życie po(za czasem)

Czas czas czas. Wszędzie

ten czas.

Główny gwóźdź programu. Płynie niezaprzeczalnie. Smutne to i pocieszające. Słowo składające się chyba z samych z paradoksów i zaprzeczeń. Zabija i leczy. Jak może być jednocześnie tym i tym, mordercą i lekarzem? A jest i niby uzdrawia. Co prawda bezwzględnie, na swój własny sposób ale jednak.

Chyba że wcale nie ulecza? Może nie wszystkich? Może tylko niektórzy skutecznie poddają się tej terapii? Niewątpliwie płynie dla każdego tak samo. Z reguły jest go za mało ale niekiedy okazuje się, że kompletnie za dużo. Chociaż dla mnie stoi w miejscu, a może to ja wyszłam gdzieś poza zegar rzeczywistości i nie mogę znaleźć drogi powrotnej…

Dziwnie czasami jest się

poza tym czasem,

bez określonego dnia, godziny, a nawet pory roku. Bo niby jest wiosna, to słońce świeci, ptaki ćwierkają ale jest też nostalgia i pomieszanie z poplątaniem. Zdaje sobie nagle człek sprawę, że działał w jakimś sensie poza sobą. Poza swoją świadomością. Nie wiem jak to określić ale ta siła którą się miało żyła sobie w jakimś oderwaniu od reszty. W zasadzie reszta, czymkolwiek by nie była, hulała po swojemu.

Tak więc moc fizyczna była bo psychika ją nakręcała i

intuicja prowadziła,

że trzeba coś zrobić, nie można słabnąć, sytuacja jest kompletnie wyższej wagi itp. Pomijając, że to jej ostatnie wyjścia były i różne takie tam smutki do głowy przychodziły. One paradoksalnie nakręcały żeby iść do przodu i działać. Myśleć logicznie po mimo wewnętrznej rozpaczy. W tym wszystkim emocje, uczucia, skojarzenia i wiedza w środku, że zmierzamy w jednym kierunku. Że trzeba MIEĆ SIŁĘ dla niej, bliskich i siebie trochę też. Chociaż ostatni punkt kompletnie nie skuteczny. Tyle się działo, że gdy przestało zapachniało pustką, nadmiarem czasu i okazuje się, że nawet ta opieka była bezproblemowa. Bo była ONA.

Pojawiała się nawet zgoda wewnętrzna na to, że starość, cierpienie przyjaciela, naturalne przyjmowanie tego, że trzeba pomóc, działać, skracać, przedłużać, wszystko robić co konieczne i co BARDZO chciało się czynić. Bardzo właśnie chciałam dać jej tyle miłości ile zdołam wykrzesać. Żeby to czuła skoro nie mogłyśmy już spojrzeć sobie w oczy. O podrzędnych i niezbyt przyjemnych czynnościach nawet się nie myślało tylko robiło bez słowa. Mimo małych potknięć bo przecież

człowiek to jednak nie maszyna ani cyborg jakiś pieprzony.

Bo rodzina i parę jeszcze innych dość istotnych spraw też wymagały uwagi. A Herbata tylko jedna. I dopiero po wszystkim zobaczyłam/widzę jaka byłam oderwana w dziwny sposób od tego wszystkiego. Jakbym funkcjonowała obok siebie, zamrożona. Powietrze uszło więc jak z balonika i poczułam w każdej części swego ciała duchowego i fizycznego zwykłe wyczerpanie. Nawet nerwy to nie jest właściwe słowo. Stres też nie pasuje (ten pojawia/ł się w innych okolicznościach). Raczej emocje na wysokich obrotach i czasem ich powstrzymywanie wysysały powoli chociaż próbowałam być harda. Tłumaczyłam sobie to wszystko logicznie bardzo, a przez pewien moment nawet przecież nie płakałam. Jakoś znowu tak nie do opisania…

Świadoma w nieświadomości czy może nieświadoma w swojej świadomości,

nie wiem… Pół na pół. Myślę, że to naturalne zachowania organizmu, takie mechanizmy obronne i wypieranie. Podświadome. Chociaż można to wyłapać. Czy pomaga? Nie mam pewności ale mimo wszystko wybieram opcję, że lepiej wiedzieć co z psychiką dzieje się. Ta wiedza to może mało, nic nie znaczy, przynajmniej nie od razu. Ale pomaga w zrozumieniu siebie i swoich zachowań. Bałam się, że już nie zapłaczę. Za to jak zaczęłam przeżywać – nie mogłam się opanować. Na szczęście pod skrzydłami mojej dobrej mamy, która zabawiała młodego. Już będąc

w lasach zostawiłam trochę smutku pośród drzew i zatopiłam go w jeziorze.

Dzięki temu na te najtrudniejsze chwile wróciłam nawet silna i opanowana. Płakałam w duszy. Ale tryskałam pozytywną energią i skupiałam na radościach jakie cały czas były naszym wspólnym udziałem. Żeby do końca miała w uszach śmiech i dom w jakim żyła. Sama była przecież jedną wielką radością 🙂 Poza tym miałam nadzieję. I to prawda, że ta umiera ostatnia. Do samego końca była ze mną. Maleńka nadzieja siedziała mi na ramieniu i nie słuchała nikogo.

Przechodziłam też moment niesamowitej, euforycznej wręcz radości, że tyle lat byłyśmy razem i to w jakim stylu 😉 Wyjątkowo absolutnie. Może ktoś się śmiać ale śpiewałam, gadałam do niej wesoło, motywowałam, że da radę, że jest silna i wspaniała. Ale był moment na wsi kiedy nagle wiedziałam, że jest tam ostatni raz. Wiedziałam TO z pełnym spokojem w środku. Pierwsza chwila kiedy to poczułam była oczywista jak to, że świeci słońce i nie wytrąciła mnie z równowagi. Dopiero po namyśle (jak wmieszało się ego i ziemskie przywiązanie) chciałam się oszukać, próbowałam tłumaczyć to jakoś racjonalnie, że sobie wymyślam itp. Ale do szpiku kości wiedziałam jak jest. Może nic mi się znaczącego nie śniło ale przeczucia i tak przychodziły nie proszone. Pod ich wpływem działałam.

Była 200 km ode mnie więc

leżałam i wizualizowałam sobie,

że jesteśmy razem, głaszczę ją tak jak lubiłyśmy i prosiłam żeby na mnie poczekała, że jest silna, że musi na mnie czekać bo bardzo chcę być z nią do ostatniego oddechu i o dziwo się jej poprawiło. Nie wiem czego to zasługa ale cały czas stosowałam różne energetyczne praktyki, jak np. BSM. W ostatnich momentach jak się bardzo denerwowała, bo przecież nic nie widziała i zaczynała szczekać niesamowicie głośno, a  głosisko miała jak wielki pies 🙂 i nie mogłam jej uspokoić, a słuch nie był już też najlepszy (chociaż jak utraciła wzrok to się zdecydowanie polepszył) też zaczęłam wyobrażać sobie że ją głaszczę i łagodnie przemawiałam w myślach słowa, które zawsze ją wyciszały. Uspokajała się od razu. Wchodziłam więc mentalnie w jej świat.

Podążałam za swoją intuicją bo cóż innego mogłam zrobić.

Czułam, że to jedyna skuteczna droga żeby pomóc jej, sobie i ogarnąć resztę. Chociaż czasem głowa plotła jedno, a serce drugie. Ogólnie była w takim stanie, że psy już nie żyją. A ona żyła ku ogromnemu zdziwieniu lekarki.

Idę etapami i teraz widzę ile energii wydatkowałam. Jak to zrobiłam? Czasami wkurza mnie, że potrafię być taka zadaniowa i skoncentrowana. Może nawet silna. Że chcę wszystko zrobić sama. Bo nigdy bym sobie nie wybaczyła zaniedbania i

chciałam mieć maksymalnie spokojne sumienie, poczucie że zrobiłam dla niej WSZYSTKO co mogłam.

To był mój wybór. Teraz włącza mi się inny rodzaj irracjonalnych emocji i raz wydaje mi się, że tu siedzi, pije, mlaszcze to znowu czuję się jakby minął już przynajmniej miesiąc (a może i więcej) i dziwię, że tak długo żyję bez niej. Po czym łapię się, że minęły dopiero 2 dni… Wszędzie ją widzę, a wspomnienia pojawiają się same. O, tu lubiła wychodzić, tam czekała pod sklepem, a zeszłej wiosny to i tamto…

Jest też poczucie, że życie jest fantastyczne, chwile razem spędzane są bezcenne i najcenniejsze zarazem i nic ponad to się NIE LICZY. Nagle cieszy każda sekunda jakoś mocniej chociaż łzawe powodzie też są. W ukryciu częściowym przed synkiem, który tak naturalnie podszedł do sprawy:

mamusiu, nie płacz, przecież ona jest szczęśliwa u Bozi.

Nie rozpaczał, pożegnał się z nią głaszcząc i całując w główkę ale bezwzględnie domagał szczegółów typu: a co z ciałkiem? Czy sama usnęła? Jakie leki podał weterynarz? No i tym podobne. Tak czy inaczej mimo jego postawy nad wyraz dojrzałej gdzieś te emocje musiały się ujawnić i tak naprawdę intuicja (znowu) podpowiada mi, że

dla dobra dziecka trzeba żyć dalej jak gdyby nigdy nic.

Chociaż chciałoby się schować w mysiej dziurze, zwinąć na poduszce, na której sypiała i patrzeć na wspólne zdjęcia. Katować do bólu. Ryczeć. Wspominać. A tu co, było wspaniale ale

świat się nadal kręci.

Dla dzieci śmierć jest całkiem naturalna i nie boją się jej jak dorośli. Może to szokować, zastanawiać, dziwić ale tak jest. Można też wziąć z nich trochę przykładu. Czemu nie? Życie trwa, a dopóki ma się dla kogo żyć tym bardziej nie ma co zwlekać. Tylko ŻYĆ. Spędzać razem czas i do łez to się śmiać 🙂 Nie robić wypraw do przeszłości ani do przyszłości. Tak, na początku nawet to wychodzi (jeżeli zaakceptujemy cykl życia-śmierci-życia, a musimy się z tym pogodzić żeby dalej funkcjonować) ale czy potrafimy wytrwać w tym najpierw poczuciu, że tak jest i akceptowaniu tego, a później w postanowieniu? Czy nie rozmywa się to gdzieś z biegiem przeżywanych dni i czy właśnie czas nie wykonuje tu kreciej roboty? Że zapominamy o trudnym doświadczeniu ale też o konsekwencjach zjawiska, że

życie krótkie jest i nie warto marnować go na pierdoły.

Przypalam częściej i tłukę więcej … Zapominam o obiedzie, przegapiam kolacje. Dobrze, że mąż dożywia dziecię i siebie 🙂 Okazuje się, że w tej kwestii nie można aktualnie na mnie liczyć. I nie żebym nie chciała, chcę nawet bardzo i staram się tylko mi nie wychodzi… Nie umiem osadzić się w czasie i przestrzeni. Nie wiem czasem czy mi się coś śniło czy naprawdę było, czy soliłam czy nie soliłam. Czy jest poniedziałek czy sobota. Czy mam psa czy kota 😉

Serce jeszcze długo będzie w proch potrzaskane ale najbliżsi są cudowni, a tyle życzliwości ile dostałam od ludzi, często zupełnie obcych, przeszła moje wyobrażenia. Czyżby sprawdzało się powiedzenie, że

co siejesz to zbierasz 🙂 ?

Zawsze warto siać dobre ziarno, nawet jak go nie widzimy i jest bardzo malutkie… w końcu gdzieś tam wykiełkuje 🙂 LOVE

 

Autor: BeaHerba

Bea Herba to ziołowa beata herbata słuchająca siebie, swoich odczuć i snów, czasem słaba, czasem czarna i mocna, bywa też kompletnie zielona i delikatna biała, niekiedy słodka i aromatyczna. Jak życie...

2 myśli na temat “życie po(za czasem)”

  1. Przypomina mi się moja dawna psina Rolka. To było jakieś 6 lat temu, gdy zginęła na spacerze. Była już stara. Nie widziała i nie słyszała. Kręciła się w kółko. Na chwilę odwróciłam wzrok i znikła. Gdyby nie to, pozwoliłabym jej umrzeć w domu w sposób naturalny. Ja już taka.
    Teraz wraca do mnie w snach. Mam drugą psinę, ale to już nie to.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *