pod SUMO wanie

Piżama party

Mogą sobie ludzie mówić co chcą i myśleć nawet też ale 1 (słownie: jeden) dzień spędzony prawie cały w piżamie i zupełnie cały w domu odgórnie każdemu się należy. A matce to już zupełnie bezkarnie i OBOWIĄZKOWO. Przydział na lenistwo idzie z automatu tym bardziej, że nie często w przyrodzie występuje. A nawet pamięcią sięgnąć rady się nie daje kiedy był takowy.

No więc Poniedziałek Wielkanocny zaszczycił nas pogodą nawet nie w kratkę bo słońce zaledwie tylko promykiem zza chmury błysnęło na sekundę szczując i kusząc, że gdzieś ciepło jest. W związku z deszczem uznałam zatem, że psia pogoda nie sprzyja spacerom, dotlenianie się w smogu nie skutkuje niczym pożytecznym, najlepiej więc stacjonować blisko koryta i namagnesowanego łóżka.

I Boszhe jakie to cudowne uczucie NIE MUSIEĆ SIĘ UBIERAĆ. Ani malować. Ani myć włosów. Wiem wiem w klasycznych i standardowych stadłach rodzinnych święta to czas odwiedzin, ciotek, wujków, kuzynostwa, strojenia się i podglądania jak kto żyje. Szczęściem boskim my do takowej nie należymy i już jakiś czas temu przestałam zazdrościć innym normalności ciesząc swoją innością. Plus sytuacja, że rodzina roztrzepana po Europie i świecie nawet dalekim, dziwnież żyjąca we własnych enklawach bez kontaktu z pozostałymi członkami, kto ciekawszy umarł lub jest poza zasięgiem więc z głowy. Sami jedynacy, rodzeństwa brak, do tego o dość skrajnych i oryginalnych poglądach polityczno-religijnych. Najważniejsze, że nie ma nic na siłę, no może tylko prócz faceta beczącego  żebym jednak z nim i synem gdzieś się wynurzyła poza mury swojego królestwa (jestestwa).

A mamę gardło boli i ucho* przy okazji też więc wietrzyć się nie może. Opita do granic możliwości Wit C bo przecież następny dzień to wtorek, moc wrażeń w kolejce stoi i pcha się jedno przez drugie na pierwszego. Więc zmiłuj się nie będzie, dobrze nawet, bo gębę zasznurować mocno trzeba i raczej olejem płukać niż czym innym raczyć rozbestwione podniebienie. Taki post to chociaż argument solidny dla umysłu był. A rozum musi mieć te konkrety bo inaczej odmawia współpracy, nie słucha i kompletnie olewa właściciela.

*gardło – wyrażanie się, ucho – słuchanie. Afirmacje prawie wdrożone 😀

PodSUMOwanie

będzie dość bolesne. Bo abstynencja przerwana, kilosy się zadomowiły pewnie na dłużej, a po labie na głęboką wodę i do centrum skoczyć coś pilnie załatwić trzeba, znowu urodziny koleżanki dziecka, a prezentu brak i pomysłu też. Nadal pralka w domu widmo więc przepiórka ręczna wzywa i takie tam pierdoły. Przynajmniej kalorie wytracać będzie można zacząć. Niby nic, jak to mój mąż mówi: no same kamieniołomy. Zapomniał szybko jak sam został z młodym i przy tych pikuś sprawach prawie apopleksji dostał i stanął obok siebie.  A dziecię spać poszło o 24. Pamięć dobra ale krótka jak ogonek u ratlerka 😉

Chwilowo więc jestem słoniem lub słonicą i przyznać bez bicia trzeba, że obżarstwo to grzech przeokropny. Bez pms-a stać się zawodnikiem sumo to już jest nie lada wyczyn. Podziwiam wszystkich co umiar i rozsądek zachowują i od pokus powstrzymać się potrafią. A już zupełnie takich, co bez psychicznego obciążenia taką cechą chełpić się mogą i naprawdę bez potrzeby głodni nie są – noo to już zazdro wielkie 😉

Więc Alleluja i do przodu 🙂 Baj baj glutenie, namolny cukrze i nabiale wyrodny 😉

Ps. Urodziny w pysk strzeliły pyyysznym tortem na kremie mascarpone (maszkarponiec jeden) i zanim zdążyłam się połapać już go wcinałam (z radością nieukrywaną). W związku z prędkością światła z jaką ów czyn popełniłam postanowiłam więc napawać się małą zbrodnią. Jak to jednak zwykle bywa jedno zuo pociągnęło drugie i do środy na czekoladzie jechałam. Tak się zacukrzyłam po tym całym poście… że… chyba napiszę o tym osobny tekst 😀 pozdrowienia i buziaki herbaciaki 🙂

grubsza i głupsza

Przychodzi karmiąca piersią od 6 miesięcy matka do lekarza ginekologa. Mówi, że ma nieregularny okres, a on co? Zapisuje hormony. Na jakiej podstawie? Bez zlecenia badań hormonalnych chyba jest jasnowidzem skoro wie, które na jakim są poziomie.

Po 3 tygodniach przyjmowania i zaufania do doktora babeczka przytyła około 6 kilo, czuje się źle i znacznie gorzej niż przed. Okej, może nie każdy interesuje się medycyną alternatywną, nie wszyscy muszą czytać o różnych badaniach, analizować stan swojego organizmu na milion sposobów, wszak lekarz jest jakby od tego. Chyba… Zapisują recepty jak leci i to już nie pierwszy znany mi przypadek.

Kobiety, nie dajcie sobie wciskać hormonów bez badań!

Na oko żaden lekarz nie wie czego mamy za dużo, a czego za mało. Lepiej eksperymentować z oczyszczaniem organizmu czy (ewentualnie) ziołami, a nie silnymi lekami, które mogą w konsekwencji uzależnić nasze ciało od ich przyjmowania. Do tego podczas karmienia naturalnego tym bardziej hormony szaleją i zapisywanie ich na wyrost bo…? większości pomogły? czy z innych pobudek? jest nadużyciem całkiem sporym…

A tak w ogóle żołąde(cze)k po świętach sięga kolan, a może zamiast jednego są już dwa. Całkiem możliwe bo gdzie to żarcie się mieści nie pojmuję. Oby tylko mieć na tyle siły żeby ucztowanie w porę zakończyć. Bo czekolada co dziecię dostało od zająca (to wszystko przez niego!) i inne wyroby jej podobne chodzą za mną, prześladują i kuszą. Uzależnienie na pewno daje o sobie znać i zobaczymy ile rozumu mi zostało. Jak na razie bowiem jestem głupsza i grubsza.

Głupsza bo wraz z zakazanym na co dzień pokarmem rozumu mi ubywa wprost proporcjonalnie do jego spożywania. Czyli im więcej żrę tym bardziej się uwsteczniam, czarnych plam umysłowych dostaję i zapominam co jest ważne i ważniejsze (od zdrowia po myśli niszczące). Grubsza – wiadomo. Kalorie powietrzem jednak nie są i ochoczo, radośnie, z entuzjazmem postanawiają odkładać się tu i tam, dosłownie podśpiewując z zachwytu, że w końcu im się udało. A taka była oporna, wytrwała i rozsądna – piszczą. No cóż…

chwile ulotne, a święta przewrotne.

I tak lubię świętować ale jednak zawsze zostaję na złą drogę sprowadzona, jak nie przez Gwiazdora to dla odmiany Zająca. I żalu do nikogo nie ujawniam, a wyłącznie skarcę siebie gromko za popełnione wielkanocne przestępstwa i uleganie namowom do złego fikcyjnym postaciom (prawie nie istniejącym).

A wykroczenia były oj były. Bo oprócz pochłaniania wybór padał na pozycje horyzontalną, na dodatek Z ZAMKNIĘTYMI OCZAMI. O tu już wina pogody na wokandę wkracza gdyż słońca jak na lekarstwo i mało dietetycznie. Hipotonia dawała o sobie znać po kilkakroć i musem trzeba było leżeć plackiem (to chyba jednak wyboru nie miałam), a skutkiem ubocznym stało się podsypianie. Ze sportu więc chyżo trafiałam jajkiem do buzi lub ręką do czekolady (po czym do buzi 😉 ). Zawsze celnie 🙂

O liczbie 4 na wadze zapomnieć można i trzeba będzie  się znowu z piątką bujać. A było już tak pięknie. Co prawda obrażona na odmierznik cielesny długo stopy nań nie postawiłam i tym bardziej zaskoczenie po czasie było miłe. Teraz uczynię podobnie, kopnę wagę w kąt i odczekam dni kilka(naście) z konfrontacją. Czasami jednak łatwiej się żyje z mniejszym wiedzy zasobem. Głodówka mnie nie minie, powrót do zatraconych zasad, ochlewanie wodą i innymi specyfikami, a także ruch, sport i dotlenianie. Bo bikini czeka i mruga okiem. To zachęcająco to znowu pochmurnie i spode łba. Ono bezlitośnie obnaży wszystkie grzechy główne i poboczne przy okazji też.

W prezencie iście świątecznym wypatrzyłam nową zmarszczkę i to już jest JAWNE PRZEGIĘCIE. No bo JAK i SKĄD? Czyżby z kaloriami w komitywie były i wspólnie atakowały? Czas zacząć myśleć o botoksie i nie ma zmiłuj się. Niektóre z koleżanek od dawna już korzystają (tak tak widać 😉 )(chociaż hmm…może to MA BYĆ WIDAĆ…?) i nic że do siebie powoli wzajemnie upodobnione ale płaskie i wyprasowane, nie rzadko z wargami uwagę odwracającymi 🙂 A może właśnie postawić na usta albo cycki? Z biustem boję braku czucia w sutkach, doprawdy wyjątkowo nieprzyjemne musi być pozbawienie ich erogenności i czy to naprawdę kobietom nie przeszkadza? No że facetom nie to wiadomo 🙂 Oczywiście są przypadki życie i wygląd ratujące co jest całkiem zrozumiałe, zrozumiałe zresztą jest wszystko i sama też bym poprawiła gdyby prócz szałowego widoku konsekwencji nadmiaru nie było. Niestety nie realne. Wolę więc mniejsze ale z czuciem 🙂

Z nosem podobnie. Już parę razy myślałam o korekcie, a nawet do głowy przychodziło mi zgłoszenie się do programu korygującego fizis. I tu już widzę – słyszę faceta HA HA HA. Może racji trochę ma i często to są babskie fanaberie ale gdybym więcej odwagi miała nosa też bym zmieniła (poza tym coś w tym jest, że kobiety często stroją się i odchudzają dla innych kobiet, później dla siebie i na końcu dla faceta haha). Wysmukliła i uszlachetniła ziemniaka. Jednak cena wyższa niż finansowa i raz, że lęk przed bólem, dwa przed potencjalnym błędem chirurga. A co jak TEN raz akurat mu się nie uda? Nóż się omsknie nie tak jak trzeba? To jednak nie Brazylia gdzie operacje plastyczne z wizytą u dentysty porównać można. Więc jedynie strzykawki się nie pękam 😀

Póki co mogę powoli zmienić rajstopy na pończochy bo cieplej się jednak troszkę zrobiło 🙂 YO

Fotka stara ale zawsze przyjemnie popatrzeć na własny tyłek bez cellulitu 😉 Koleżanka chyba się nie obrazi za wrzucony relikt z przeszłości 😉 W końcu byłyśmy młode i piękne 😛 Teraz jeno pikne… hihi

bum bum tra rara

O niepodważalnym fenomenie kobiet nikogo nie trzeba przekonywać ale jednej z cech mężczyźni mogą nam wyjątkowo pozazdrościć. Wieloczynnościowość naturalna wrodzona czyli robienie kilku rzeczy na raz. Otóż niejednokrotnie obserwowałam próby podejmowane przez facetów w tym kierunku i niestety z reguły pełzły na niczym. Jak we wszystkim są of kors plusy i minusy zjawiska czy można rzec też: błogosławieństwo staje się czasem przekleństwem. Bo potrafiące cuda wyprawiać otrzymujemy w zamian jeszcze więcej obowiązków.

Z drugiej strony czasami świadomie doprowadzam do takich sytuacji na ostrzu noża bo wiem, że nawet na ostatnią chwilę ze wszystkim sobie poradzę. Nie przepadam co prawda działać w tak szkodliwych warunkach o podwyższonym ryzyku stresu ale czasem trzeba. I tak przesadną siłą nie grzeszyłam i okien nie pomyłam, wiele rzeczy olałam zaoszczędzając rodzinie nerwów i sobie przemęczenia świątecznego (którego nie znoszę i mówię NIE). Ostatecznie od moich brudnych szyb nikomu nic nie będzie co najwyżej zmysł estetyki może zostać nieco zaburzony. Szkodliwość czynu niewielka i chrzanię to (dosłownie). Byle żarcia było dość 😀

Facet: gdyby nie ja i pilnowanie osobiste kurczaka dawno by się już spalił… Poszłaś i nie wróciłaś. No tak ale kurczak nie jest mój… Zapomniałam o jego istnieniu 😉

I tu mała dygresja do byłych i potencjalnych eksów, nie macie czego żałować kochani 😉 Mój własny mąż mówi czasem: dobrze, że chociaż popatrzeć na ciebie można inaczej nie wytrzymałbym ani godziny 😉 Mięsa nie je, nabiałem gardzi, glutenu unika… OMG…

Za to robiłam sałatkę biorąc jednocześnie kąpiel, suszyłam włosy mopując podłogę, sprzątałam zabawki wieszając pranie ale rzeczywiście, garów trzeba pilnować bo same pozostawione dokazują i nadużywają zaufania 😉

I tak święta kończą się szybciej niż zaczęły i nawet człowiek nie zdążył mrugnąć okiem (ni zmrużyć na dłużej powieki). 1,5 dnia wystarczyło żeby się minimalnie zorganizować i cieszyć domowym korytem głównie. Zważywszy na przeuroczą aurę to ono bowiem stanowiło gwóźdź programu. Konkurencyjne było jedynie łóżko, cieplutkie prywatne, wzywające człowieka chyba już podprogowo 😉 Bo ledwo znalazłam się w jego pobliżu już leżałam przykryta kołderką pod samą brodę. Nie ma mnie, wyszłam z psem 😉

A koniec postu należało uczcić hojnie, żeby nie powiedzieć oblać 🙂 Rozpoczęłam delikatnie w wielki piątek marchewkowac czyniąc i jako kucharka prawdziwa (hihi) musiałam spróbować co wyszło by w razie czego nie ośmieszać się przed rodziną (czytaj: facetem głównie, który to lubi później przypominać mi moje występki okraszając gromkim HA HA HA). Dodatkowo musiałam wziąć wzgląd na swoje zachowanie, które to wskazuje czasem na pozbawienie zmysłów lub rozumu lub i jednego i drugiego. A także luki pamięciowe pojawiające się po przez nazbyt intensywne myślenie o czymś i rozkminianie tegoż z odrealnieniem od czynności zwykłych, prozaicznych i codziennych. Nieważne więc garnki, obiady, szkło i inne tym podobne prania.

A więc ciasto okazało się być tak pysznym, że romans przeciągnął się na dni kolejne i tylko karcące oko męża na mnie zmierzającą w kierunku JEGO uświadamiało mi co robię 🙂 Walczył o swoje bo synek już od rana domagał się placuszka z marchewką.

Cukier trzcinowy z analiz mych wychodzi, że jednak mniej niż białas szkodzi 🙂

Do tego na oleju z pestek winogron, orzechami, rodzynkami i mąką ryżową. Jedynie czekoladowa polewa pozostała w składzie niezmienionym z babcinego przepisu. Tu odstępstwa od reguły nie ma. Wszystko co z przepisów babci wychodzi doskonale i jak wspominam np. ową polewę na babcinym serniku to od razu czuję jakby na chwilkę była przy mnie. Głosy tez słyszę 😉

Ze święconką wydawało nam się, że mamy tyle czasu żeby iść, a tu nagle 15. W końcu udało się spakować koszyk i ruszyliśmy. Ledwo do bramy kościoła doszliśmy, a tu ludzie wychodzą. Koniec, już ostatnie święcenie było – mówi do nas jakaś pani z uśmiechem ironii na ustach. Nic to, wejdziemy zobaczyć, pomodlić się czy coś. Ale okazuje się, że zabłąkanych jest więcej i lecą na zaplecze do księdza, że niby tam gdzieś święci spóźnionych. Dwa razy zadziałała psychologia tłumu, tu 1 raz: ktoś coś mówi, potem ktoś coś komuś i już za chwilę wszyscy idą w tę samą stronę, na co w tym przypadku jak z pod ziemi wyrasta zakonnica z miotłą (!): dokąd to ta wycieczka? Tu nic się nie dzieje, święcenie pokarmów już było, trzeba się NIE SPÓŹNIAĆ, proszę się cofnąć. W oczach gromy. Ale cuś jakby żal jej się ludu zrobiło bo wszyscy głowy spuścili, dzieci zawiedzione, odchodzą. No to wraca i mówi: tu siedzi ksiądz, jego poproście, może się zgodzi.

Oczywiście mój mąż stał najbliżej, a panie patrzyły jedynie po sobie i tylko jeszcze jeden facet się odezwał. Podeszli do księdza i szu szu szu. Za chwilę starszy się kryguje i tłumaczy. Później się dowiedziałam, że ksiądz był bardzo niechętny, że święcenie przeminęło (bla bla bla) i trzeba było się nie spóźniać (!!!). Na to mój, że my z daleka dopiero przyjechaliśmy (kłamać czy nie kłamać, oto jest pytanie. Raczej nie ale czasami wychodzi na to, że tak. A jakie zasady wpajać dziecku? Że nic nigdy nie ściemniać?) a ten drugi facet, że on był w innym kościele i nie zdążył i ksiądz, że jak to ! nie słucha ogłoszeń parafialnych? to gdzie chodzi do kościoła, tu czy tam? co to jest…. Na koniec dodał, że poświęci jak skończy się modlić i hyc nos w książeczkę. Wszyscy pokornie uszy położyli, znowu szu szu szu, starszy coś o siarce zaczął żarty mruczeć itp. Wtem sutanna się podnosi, ciągnie w zasadzie po kropidło i cichutko zaczyna modły więc ci co już nadzieję stracili i wychodzili szybka nawrotka. A przemawiał nawet ładnie iiiii…

Na święcenie jajka i pierwsze kropnięcie wodą pani obok się przeżegnała po czym zaszła sytuacja nr 2 z psychologii tłumu, w której to sama czynny udział wzięłam. Otóż wszyscy prawie też się przeżegnali, a tu ksiądz przerywa, obruszony, warczy normalnie: czy wy państwo jajkiem jesteście, że się żegnacie? Co z was za katolicy, że zasad podstawowych nie znacie? Raz do roku do kościoła przyszliście i jak się zachowujecie?

Osobiście śmiać mi się zachciało bardzo więc parskałam niby kaszląc, za to pani obok była tak zawstydzona, że mało skłonu nie zrobiła nisko głowę opuszczając. Nie wytrzymałam i na koniec powiedziałam, że przeżegnałam się odruchowo na wodę święcona żeby szatana dobrze wypędził 🙂 Zdziwiony nieco się uśmiechnął i przemówił ludzkim głosem (eee… to nie wigilia czasem?).

Zamiast cieszyć się, że ludzie przyszli i sami rytuału domagają, choćby tylko raz – mało. Palce dasz to rękę przysłowiową chcą wpierdolić (ups, sorry). Jak ktoś pojawił się okazjonalnie to nie wróci bo i po co. Do miny nadętej i oburzonej? Do wyrzutów? Rozumiem, że kapłan też człowiek, głodny może, chciał świętować, a tu cała ekipka spóźnionych mu tyłek truje. Ale żeby, skoro już się zgodził, do dzieci nawet się nie uśmiechnąć? Tak dużo to kosztuje?

Mam obawy przed religią w szkole, naprawdę zadaję sobie pytanie czy chcę żeby moje dziecko musiało im służalczość okazywać. Nawet ten co o siarce rześko bajerzył grzecznie połajanki słuchał z opuszczoną głową. W imię czego przepraszam bardzo ktoś ma taką władzę nad człowiekiem sprawować?

Chociaż szamani w plemionach też swoje fochy mają, jedynie pożytek jakby z nich większy bo bardziej czarują niż ci nasi – czarni i do tego jeszcze uzdrawiać potrafią.

Z kolei wszyscy praktycznie dzieci na religię posyłają, nawet jak tak naprawdę nie chcą tego robić i religijni nie są. Nawet jak nie wierzą w Boga. Nawet jak nigdy ich noga w kościele nie postanie. Ani ich dzieci nigdy nie będą tam uczęszczać. Tylko dlatego, żeby dziecko nie odstawało od reszty. Tylko dlatego żeby miało spokój z nauczycielami. Tylko dlatego żeby dzieciaki mu nie dokuczały. Tylko dlatego, że w naszym kraju tak wypada. Bum bum tra rara gdzie my żyjemy? Nie ma za wiele tej swobody obywatelskiej, a system stał się już dawno kościelny. Chociaż ludzie w większości chyba przesadnie nie żyją z zasadami przyjętej niby wiary i za nic mają Biblię.

Miał Czesio rację, że dziwny jest ten świat, serio.

ładne jajca

Okazuje się, że czasami można poczuć się jak we własnym śnie. Chociaż według co poniektórych mądrych głów śnimy cały czas. Niesamowite jest też to, że zdarzają się marzenia senne, które mogą zaskoczyć nas również na jawie.

I tak wysiadając na dworcu Poznań Główny wkroczyłam do wspomnianej właśnie rzeczywistości równoległej, w której to ludzkiej nogi nie postawiłam ale mentalną widocznie owszem. Poczułam się identycznie jak w pewnym śnie, śnionym już jakiś czas temu ale szczegółowo zapamiętanym przez umysł. Po remoncie totalnym zdjęć nawet nie widziałam a wiedziałam, że już chodziłam tymi właśnie korytarzami, zresztą kasy też okazały się być w znanym mi miejscu. Zadziwiająco odnalezienie się na nim początkowo nie stanowiło żadnego problemu. A panikowałam oj panikowałam. Sama zupełnie wypuszczona od czasu ciąży, czułam się jakbym pierwszy raz w życiu wyjeżdżała w nieznane. I nie 200 km, a tysiące 😉 W miejsce, które tak naprawdę nie było aż takie obce tyle, że z przesiadką. Poczucie dziwne ale smak wolności nad wyraz słodki i kuszący. Bo bez dziecia inaczej jednak jakoś i nieswojo nawet ciut, jakby czegoś brakowało. Dobrze, że tylko na 1-ną noc mama się oddaliła. Tak to jest, że człowiek-matka zmęczona i marudzi może nawet, a jak ma tę autonomię to nie do końca umie z niej korzystać i występuje zjawisko pomieszania z poplątaniem 🙂

No więc szybko starałam się zwoje mózgowe przestawić na nowy (chwilowy) tryb i zanurzyć w książkę. Wreszcie nareszcie mogłam poczytać bez przeszkód więcej niż 3 kartki za dnia, a nie nocą kiedy powieki same opadają i choćby lektura nie wiem jaką ciekawą była nic ich nie powstrzyma. Żadna zapałka ani nawet bambus 🙂 W Warsie koczując bo miejscówek zabrakło. Noo tak, świąteczne wyjazdy.

Plany niektórych ludzi muszą chyba zawsze jakimś zmianom ulegać i gdyby tak nie było to na serio można by pomyśleć, że śni się czyiś sen i żyje obcym życiem. Widmo beztroskiego świętowania oddaliło się bowiem bezlitośnie w nicość i pozostało zaadoptować się do nowej sytuacji. Na szybko wymotać jakieś żarcie bo mamusia niestety nie poda i nie pomoże. Mechanicy samochodowi są swego rodzaju bogami i przymusu nie uznają. Jak auto nie zrobione to nie i kropka. Na upartego tylko się pożreć można i samochodu jeszcze dłużej nie zobaczyć. Lepiej więc nie rozwścieczać takiego, cicho czekać i modlić, żeby nie naprawił za dużo.


Powrót niczym ruska baba zapewniony ale dla maminej wałówki warto. Może nawet jakieś wiejskie jajko dowiozę całe. Różnie bywa bo mimo, że bez dziecka to pół kawy na siebie już na wstępie wylałam. Zacięłam się też w pociągowym i okazało się zapchanym WC, na szczęście chwilowo i udało mi się po lekkiej szarpaninie z drzwiami wydostać i w majtki nie zsikać 😉

Prawie też przegapiłam stację wysiadkową ale mama mobilna to by mnie gdzieś z pola zgarnęła 😀 Do tego droga powrotna z atrakcjami bo pociągi opóźnione po 100 minut. I tyle czasu miała, a głodna została bo nic sobie nie kupiła. A zupy ze słoika pić nie będzie bo na bank się obleje lub co gorsza kogoś obok.

Peron 5 okazał się być bowiem w jakiejś czarnej d****, kompletnie nie oznaczony, a może rzeczywiście to podziemia Hogwart-u i trzeba wbić się w ścianę 🙂 Na dodatek jak już trafiłam na właściwy to oddalony od pożywienia tak, że z torbą ważącą przynajmniej tyle samo co ja nie było łatwo się przemieścić. Na szczęście ludzie w nieszczęściu łączą siły (czy to cecha ogólna czy wyjątkowo Polska?) i pocieszali się wzajemnie koczując tłumnie w przewiewie na walizkach, przebierając nogami i nasłuchując zmian rozkładu jazdy: o niech pani słucha, to o pani pociągu, nie 60 minut opóźnienia tylko 55 😀 . Jeden chłopak na bieżąco śledził informacje dowiadując się, że jakiś wielki zwierz wybiegł na tory i ruch zablokował na cacy. Co też w moim stylu bywa bo jak niedawno jechaliśmy z synkiem od babci to jakiś pijak położył się na torach i leżał. Raczej celem odpoczynku, a nie jakimś samobójczym zamachem groził za to skutecznie bo godzinkę staliśmy czekając aż łaskawie się usunie. Oczywiście do tego telefon rozładowany.

Bo w niemal każdej awaryjnej sytuacji nagle moc z niego ucieka w jakiś tajemniczy sposób, a prądy okazują się w takich chwilach bywać absurdalnie niedostępne. Tak było i tym razem, kontaktów w pociągu brak, a rodzina nie wie czym jadę i gdzie wysiądę (no nie tak jak w planie było). Starsza pani zapoznana już na peronie zaoferowała swój telefon w razie czego ale jakoś na tym ostatnim jego dechu się dodzwoniłam. A jak tylko wysiadłam z wagonu padł na dobre 🙂

Wobec czego zerkając mimochodem na jakiś nie wiadomo skąd wjeżdżający akurat koło mnie pociąg z wesołym napisem Wrocław Główny IC długo się nie zastanawiając wsiadłam po prostu byle szybciej dostać się do domu 🙂 Cały przedział należał do takich jak ja bo kto przy zdrowych zmysłach będzie czekał jeszcze ponad godzinę na ten właściwy. Tym sposobem byłam punktualnie spóźniona 🙂 A pani od telefonu dożywiała mnie jabłkami bo jechała w moja stronę 🙂

Czy ja tu widzę BURAKI? No skoro znalazło się miejsce dla naręcza przepięknych tulipanów zainstalowanych w słoiku i bukszpanu zerwanego rankiem w ogrodzie to czemu nie 😉 Chociaż to są ładne jajca żeby krzaki tyle kilosów wozić 😀

TATA SAM W DOMU

został na włościach, pełen entuzjazmu kolorowego. Dzień przetrwali z atrakcjami i pozostawienie mnie na peronie od razu skutkowało przyjęciem napoju niedozwolonego i pożywienia zakazanego. Ku radości przeogromnej pociechy, która łzy jakoś powstrzymała i dzielna była. Oczywiście taki dzień nie zdarza się często więc na faceta głowę spadło wszystko na raz (jak to zwykle bywa) w postaci dzwoniących klientów, prezentacji chat itp. O godz 23 zostałam poinformowana, że JUŻ tata wydał kolację, wykąpał, a o 24 JUŻ synek spał 🙂 I w słuchawce: wraaacajjj wraaaaacaj szybko, prooooszę, było fajnie ale wraaaacaaaj!!!! Auuu….

hmm… wcale mi się nie chce 😉 bo u mamy nawet na chwilkę malutką jest bosko, dobrze i jakieś takie inne poczucie bezpieczeństwa się łapie. Nie wspominając o samotnym wyspaniu się – bezcenne 😉

ciąg dalszy nastąpi 🙂

pocieszenie w glutenie

Ależ to 40 dni postu ciągnie się w nieskończoność. Czasami z każdej strony docierają do nosa zapachy pożywienia zakazanego, a z półek wyciągają ręce różne frykasy. Wśród nich króluje i góruje niestety pan gluten, od którego też można się uzależnić 😉 Klejący paskud zapychający jelita, a jaki pyszny.

Co prawda w zaistniałej sytuacji wszelkie zakazy i nakazy są zniesione, a pości duch i ciało jeno wyłącznie z własnych i nie przymuszonych niczym chęci. Bo żałoba po psie daje dyspensę na wszystko co by się chciało od alkoholu po przez inne używki na cukrze kończąc. Nie korzystam, a jedynie krótkie pocieszenie znalazłam w glutenie i napchałam się świeżą, ciepłą jeszcze bagietką. Wcisnęłam też, przyznaję, razu pewno bardzo szybkim i zdecydowanym ruchem do buzi sera żółtego, żwawo gryząc i łykając ekspresowo co by mi pomysły na lagerfelda nie przychodziły. Nie wytrzymałam i na jednym kawałeczku nie poprzestałam…

A czyyy maaaakaron to teeeż gluten 😀 😀 😀 ???

Wyssałam 1 (słownie: jedną) kostkę czekolady za to dużą bo wielkości połowy 2-óch normalnych pasków. Największy kryzys dopada mię jak dziecię ciągnie do rewirów winnych bycia omijanymi łukiem szerokim, kiedy to żołądek akurat w TEJ chwili głodem zionie i namawia na pokuszenie. A może to ten szatan tak kusi? Skoro jest post intencjonalny to i jakieś pokusy widocznie być muszą. Inaczej za prosto (nudno?) by było. W hali targowej w celu dokonania kupna pierniczków pysznych dla chłopaków – w przypływie litości, że w tygodniu kuchnia słodziw nie wydaje – prawie lizałam szybę, zza której oczkiem mrugały świeżutkie (i zapewne pyszniutkie) kokosanki.

Coś mi podpowiadało i szeptało do ucha: zjedz, tylko jedną, zaraz będziesz się lepiej czuła. Nadciąga PMS nie odmawiaj (sss)sobie… Precz zmoro. A każda walka stoczona z sobą samym to potencjalna wygrana nad słabościami posiadanego charakteru więc czemu nie. Wystarczy już ten gluten i otwarta walka z nabiałem. Częściowo skazana na niepowodzenie ale trwa. Poza tym wszystkiego na raz rzucać nie wypada bo jedynie psychika wykolejeniu ulec na dobre może i co wtedy? Banany już mi chyba niedługo zamiast paznokci wyrastać zaczną. Ileż można żreć tych nad wyraz pożywnych owoców? No, witarianie pochłaniają nawet kilkanaście dziennie więc jak się okazuje można 😉 Aktualnie za to w planie tygodniowa dieta jabłkowa, prosta i monotematyczna ale ponoć bardzo skutecznie odtruwająca organizm.

Chociaż czasami tak sobie myślę, że moja babcia jadła białe pieczywo, mięso również spożywała, może nie w ogromnych ilościach ale jednak, nabiałem nie gardziła – wręcz przeciwnie i prawie 90-ciu lat dożyła. Jedynie, że pościła, a jak za bardzo utyła to nie jadła kolacji, pół życia piła propolis i czasami wódkę-wódeczkę, no i codziennie gryzła jabłko. Umarła owszem ale jednak lekarze do końca mówili, że przeciwwskazań do życia nie widzą 🙂

A my panikujemy, czytamy, wiedzę pogłębiamy, szalejemy, a niektórym wystarczy praca w ogrodzie na świeżym powietrzu i nie przejmowanie się zbytnie pierdołami. Zawsze mnie pocieszała, że jak ona wojnę przeżyła to my mamy sobie nie poradzić z naszymi problemami?! I jak mi tak czasem gadała to naprawdę zaczynałam czuć się lepiej i docierało do łepetyny o co kaman.

Tak poza tym to post ciągnie się może ale święta spadają na mnie jak jakieś złote jajo z niebieskiej (a może zielonej) chmury i już czuję w powietrzu jego świst. Sunie bezlitośnie prosto we mnie i nie zamierza się zatrzymać. Chyba od uderzenia przytomność stracę ale za to może w ostatniej chwili się obudzę 🙂 Że niebawem jakiś wielki piątek, święconka, śniadanie itp. A nie mam (oczywiście) żadnych prezentów ani (oczywiście) planów konsumenckich. Ledwie mały maluteńki zarys(ik), którego chwycić się nawet nie ma za co. WTF kiedy to się stało, przecież było TYLE czasu… Najlepsze jest to, że zawsze obiecuję sobie, że na przyszły rok wcześniej się zorganizuję 😀 Po czym ginę gdzieś między czasem, a przestrzenią, a dzień inaugurujący święta spada na mnie nagle niczym ten grom z nieba jasnego (lub ciemnego, zależy).

Za to do mnie Zając już przykicał (na na na) i przytargał zapach, z którym wiążą się same cudowne wspomnienia 🙂 Tak przy okazji to rzuciłam Revlona i (z podkulonym ogonem) wróciłam do Lancoma 😉 Nie widzę dalszej możliwości współpracy z zamiennikiem i oszczędzania na swej twarzy.

Swoiste pocieszenie daje mi myśl, że jedziemy na Wielkanoc do mamy, która to oczywiście wszystkim zarządzi (żeby nie powiedzieć zorganizuje). Na szczęście wiosenne święto sprzyja kontynuacji zdrowego odżywiania i NIE DAM się wpieprzyć w robienie sernika wiedeńskiego. Bo już w domostwie agitacja:

synku kochany mój, tatuś mówi do ciebie, a co byś tak najchętniej zjadł ze słodyczy w święta? jaki mamusiu wypiek? See… SERNIK tatusiu tylko i wyłącznie – odpowiada mały zdrajca 🙂

I zacierają łapki.

O nieeeeee… mogę zrobić marchewkowca na cukrze trzcinowym i bez glutenu of kors 😛 Za to polany słodką czekoladą, o tak jak poniżej 🙂

Tęsknota przeszywa moje serce. Plączemy się z kocicą wąs w wąs obie smutnawe. Biedna, osiwiała przez te wszystkie przeżycia. Długo spała na psiej poduszce mordą jeszcze pachnącej.

szczepionka na wariactwo

Od jakiegoś czasu jesteśmy świadkami nagonki na ludzi odmawiających szczepień noworodków, a może dzieci w ogóle. Wygląda to na (kolejny*) atak na swobodę obywatelską po przez zastraszanie rodziców i wpędzanie ich w totalne lęki o życie dzieci. Przykre, że państwa, rządy co poniektóre posuwają się do takich wybiegów. Jak można z roku na rok powiększać kalendarz szczepień i faszerować świeżo urodzone dziecko takimi koktajlami? W Japonii zaszczepia się dzieci od 2-ego roku życia. Czy naprawdę nie daje nam to NIC do myślenia? Pokolenie lat 70-tych dostało 4 szczepionki i co żyjemy? Czy dopadły nas wszystkie choroby, które teraz są w ofercie jako nie do przeskoczenia? I co, nie było ich wcześniej? Przecież żyjemy w lepszych warunkach czyżby więc chorób nagle przybyło?

*kolejny bo na kobiety zmuszane do rodzenia też jest

Chory to jest ten świat i pojebany na maksa i czym dłużej się żyje tym bardziej się to dostrzega. Ludzie dorośli nie powtarzają szczepień więc są chodzącymi bombami zakażeń. I to nieprawda, że mają lepiej zbudowaną odporność gdyż ci z alergiami, chorobami przewlekłymi albo starsi są dokładnie w tej samej sytuacji co dzieci – nie mają prawie odporności. Dlaczego zmusza się więc tylko najmłodszych? Czyżby byli najłatwiejszym poligonem doświadczalnym? Bo dorosły siebie nie szczepi ale dziecko tak. I ślepo wierzy w słuszność swego czynu. Czy to jest normalne? Szczepienia wszak działają tylko na kilka lat. Nie dają odporności na całe życie!!!

Powyżej zdjęcie bulwaru nadwiślańskiego po zniesieniu zakazu picia alkoholu w tym miejscu. Hello? Czy na pewno podążamy we właściwym kierunku? Czy nie chodzi o ogłupianie społeczeństwa, którym napitym łatwiej sterować? W wielu państwach na świecie nie kupi się za łatwo alkoholu, a tu proszę.

Ludzie zbuntowali się przeciwko ograniczonej swobodzie obywatelskiej, że nie mogą najebać się nad rzeką.

Kuriozalna sytuacja bo o inne swoje (bardzo ważne) prawa praktycznie nie walczymy. Mamy w nosie. Ważne, żeby się nachlać do oporu. Lecznicza marihuana to zło, a za zapalenie skręta problemy z prawem i wyrok. Ochlane wódą społeczeństwo wpisało się w kanon naszej kultury i NIKOMU to nie przeszkadza. Że można leżeć zarzyganym na chodniku i robić wiele więcej szkodliwych dla siebie i otoczenia rzeczy jest zgoda społeczna. Ale palenie sobie trawki, gdzie często ludzie używający zioło w ogóle nie piją alkoholu to przestępstwo. Nasz kraj zmierza ale do średniowiecza. Fuck. W głowie się mieści. No i zmuszanie do szczepień jest okej… To nie jest atak na swobodę życia ludzi? Ależ noł noł noł… Lepiej o tym nie myśleć w takich kategoriach bo i po co? Jeszcze by się doszło do jakichś wniosków…

Jak można ślepo wierzyć lekarzom, z których wielu prywatnie w życiu by nie zaszczepiło dziecka taką ilością oferowanych szczepionek!

Do wyrażenia swojej opinii w tej kwestii natchnęło mnie przypadkowe spotkanie na ulicy z naszą regionalną położną. Sama jest przeciwna takiej ilości szczepień jak również paru odważnych lekarzy w naszej przychodni podziela tę opinię. Oczywiście żaden nie przyzna się publicznie, a jedynie prywatnie. Że jedna pediatra oznajmiła, że w obecnych czasach swojej córki nie zaszczepiłaby na pewno od razu po urodzeniu i na pewno nie tym wszystkim. Że ordynator pediatrii sam wysnuł hipotezę, że jest tyle odmian żółtaczki, że ta jedna szczepionka NIC nie daje. Okazuje się też, że wcale nie przybywa w rejonie naszym dzieci nie szczepionych, wręcz przeciwnie, wyszczepialność jest 99,9 procent i praktycznie nie mają przypadków odmowy. O co więc chodzi? Wiadomo, że o kasę. Nagonka zatacza coraz szersze kręgi i strach w obecnych czasach tak naprawdę mieć dziecko.

Dobrodziejstwo szczepionek może i jakieś jest ale dobrodziejstwo higieny, lepszego odżywiana i warunków życia zostało zupełnie pominięte. Że wiele chorób rodzi się z, krótko mówiąc syfu, a nie chorób, które mnożą się same z siebie. Jak można obwieszczać epidemię odry w takiej Rumunii z paronastoma przypadkami choroby!!! No tak, my przecież bliziutko niej się trzymamy – niemalże za rękę z blokiem wschodnim… Więc

nie dajmy się ogłupić. Miejmy swój rozum.

Jak chcemy szczepić wybierzmy świadomie najgroźniejsze choroby, a nie jak leci bo lekarz karze. Lekarz nie jest żadnym Bogiem. Czy zlecacie dzieciom badania odpornościowe? Czy jesteście pewni, że mały organizm poradzi sobie z chemią 5 w jednym… Gdzie ten niemowlak ma niby łapać wirusy i choróbska? Zbudujmy mu odporność karmiąc długo piersią i obserwując co się dzieje z małym ciałkiem. A później zdecydujmy się na kłucie, które losowo dla nas może okazać się feralne.

Poznajmy dwie  strony medalu, a nie tylko jedną. W tej kwestii wypowiadają się też lekarze, którzy bronią dzieci, rodzin i pacjentów przed machiną globalizacji i skutkami niepożądanymi bo TAKIE TEŻ SĄ! Przed wpędzaniem nas w jednolitość, przed zabieraniem nam wolności i swobody wyboru.

I dlaczego rodzice szczepionych dzieci boją się kontaktu z nieszczepionymi?

Naprawdę tracicie rozum w swej propagandzie? Chociaż nie, przepraszam, to koncerny i lekarze robią sieczkę w głowie. Czy myślicie, że któryś z nich przejmie się Waszym odczynnikiem poszczepiennym? Że w Polsce kogoś to obchodzi? To nie Ameryka, gdzie firmy sprzedające szczepionki bulą miliony poszkodowanym. To nie Francja ani Niemcy, które wesprą finansowo leczenie chorego dziecka. To POLSKA! Jeżeli nie masz kasy i znajomości zostaniesz ze swoim problemem sam. Skąd pewność, że Twojego dziecka to nie spotka? Nigdy takiej nie mamy. A dajemy się podejść tym, którzy za ilość wlepionych recept jadą na wakacje. Jak można nie czytać opracowań naukowych o budowaniu się odporności dziecka? Jak można to ignorować, nie zobaczyć do czego doprowadziły szczepienia u wielu dzieci! Budowanie odporności trwa kilka lat i

nie możesz wiedzieć Drogi Rodzicu co dolega Twojemu dobę wcześniej urodzonemu dzieciaczkowi…

Dlaczego ludzie tak dają się zastraszać systemowi? Skoro Polska jest w czołówce wyszczepialności nie ma się czego bać. Spokojnie kasa płynie, a przerażeni opiekunowie lecą po wszystko co tylko można dostać zwłaszcza za darmo. Może to tak działa, że Polacy nie chcą przejrzeć na oczy. Bo dostaną coś za DARMO…

Ale jest drugie dno, którego boi się system. To ŚWIADOMOŚĆ i obawa, że ludzie zaczną się budzić też w innych kwestiach. Np. w sprawie banków i życia za ich pieniądze. Np. zaczną inwestować w nieruchomości, a nie trzymać kasę u legalnej lichwy, która obraca tymi środkami i nie ma litości. A jak się okaże, że padnie to trudno. Przebudzą się ludzie, że zjadając mięso pożerają agresją wszelaką i zaślepieni niską wibracją szybciej wpadają w szpony lęków. Pierwszy i najważniejszy to lęk o zdrowie i życie bliskich – w tym dzieci. To na rodzicach najbardziej żerują systemy. Na ich lękach. Nie dajmy się! Nie namawiam do nie szczepienia ale do

samodzielnego MYŚLENIA

i samemu na własną rękę poszukiwania faktów w tej sprawie. Rozmów z różnymi lekarzami. Zastanowienia się dlaczego żaden z nich nie chce podpisać papierka, że szczepienie jest na pewno bezpieczne, a wszelakie konsekwencje bierze na siebie i oferuje swoją pomoc. Poszerzajmy świadomość, że

lekarz nie może szczepić przeziębionego dziecka, ani z alergią, ani z AZS-em ani nawet z niewinnym katarem!

Dopytujmy, drążmy, łapmy za słówka bo większość z nich pokazuje później 4 litery w które możemy ich tylko cmoknąć. Pięknie zachęcają do pakietu 6 w jednym bo mają z tego granty i wyrobione statystyki. Jego nie obchodzisz TY Kochany Czytelniku tylko spokój w tej kwestii, że wykorzystał przydzielone szczepionki. Nie dajmy się systemowi, bo niebawem czipy w tyłek i orka dal banków nas czeka!!! Czy tego chcemy dla naszych dzieci??? Czy o to walczyli nasi dziadkowie?

Chodzi o zasady, że jak polegniemy w jednym to i w drugim. Europa celowo jest osłabiana, ma być wojna i zamieszanie, ma być taka bieda w Afryce, że dopiero na nas ruszą, to początek!

Zobaczmy co dzieje się w Somalii, ilu ludzi nie ma wody i jedzenia! Co będą mieli zrobić? Nikt i nic nie powstrzyma ich przed wyprawą na Stary Kontynent. DLACZEGO nikt nie pomaga im tam, na miejscu? Dlaczego muszą migrować w nieznane części świata, które nigdy nie staną się ich domem – za WODĄ? Dlaczego NIKT nie słucha Janiny Ochojskiej co ma do powiedzenia i żadna tv jej nie wspiera? Wręcz przeciwnie, jeszcze jest atakowana za prawdę. 21 MILIONÓW społeczeństwa afrykańskiego NIE MA CO JEŚĆ! Bo uchodźcy to nie tylko Syria. Już nie.

A później wejdzie rząd światowy i pozamiata. Brońmy się przed tym bo nic innego nam nie zostało. Póki możemy. Już widać wyczerpane społeczeństwo, zapierdalające całe dnie na w miarę przyzwoity żywot, na kredyty głównie, które dają fałszywe poczucie dobrostanu, a w dalszej kolejności na lekarzy, którzy często mają takie pojęcie o leczeniu jak kot o poezji. Przykłady można by mnożyć z życia swojego i znajomych. Bo osłabiona harówką psyche odbije się na ciele. A ciało ma wystarczająco dużo roboty z pozbywaniem się toksyn z jedzenia i np. kosmetyków. Przy okazji – ustawa o GMO też cichutko jest wdrażana przez „dobrą” zmianę. A podobno mieli nas przed tym uchronić…

Nie atakujmy innych za swoje zdanie tylko debatujmy w maksymalnie możliwej zgodzie.

Litości nie będzie dla nikogo. Jak myślisz, że kalendarz szczepień uchroni Cię przed gilotyną systemu to jesteś w błędzie. Może więc warto zaszczepić się na wariactwo i szaleństwo jakiemu niechybnie ulegamy.  A jak będziesz żyć w lęku to spotka Cię i tak to czego się boisz. I żadna szczepionka przed tym nie uchroni.

Bo to o czym myślimy tym się stajemy. PEACE

Kiedyś zdarzało się dziecko mające alergię czy odstające np. sprawnością od grupy rówieśników. Teraz mało które nie ma AZS-a, o poważniejszych schorzeniach nie wspominając. Dajmy sztuczne mleko, wpieprzymy 36 szczepionek i odstawmy na pół dnia do przedszkola. Niech inni się martwią za nas. Tylko nie płaczmy później nad tym całym rozlanym mlekiem. Jak będziemy już tylko statystycznym numerkiem w szeregu z czipem w nadgarstku. Wtedy będzie już za późno.

A czy na pewno wiecie CZYM zostały zaszczepione Wasze dzieci i SKĄD są szczepionki? Czytacie ich składy, ulotki i skutki niepożądane? Jak można kogoś prześladować samemu nie wiedząc często podstawowych rzeczy…

Sama byłam świadkiem leżąc na porodówce jak przybyła pani z sanepidu namawiała się z szefową położnych ściszonym głosem, że teraz podadzą TE szczepionki, a TAMTE chwilowo schowają. Moje łóżko stało obok przechodnich drzwi do ich pokoju. Same kombinowały i nikogo nie wpóściły. Obawiam się, że my rodzice, nie mamy ZIELONEGO POJĘCIA co się w tej kwestii wyprawia. A zaaferowani świeżo przybyłą istotką dajemy sobie wcisnąć wszystko bez zbędnych pytań. Dajemy eksperymentować na noworodkach! Żadna bowiem ze znanych mi par nie zapytała nawet lekarza z jakiej firmy jest „cudowna” szczepionka, którą zaaplikowano. Takie to przecież oczywiste jak oddychanie, że szczepia się i już. Ci co dociekają są źli i należy ich wyeliminować, zastraszyć i dać do zrozumienia, że inność nie będzie tolerowana. Lekarze w obliczu pytań rodziców stają się bowiem nad wyraz nerwowi. Chociaż są przecież dla nas? YO

A od polityki aż tak bardzo nie idzie się 3-mać z daleka 😉

no to wiosna

Kwitnące drzewa są niesamowite. W ogóle wiosna ma w sobie jakąś magię. Zapach kwiatów od razu kojarzy mi się z beztroskim dzieciństwem, kiedy to szwędało się miedzy blokami i kombinowało. W ogóle nie miało się ochoty wracać do domu, a mama musiała siłą niemalże ściągać na kolację i czasami wołała przez okno beeeeaaaaataaaa. Pierwsze zdjęcie kurtki i wyjście w bluzie cieszy do dziś zupełnie tak samo jak wiele lat temu. Owszem, czas płynął jakby inaczej, dni były ciut dłuższe, a tygodnie czasem stały w miejscu. Później przychodziły upragnione wakacje i w ogóle człowiek nogi w domu praktycznie nie postawił.

Podkładanie monet na tory, ależ to była zabawa. Ciekawe czy moja mama o tym wiedziała… Pewnie nie. Rodzice jednak nie wiedzą o wielu rzeczach ale gdyby było inaczej chyba od razu by osiwieli albo ołysieli 🙂 Teraz będąc po drugiej stronie barykady może lepiej wziąć na to poprawkę 🙂 I rzeczywiście, może niektórzy kierują się (pewnie nieświadomym) kluczem, że dziecko przy tablecie siedzi chociaż w domu i się nie włóczy nie wiadomo gdzie. Teraz tak mi przyszło do głowy… Bo problem jest i to zapewne złożony.

W tej chwili najważniejszy i w centrum uwagi domostwa przeciętnego wyposażonego w dziecię na stanie jest nie kto inny jak…

komputer.

Era cyber świata nastała i trzeba się z tym pogodzić. Bo nie jesteśmy w stanie uchronić przed tym dziecka, owszem, możemy opóźniać zapoznanie, nie dawać smartfona do łapki, nie udostępniać gier, nie pokazywać swojego fejsbuka itp. Ale żyjąc w jakieś społeczności i cywilizacji prędzej czy później latorośl zacznie ze sprzętu korzystać. Choćby nawet nie chciało szkoła zmusi do tego więc jak ma załapać bakcyla i uzależnić się, nie daj Boże, to tak się stanie. Może dużo w tym rozwagi rodziców i chęci do wspólnego spędzania czasu? Nie chodzi bowiem o to by całkowicie zakazać ani też o to by udostępniać bez opamiętania. Jak we wszystkim potrzebna

równowaga.

Chociaż jestem cichym obserwatorem, że coraz więcej dzieci jest właśnie uzależnionych od komputera, gier i wirtualnego świata. Chyba najbardziej od bycia akceptowanym przez wirtualnych znajomych, którzy nie oceniają tylko . Próbuję sobie odpowiedzieć na pytania

czy nic z tym nie idzie zrobić? Czy można jednak zapobiec i gdzie rodzice popełniają błąd, że dzieciak oddala się od nich i żyje zastępczym życiem?

Czy czasami nie jest tak, że opiekunowie idą na łatwiznę, wepchną ten tablet, internet i hulaj dusza? Brzydko mówiąc z głowy… Nie trzeba się wysilać i można myśleć o dorosłych, jakże ważnych przecież, problemach. A później płacz. I oczywiście wszyscy niewinni, nikt niby sprzętu nie daje, każdy się wypiera, że czas dziecku poświęca, grać nie pozwala no tylko problem zaczyna narastać aż okazuje się, że 10-cio latek ma 60 wirtualnych znajomych i łupie w pełne przemocy strzelanki.

Hello, czy na pewno to my, dorośli, do tego nie doprowadzamy, a później lamentujemy? Kiedyś jakoś żyło się bez tego całego cyrku i może dzieci agresywne też bywały no ale jednak do tego stopnia i w tak szybkim tempie nie załamywały się jak teraz. Trzeba było stoczyć tych parę podwórkowych bitew, a nie sztucznych dających sztuczne poczucie wartości w świecie, którego nie ma. Ustalić prawdziwą, a nie wirtualną hierarchię. Często takim małolatom mylić się może, co prawdą a co fikcją jest i prosta droga do depresji i załamki. A czasami może być już naprawdę późno żeby nagle chcieć wyciągnąć to dziecko z domu i jak ma 14 lat to może mieć już nas i rozmowy z nami po prostu w nosie. Kontakt buduje się non stop, a nie wtedy kiedy rodzice nagle są go rządni i gotowi.

I żeby nie było, mój 4-letni synek śmiga w kompie czasami lepiej niż ja, obsługuje nasze telefony i gra w Angry Birdsy czy Train Station lub Pigly. Uznaliśmy, że jak ma to być zakazanym owocem, który smakuje znacznie lepiej to niech się zapoznaje i uczy mądrze korzystać. Nie wiem jaki będzie rezultat bo nie mam w tych sprawach doświadczenia, a jedynie książki, pedagogów i intuicję 🙂 Poza tym sami korzystamy, a dziecku mielibyśmy zabronić? Tak mi wychodzi, że to jakoś nie w porządku wobec małego naśladowcy, który wiele rzeczy doskonale rozumie i umie łączyć sobie fakty*…

*Podobnie jak rodzice, którzy za plecami dziecka jedzą niezdrowe rzeczy licząc, że ono tego nie widzi. Nawet jeżeli przez pierwsze dzieciństwo taki sposób przejdzie, to tylko dawanie przykładu postawą własną wyposażyć może dzieciaka we właściwe zachowania. Prędzej czy później połapie się, że matka czipsów nie daje ale sama wieczorem, przepraszam za słowo, wpierdala. I tak to zakoduje i chwyci prędzej czy później za świństwo aż dochrapie się nadwagi. PRZYKŁAD IDZIE Z GÓRY. Pomijam element kłamstwa, który też bardzo rzutuje na relacje z dziećmi.

Naszemu pokoleniu w głowie się nie mieści jak można wybierać siedzenie w domu przed kompem zamiast hasania po podwórkach, które cały czas mają ten swój niepowtarzalny urok i zapach. Obiadów, kamienic, betonu, śmietnika, budzących się drzew i przygody. Trwają leniwie czekając i zachęcając do zabawy. Przechodzenie piwnicami z klatki do klatki, skakanie w gumę, no to było coś. I chłopaki tez skakały, a na pewno stali jako filary, żeby dziewczyny mogły fikać. Pomijam badmintona, wrotki czy bujanie się na trzepaku w różnych zwisach i konfiguracjach 🙂 I czy to wrodzone czy nabyte cechy, że się chciało? Ale z tego co pamiętam wszystkie dzieciaki pląsały po dworze, również te mniej sprawnie fizycznie i zawsze dla nich jakaś rola przypadała w udziale. Choćby miały tylko liczyć albo wołać pobite gary 🙂

A pierwsze samotne wyprawy do lodziarni, to było coś 🙂 W sklepie tylko Bambino więc w waflu WŁOSKIE miały smak ekstazy. I w ogóle

czy te lody naprawdę były takie pyszne czy po prostu TAK smakowały z dziecięcego punktu języka 🙂 ?

Teraz jak małolat czuje, że trochę odstaje od reszty znajduje pocieszenie w nierealnej rzeczywistości, a tym samym naraża się (nie) wiadomo na co. Wycofują się życia towarzyskiego, nawet rodzinnego i zamykają w świecie swoich fantazji/iluzji. Dzieci zawsze były okrutne względem siebie ale chyba nigdy aż tak mocno nie przeżywały jak teraz porażek. Mam wrażenie, że nawet nie potrafią się z nimi zmierzyć i od razu odpuszczają. Bardzo dużo cierpi na depresje, a nawet podejmuje próby samobójcze. Kiedyś tylko sporadycznie słyszało się o takich przypadkach i wiem co piszę bo przecież „siedzę” w tematyce psyche chcąc nie chcąc od lat 😀 Szok. Utożsamiają się ze światem snem, widmem, którego NIE MA.

Tysiące znajomych na fejsbuku może zrobić kuku.

Swoją wartość mierzą zdobytymi lajkami i może to przerosnąć młodego człowieka. Sama tracę po niektórych tekstach czytelników (przynajmniej z FB) i każdego mi szkoda 🙂 A takie małolaty cierpią ogromnie, przeżywają wszystko 100 razy bardziej i są bardzo wrażliwe. Niby ta (pajęcza) sieć jest potrzebna i ma swoje plusy ale też nieźle ryje beret.

A może dorośli sami to prowokują bo kiedyś mama brała termos, gotowała jajka, pakowała pomidory i dawaj na piknik nad wodę czy za miasto po prostu. Zwykły chleb z rozciapanym masłem smakował jak nie wiem co, a frytki wyskubane na plaży miały wartość nieziemską. Kto nie pamięta wbicia zębów w pomidorka, którego pestki ciekły po palcach i brodzie i było się totalnie uświnionym słodkim sokiem. W ogóle syropy rozrabiane z wodą lub kompoty, które chyba były w każdym domu. Kto myślał o galeriach handlowych i zakupach w weekendy… chyba tylko w sobotę rano szło się na targ i robiło zakupy, a później nie było leżenia i pierdzenia 😉 Jak ktoś miał fiata 126 P pakował do niego familię, dobytek i pryskał w teren. A na kolację kanapki z szynką i herbata z cytryną cieszyły i smakowały jak szalone. Nie sztuczne burgery w sztucznej burgerowni.

Bieganie jest zajebiste. Chociaż w mieście bardzo duża rewia mody i uśmiechają się tylko faceci. W ogóle przy okazji obserwuję, że więcej biega facetów właśnie, a lasek zdecydowanie mniej. Czyżby byli bardziej konsekwentni? Ale to temat może do następnych rozważań. Pozdrawiam…

życie po(za czasem)

Czas czas czas. Wszędzie

ten czas.

Główny gwóźdź programu. Płynie niezaprzeczalnie. Smutne to i pocieszające. Słowo składające się chyba z samych z paradoksów i zaprzeczeń. Zabija i leczy. Jak może być jednocześnie tym i tym, mordercą i lekarzem? A jest i niby uzdrawia. Co prawda bezwzględnie, na swój własny sposób ale jednak.

Chyba że wcale nie ulecza? Może nie wszystkich? Może tylko niektórzy skutecznie poddają się tej terapii? Niewątpliwie płynie dla każdego tak samo. Z reguły jest go za mało ale niekiedy okazuje się, że kompletnie za dużo. Chociaż dla mnie stoi w miejscu, a może to ja wyszłam gdzieś poza zegar rzeczywistości i nie mogę znaleźć drogi powrotnej…

Dziwnie czasami jest się

poza tym czasem,

bez określonego dnia, godziny, a nawet pory roku. Bo niby jest wiosna, to słońce świeci, ptaki ćwierkają ale jest też nostalgia i pomieszanie z poplątaniem. Zdaje sobie nagle człek sprawę, że działał w jakimś sensie poza sobą. Poza swoją świadomością. Nie wiem jak to określić ale ta siła którą się miało żyła sobie w jakimś oderwaniu od reszty. W zasadzie reszta, czymkolwiek by nie była, hulała po swojemu.

Tak więc moc fizyczna była bo psychika ją nakręcała i

intuicja prowadziła,

że trzeba coś zrobić, nie można słabnąć, sytuacja jest kompletnie wyższej wagi itp. Pomijając, że to jej ostatnie wyjścia były i różne takie tam smutki do głowy przychodziły. One paradoksalnie nakręcały żeby iść do przodu i działać. Myśleć logicznie po mimo wewnętrznej rozpaczy. W tym wszystkim emocje, uczucia, skojarzenia i wiedza w środku, że zmierzamy w jednym kierunku. Że trzeba MIEĆ SIŁĘ dla niej, bliskich i siebie trochę też. Chociaż ostatni punkt kompletnie nie skuteczny. Tyle się działo, że gdy przestało zapachniało pustką, nadmiarem czasu i okazuje się, że nawet ta opieka była bezproblemowa. Bo była ONA.

Pojawiała się nawet zgoda wewnętrzna na to, że starość, cierpienie przyjaciela, naturalne przyjmowanie tego, że trzeba pomóc, działać, skracać, przedłużać, wszystko robić co konieczne i co BARDZO chciało się czynić. Bardzo właśnie chciałam dać jej tyle miłości ile zdołam wykrzesać. Żeby to czuła skoro nie mogłyśmy już spojrzeć sobie w oczy. O podrzędnych i niezbyt przyjemnych czynnościach nawet się nie myślało tylko robiło bez słowa. Mimo małych potknięć bo przecież

człowiek to jednak nie maszyna ani cyborg jakiś pieprzony.

Bo rodzina i parę jeszcze innych dość istotnych spraw też wymagały uwagi. A Herbata tylko jedna. I dopiero po wszystkim zobaczyłam/widzę jaka byłam oderwana w dziwny sposób od tego wszystkiego. Jakbym funkcjonowała obok siebie, zamrożona. Powietrze uszło więc jak z balonika i poczułam w każdej części swego ciała duchowego i fizycznego zwykłe wyczerpanie. Nawet nerwy to nie jest właściwe słowo. Stres też nie pasuje (ten pojawia/ł się w innych okolicznościach). Raczej emocje na wysokich obrotach i czasem ich powstrzymywanie wysysały powoli chociaż próbowałam być harda. Tłumaczyłam sobie to wszystko logicznie bardzo, a przez pewien moment nawet przecież nie płakałam. Jakoś znowu tak nie do opisania…

Świadoma w nieświadomości czy może nieświadoma w swojej świadomości,

nie wiem… Pół na pół. Myślę, że to naturalne zachowania organizmu, takie mechanizmy obronne i wypieranie. Podświadome. Chociaż można to wyłapać. Czy pomaga? Nie mam pewności ale mimo wszystko wybieram opcję, że lepiej wiedzieć co z psychiką dzieje się. Ta wiedza to może mało, nic nie znaczy, przynajmniej nie od razu. Ale pomaga w zrozumieniu siebie i swoich zachowań. Bałam się, że już nie zapłaczę. Za to jak zaczęłam przeżywać – nie mogłam się opanować. Na szczęście pod skrzydłami mojej dobrej mamy, która zabawiała młodego. Już będąc

w lasach zostawiłam trochę smutku pośród drzew i zatopiłam go w jeziorze.

Dzięki temu na te najtrudniejsze chwile wróciłam nawet silna i opanowana. Płakałam w duszy. Ale tryskałam pozytywną energią i skupiałam na radościach jakie cały czas były naszym wspólnym udziałem. Żeby do końca miała w uszach śmiech i dom w jakim żyła. Sama była przecież jedną wielką radością 🙂 Poza tym miałam nadzieję. I to prawda, że ta umiera ostatnia. Do samego końca była ze mną. Maleńka nadzieja siedziała mi na ramieniu i nie słuchała nikogo.

Przechodziłam też moment niesamowitej, euforycznej wręcz radości, że tyle lat byłyśmy razem i to w jakim stylu 😉 Wyjątkowo absolutnie. Może ktoś się śmiać ale śpiewałam, gadałam do niej wesoło, motywowałam, że da radę, że jest silna i wspaniała. Ale był moment na wsi kiedy nagle wiedziałam, że jest tam ostatni raz. Wiedziałam TO z pełnym spokojem w środku. Pierwsza chwila kiedy to poczułam była oczywista jak to, że świeci słońce i nie wytrąciła mnie z równowagi. Dopiero po namyśle (jak wmieszało się ego i ziemskie przywiązanie) chciałam się oszukać, próbowałam tłumaczyć to jakoś racjonalnie, że sobie wymyślam itp. Ale do szpiku kości wiedziałam jak jest. Może nic mi się znaczącego nie śniło ale przeczucia i tak przychodziły nie proszone. Pod ich wpływem działałam.

Była 200 km ode mnie więc

leżałam i wizualizowałam sobie,

że jesteśmy razem, głaszczę ją tak jak lubiłyśmy i prosiłam żeby na mnie poczekała, że jest silna, że musi na mnie czekać bo bardzo chcę być z nią do ostatniego oddechu i o dziwo się jej poprawiło. Nie wiem czego to zasługa ale cały czas stosowałam różne energetyczne praktyki, jak np. BSM. W ostatnich momentach jak się bardzo denerwowała, bo przecież nic nie widziała i zaczynała szczekać niesamowicie głośno, a  głosisko miała jak wielki pies 🙂 i nie mogłam jej uspokoić, a słuch nie był już też najlepszy (chociaż jak utraciła wzrok to się zdecydowanie polepszył) też zaczęłam wyobrażać sobie że ją głaszczę i łagodnie przemawiałam w myślach słowa, które zawsze ją wyciszały. Uspokajała się od razu. Wchodziłam więc mentalnie w jej świat.

Podążałam za swoją intuicją bo cóż innego mogłam zrobić.

Czułam, że to jedyna skuteczna droga żeby pomóc jej, sobie i ogarnąć resztę. Chociaż czasem głowa plotła jedno, a serce drugie. Ogólnie była w takim stanie, że psy już nie żyją. A ona żyła ku ogromnemu zdziwieniu lekarki.

Idę etapami i teraz widzę ile energii wydatkowałam. Jak to zrobiłam? Czasami wkurza mnie, że potrafię być taka zadaniowa i skoncentrowana. Może nawet silna. Że chcę wszystko zrobić sama. Bo nigdy bym sobie nie wybaczyła zaniedbania i

chciałam mieć maksymalnie spokojne sumienie, poczucie że zrobiłam dla niej WSZYSTKO co mogłam.

To był mój wybór. Teraz włącza mi się inny rodzaj irracjonalnych emocji i raz wydaje mi się, że tu siedzi, pije, mlaszcze to znowu czuję się jakby minął już przynajmniej miesiąc (a może i więcej) i dziwię, że tak długo żyję bez niej. Po czym łapię się, że minęły dopiero 2 dni… Wszędzie ją widzę, a wspomnienia pojawiają się same. O, tu lubiła wychodzić, tam czekała pod sklepem, a zeszłej wiosny to i tamto…

Jest też poczucie, że życie jest fantastyczne, chwile razem spędzane są bezcenne i najcenniejsze zarazem i nic ponad to się NIE LICZY. Nagle cieszy każda sekunda jakoś mocniej chociaż łzawe powodzie też są. W ukryciu częściowym przed synkiem, który tak naturalnie podszedł do sprawy:

mamusiu, nie płacz, przecież ona jest szczęśliwa u Bozi.

Nie rozpaczał, pożegnał się z nią głaszcząc i całując w główkę ale bezwzględnie domagał szczegółów typu: a co z ciałkiem? Czy sama usnęła? Jakie leki podał weterynarz? No i tym podobne. Tak czy inaczej mimo jego postawy nad wyraz dojrzałej gdzieś te emocje musiały się ujawnić i tak naprawdę intuicja (znowu) podpowiada mi, że

dla dobra dziecka trzeba żyć dalej jak gdyby nigdy nic.

Chociaż chciałoby się schować w mysiej dziurze, zwinąć na poduszce, na której sypiała i patrzeć na wspólne zdjęcia. Katować do bólu. Ryczeć. Wspominać. A tu co, było wspaniale ale

świat się nadal kręci.

Dla dzieci śmierć jest całkiem naturalna i nie boją się jej jak dorośli. Może to szokować, zastanawiać, dziwić ale tak jest. Można też wziąć z nich trochę przykładu. Czemu nie? Życie trwa, a dopóki ma się dla kogo żyć tym bardziej nie ma co zwlekać. Tylko ŻYĆ. Spędzać razem czas i do łez to się śmiać 🙂 Nie robić wypraw do przeszłości ani do przyszłości. Tak, na początku nawet to wychodzi (jeżeli zaakceptujemy cykl życia-śmierci-życia, a musimy się z tym pogodzić żeby dalej funkcjonować) ale czy potrafimy wytrwać w tym najpierw poczuciu, że tak jest i akceptowaniu tego, a później w postanowieniu? Czy nie rozmywa się to gdzieś z biegiem przeżywanych dni i czy właśnie czas nie wykonuje tu kreciej roboty? Że zapominamy o trudnym doświadczeniu ale też o konsekwencjach zjawiska, że

życie krótkie jest i nie warto marnować go na pierdoły.

Przypalam częściej i tłukę więcej … Zapominam o obiedzie, przegapiam kolacje. Dobrze, że mąż dożywia dziecię i siebie 🙂 Okazuje się, że w tej kwestii nie można aktualnie na mnie liczyć. I nie żebym nie chciała, chcę nawet bardzo i staram się tylko mi nie wychodzi… Nie umiem osadzić się w czasie i przestrzeni. Nie wiem czasem czy mi się coś śniło czy naprawdę było, czy soliłam czy nie soliłam. Czy jest poniedziałek czy sobota. Czy mam psa czy kota 😉

Serce jeszcze długo będzie w proch potrzaskane ale najbliżsi są cudowni, a tyle życzliwości ile dostałam od ludzi, często zupełnie obcych, przeszła moje wyobrażenia. Czyżby sprawdzało się powiedzenie, że

co siejesz to zbierasz 🙂 ?

Zawsze warto siać dobre ziarno, nawet jak go nie widzimy i jest bardzo malutkie… w końcu gdzieś tam wykiełkuje 🙂 LOVE

 

taki zwykły niezwykły pies

Przychodzi czasami taki czas w życiu człowieka kiedy odczuwa totalną niemoc. Nie jest się w stanie nic zrobić, cofnąć czasu i przeżyć choć trochę jeszcze raz tego co traci. W takich chwilach zaczyna się rozmyślać nad tym całym przemijaniem, nieuniknionymi zmianami i śmierci. Dociera nawet mocniej jakoś, że ulotnymi chwilami trzeba się cieszyć jeszcze bardziej i jest to pewien paradoks. Bo tli się też jakaś radość,  że było super zajebiście. No a że się sądziło, że będzie taki stan trwać dłużej, a może że się nigdy nie skończy?

Wiążąc się z kimś zdajemy sobie przecież sprawę, że nie jest to dane raz na zawsze. Nie jesteśmy niczyją własnością ani nikt nie jest naszą. Łączy nas tylko wspólna droga i przeżycia dnia codziennego. Przywiązujemy się jednak w mniejszym lub większym stopniu i zapanować nad tym potrafią chyba nieliczni. Zwyczajny zjadacz chleba jak ja (no prawie, bo jednak gluten omijam) przeżywają i spada to wszystko na nich jak grom z jasnego nieba. Mimo świadomości. Mimo rozumu. Mimo wszystko.

Kiedy zleciało te prawie 15 lat razem ciężko określić. Że miała żyć wiecznie? Tak mi się wydawało. Niby wiedziałam jak to się wszystko skończy, a jednak pocieszałam się, że jeszcze mamy czas. Czas, który to nagle stopniał do zera. Teraz jak zamykam oczy widzę jak ją zabieraliśmy ze schroniska, jej radosny pysk, sterczący ogon, który pędził jak strzała przed siebie, zawsze mokry nochal, który wciskała pod kołdrę i lizała mi ręce. Czego wcześniej nie znosiłam, a u niej pokochałam. Widzę ją młodszą i cieszę się, że w zeszłe wakacje tyle zabierałam ją do jeziora i lasu. Chodziła ze mną wszędzie, była towarzyszem różnych skrajnych sytuacji kiedy cierpiałam i kiedy cieszyłam się jak głupia i jeździła z nami też wszędzie. Miała być małym dość pieskiem ale urosła jeszcze trochę stając nordyckim jamnikiem olbrzymem. Ludzie pytając co to za rasa wierzyli nam, że taka istnieje, dziwili się, cmokali, a my mieliśmy dobry ubaw 🙂

Wniosła tyle radości do tego mojego dziwnego życia i potarganego serca i nigdy bym się nie spodziewała, że można mieć takiego psa jak z bajki i tyle od niego dostać uczucia. Porywanie rękawiczek, dziurawienie zębiskami skarpetek, spanie z nami w łóżku całymi latami (i żeby nie było to głowa na poduszce, reszta pod kołdrą), wyślinione ciuchy pozostawione niechybnie na sofie wychodząc z domu, chodzenie rano po gazetę do kiosku specjalnie DLA NIEJ bo kochała to robić 🙂 Nosiła ze sklepu wszystkie drobne rzeczy jakie się jej pod pysk podstawiło. Podskakiwanie jak kangur, strzelanie min i próby rozbawienia mnie kiedy byłam smutna z ringiem na nosie. Robiła to wszystko naprawdę i poprawiała mi humor ZAWSZE SKUTECZNIE. Nawet jak wydawało się to nie możliwe to przy którymś jej podejściu zaczynałam się śmiać 🙂 Szczekała przy tym najgłośniej ze wszystkich psiaków, również tych w schronie i jakoś tak jak wzrok i słuch padł na nią to już żadnego innego nawet nie zapamiętaliśmy. Poszliśmy do auta żeby się chwilkę zastanowić, przemyśleć ale wróciliśmy szybko i zabraliśmy ze sobą. Była więc w tym wszystkim bardzo przebojowa, obdarzona niezwykłą energią, siłą i charyzmą nawet 🙂

Nieświadomi adopcji i ciężkich psychicznych przeżyć, których doznała pojechaliśmy do domu zacząć nową przygodę. Bo nie potrafiła chodzić na smyczy, sikała w domu i uciekała. Uciekała notorycznie i wiele razy bluzgałam, że już jej nie dogonię, nie idę, niech spada, a później leciałam zapłakana i goniłam po całym osiedlu. Aż zziajana, radosna, z wywalonym językiem i uśmiechem od ucha do ucha wracała i wybiegana pędziła na mój widok. Później dotarło do nas, że tak bardzo potrzebuje spacerów, najlepiej kilometrowych, bez smyczy oczywiście, a przynajmniej godzinnych. I że wylatana nie ma chęci pryskać. Kochała dwór i kije. Spała z naszymi znajomymi na afterach, można powiedzieć, że balowała z nami wiele razy. Lubiła towarzystwo i jak coś się działo ciekawego pierwsza pchała się w centrum uwagi i do auta. Nie ważne czy mróz czy upał. Pływała też niemalże równo z nami na środek jeziora. Byle z nami. Chciała być tylko z nami co czułam od początku.

Była wytrwała gdyż po poprzedniku ciężko szło mi zaakceptowanie jej. Chociaż z drugiej strony chciałam przecież i jak się później okazało potrzebowałam bardziej niż sądziłam. Taka prawdziwa przyjaźń psio ludzka, czułyśmy się wzajemnie i wiem, że 3 lata rozłąki kiedy z przyczyn nie do końca zależnych od nas została u mojej mamy na wsi odbiły się na niej bardzo. Czekała na te moje przyjazdy, jak wskoczy pod kołdrę, nosa wciśnie mi pod pachę i przytuli mocno. A później widziałam żal i lęk w jej oczach czy przyjadę jeszcze. Wszystko rozumiała jak jej mówiłam, że jeszcze nie mogę jej zabrać, nie pchała się nawet do samochodu co robiła zawsze, tylko na progu stała i smutno patrzyła. A ja miałam rozstrzaskane serce. Pewnie nie wierzyła, raz już do sierocińca oddana, że po nią wrócę, ale każdego dnia, wieczora i nocy tęskniłam za nią tak bardzo i tak bardzo nie chciałam jej zawieść bo czułam, że traci nadzieję. A w głowie miałam plan i dopięłam swego. Bo też mi brakowało tego miłego pyszczka i rudego szczeciniastego futra. Tego, że wieczorem po całym dniu zalegnę na łóżku, a ona będzie do mnie przyklejona. Po prostu nie mogłyśmy bez siebie wytrzymać 🙂 Oczywiście kot też na mnie i często nawet na niej leżał 🙂

Aż przyszedł ten dzień  kiedy wszystko się zmieniło i mogliśmy ją zabrać ze sobą do naszego domu. To był pewnie drugi najpiękniejszy dzień w jej życiu i mimo, że była troszkę zdezorientowana to szybko odzyskała radość i spokój. Od tej pory zostawała u mamy tylko sporadycznie i z przypadku ale wiedziała, że to chwilowe rozłąki. Naszą wieś zresztą też kochała, a za moją mama wprost przepadała. Razem sobie podjadały, chodziły na spacery, goniła koty co uwielbiała do końca robić, pilnowała podwórka i rządziła z wiejskimi psami. Czasem mama się śmiała, że nam jej nie odda bo jest wyjątkowa, wszystko rozumie i jest z nią po prostu fajnie. Ale później mówiła, że Funia tęskni, patrzy na nią pytająco, zniża charakterystycznie nos i smutnymi oczkami wodzi. Wtedy jej opowiadała, że niedługo po nią będziemy, że została na chwilkę i przechodziło jej. Moim zdaniem rozumiała wszystko co się do niej mówiło. A to, że nie słuchała to była cecha jamniczego charakteru. Grzała mnie swoim futrem i zimą było to mega przyjemne ciepło, którym się z przyjemnością dogrzewałam. Pokonała z nami tyle kilometrów, że nie raz dziwiliśmy się jak to robi na tych krótkich i nieco krzywych łapkach. A ona była niezmordowana. W locie łapała kije i trzymała tak mocno, że wisiała w powietrzu, a nie puściła.

Teraz wiem, że psy po przejściach mają bardzo zwichrowaną psychikę i ta nerwowość była z nią do końca. Warczała i wyszczekiwała niemalże do ostatnich chwil jak tylko lepiej się poczuła. W końcu na imię miała Symfonia 🙂 Widziałam też jak obraża się stopniowo na starość, a utrata wzroku chyba dobiła ją ostatecznie. Była zła i rozgoryczona próbując biec i nie mogąc tego zrobić. Wstydziła się, że siusia w domu i bardzo jej nie na łapę było takie zachowanie, za które przecież nie mogła i o które nikt jej nie obwiniał.

Ale te wszystkie lata były cudowne, po mimo, że mam parę wyrzutów, że mogłam coś zrobić lepiej i inaczej, to napawam się tymi chwilami i one ze mną zostaną na zawsze. Chcę zapamiętać każdy kłak z jej futra, pazurek i wąski, jej oczki młode i żwawe spojrzenie, jej łaty i gładkie części futerka, jej zapach bo NIGDY nie śmierdziała typowym psem tylko do ostatniej sekundy pachniała. Chcę wryć w pamięć tak żebym zawsze mogła poczuć ją koło siebie. Wiem, że będzie…. Bo to była miłość wyjątkowa, taka która nie zdarza się na co dzień i nie kończy ot tak sobie. Byłyśmy sobie obie na wzajem potrzebne i wiem, że gdyby nie ona, jej psiejskie czarodziejskie oddanie wiele razy byłoby ze mną słabo. Taki zwykły niezwykły pies odmieniający los człowieka o magicznych właściwościach. Ale będziemy jeszcze kiedyś razem na pewno – w innym wymiarze. Tak naprawdę tylko ostatnie 4 miesiące była babcią dlatego przeżyliśmy szok, że nagle zaniemogła.

A teraz biegaj, ciesz się wolnością, przestrzenią i odzyskaną młodością moja suczko ukochana… Przynajmniej ten czas razem wykorzystałyśmy na maksa intensywnie i w tu i teraz. Przy tobie zawsze było łatwo go osiągnąć kontemplując wspólnie chwile i ciesząc po prostu samym życiem i byciem 🙂 Wczoraj nie istnieje, a jutra nie ma. Może czasem gdzieś w moich snach przetną się nasze drogi…

25.03.2017 wiosna, która chwilowo zamieniła się w zimę… Ptaki śpiewały, a słońce grzało mocno pierwszymi promykami. Co roku razem cieszyłyśmy się na te letnie dni, a teraz… Co z tego wszystkiego jak tęsknię za Tobą mój kochany futrzaku i nie wiem czy kiedykolwiek przestanę… Wszędzie Cię widzę i słyszę, a dom stał się nieznośnym pudełkiem wspomnień. I może nie jestem normalna ale chwilowo nie odkurzam Twoich włosów i nie zmieniam wody w misce… bo przecież jeszcze niedawno z niej piłaś.

Zostawiłaś też załamaną kocicę, która patrzy nam prosto w oczy smutno i pytająco i teraz dopiero zaczyna normalnie jeść. Jak zaczął gasnąć pies oddaliła się razem z nią i też prawie nic nie jadła. Przy czym weterynarz nie stwierdził żadnej choroby, a jedynie depresję po stracie przyjaciela. W przed ostatni dzień kocica usiadła przy swojej przyjaciółce i futro w futro tkwiła przy niej kilka godzin. Pożegnała się i dlatego wiem, że bardzo to w samotności przeżywa. Na swój koci sposób. Może wróci, tak jak ja może wrócę do normalności…

Wypłakałem za tobą
Oczy niebieskie, królewskie i pieskie;
Wypłakałem za tobą
Morze ogromne, lubowne, żeglowne:

Po tym morzu odpływasz,
Ode mnie odpływasz,
Ode mnie!

Niech cię dobre bogi!
Niech cię dobre wiatry!
I obłoki białe, dobre!
Wszystko dobre, piękne, modre!
Na krawędzi ja tu stoję,
Gdy poruszę się, to po mnie. SDM

Królowa Królików

Tak się czasem zastanawiam czy kiedykolwiek spoważnieję i jak spojrzę w lustro to poczuję się na mniej więcej swój przedział wiekowy.

Na początku sądziłam, że przełom nastąpi kiedy urodzę dziecko i stanę się panią Beatą, znowu w szpilkach i koszuli, dojrzałą i nieco bardziej dystyngowaną. Już na porodówce rzeczywistość odbiegła nieco od wyobrażeń gdyż wszyscy brali mnie za młodszą niż jestem dzięki czemu sama też poczułam się bezkarnie młodsza. A tak się starałam 🙂 Później sądziłam, że wydorośleję razem z rosnącym dzieckiem, ale ups… poszło w drugą stronę. Aktualnie przeglądając się i patrząc na to swoje odbicie nie dowierzam, że mam już tyle lat ile mam i jestem trochę rozczarowana tym faktem. Nie żebym źle się czuła w swoim ciele, absolutnie nic z tych rzeczy ale jednak nie wierzę czasem, że ta czydziecha już dawno wybiła. Teraz czasu nie liczę, wiek uznałam, że posiadam taki jaki mam w sercu czy też głowie lub i tu i tu. Do dorosłej pani Herbaty daleko mi jak stąd do księżyca i to na jego drugą stronę. Nie mam już nawet ochoty taka być, przynajmniej na razie zanim dziecię edukacji w publicznych miejscach nie zacznie. Świadomie wybieram trampki i spódnice w myszy i nie zamierzam niczego na siłę zmieniać. Nie wiem też jak mogłam tyle śmigać w butach na obcasach. Jeszcze w ciąży. Zwłaszcza, że sama czasem czuję się jak to dziecko i doskonale pamiętam co przeżywałam dorastając. Chociaż nie wiem czy to dobrze i czy nie utkwiłam za bardzo gdzieś w przeszłości. Jednak słuchając czasem rodziców nastolatków jakąś taką jedność z nimi czuję i wyjątkowo ich przeżycia rozumiem.

Niektóre woły doskonale więc pamiętają jak cielakami były 🙂

I chociaż są już dinozaurami to może lepiej gdyby taki stan rzeczy jeszcze się utrzymał 😀

W ogóle czas na posiadanie dziecka chyba żaden dobry nie jest i paradoksalnie każdy wiek ma te swoje plusy. Rzeczywistość młodego człowieka to pełen spontan, energii jakby więcej, może nawet siły fizycznej – chociaż ze mną akurat różnie bywało. Czasem mnie te doświadczenia przerastały i mając lat 20 czułam się na 30. Co za przewrotność losu, bo teraz jest zupełnie odwrotnie. No ale przestałam się aż tak wszystkim przejmować i zostawiły się jeno bieżące stresy. Z kolei dojrzałe, że tak powiem macierzyństwo skutkuje uwstecznieniem i powrotem do młodości. To znaczy niektórzy świadomie z przywileju rezygnują nie bawiąc się z pociechą i odmawiając wariactw zwalając je na karby przedszkola czy innych dzieci dopasowanych doń wiekowo. Słyszałam też o przypadkach, że babeczki zachodzą szybko w drugą ciążę żeby dzieciaki razem się bawiły i mają z głowy. Naprawdę, podobno tak robią. PODZIWIAM, no podziwiam szczerze takie podejście i ODWAGĘ bo z 1 rozbestwioną sztuką czasem nie idzie sobie poradzić, a co dopiero z dwoma. Ale każdy radzi sobie jak umie i ja oczywiście nie jestem żadną idealną mamuśką.

I tak na ten przykład

zostałam Królową Królików 🙂

Mamusiuniu kochana, jesteś MOJĄ Królową Królików i koniec. Masz tu bilet z wykupioną miejscówką, zwierzaki pod opiekę bo przecież nie mogą być w podróży same i jedziemy na Islandię 😉

Bardzo fajna zabawa w pociąg, moja ulubiona i polecam 🙂 Miałam wykupioną kuszetkę, pod kuratelą ekipa, a naczelny mój królik – przewodnik 🙂 Oczywiście w takim wagonie spać można do woli, kurs do Islandii (z biletem pod brodą do kontroli) dość daleki i oko przymknięte oficjalnie, legalnie, a nawet z musu: mamulku kochana śpij i zamknij już te oczy bo masz przecież bilet w wagonie sypialnym.

Dwa razy powtarzać nie trzeba 🙂

Więc bardzo chciałabym mieć dzieci sztuk więcej ale jednak już bym się na ten krok nie porwała (no może gdyby się wygrało parę dużych baniek w totka). Najfajniej mają ci co jedno dziecko już nastoletnie, a drugie malutkie. Ale oczywiście punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Znajomi, którzy są w takiej sytuacji czasem jednak narzekają nieco na słabe wyhulanie młodzieńcze. Odwala im z opóźniaczem i to czasem całkiem mocno. Albo ponosiło w trakcie dzieciństwa malucha i nie dość czasu mu poświęcali.

Rzeczywiście, teraz nie wyobrażam sobie przeimprezować soboty z afterem, a co dopiero całego weekendu (o dłuższych maratonach nie wspominając). Jakoś tak nie potrafię, nie chcę nawet i wolę być sprawna i na chodzie dla synka. Poza tym tyle hasaliśmy, że w pewnym momencie samo się odechciało i zapragnęliśmy stabilizacji i radości, którą dziecko jednak do związku wnosi. Test to co prawda nie byle jaki i nie żadne zamieszkanie razem czy nawet ślub jest sprawdzianem dla pary, a potomstwo właśnie. Czasami cud jak człowiek się w ogóle odważy, a i okazuje się że w czasach totalnej cywilizacji cudem niekiedy jest zajście w ciążę. Chociaż doskonale rozumiem kobiety, które decyzję ową odwlekają.

Niestety czasami czym dłużej tym później człowiek jakby większe obawy na stanie posiada, odwagi coraz mniej, która paruje jakby nie symetrycznie do wieku. Czyli młodsi idziemy na żywioł, a czym starsi tym bardziej zaczynamy się bać. Bać np. utraty wolności (i słusznie), obowiązku (też racja) i innych. Nie ma co idealizować sytuacji bo tak się dzieje. Nie pośpimy, nie pojedziemy czasem, nie odpoczniemy, nie chodzimy bez plam na ciuchach, nie mamy czystej kanapy jest za to notorycznie w jakimś miejscu klejąca podłoga, przyczepiona plastelina podstępnie wychylająca się z kącików domu i wiele wiele innych czających się suprajsów 🙂 Nie wspominając o masie atrakcji czasem mniej zabawnych jak dzieciaki chorują, dostają wysypki, nie chcą rysować, są kompletnie niesforne i wymieniać by można cały dzień. Ale mimo wszystko lepiej pamiętać, że

życie lubi płatać czasem takie figielki, że jak się może to się nie chce, a jak by się chciało to już nie można. 

I jak to wychwycić w odpowiednim momencie?

Dziwne to jest jak Królowa Królików uświadamia sobie, że już jest dość wiekowa 🙂 Chociaż wcale tak się  nie czuje i może nawet nie wygląda. Ale ząb czasu gryzie i po piętach depcze. Można jedynie dbać o kondycję psychiczną i fizyczną przy czym uważam, że jak się spróbuje zapanować nad jedną z wymienionych sfer to i reszta się udaje. Wprowadzenie zasad np. zdrowego odżywiania pomaga zapanować nad swoim życiem, a tym samym nad rozbrykaną psyche. I odwrotnie też działa, jak zaczynamy karmić się pożytecznymi myślami, łapiemy to poczucie bezpieczeństwa to i zaczynamy dobrze się odżywiać, przestajemy traktować siebie jak śmietnik i porządkujemy swoje wnętrze. Potem nagle dostajemy ochoty np. na wiosenne porządki, mycie okien itp. i symbolicznie oczyszczamy sobie swoją przestrzeń zarówno fizyczną jak i duchową.

Uwielbiam takie zwykłe, wyświechtane, pospolite powiedzonko

JESTEŚ TYM CO JESZ 

Ono uzmysłaiwia mi czy na pewno chcę być taka jak pożywienie do kotła wrzucane i pomaga się trochę opanować. YO