowana, nie reaguję na pierdoły

typu zachlapana łazienka, porysowane kredką okno, statki w mojej porannej kawie, pocięty rachunek, który miałam własnie iść zapłacić, piszczenie, buczenie itp. to sytuacja normuje się sama. Dzieciaki mają bardzo bujną wyobraźnię i trudno je za to winić. O winie jakiejkolwiek najlepiej w ogóle zapomnieć i wykreślić z naszej listy słów i zwrotów używanych (względem każdego, siebie, dzieci i partnera, a także świata, losu i innych). Nie ma winnych, jesteśmy tylko my i nasze postępowanie. Jedynie w chwilach stresu, cięższych sytuacji życiowych człowiek daje się czasem sprowokować takiej prozaicznej sytuacji i później żałuje. Rzeczywiście skutecznym sposobem na szybsze opanowanie się i przemówienie sobie do rozsądku jest chwilowa separacja, wyjście do drugiego pokoju i powiedzenie o tym dziecku: hej, zdenerwowałam się, jestem nawet wściekła, muszę na chwilę być sama. I jak już do tego dojdzie i policzymy choćby do 5-iu i spojrzymy na sytuację z innej perspektywy to sami złapiemy się za głowę. Byle tylko w porę wyjść i się opamiętać. Nie przekroczyć magicznej linii.

Krzyk na dziecko jest oznaką słabości rodzica.

Może nas to wkurzać ale to nie jest demonstracja siły tylko brak argumentów. Najłatwiej dziecko przestraszyć. Co prawda niewiele z tego zrozumie ale na chwilkę nasza przewaga wzrośnie. Albo nie, albo będzie próbowało dalej testować nasze nerwy i gdzie ich koniec jest. Nieświadomie, bo przecież nie ma pojęcia o tym z czym igra. A niejeden rodzic daje się wciągnąć w takie gierki i sam zaczyna przypominać rozhisteryzowane dziecko. Bo

emocje toczą się jak kula śniegowa.

Jeżeli w porę ich nie powstrzymamy będą przybierać coraz większe rozmiary. I od razu nadmieniam, choć to temat na inny tekst, że system nagród i kar jest już przestarzały i również niczego dobrego nie wniesie (testowany osobiście). Są tylko wyjątkowe sytuacje kiedy można je sporadycznie zastosować.

Musimy więc ruszyć wyobraźnią, wyjść poza własne ograniczenia i próbować ile sił nam starczy żeby nie podnosić poziomu kortyzolu u dziecka i nie niszczyć jego układu nerwowego (swojego przy okazji też).

Tym bardziej

nie jest dobrze, jeżeli sądzimy, że z nami jest wszystko w porządeczku, a to dziecko źle się zachowuje.

Nigdy tak nie jest, jesteśmy ze sobą połączeni jak w łańcuszku, odbieramy się już na poziomie energetycznym, a co dopiero werbalnym. I posiadanie dziecka to nieustanna praca – nad sobą głównie. Nie jest sztuką prowadzać dziecko po psychologach ale nie chcieć spojrzeć na własne postępowanie. Często tak jest, że ludzie wymagają zmiany u innych samemu nie robiąc ani jednego kroku do zmiany siebie. Np. rodzina alkoholika chce żeby przestał pić ale z nim na terapię nie idzie sądząc: to nie mój problem tylko jego. Nie tędy droga. Zakładam, że to lęk podświadomy lub zupełnie świadomy (nawet) wywołuje takie reakcje.

Lęk przed zmianą siebie.

A takie odkładanie działania w czasie może doprowadzić do jeszcze poważniejszych historii bo jak zaczyna cierpieć dusza to i choruje ciało. I dzieci też reagują psychosomatycznie – bardzo silnie nawet, tylko często dorosłym nie chce się wybiegać myślami tak daleko. Łatwiej podać leki i iść do lekarza niż zobaczyć minus w sobie. Np. chore ucho u dziecka. Jeżeli często się powtarza to czegoś może nie chcieć słuchać i przyjmować.  A taki eksperyment nic nie kosztuje, mamy go w zasięgu ręki. Sami możemy pobawić się w detektywów i jest to nawet bardzo ciekawa „zabawa” pozwalająca ułożyć brakujące części układanki.

Oczywiście sprawa jest bardziej złożona jak np. są problemy w małżeństwie i do tanga trzeba dwojga, a po parkiecie śmiga jedno świadome w miarę stworzenie. Ale

warto spróbować zacząć od siebie, nie oglądać się na nikogo i postawić na SWOJE relacje z dzieckiem, opanować SWOJE emocje,

a w dalszej części pracować nad związkiem i dogadaniem się z partnerem, a nie mieć pretensje do dziecka o (zbyt) silne stany emocjonalne. Czasami po prostu potrzebują więcej zainteresowania, tracą poczucie bezpieczeństwa w tym cyber świcie, bo matka z telefonem albo laptopem mówi: zaraz zaraz, tata ciągle w pracy albo zmęczony bo pieniądze też do życia potrzebne. Do tego irytacja na prozę życia, zmęczenie materiału czy inne wyprowadzające nas z równowago okoliczności w pakiecie. A dla dziecka nie istnieje czas jako taki i ono chce TERAZ. Zaraz jest odległy, niewiadomy i kompletnie nie potrafią go te małe istotki osadzić w czasie.

Jak ja jestem spokojna to moje dziecko też jest. Nie ma innej możliwości. To zawsze działa. Jak Ty będziesz, to Twoje dziecko też.

Załapie. Daj jemu i sobie szansę. Opanuj emocje. Dzieciaki są naszym lustrem czy nam się to podoba czy nie. I jeżeli krzyczą to może zwróćmy uwagę jakim tonem głosu sami się posługujemy, a jak Cię szczypie czy gryzie to być może tak wyraża swoją złość i paradoksalnie miłość bo walczy o Twoją uwagę. I nie umie tego nazwać po imieniu bo jest małe, nie do końca to wszystko ogarnia i potrafi tylko przekazać uczucia, które nim targają. I to z Tobą jest coś nie tak, a nie z nim (przepraszam). Trzeba pytać, rozmawiać, tłumaczyć, dać prawo do tej agresji. Ona nie przyszła znikąd. Powiedz mu, że może walić w poduszkę albo, że zabierzesz go do lasu i niech krzyczy do woli 🙂 Dzieci bowiem z natury są dobre, niewinne i to my, dorośli kształtujemy ich zachowanie (mniejszy procent to cechy charakteru).

A zachowania wynoszą z domu, nie przedszkola czy szkoły. Tam ich nie nauczą radzenia sobie z emocjami o ile nie rozpieprzą jeszcze bardziej.

Dlatego oparcie musi mieć w najbliższej rodzinie, poczucie akceptacji i bezwarunkową miłość. Darujmy sobie stwierdzenia, że robi coś złośliwie, specjalnie itp. postępuje jak umie, nie inaczej. To nie jest wyrachowane. To się nazywa naśladowanie 🙂 I długo działają pod wpływem emocji właśnie zanim zaczną rozumieć swoje postępowanie tak jak byśmy tego oczekiwali (a oczekiwania czasem mamy chyba trochę za wysokie) i nauczą mówić wprost o co chodzi.

Osobiście zachęcam swojego synka do nazywaniu uczuć po imieniu: jestem teraz zły/wściekły itp. Pytanie dlaczego jesteś zły? potrafi zdziałać cuda. Ostatnio powiedział tak: bo za mało się ze mną bawicie. Zabawa, dla nas upiorna codzienność, zmęczeni, z głową pełną podrzędnych problemów, dylematów, mamy problem z wchodzeniem w świat dziecka i zapominamy CO tak naprawdę jest w życiu ważne. I o ile jest niemowlakiem i znacznie prościej na fali nowości, pierwszych fascynacji nawijać, kukiełkować itp. o tyle z coraz starszym zabawy stają się bardziej wymagające i angażujące nas w całości. Bo

dzieci wyczuwają fałsz i odrealnienie, widzą doskonale czy z nimi jesteśmy czy obok nich i udajemy tylko, że się bawimy. To wszystko musi być cholernie serio

i nie ma miejsca na półśrodki. Lepiej poświęcić choćby 15 minut na rzetelne bycie razem w jego świcie niż udawane 3 godziny. Mam też wrażenie, że szczerość niesamowicie popłaca i próby kompromisów zawsze są skuteczne.

Ale nie odmawiajmy im naszego czasu, bo później to one nie będą go miały dla nas. A że są odbiciem nas samych mówią i będą mówiły dokładnie to co my. Robią i będą robiły to, co widzą, że rodzice robią (i przestańmy się oszukiwać, że tak nie jest). Jak powiesz do kogoś „zamknij się” to nie miej pretensji, że Twoje dziecko mówi tak samo. Obserwujmy też siebie i łapmy na tym co przekazujemy.

Nie można od nikogo wymagać tego, czego nie wymagamy od siebie.

Nie kryj się za tabliczką usprawiedliwienie i spójrz prawdzie w te ślepia. To nie jest takie trudne jak się na początku wydaje. Tylko my przez naszą dorosłą zarozumiałość, czasem pychę, niekiedy niechęć do zmiany swojego zachowania nie chcemy/nie umiemy tego dostrzec. Dlatego próbujmy sami być lepsi i dajmy spokój dzieciom dając większy spokój samemu sobie. PEACE

tajemnicze porywy

Ludzi na świecie miliony, a człowiek czuje się czasem takim odosobnionym przypadkiem. Że wszystkiego to za dużo to za mało, to za krótko, to za długo, no zawsze gdzieś odstając od ustawowo przyjętej normalności (czymkolwiek owa nie jest).

I korci czasem żeby zrobić coś zakazanego, nieprzewidzianego, idiotycznego nawet zdawać by się mogło. Ale tylko zdawać gdyż pragnienia owe wypływają pod wpływem jakiejś chwili, momentu który się spotyka, tchnienia, nie wiem, czegokolwiek co wywołuje takie uczucia/emocje. Podszepty serca jakieś chyba no bo przecież nie rozumu. Jakieś tajemnicze porywy czegoś przekornego nagle same ekscytują się w duszy i nie idzie ot tak przestać o tym myśleć. A to rozum właśnie beztroskie pragnienie niszczy, argumentuje (mądrze bardzo), a w konsekwencji zabija. Przez analizę wychodzi (prawie) zawsze, że

NIE POWINNO

się tego czegoś czynić. Noł noł.

Och jak ja nie znoszę słowa „powinno”. W takiej czy odwrotnej formie działa na mnie jakoś nieprzyjemnie, niesie ze sobą przesłanie nakazu, przymusu wręcz. Wyjątkowo staję się oporna, neguję, nie przyjmuję i nawet gdybym coś chciała zrobić to z tym słowem wykluczone. Unieszczęśliwia, zadaje cios i rodzi bunt (haha to popłynęłam). Ale czasami wyjątkowo pasuje do sytuacji – albo tak nam się wydaje żeby nie poruszać innych szarych komórek co to są na urlopie (wychowawczym wiecznym). Bo trzeba poszukać zastępstwa i przemienić na zwrot bardziej przyjazny duszy.

Oczywiście teoria nakazuje robić to co się czuje ale czy zawsze na pewno wychodzi nam to na dobre? Znani mi szamani pewnie powiedzieliby, że tak. Jednak dokonujemy wyboru takiego czy innego i czasami zapewne w niektórych kwestiach więcej tracimy niż zyskujemy. Wartość stanowi odniesienie do owej chęci zgrzeszenia i szkodliwości czynu. Jeżeli może być nawet duża, skrzywdzić kogoś czy siebie (co mniejszą destrukcję stanowi) logicznym jest wyzwania nie podejmować, a jedynie jeżeli szala przeważa zdecydowanie w jednym kierunku to wtedy ewentualnie spróbować ryzykować. Niektóre bowiem rzeczy są zupełnie abstrakcyjne i gdybyśmy podążali za nimi bez żadnych obiekcji całe życie mogłoby się wywrócić do góry nogami.

Tak więc korci korci ale z pewnych kwestii rezygnujemy świadomie. I dobrze. Całe szczęście, że jest też ten rozum(ek) bo bez niego tylko same głupoty by się robiło. Człowiek – doskonała maszyna. Okrutna ale idealnie stworzona. Z drugiej strony nigdy nie znamy zakończenia i nie możemy mieć pewności, że dobrze postąpiliśmy. Dlatego każdej decyzji w jakimś sensie będziemy żałować 🙂

Zdarza się też coś wyrzec w momencie wyjątkowo nieodpowiednim, przeklętym może nawet i tak na pytanie:

a zdrowi wszyscy?

od razu dostaję jakiegoś wzdrygu bo nie wiem co odpowiedzieć. Jest to jedno z pytań sztandarowych i jedno z pierwszych na mojej czarnej liście. Jak powiem TAK, zwłaszcza o dziecku, niemal stu procentowa pewność, że najdalej na drugi dzień rano będzie miał katar, gorączkę itp. A najsłabiej jak pochwali się męże/faceta. Za każdym niemal razem czyniąc radośnie ową chwalbę pod jego adresem i szczerze się ciesząc, że taki dobry, z prędkością światła atakuje jadem i poddusza. Najlepiej byłoby chyba niekiedy nie mówić nic, przemilczeć i udawać głuchego. I właśnie zdarzyło mnie się coś takiego, na szczęście w stosunku do siebie samej ale tak się cieszyłam, że od jesieni żadne przeziębienie mnie nie dopadło, że… oczywiście dopadło.

Do sprawy podchodzę z lekkim przymrużeniem oka (prawego) i wcale aż tak często się to nie zdarza niemniej owe szczekanie o super zdrowiu choć cichutkie i skromne fermentu potrafi nasiać i swoje dołożyć. Siedzenie w domu nie cieszy, nie zadowala kobiety co to wolność sobie ceni (haha dobre sobie-wolna jak kanarek w klatce) i akurat w TEJ chwili chętnie by się mury domostwa opuściło. A teraz leż i wypoczywaj bo tak ci organizm karze. Całe szczęście, że deszcz pada i jesienna ta wiosna 🙂

Hmm… przewrotna natura kobieca czy ogólnoludzka?

Że jak może to już nie chce… YO

Ps. Nawrót z cukrem odbił się na moim wyposzczonym ciele i podejrzewam jego właśnie o spadek odporności, który mnie dopadł. Natychmiast z niego rezygnuję, a jedynie do deserów trzcinowy zostawiam. Znowu zaczynam od początku metodą eliminacyjną. Nabiału nie żrę to jeszcze paskudny gluten nadal w kolejce tupie. Może gdyby aura cieplejszą była łatwiej by szło odklejanie się od koryta. A tak przymusem w domu osadzona co innego pozostało na pociechę? Skoro bardziej szalonych rzeczy robić nie można to chociaż pocieszenie w glutenie pozostaje 🙂

woman no cry

Nie pojmuję tego świata dlaczego kobieta traktowana jest tak przedmiotowo. Dlaczego jak staje się niepotrzebna wielu facetów po prostu wyrzuca ją na śmietnik. Może należy się cieszyć, że żyjemy w tej zacofanej Polsce i nie jest u nas jeszcze aż tak źle jak w innych krajach.

Np. w takiej Rosji. Wiele żon bogaczy wymienia się na młodszy i nowszy model pozbawiając „starych” dotychczasowych standardów w jakich żyły. U nas raczej praktykuje się sprawdzony model trójkąta: mąż, żona i kochanka. A jak już się na kontrakty wcześniejsze pokolenie najeździło np. do takiego Iraku czy Libii i ziarno na podatny grunt padło to hulaj dusza bez ograniczeń. Marzą im się te haremy, baby zahukane i pamiętam jak mój ojciec opowiadał, że żon po kilkanaście przed kanjpą w Iraku czekało, a panowie się bawili. Zachciało się przenoszenia na nasz grunt arabskich zwyczajów to skończyło się rozwodem (w wielu przypadkach również mi znanych). A można było dla kasy i majątku siedzieć z kurwiarzem, który po każdej przygodzie wracał skruszony i odchodzić nie zamierzał. Strach co prawda o pożycie erotyczne czy jakiejś niespodzianki nie przytarga do domu i tu żarty kończą się właśnie. Można iść do seksuologa leczyć z seksoholizmu ale mało który przyjmuje coś takiego do wiadomości czując się przez kolejne podboje jeszcze większym samcem alfa.

A że pieniądz jest bogiem to wiadomo odkąd świat istnieje ale przecież rozwijamy się i oczy na pewne kwestie otwierają się przecież? Więc dlaczego tak się dzieje, że z każdej strony kobieta jest poszkodowana? Rodzi te dzieci, zajmuje domem, wspiera męża w interesach, a taki później nawet nie podzieli się majątkiem, na który tak naprawdę wspólnie pracowali. Chociaż pytanie „dlaczego” to ponoć najdurniejsze pytanie świata, na które odpowiedzi najczęściej nie ma i nie będzie. Tak jak nie ma wytłumaczenia na tę dominację męską w świecie. Chyba tylko ze względu na pozornie słabszą płeć i powiedzmy niedyspozycje związane z wydawaniem na świat dzieci. Bo organizm wyczerpany zajściem w ciążę i porodem można zastraszyć i łatwiej zdominować. Czy naprawdę tak to musi tak wyglądać?

Wszędzie chyba prawie (może z wyjątkiem Skandynawii gdzie babki zupełnie niemal przejęły męskie odruchy aż do przesady nawet) kobiety na tych samych stanowiskach mniej zarabiają i są dyskryminowane za naturalne właściwości. Np. będąc zarejestrowaną w urzędzie pracy dowiedziałam się, że nie ma dla mnie ani jednej oferty dlatego, że posiadam dziecko. TO nadal się dzieje! A może nawet nasila, nie wiem. Pozornie pod płaszczykiem równouprawnienia nadal tkwimy w degradacji społecznej i dopóki jesteśmy młode i bezdzietne mamy szansę przebicia. Później niestety te szanse maleją, kurczą się, a niekiedy zanikają zupełnie. Trzeba być bardzo przedsiębiorczą i zaradną, a także silną fizycznie i psychicznie żeby podołać wyzwaniom jakie życie niesie. Sam fakt bycia matką już jest nie lada treningiem i swego rodzaju obciążeniem dla kobiety głównie. I piękne to przecież, a tak wypierane przez cywilizację i zabijana jest radość z rodzenia kiedy trzeba iść do pracy i spojrzeć rzeczywistości w oczy. Że dzieciak do maminej spódnicy długo chce być przyklejony.

Fajnie jak partnerzy razem dojrzewają, potrafią się podzielić obowiązkami i jest wsparcie od faceta. Oczywiście to loteria bo jak się później okazuje niejeden zwija się i szuka nowego gniazda. Może więc im więcej kasy tym rzeczywiście musi więcej być rozumu i nie gniewajcie się faceci za te słowa ale na papierze kobieta najlepiej niech ma z czym w razie czego zostanie. Pół biedy (że użyję nielubianego zwrotu) jak majątki na rodzinę rozpisane, wtedy pan i władca nic legalnie nie posiada to i wyskoki ma mniej szkodliwe. To znaczy czysto towarzyskie i rozrywkowe, a o rozwodzie nie myśli. Bo często żony właśnie biorą na siebie większość niewygodnych zobowiązań i przy odrobinie sprytu po cichutku rozdają karty. Czym więcej nazbieranych dóbr tym trudniej bowiem je podzielić, sprzedawać i rozstawać się. Więc rzeczywiście często te pieniądze ludzi łączą bardziej niż co innego i dzieci nawet. Niemniej jednak lepiej być mądrą niż głupią i nie bać się zawalczyć o swoje.

No bo można zasuwać w galerii po 12 godzin dziennie i dziecko widywać 3 razy w tygodniu. Przy takim trybie pracy wychodząc rano i wracając o 22 nie ma szans na normalny kontakt z potomstwem, do którego stworzyła nas przecież mądra natura. Znam kobiety tak żyjące i cierpiące nawet ale co mają zrobić. Wpieprzone w kredyty z mniej przedsiębiorczym mężem nie mają czasem wyjścia, ktoś zarobić musi. Jestem pełna podziwu tak jak dla wszystkich kobiet na tym świecie. Które trochę się już wyzwoliły spod jarzma męskiej dominacji no ale jednak jeszcze daleko nam do bycia prawdziwie szanowanymi. Ogólnie w polityce traktowane jak milutki dodatek, rozhisteryzowane bomby hormonów, które za bardzo mają się nie odzywać, a jedynie tyle ile trzeba. I wyglądać – ale to ewentualnie.

Oczywiście co poniektóre na własne życzenie sobie to robią i siedzą np. siłą przy zamożnych (lub też nie) mężach, a później nieszczęśliwe. Bo my kobiety mamy taką właściwość przerabiania sobie rzeczywistości, godzenia się na półśrodki i przymykania oczy na to, na co mają być otwarte. Wiele wybacza zdrady (chociaż cierpią strasznie) i nie wiadomo czy to z własnego egoizmu czasem, szlachetności czy innych, równie ważnych dla nich, pobudek. Nie chcą dostrzegać sygnałów, które płyną od faceta, że ma dość, nie szanuje, wytyka wady, niekiedy nawet stosuje przemoc psychiczną i fizyczną, a one nic. Niezłomnie wierzą, że to przejściowe, że dla dobra dzieci nie mogą nic zrobić itp. Po co się oszukiwać? Jak ma mieć kochanki i zamienić na młodszy model żadna szlachetność nie pomoże i nic nie da. Wręcz przeciwnie. Pogarsza naszą, kobiet sytuację. Dajemy się wykorzystywać, a później płaczemy. Robimy więc to sobie trochę na własne życzenie zamiast czasem drania rzucić i z honorem odejść.

Czy przykład sfrustrowanej matki jest tym, co chcemy zaszczepić naszym dzieciom? Nikogo nie namawiam do rozwodu bo jest to ostateczność (jeżeli inne formy próby ratowania związku zawiodły) ale do szanowania się w swoim indywidualnym poczuciu moralności i etyki. Czy na pewno trzymamy niszczący nas związek dla często już dorosłych dzieci? Czy jest to tylko zasłona dymna żeby niczego nie zmieniać bo wolimy już to cierpienie własne, jęczenie i biadolenie niż podjęcie wyzwania i ryzyka i rozpoczęcia życia na nowo. Może warunki nam się nieco pogorszą, a znajomi odsuną (wychodzi bowiem kto tym znajomym w ogóle był). Tak to niestety często jest, że kto ma kasę ten ma władzę, a niektórzy (chyba większość) mężczyzn przez naturę już są tak usposobieni, że lubią dominować i rywalizować między sobą więc to za nimi pójdą znajomi i dotychczasowe życie. Czyli często to wszystko przypomina zlepek iluzji i to takich, które sami sobie w głowie wytwarzamy.

Pewnie, że im więcej hajsu tym czasami (paradoksalnie) trudniej i bardziej to wszystko się komplikuje. Jak się trafi na chama bez klasy to zostawi kobietę z niczym, szybko udowadnia, że majątku nie posiada żadnego, no a to że mieszka w pałacu i jeździ super furą to oczywiście nie jego i nic o tym nie wie. Ostatnio widziałam żarty (chyba) dwóch arabek, że mąż musi żonę trochę zbić jak nabroiła. Jedna drugą kijkiem pacała i bardzo się przy tym śmiały. Ale to widocznie akceptują jak murzyni, którzy wolność dostali i od oprawcy nie odeszli. Znają tylko takie życie, od dziecka tłoczona jest propaganda anty żeńska, godzą się na to i przyjmują z pokorą. Dla Europejczyków to nie do pomyślenia chociaż ogólnie wszędzie dominacja męska zatacza swe kręgi. Okazuje się, że takich nacji jest więcej bo i w Chinach kobiety lekko nie mają, a ciąże z dziewczynkami musiały być usuwane.

Traktowane jak gorszy sorty bo rodzimy, zajmujemy się domem i tworzymy rodzinę. Co nie jest traktowane w kategoriach pracy tylko i wyłącznie babskiej przyjemności, a czasami fanaberii (chciałaś dziecko to masz). Po czym biorą pomoc domową i opiekunkę, za które płacą. Paradoksy życia są niezliczone jednak w sprawie kobiet niewiele się zmienia i dlatego cenię feministki za przypominaniu światu o co w tym wszystkim kaman. Niech walczą.

Faceci chcą decydować o naszych pochwach co już wkurza mnie zupełnie i nawet jak mieliby tę rację kompletnie jej nie przyjmuję. Jak może jeden z drugim co nigdy w ciążę nie zajdzie dyktować warunki i zasady życia naszych brzuchów? Doprawdy to kompletnie niezrozumiałe. Słabsza płeć jest bardzo silna i nie musi posuwać się do takich wykrętów żeby podnieść sobie wartość. Wnerwiam się jak słucham tego całego cyrku i nagonek na kobiety. Że albo za dużo poświęcają czasu pracy, albo źle, że zajmują się domem i dziećmi. To

co w takim razie jest dobre?

Dużo kobiet marzy o wychowywaniu dzieci i nie mogą tego robić. Presja społeczeństwa, że matka my być wieloczynnościowa i przypominająca cyborga jest bardzo silna. Ma pracować, po zajmować się dzieckiem (które sama przecież chciała), rano wstawać i lecieć na siłkę żeby być fit, sprzątać to wiadomo, rozwijać się naukowo, gotować i co jeszcze? A! nie krzyczeć, nie denerwować się, wszystko znosić, dać się skopać przez system, za dużo nie pytać i tyrać na 3 etaty. Bo facet po pracy odpoczywa, a kobieta zajmuje się (tylko przecież) domem. Facet to nawet po zabawie z dzieckiem musi odpocząć. Czy nie jest może tak, że same sobie to robimy? Nie szanujemy się godząc na ubóstwo duchowe, a co za tym idzie inni (czyli mężczyźni) też nas nie szanują. Bo trzymamy się niekiedy zbyt kurczowo swojego życia nie widząc, że ono już nie jest takie nasze. Nie próbujemy odejść w porę tylko walczymy o jakieś nieistniejące uczucie, a później czujemy rozczarowanie.

W Żonach Oligarchów miliarder na urodzinach żony wytykał jej przy gościach wiek: ona już jest TAKA stara tylko dobrze wygląda ale nie dajcie się zwieść, to muzeum. I tu nastąpiło hi hi hi, a sama zainteresowana pokornie się uśmiechała NIC nie mówiąc. A później rozpacz. Dlaczego się na to godzimy? Bo mamy nadzieję, że nie będzie aż tak źle? Dlaczego często same dajemy się poniżać mężowi, szefowi, lekarzowi, a później synowi (i dzieciom w ogóle). Wylewamy swoją frustrację na inne kobiety zazdroszcząc im lepszego/innego życia ale nie dbając o jakość własnego. Dzieci też dorosną i szacunku nie buduje się dając na ich oczach całe życie się pomniejszać.

U bogaczy (z obserwacji własnych od wielu lat czynionych) zauważam taką prawidłowość, że albo kobieta robi interesy (z kolei kosztem dzieci, co tez ma swoje konsekwencje) albo jest tylko kurą domową i nikim więcej. A dyktator pije drinki, rucha dziwki i się cieszy. Ona przyzwyczajona do takiego trybu życia, sądzi, że skoro dom jest na nią jej pozycja jest bezpieczna, jedzie na lekach antydepresyjnych udając szczęśliwą w swoim świecie mikro zakupów (w porównaniu do pana) scedowana na jego łaskę (lub nie bo jak zechce i tak się zwinie do młodszej, dziwki lub bardziej szanującej się). Albo albo. Nie ma środka. Co bardziej przedsiębiorcze mają na siebie właśnie pozapisywane mienie i to ono trzyma tych facetów przy nich. Gdyby było inaczej dawno co poniektóre byłyby wymienione na inny model.

I ok, niech tak żyją jak chcą tylko jakie wartości przekazujemy kolejnym pokoleniom? Bo syn obserwując jak ojciec traktuje matkę tak samo będzie traktował swoją żonę. Bo córka, która widzi, że mąż nie szanuje żony najczęściej wejdzie w podobna rolę. Nieświadomie. Tylko nieliczni łamią schemat. A za pieniądze można kupić sobie trochę pewności siebie, która czym sztuczniejsza tym okrutniej się przejawiająca na najbliższych. I

im większy dominator tym bardziej zakompleksiony dupek.

Bo ktoś, kto szanuje siebie szanuje też innych. Innej możliwości nie ma. I pieniądze szczęścia nie dają ale władzę absolutną tak i o to wielu facetom chodzi. Dlatego mając już ich dużo chcą jeszcze więcej. Tylko zapominają często gdzie kończą się interesy, a zaczyna dom i rodzina. Później dzieciaki uciekają z tych wielkich, bogatych domów i ani nogi postawić w nich nie chcą. Błędne koło. Stoją puste pałace budowane z myślą o rodzinie pokoleniowej.

A może jednak olać konwenanse i żyć swoim życiem? Albo przynajmniej mądrze się zabezpieczać i nie ufać ślepo losowi bo tam gdzie pieniądze nie ma sentymentów i będąc w średnim wieku można się zdziwić. Spróbować też nie dać się wcisnąć w te wszystkie wypada/nie wypada i robić swoje w zgodzie z wewnętrznym głosem? Każdy wszak go ma tylko nie każdy słucha. Same też musimy stać na straży swojego szacunku bo tylko wtedy będziemy prawdziwie szanowane.

Obserwuję ostatnimi czasy trend na identyczność, a wszystko co inne jest tłamszone i wytykane. Szkoda też, że cud wydawania na świat przez kobiety dzieci jest taki zdegradowany do podrzędnej czynności fizjologicznej i kompletnie się go nie szanuje. Niektóre dzikie plemiona (np. w Wenezueli, polecam lekturę „W głębokim kontinuum”) więcej mądrości w tej sprawie mają niż my ucywilizowani. Intuicyjnie wiedzą, że kobieta przez to z natury jest słabsza. A my? Po 3 miesiącach od porodu zapierdalamy do roboty, udajemy, że dzieci nie chcą naszej piersi, dajemy z siebie żartować, a później sfrustrowane płaczemy po nocach. Więc no woman no cry tylko bierz los we własne ręce na ile to w danym momencie możliwe i leć do przodu bo życie ziemskie teraz mamy jedno 🙂

Mój ojciec choć bardzo zamożny oligarchą nie jest ale założywszy nową rodzinę odciął się zupełnie i po latach przestał nawet odbierać telefon ani nie chce zobaczyć swojego własnego, podobnego do niego wnuka. Wszystko rozbijało się o pieniądze, których nigdy nie chciałam, a na stare lata dopiero zrozumiałam, że bez nich żyć nie można. Buntowałam się i wierzyłam, że są niepotrzebne. I jak już Hitler kiedyś rozpropagował:

kłamstwo powtarzane przez lata staje się prawdą.

Dlatego nowe żony często odsuwają od poprzednich dzieci, a nieliczne są uczciwe i w porządku. Wiekszość łapie faceta (podatnego) na dupę i chce tylko jego pieniędzy. Reszta znaczenia nie ma. Nigdy tego wszystkiego nie zrozumiem chociaż pytanie „dlaczego” samo ciśnie się co jakiś czas na usta… Może za bardzo mierzę ludzi swoją miarą? Na szczęście udało mi się złamać schemat o czym może kiedyś napiszę 🙂 A na razie dziękuje Ci mamo, że postępowałaś w zgodzie z wartościami o jakich mówiłaś 🙂 I choć żadne decyzje w życiu podejmowane nie przechodzą bez konsekwencji to lepiej wybierać mniejsze zło 😉

PEACE&LOVE