odgrzewane kotlety

Czy powracanie do przeszłości jest nam potrzebne? Czy w ogóle warto bawić się w odgrzewane kotlety i żyć złudzeniami? A może właśnie dobrze wrzucić na ruszt jaką zmarzlinę żeby te iluzje spadły i prawda wyszła jednak na jaw? Tylko czy aby na pewno niesie to dla nas jakąś korzyść?

Ogólnie

prawda jest niezbędna do życia w harmonii

przede wszystkim z sobą samym i bez niej daleko nie zajedziemy ale może jednak są jakieś okoliczności łagodzące mierzenia się z nią, a nawet wykluczające zupełnie proceder? Wszak życie rzuca nas na różne głębiny zmagania się ze sobą i światem i może czasem lepiej sobie czegoś zaoszczędzić…

czasami coś nam się po prostu wydaje… i widzimy obraz taki, jaki chcemy widzieć, nie koniecznie zgodny z rzeczywistością 😉
Chyba zależy od jednostki

bo wziąć to wszystko na klatę nie jest czasem łatwo, że na przykład nie znaczyliśmy dla kogoś tyle ile nam się wydawało. I tak idziemy przez ten żywot (człowieka poczciwego bardziej lub mniej) w poczuciu naszego własnego „wydawania się” gdyż prawdy tej prawdziwej czasem kompletnie nie widzimy, nie chcemy i nie przyjmujemy do wiadomości.

Tak łatwiej funkcjonować, z tymi mechanizmami obronnymi, inaczej pewnie nie dalibyśmy rady, tym bardziej będąc na starcie w dorosłość. Młody człowiek wyjątkowo słaby psychicznie jest i wszystkim bardzo się przejmuje. Zdecydowanie ZA bardzo ale o tym jeszcze nie wie, idzie na żywioł, oddaje swoje serce, oddaje siebie, a czasem może okazać się po latach, że zupełnie przesadził i było to w aż takiej formie zupełnie zbędne. Potrzeba akceptacji jednak jest niezwykle silna, że nie ma co wymagać od małolatów dojrzałego postrzegania rzeczywistości i relacji międzyludzkich. Które często są zafałszowane, powierzchowne i z prawdziwą przyjaźnią niewiele wspólnego mają. Ale to oczywiście wychodzi po czasie i może lepiej być bardziej jednostką pędzącą do przodu, nie zastanawiającą się nadmiernie nad sobą, życiem i przeszłością. Skupioną na pozyskiwaniu wykształcenia, pracy, pieniędzy, paru znajomych lub całych rzeszy, nieważne ale jednak bez zagłębiania się przesadnego w doświadczenia przebyte i jakość tychże relacji.

z tą prawdą bywa tak, że może czasami i w niektórych przypadkach lepiej pozostać przy swojej własnej i nie mierzyć się z czyjąś 😉

Właśnie, czy ta cała przeszłość to na pewno realne fakty, które w życiu człowieka wystąpiły czy może jednak patrzymy na nią wyłącznie przez swoje emocje i indywidualne postrzeganie? Bo może być tak,  że do zdarzeń i doświadczeń dopisujemy sobie swoją własną historię, łudząc się, że ktoś inny odbiera(ł) podobnie. To, że nadawało się na tych samych falach w jakimś momencie wspólnej drogi wcale nie daje nam pewności, że te osoby mają nadal do nas jakiś sentyment czy żywiły uczucia tym podobne do naszych. Tak to chyba jest, że jak jakiś związek zostanie z jakiegoś powodu przerwany to już po latach nie idzie odbudować relacji ani nawiązać jej na nowo. Przyjaźnie, które przetrwają czas długi, dobry i zły, są prawdziwe, reszta nic nie wartą kupką wspomnień, do której można mieć słabość, sentyment jakiś ale lepiej nie łudzić się, że coś odżyje na nowo. Co oczywiście na pewno

nie jest niemożliwe i czasem się zdarza 😉

Wszak prawdziwe uczucia nie giną tak łatwo w tłumie. Ale być może jest to tylko romantyczne pieprzenie i takie sytuacje trafiają się niezwykle rzadko. Może czasem warto cofnąć się do tej przeszłości wyłącznie dla siebie samego, żeby np. coś naprawić, przeprosić kogoś kiedy zachowało się jak świnia czy coś wyjaśnić. Okazuje się jednak często, że tamte osoby nie pamiętają, zapominają i cały ten wspólnie spędzony czas dawno wymazały z kart pamięci. A ty się człowieku bujasz, głowisz czasami co zrobiłeś źle, dołujesz, że można/trzeba było inaczej, chcesz coś zmienić i nagle postanawiasz to zrobić. TYLKO, powtarzam tylko dla siebie samego. Nawet jak wydawać by się mogło, że do sprawy podchodzi się na zimno to jednak uczuciowe jednostki nie sądzę aby potrafiły tak zupełnie oddzielić rozum od serca i po prostu nie czuć. Jeżeli przychodzi nam coś takiego do głowy to tylko dlatego, że odczuwamy, może nawet właśnie za bardzo.

A życie to dziwka i pieprzy się z każdym, bez względu na naszą uczuciowość. Jest bezwzględne i lepiej czasem nie wchodzić do tej samej rzeki bo może się okazać, że serce i wszystkie wnętrzności zostaną pożarte przez piranie i zostaniemy okaleczeni, w skrajnych przypadkach o własną godność, w lepszych o dobre wspomnienia. I nagle stracą ten dziecinny blask i niepowtarzalny urok po wygrzebaniu demonów przeszłości (które to wyskoczą całkiem przypadkowo i niespodziewanie).

Gdyby jednak przyszło komuś do głowy wsiąść w wehikuł czasu to najlepiej zrobić to bez emocji właśnie i nadziei. Tej mieć nie można, niepotrzebna w takich okolicznościach i owszem, umiera ostatnia ale właśnie ta jej agonia może mieć przykre skutki dla naszej psychiki.

Pewne sprawy lepiej żeby biegły swoim torem,

korzystniej raz na zawsze wybaczyć sobie i innym, a wspomnienia zachować w takiej formie w jakiej przetrwały lata całe i zostać z twarzą na miejscu. Iść do przodu bo wczoraj już nie istnieje, a jutra nie ma. To oczywiście lekka metafora i twardziele, jednostki pozbawione sentymentów w ogóle tak do sprawy nie podchodzą. Po prostu zapominają i ta niepamięć działa w dwie strony, bo puszczają w niepamięć swoje uczynki tak samo jak czyjeś. Ba, o tym nawet nie myślą. Są później tylko zdziwieni, że wyskakuje jakiś królik z kapelusza, o którego istnieniu dawno już zapomnieli. Tylko królik myślał, że ktoś o nim pamiętał. Nic z tych rzeczy.

Do tego całego tanga trzeba dwojga ale przecież każdy rozwija się w swoim tempie i wszyscy jesteśmy po latach w zupełnie innej bajce i odmiennej rzeczywistości. Warto o tym pamiętać

bo największe szkody robimy sami sobie,

nikt i nic nie jest odpowiedzialny za nasze rozterki czy nawet cierpienie tylko MY SAMI. Sami decydujemy kto i co na ile w nas uderza. Co naturalnie jest bardziej złożone (skomplikowane może nawet) i wychodzi mi na to, że wiąże się silnie z poczuciem własnej wartości. Im mniej ktoś wierzy i ceni siebie tym bardziej dostaje po nosie od innych. Tym intensywniej wszystko przeżywa i cierpi później duchowe katusze (do których może się oczywiście nikomu nie przyznać, a nawet uciekać prze konfrontacją z samym sobą). Nierzadko samodzielnie więc się na to cierpienie wystawiamy bardziej świadomie lub mniej. Ale jednak kombinując coś tam z przeszłością stwarzamy sobie wizje w wyobraźni, wyobrażenia, snujemy jakieś tam rozważania i bęc na ziemię spadamy z dużą mocą grawitacji. Bo niekiedy wyobrażenia mogą różnić się od (parszywej nieco) rzeczywistości.

lepiej nie być takim wrażliwym ale czy można coś na to poradzić jak się jest?

Głupio jest być takim przesadnym wrażliwcem, niemodne to i nie na czasie. Jednak na pewno

nie jest głupio być sobą,

to umiejętność, która posiada każdy od urodzenia tylko nie każdy z racji warunków życiowych i rodziców jakimi został obdarzony (lub sam ich sobie wybrał) może używać do woli. Właśnie to bycie sobą jest cholernie ważne żeby móc wybaczać sobie te swoje błędy i robić to co się czuje. Ze wszystkimi konsekwencjami. Każdy bowiem uczynek czy to spełniony względem siebie czy innego człowieka ma swoje konsekwencje i każda decyzja, którą w życiu podejmujemy nie jest ani tak naprawdę dobra ani tak do końca zła. Po prostu jakichś wyborów musimy dokonywać i tyle. Któregoś zawsze można żałować niemniej jednak lepiej to po prostu akceptować tak jak jest. Dlatego

dla własnej higieny psychicznej trzeba słuchać siebie, swojego wewnętrznego głosu

i niczym go nie zmącać. Nie zakłócać przesadnie rozumem co to chrzani swoje i próbuje zagłuszyć intuicję. Ona nie myli się co ludzi, których spotykamy po drodze, to nasze wychowanie i konwenanse, stereotypy wszystko psują. Że trzeba dawać ludziom szansę na znajomość nawet jak podskórnie się tego nie chce, że coś wypada lub nie, że tak będzie dla nas lepiej itd. Od dziecka ten głos często jest w nas tępiony i zmuszamy się do nawet niekorzystnych kontaktów międzyludzkich. A jak coś nie pasuje to nie, po co brniemy czasem dalej?

Rzecz tak oczywista nie dla każdego jest taka prosta bo właśnie te

warunki dorastania mają ogromne znaczenie.

Czym wcześniej zniszczona dusza tym trudniej ją uratować ale nie jest to niemożliwe. Może właśnie ten wewnętrzny głos pomaga i po mimo porażek pozwala się pozbierać. I człowiek może sobie powiedzieć, że przecież zrobił to, co czuł. Nawet jeżeli uczucia zostają odrzucone i serce poparzone zostało do krwi to dokonał świadomego wyboru bo TAK CZUŁ.

Czy ludzie, którzy się boją podejmują najodważniejsze decyzje? Czasami sobie myślę, że coś w tym jest. Ileż to razy odbierano mnie jako jednostkę odważną, a ja bałam się i trzęsłam w środku. A i tak robiłam coś pokonując tym samym swoje słabości (i tak mi zostało). Przyzwyczaiłam się, zahartowałam i zaprzyjaźniłam ze swoimi lękami.

Życie w dysharmonii ze swoim wnętrzem powoduje frustracje i choroby i w pewnym wieku już nie wypada postępować inaczej.

Odwagi też można się nauczyć i przekonać do jej przełamywania, nabyć drogą pozyskiwanych doświadczeń na stan posiadania i przyjąć jako stałe wyposażenie siebie. Poza tym życie (niektórych) zmusza do pokonywania siebie i swoich ograniczeń. Nigdy nie jest na to za późno jedynie, że czym człowiek starszy tym oporniejszy na zmiany. Nawyki stają się tak głęboko zakorzenione i dla niektórych są nie do przeskoczenia.

Alkoholizm, narkomania i inne nałogi świadczą o kompletnie chorej duszy, wewnętrznym nieszczęściu zagłuszanym środkami żeby tylko nie słyszeć swojego prawdziwego i naturalnego głosu, za którym człowiek nie podążał. Poukładane pozornie życie, czasem za szybko, czasem wbrew sobie bo tak trzeba kompletnie rozwalają instynkt, który to nawet później może wręcz wkurzać. I trzeba go zabić, ujarzmić, odciąć się od tego co pierwotne i prawdziwe. Bo jak coś zmienić jak już całe życie zostało ułożone i zaplanowane wcześniej? Lęk przed nowym/nieznanym staje się nie do pokonania.

lepiej uważać odgrzewając kotlety przeszłości bo można poczuć rozczarowanie… i nakarmić się nie tą strawą co trzeba…

A Herbata lubi łamać schematy i stereotypy i odgrzałam parę kotletów. Wyciągnęłam z lodówki wspomnień i ożywiłam na chwilę, na sekundę łudząc się, że ? No właśnie że co? Że przywrócę coś na nowo do życia? Powiem „przepraszam” czy „dziękuję”? A okazało się, że czyjaś pamięć wygląda zupełnie inaczej i naprawdę często, jak nie robiło się aż takich nie wiadomo jakich świństw, lepiej się NIE PRZEJMOWAĆ! Bo ktoś może kompletnie Cię nie pamiętać i nie przywiązywać wagi do żadnych tam wspólnych wspomnień. Może nawet nic dla kogoś nie znaczących. Jedynie, że co bardziej uwrażliwione jednostki będą miały problem żeby to zaakceptować i przeżyć zderzenie ze stanem faktycznym.

Nie nastawiając się na nic wiem, że było nawet warto chociaż (zupełnie) niepotrzebnie. Bo jednak odgrzewane potrawy nie są już takie same, nie smakują nazbyt atrakcyjnie, nie stanowią dobrej strawy dla ducha, nie łatwo też zupełnie nie czuć rozczarowania i może lepiej takie praktyki zostawić sobie na stare lata 🙂 I zmierzyć się z tą akurat prawdą kiedy już na nas nie będzie robiła aż takiego wrażenia, a póki co żyć w swoim świecie fantazji i iluzji, że znaczyliśmy dla kogoś coś więcej niż znaczyliśmy i nam się wydawało 🙂 YO

homeopatia w szponach systemu i głupota ludzka co granic nie zna

Uwaga, są przekleństwa i black tea!

Śledzę sobie ostatnimi czasy ataki na homeotpatyczne leczenie i kompletnie ni w ząb nie rozumiem tej nagonki. Wszak wiele państw Europejskich korzysta z niej zupełnie równorzędnie do medycyny tradycyjnej i nikt z tego żadnego halo nie robi. Mam wrażenie, że znowu tylko Polakom (tudzież blokowi wschodniemu) coś przeszkadza i tylko Polaków ona NIE leczy. We Francji z sukcesami stosują ją nawet chorzy na raka , a u nas prawie każdy farmaceuta gdy prosi się o taki lek komentuje, że to „tylko” woda i cukier. Mam już serdecznie dość ich niedouczenia lub świadomego wprowadzania klienta w błąd! Skoro ja, Beata, wiem jaki jest ich skład to oni nie wiedzą? Nie wierzę! Sprzedajne wrony, które kraczą jak system im każe, na usługach samego szatana. Pomijam w ogóle jakiekolwiek dyskusje, jakim prawem wpieprza się taki w nie swoje sprawy skoro ma tylko podać produkt. Co to k*** jest, wyrocznia jakaś czy co? Jak kupuję Ibuprom nie strzela mądrościami w temacie ani fochów nie robi.

nie jest takie proste leczenie homeopatią i to wyższa szkoła jazdy!

Naprawdę nie wiem kto tych ludzi kształci ale

nie trzeba być farmaceutą magistrem żeby doczytać z czego składają się kuleczki

i na jakiej podstawie działają. Bo znowu miałam taką sytuację z aptekarzem: po co to pani kupuje? tym dziecka pani nie wyleczy chyba, że sugestią. To woda i cukier.

Zaczyna mnie to ostro wnerwiać, te komentarze pełne uszczypliwości i agresji nawet jeżeli nie podziela się ich zdania. Bo koniecznie chciał mi wcisnąć coś innego i namawiał jak mógł. Może niedługo klauzulą sumienia zaczną się zasłaniać? I tak to homeopatia jest w szponach systemu, a głupota ludzka granic nie zna.  Ale ja

swoje dziecko tą przeklętą i wyklętą homeopatią leczę już od dawna i dzięki temu uniknęliśmy parę razy antybiotyków.

Np. na zapalenie ucha, np. na anginę, np. na oskrzela. I wszystkie przeziębienia po drodze z udziałem kaszlu różnego rodzaju. Nasza wspaniała homeopatka, pani doktor z osiedlowej przychodni (tak się fenomenalnie dla nas trafiło, że najlepsza na cały Wrocław chociaż prywatnie już nie przyjmuje) zawsze zapisuje nam też receptę na antybiotyk bo czasem to są poważniejsze niż przeziębienie choroby i woli nas na zapas uzbroić we wszystko, zwłaszcza prze weekendem. Jednak nigdy, przenigdy go nie wykupiliśmy. I ciężką anginę kuleczki z „cukru” leczyły z godziny na godzinę po ich podaniu. I dziecko przestawało płakać, a gardło na naszych niemal oczach robiło się czyste. Rano nic nie mógł przełknąć, gorączka, a wieczorem wcinał jak szalony. Czy to naprawdę sugestia? Nie sądzę. Pewnie nikogo nie przekonam bo Polak w swoje stanowisko brnie jak ten osioł co się kopytami zapiera jednak

nie demonizujmy czegoś, co kompletnie na to nie zasługuje! Ty nie używasz ale daj korzystać innym!

Sądzę, że znowu jest nagonka na to co naturalne chociaż nie rozumiem – bo przecież producenci leków homeopatycznych to też koncerny farmaceutyczne. Chyba, że nie opłacają lekarzy, nie siedzą po uszy w systemie łapówek i dlatego takie wyklęte. Poza tym ludzie mają chorować w nieskończoność, a od antybiotyków odporność leci na łeb na szyję i zaczyna się spirala kupowania co i rusz nowych leków. Smuci jedynie fakt, że wszystkie te podłe eksperymenty i dorabianie się klik finansowych odbywają się kosztem najmłodszych, a rodzice sami im to fundują. Wiem wiem, w dobrej wierze oczywiście. Z pełnym zaufaniem do lekarza. Nie chcę używać sformułowań typu „ciemnogród” bo jednak wolałabym zachęcić ludzi do spróbowania tej metody na sobie czy dziecku właśnie. Wychwalać będę pod niebiosa i walczyć o homeopatii dobre imię jak lew! Bo jest wspaniała i chroni przed znacznie gorszymi rozwiązaniami. Jednak lud ma zasilać kasę koncernom, a nie tam ziółka i medycyna naturalna…

smutne i przerażające jest to, że biznes kręci się najlepiej na dzieciach …
Antybiotyki czasem są potrzebne i nie neguję ich skuteczności – jednak to ostateczność!!!

Bo co innego może wlepić zwykły lekarz na zawalone gardło? Jakie ma inne sposoby? Ano nie ma żadnych. Tylko z grubej rury. A to droga do nikąd. Antybiotyki zabijają mikroflorę w jelitach i brzuszku maluszka o czym niby KAŻDY WIE (dorosły organizm lepiej sobie radzi choć też nie zawsze), która potem odbudowuje się nawet do pół roku. Tak, niestety tak właśnie jest. Tyle czasu regeneruje się po takiej terapii. A jak przyszwęda się kolejne przeziębienie czy inne schorzenie to droga w kółko się zamyka. Pomijam fakt zapisywania antybiotyków bez wiedzy i zbadania czy w organizmie na pewno bytuje wirus czy bakteria. Często są to praktyki na chybił trafił, a jeszcze częściej na chybił. I jak jeden lek nie działa to podają następny i następny aż może się uda, a może nie. Loteria. Znowu kosztem dzieci. Nie ogarniam tego, doprawdy, jak można narażać organizm swojego dziecka na ciągłą walkę? Żeby nie było to znam osobiście takie przypadki. Mając wybór i możliwość skorzystania z innych sposobów w pierwszej kolejności. Przepraszam szczerość ale chyba rodzice wybierają najprostsze i najszybsze rozwiązanie i wiem od znajomych w jakim stanie przychodzą dzieci do przedszkoli czy szkół. Tak, pieniądze zarabiać trzeba ale dziecko jest najważniejsze mimo wszystko. I dopiero jak dochodzi do znacznie poważniejszych powikłań, niekończących się wizyt w szpitalach i następuje taki spadek odporności, że już nic nie działa to wtedy nagle otwierają się oczy i okazuje się, że można się wybrać nawet do zielarza czy innego uzdrowiciela albo Dżizusa. Wtedy zdesperowany rodzic porusza wszystkie możliwe sposoby na uzdrowienie dziecka i przywrócenie funkcji odpornościowych również sposobami alternatywnymi. Samej też zdarzało mi się korzystać z usług zielarki – egzorcystki, która to potworny ból kręgosłupa po urodzeniu dziecka zabrała ze mnie na jednej wizycie. No ale osobiście wolę zaczynać od źródeł niekonwencjonalnych, a w ostateczności udać się do białego fartucha. Do bioenergoterapeuty zresztą też czasem chadzam.

W ogóle nie rozumiem, doprawdy NIE POJMUJĘ przede wszystkim tego,

dlaczego społeczeństwo nie ma mieć wyboru?!

Gdzie my żyjemy? Naprawdę poszaleliśmy jako grupa ludności, która sama domaga się zabierania wolności i ograniczania sobie praw. To przerażające, że Ministerstwo Zdrowia chce zakazać sprzedaży niektórych środków homeopatycznych. Komu znowu to przeszkadza? KOMU cholera aż tak bardzo nie pasuje wybór jednostki i neguje badania, opracowania lekarzy z całego świata w tej sprawie, a przede wszystkim zdanie pacjentów! Polsko, co się z tobą dzieje??? WTF?

Najbardziej dziwią mnie i jednocześnie przerażają ludzie potępiający tę metodę, że szarlataneria i oszustwo, nie mający z nią styczności. Zapewne jeden z drugim nawet u prawdziwego homeopaty nigdy nie był i na własną rękę próbował się z czegoś leczyć. A sami to sobie syrop na kaszel możemy zaaplikować i krzyczeć później, że nie działa.

Tylko homeopata i to dobry wie jakie kulki czy inne specyfiki na co zapisywać.

Nie ma innej możliwości. Później możemy kombinować ale na kanwie profesjonalnego doświadczenia. Najwięcej drą więc ryja ci, którzy w ogóle nie mają o tym bladego pojęcia. Nie pofatygują się nawet zapoznać z tematem lub zrobili to jednostronnie. Biedne ofiary systemu. Nie sądziłam tylko, ze jest ich aż taka masa. Rzeczywiście co normalniejsi już chyba wyjechali z tego kraju. I gdyby nie względy sentymentalno-rodzinne też bym to zrobiła.

Aaa no tak, kulki kosztują po 12-15 zł, a syropy i inne od 2o plasują się w z wyż. Do tego stale coś trzeba dokupować, a to probiotyki, a to inne specyfiki. Może więc o to chodzi, o pieniądze? A naród jest jak zwykle ogłupiany, podobnie jak ze szczepieniami. Nie wolność wyboru i jakieś minimum tylko wszystko jak leci. Jestem pełna obaw i raczej będziemy jedni z pierwszych zaczipowanych w Europie bo sami się o to prosimy. Nie walczyć o odszkodowania poszczepiennne razem, wspólnie, tylko zakazać nieszczepionym dzieciom wstępu do szkól i przedszkoli.

Obudź się Polaku! Czas najwyższy!

Bo nikt później nie pomoże, nie będziesz miał skąd brać pieniędzy na leczenie bardzo kosztowne jak nie jesteś zamożny lub milionerem nawet. Zresztą takich nikt nie ruszy, nie będą chcieli to nie zaszczepią. Tylko biedaki bez znajomości i kasy pójdą na rzeź.

Powoli to nie jest kraj do życia dla ludzi myślących i światłych nieco bardziej. Nie mówię, że szczepienia są z góry złe ale panika jaką sieje się wśród tłumu jest mocno przesadzona. W dobie tak wysokich standardów życia faszerować dzieci taką ogromnością trucizny i to nie rzadko 5 w 1 to jakiś obłęd. Nie wybrać na jakieś choroby tylko walić strzykawy jak popadnie. Od gruźlicy, po przez polio, grypę, świnkę, żółtaczek kilka szczepów, tężec i inne różyczki. Szkoda, że np. na takie odkleszczowe zapalenie mózgu tylko leśniczych zaszczepiają, a przeciętnemu człowiekowi nie polecą. Niee, na to po co, a tylu ludzi ma choróbska od kleszczy właśnie, że szok. Jest ich zatrzęsienie ale o tym, co by może pomocne było to cichutko, nie mówi się za głośno i tylko w specyficznych kręgach. Najważniejsza jest ospa i HPV mada faka. A leczą się później ludziska na wiele innych chorób, które są od tego paskudnego pajęczaka. Z kolei taki tężec u nas prawie nie występuje i znowu poznikały linki do opracowań WHO, które jakiś czas temu czytałam (że w europejskiej ziemi praktycznie go nie ma). Więc internet też nie jest wolny tylko jednak kontrolowany przez system. Link do informacji, że bodajże w 2016 r w Polsce było 12 zachorowań na tę chorobę też przepadł. Po co aż tak karmić się lękiem? Nie lepiej cały czas dbać o odporność naszych organizmów dobrą dietą, suplementami* i bytowaniem na świeżym powietrzu? Robić syropy z czarnego bzu i inne lecznicze specjały samemu? I dlaczego nie dać dziecku czasu chociażby tych 3 miesięcy po urodzeniu na sprawdzenie jego odporności czy potencjalnych chorób, które nie objawią się w pierwszej dobie życia? Boże, co ludzie robicie? Przecież

nie wiecie z jakim wyposażeniem przychodzi na świat noworodek!

*jak zaczęłam podawać synkowi Wit D, Wit C dosypywaną do herbaty i np. właśnie czarny bez to nagle zupełnie przestał się zaziębiać

Na pewno na ten padół nie wydam więcej dzieci i to jedno już jest nadmiarem dal pojebanego systemu. Kocham go i tym bardziej przeraża mnie pęd owiec na nieuchronny koniec i katastrofę.

wolność – czy to pojęcie w ogóle jeszcze coś oznacza?
Sami oddajemy WOLNOŚĆ, nie walczymy o swoje prawa, krytykujemy wszystko co nie siedzi w naszym, wąskim często, światopoglądzie.

W Japonii to pewnie wariaci, bo tam obok medycyny konwencjonalnej do wyboru jest alternatywna, z której korzysta bardzo dużo ludzi. Ciemnota na końcu świata. A co taka Francja wie o leczeniu, dla Polaka NIC, spęd czarnuchów nie mających pojęcia o świecie. Ostro? Być może. Stracę lajki? Trudno. Wystarczy poczytać w internecie co statystyczny Polak sądzi o obcokrajowcach i co do nich przejawia na naszej ziemi. Za kogo się uważa.

Nie jestem w stanie milczeć i sznurować sobie ust (czy tam palców). No jak można ufać tylko jednej stronie i nie zainteresować się inną? Jak można zakładać, że jest tylko jedna racja? Świat jest ogromny, wiedzy różnej wszelakiej mnóstwo, co piękne przecież jest, że możemy mieć wybór, poznawać nowe filozofie czy systemy leczenia.

Zarozumiałość i pycha Polaka nie zna granic.

Zakładać, że jego dziecka nie spotka NOP jest ogromną butą i dopiero jak coś się wydarzy to jest płacz i wzywanie na pomoc mediów. A NOP-a u nas tak łatwo nie zgłosisz i dopiero zobaczysz o co chodzi. Kiedy będziesz wiedział, że po szczepieniu pogorszył się stan Twego dziecka, a system Cię oleje ciepłym moczem i powie, że to przypadek i zbieżność w czasie. Żeby było jasne nie jestem też fanatyczką szerzenia poglądu, że autyzm jest wyłącznie dziełem szczepień. Przypomnę krótko, że czas odcinania pępowiny też ma OGROMNE znaczenie z czego mało kto zdaje sobie sprawę. I też przyczynia się do autyzmu w bardzo wielu przypadkach. Taka bowiem jest medycyna konwencjonalna, daleka od natury. Ciach pach ekspresem i taśmowo. Kogo obchodzi i który z lekarzy ma czas czekać na ustanie tętnienia krwi pępowinowej, która NALEŻY się naszemu dziecku! A to jego krew i musi przepłynąć! Łożysko też jest częścią ciała kobiety i nie mają prawa decydować kiedy ma nastąpić oddzielenie go od noworodka! Tylko człowiek mało wie. Podobnie było z medyczną marihuaną. Teksty, że dzieci będą odurzone itp. No ludzie kochani, weźta się w garść! Rzeczywistość nie jest tylko czarna albo biała.

Chcesz faszerować dziecko chemią rób to, ja Ci nie bronię. Ale odwal się od tych, którzy tego nie chcą robić!

Dlaczego jedni mają być tolerancyjni, a inni zabiliby za odmienne poglądy? Co komu przeszkadza i co kogo interesuje czym leczę własne dziecko? DAJMY SOBIE WZAJEMNIE ŻYĆ!!!

Skoro komuś takie środki pomagają i to osobom na całym świecie to chyba nie wszyscy są takimi pojebami, nie? A nawet jeżeli, to mają do tego pełne prawo. I sugestia nie ma w tym przypadku nic do rzeczy. Sugestią leczy się w zupełnie inny sposób. Podobnie afirmacją. Niestety nie jest to takie proste jak się powszechnie wydaje i wmówić sobie, że się nie jest chorym będąc bardzo potrafi znikoma ilość ludzi. Albo już na maksa zdesperowanych u kresu sił, którzy automatycznie wchodzą na wyższe wibracje, oddając wszystko Bogu czy innej sile sprawczej lub ci, którzy takie praktyki stosują od dawna i wibrują na wysokich częstotliwościach. W pozostałych przypadkach to prawie nie wykonalne.

Przykładowy skład kulki dla tych co nie pofatygują się doczytać a krytykują i komentują na forach:

BELLADONNA 9CH (Dl8)

Jest to lek pochodzenia roślinnego. Sporządza się go z całych, pobieranych wraz z pniem korzenia, świeżych roślin. Roślina nosi polską nazwę: pokrzyk wilcza jagoda. Nazwa łacińska: Atropa belladonna.

Jak nie wierzysz dobry człowieku w moc uzdrawiania to żadne leki nie pomogą.

Niestety białe kitle tylko czekają żebyś ciął siebie i swoich bliskich, ostrzą na Ciebie noże i zacierają ręce. Jeżeli my sami o siebie nie zadbamy to NIKT tego nie zrobi. Tylko lekarz w rodzinie jest szansą na prawdę i szczerość w innym przypadku nie licz na jego miłość i szlachetność bo kasa się liczy i to ona ma znaczenie. A na medycynę idą (w przeważającej ilości co wiem od samych zainteresowanych) dzieci lekarzy nastawieni na sukces i grubą forsę (co bardziej przedsiębiorczy doktor zarabia całkiem sporo nawet w naszym kraju). Nie chodzi o humanitaryzm i serce, takich przypadków jak doktor Religa są jednostki. Takich co przeżywają pacjenta, empatycznych i dobrych ze świecą szukać (co oczywiście nie jest niemożliwe bo też na swojej pokrętnej drodze spotkałam). Większości nic nie obchodzi poza statystyką i dla dzieci też litości nie mają. To dopiero jest rynek bo

naiwni rodzice łykną ze strachu wszystko co im się powie.

Chociaż zastanawiam się czy tylko o lęki tu chodzi, a przepraszam, czy to nie jest aby wygodne? Przerzucić odpowiedzialność na kogoś powiedzmy, że bardziej kompetentnego żeby samemu nie poszerzać wiedzy? Winny zawsze będzie. A medycyna zarówno konwencjonalna jak i nie robi postępy i nie widzę powodu dlaczego nie miałyby istnieć obok siebie. Więc zanim skrytykujesz homeopatię i będziesz walczył z przeciwnikami szczepień spójrz na siebie i zastanów się czy chcesz być zaczipowanym pracownikiem banku i farmacji zapierdalającym od świtu do nocy na kredyty i leki.

gdy nie miałam dziecka kompletnie nie przejmowałam się takimi sprawami jednak teraz jakoś nie idzie … nie, że się nie zastanawiałam ale nie ponosiłam kosztów emocjonalnych sytemu… będąc odpowiedzialnym za małą istotę światopogląd ulega totalnemu przewartościowaniu ☀️❤️☀️

Ps. Dziękuję za uwagę, nikogo nie chciałam obrazić ani urazić… Po prostu jestem jednostką wysoce emocjonalną…

adonisek na kocyczku

Może Mężu mój jedyny Ty ten tekst pomiń sobie 😉

Bad Bea – ostrzeżenie przed ironią oraz przymrużenie oka podczas czytania wysoce wskazane 😉  

Niektóre ludzie wykazują się dosyć dużym instynktem społecznym, można wręcz powiedzieć, że ciągnie ich do zgromadzeń wszelakich, czują się w nich nadzwyczaj dobrze i komfortowo. Rozmawiają, rozprawiają, nawiązują znajomości, dzieciaki skrzeczą bardziej lub mniej, czasem nieco tresowane: odłóż proszę ten piasek i nie kop już tu więcej! nie, TU nie kop. A gdzie mamusiu? Nie wiem dziecko ale tam nie idź, tu masz siedzieć. No tak, niektórym się wydaje, że maluchy będą na kocyku grzecznie się grzały i widoki podziwiały 🙂

Z drugiej strony rozumiem też rozdrażnienie starych

co to już pół dnia nad wodą koczują, specjalnie nie raz w tym celu kilometry pokonując więc już od rana zagnieżdżeni, po południu cierpliwość tracą i dość już mają bardziej niż ci młodociani (którzy są niezmordowani i dla nich wody nigdy dość).

Z racji upału przyszedł nam do głowy pomysł odwiedzenia pobliskiej plaży, na co dzień pustej i odludnej, w weekendy świecącej tryumfy popularności. Hej, jasna sprawa, że przesadzam, plaża wszak nie do porównania z kurortami mniejszymi i większymi znajdującymi się opodal, z pełną gastronomią i atrakcyją wszelaką. Kusiła piękna woda (zbadany teren już na początku sezonu), czystość jeziora i zmiana zakątka również wskazana była. Bo odmiany są potrzebne.

sunshine in my head ☀️☀️☀️

Wyprawa pozwoliła mi uprzytomnić sobie, że herbata to jednak jest jakaś aspołeczna, dzika może nawet i zupełnie nie pasująca do towarzyskich tłumów. Rodziny całe porozbijane niczym na biwaku, kamperowisku niemalże jakimś, fotele, kanapy dmuchane, kosze żarła, poduszeczki do leżenia, leżaki zacumowane w wodzie i nad wodą itp. Cud że grillowania nie było, za to palenie papierosów na kocach owszem – tak. Co z tego, że komuś może to przeszkadzać, nie wspominając już o dzieciach, no a dmuchanie na swoje własne to już też poniżej jakiejkolwiek krytyki jest. Oj noo czepiam się ale dymu tytoniowego nie lubię i również praktykowanie zwyczaju owego na mego synka nie toleruję. Język jednak powstrzymałam co by znowu jakiejś afery nie zrobić i uwagi na się nie zwracać.

Cykl życia plażowego odbywa się tak:

woda- jedzenie, jedzenie-woda.

Oczywiście, owszem, że wyolbrzymiam może, przesadzam, czy krytykuję delikatnie lub wyzłośliwiam się nieco nooo ale jednak fala otyłości zalewa nasz piękny kraj co widać również po dzieciach. Zresztą przykład z góry sobie leci, zaiwania pełną parą i jak to dziecko ma się odżywiać skoro tata wsuwa ciacha nadziewane kremem i brzuszysko dumnie wypina zapijając browarkiem. Kompletnie nic sobie z tego nie robi i chwalę za kompleksów brak. Zawsze podziwiam wszystkich wyluzowanych co to skrupułów względem siebie nie mają i w małych majteczkach skarby wraz z tłuszczykiem przykrywają. W przypadku pań sprawa podobnież się prowadzi tu jednak już kompleksy nieco bardziej nosa wychylają zza bikini i na co chudsze oko jadowe bokiem zerka bez cienia uśmiechu ofkorsik. Jednak faceci naprawdę są bardziej wyzwoleni i pierdołami sobie głowy nie zajmują. Chce to żre i pije i innym (figury) nie zazdrości.

Wiadomo już, że

sama mistrzynią zbyt zdrowego odżywiania nie bywam

i mój synek też po kąpieli do jedzenia pędzi ale to, co króluje na piknikowym kocu Polaka to naprawdę obłęd. Zapachy wymieszane dobiegały zewsząd i trudno nazywać je aromatami, zresztą co kto lubi. Na pierwszym miejscu plasowały się więc chrupki wszelakie i ich zapach roznosił się po całej plaży aż do jeziora, od kukurydzianych, przez zwykłe 3psy, aż po wafle ryżowe wcinane ochoczo przez całe familie, zwłaszcza porozsiadane mamusie: mammoo chodź, do wody, no chodź proszę. Ciocia niech z tobą idzie bo ja jem teraz 😉

haha naprawdę coś w tym jest 🙂

Drugie miejsce zajmowały parówki, ooo te zewsząd wyglądały chyłkiem i ochoczo pchały się do ust najmłodszych, którzy po kąpieli zjedliby wszystko i gdyby tak ruszyć trochę wyobraźnią to w tym właśnie momencie można podrzucać co zdrowsze żarełko. A chociażby własnoręcznie gotowane i owoce. Borówek tudzież innych jabłek dostatek w pobliskim markecie i wiejskim sklepiku osławionym na całą okolicę, wiem co mówię bo korzystam. I tak robię, na plaży wciskam synkowi to, czego w domu aż tak chętnie nie ruszy. Nad wodą zmłóci wszystko. Plus domowe. Co nie znaczy, że zapiekanki czasem nie zaliczy.

wiadomo, że to nie Ibiza 😉

Więc w następnej kolejności po parówkach szły kanapki, zawsze coś zdrowszego, a następnie ciacha (jakim sposobem kremy się w nich utrzymały?) i dowożone z pobliskiego Wiatraka tacki frytek w ilościach kilkanaście na rodzinę. Rozumiem, wakacje i to ze mną jest coś nie tak, że się wtrącam i prowadzę niechybnie swe obserwacje (może głodna ciągle jestem i dlatego), no ale…

Tak sobie patrząc na to zacne grono z uwzględnieniem oczywiście facetów

(laski jak laski, pobieżnie okiem przerzuciłam) i co tu kryć, jednak na nich lubię uwagę skoncentrować – to niestety NIC absolutnie NIC ciekawego. Smutne to i żałosne bo podwaliny były ale niestety zniknęły w tonach tłuszczu. Wybredna (wredna też) jestem, to prawda ale nie aż tak żeby trochę wzroku nie nacieszyć. Zwłaszcza, że sport owy od lat uprawiam latem czynnie i aż tak słabo to już dawno nie było. Nie tylko zresztą tu. ZAWSZE coś tam się ciekawego nawinęło. A przecież plaża, nagość, każdy na każdego luka bardziej lub mniej odważnie (bo cóż tu robić ciekawszego), to zależy od przypadku i daleka jestem od oceniania ale… cóż… stało się. Kto zresztą tego nie czyni? Może jedynie się nie przyznać i zaprzeczać, że: niee ja nie, ja na nikogo i niczyje ciało nie patrzę i wzrokiem omijam. Taak, jasne, akuracik. Po tylu latach małżeństwa to chyba można sobie zerknąć, co nie? Może to zdrowo nawet? Mężu, wybacz ale gdybyś był ze mną to logicznym jest, że koncentracja byłaby tylko na Tobie i Twym osobistym brzuchu. A tak lubiąc sobie swoje statystyki prywatne prowadzić wypatrzyłam… 1 sztukę ciekawszego okaza.

boskie ciało to nie wszystko i mnie najbardziej kręci (jednak) intelekt 😀

Może nie był za wyskoki ale wiekiem przystępny, opalony i świetnie zbudowany. Wręcz książkowo. I gdy w końcu na chwilę na tym kocu zaległam nie musząc brodzić nieprzerwanie w wodzie, tudzież mule w poszukiwaniu kamieni i taszczenia martwej ważki i będąc wolną od błota, małż wszelakich i młodego zapatrzyłam się nawet z jakąś tam przyjemnością i relaksem. W kooońcu coś bo już sądziłam, że absolutnie nic na oko ciekawego się do końca smażingu nie nawinie. Człowiek na wsi bowiem atrakcyj spragniony, wypuszczony do ludzi niczym z buszu no i kobietą (sobą może?) bym nie była. Więc ciało boskie przyznać trzeba, zastanawiające jest tylko, że przy takim umięśnieniu papierosa trzymał w zębach ale przecież nikt nie oczekuje poziomu nie wiadomo jakiego jeno wygląd w tym przypadku ma znaczenie, a na urlopie folgować można.

I tak sobie pół leżąc z tym fajnym pejzażem w ślepiach

nagle jakiś cień mi przesłania Adonisa

iii już go prawie nie widzę, za to na plan pierwszy wyłania się olbrzym, z burzą lokowanych włosów i brzuch duży, ogromniasty jak i cały wieloryb zasłaniający złotą tarczę dość dokładnie, naturalnie razem z Adonisem. Takie ot zaćmienie słońca. Eee no weź się facet odsuń… Ale nie, wieloryb stanął, wszystko szczelnie przesłonił i się… mną zainteresował, może myślał, że na niego się gapiłam haha. Uśmieszek strzelił, włosami zawiał i łypał już tak do końca. Nie domyślił się, a może właśnie tak, bo kolegę twardo przed mym wzrokiem osłaniał 😀

Tak więc folklor musi być lecz ja na zapachy wyczulona i kiełbaski w nosie kręcą negatywnie, do tego mix balsamów do opalania, mazideł po i wszelakie pryskacze na komary. Może też się mogłam napsikać bo mucha leśna mnie zaatakowała i to lato upływa mi po hasłem opuchlizna. Alergię mam na ukąszenia i nigdzie ruszyć się nie mogę bo od razu akurat mnie kąsają. Adonisa zresztą tez żarły ale on był chyba wyjątkowo aktywny z charakteru bo i przy żonie nie usiadł ni razu i cały czas coś robił. Może dobrze, wyszkolony prawidłowo, koce trzepał, przypory pływackie suszył, dzieci karmił, dysponował co kto gdzie i jak, w międzyczasie przeszedł kilka razy plażę dookoła, przez telefon gadał, w piłkę grał, pływał, jadł, palił,  a na finiszu w końcu głosik dosłyszałam, który to zapiszczał: oj jak sobie plecki dziś spaliłem, to słoneczko takie ostre 🙂 Padłam. To znaczy leżałam więc bym padła 😉 A to wszystko w 40 minut działo się. Adonis głosik miał niczym myszka i do tego z wielką chęcią operował zdrobnieniami. I znowu na potworzycę wyjdę bo sama też czasem nie omieszkam (jak w tym tekście), no ale umięśniony facet i takie mysie piski? Nieee nooo już lepiej było nic nie słyszeć 🙂 Adonisek na kocyczku 🙂

spocona herbata w bikini lata 😜 i żre same ogórki z sałatą 😉 a później każdy każdemu czegoś tam zazdrości: ci co jedzą bez opamiętania figury chudszym, a ci co poszczą bezkarnego żarcia innym 🙂

Ale czego się dla dziecka nie robi, które chce do innych dzieci, a w takich spędach to wiadomo, że ich cała masa. Plażing dość zabawny jednak basta i ni grama więcej… Po takim doświadczeniu zaraz się docenia własny grajdół z ograniczoną ilością ludzi i nowym pomostem całym w słońcu 🙂 YO

można i tak 😉

Na zakończenie historyjka króciutka 😉 :

idą deptakiem plażowym 3 babeczki, jedna naprawdę otyła, druga okrąglejsza i trzecia najszczuplejsza. Ta pierwsza wcina gofra z bitą śmietaną, owocami, polewą i rodzynki też mi błysły (znowu herba głodna i zazdrosna), druga gofra z owocami, a trzecia same owoce w kubeczku z jakąś tam polewą podjada. Yyy a ta znowu na diecie – mówi ta pierwsza upaćkana śmietanką dobrze ubitą… 😉

JESTEŚ TYM CO JESZ 🙂

Warto o tym pamiętać. Nie jęczęć, brać na klatę albo… próbować coś zmienić. Bo później zasilamy koncerny farmaceutyczne i stoimy w kolejkach do lekarzy na co i rusz jakieś schorzenia. A dieta ma w 60-ciu % znaczenie jak funkcjonuje nasz organizm i jak funkcjonujemy my, razem z naszym duchem. Nie chodzi o katowanie się ale mądry wybór. Poza tym KAŻDY naprawdę każdy dobrze by było gdyby przynajmniej raz do roku przeprowadził detoks organizmu. I o tym jeszcze jakiś tekst będzie poparty dowodami herbacianymi 🙂 YO

herbaciany synek wcina na plaży borówki 😀 plus prowiant przygotowany przez mamę: kanapka z żółtym serem, pomidorowa w słoiku i kotlet z piersi kurczaka 🙂

 

lęki myte deszczem i zabite marzenie

Deszcz

może i piękny jest. Może nastrojowy i może ma jakiś tam (nawet) swój urok. Wydzwania o dach te swoje melodie i robi się rzeczywiście klimatycznie. Po mimo ponurości chmur niesie ze sobą magię. Nawet w nocy kiedy człowiek zbudzi się przez szum wiatru i słyszy wielkie krople, a sam leży w ciepłym łóżeczku odczuwa romantyzm chwili. Bardziej słychać go jak uderza o dach domu niż o blokowe szyby. Czasem może niebo płacze ale to wersja bardziej nostalgiczna (dla smutasów).

wyszliśmy do lasu na grzyby prosto w…. burzę 🙂 maamoo, nie jesteśmy przecież z cukru, nie? 😉

Tak czy inaczej woda z nieba potrzebna jest każdemu, a już na pewno stepowemu klimatowi Wielkopolski 😉 Na dowód, że ten region Polski właśnie stepowieje leje sobie po prostu kilka dni ciągiem. I wszystko ładnie pięknie ale do pewnego momentu. Bo będąc posiadaczem dziecia czasami można już ogłupieć z „nadmiaru” wrażeń. Trzeba posługiwać się nie lada wyobraźnią i kreatywnością żeby te godziny jakoś zagęścić i zagospodarować. Narzekając na ogólne braki czasowe w dni ulewne nagle okazuje się, że dzień robi się z gumy, flaczeje, a minuta za minutą wolno płyną wyjątkowo. A dziecko chce atrakcji, zajęć i ile można grać w Angry Birdsy czy Train Station lub inną Piglly. Pomijając nie pedagogiczne udostępnianie swojego laptopa na dłużej niż godzinkę to znudzenie ogarnia i dużego i małego.

deszcz nie deszcz podwórko wzywa 😀

Malowanie fajna rzecz i śmiało korzystamy z używania farb wszelakich, kartek, kartonów, arkuszy w domostwie wynalezionych i innych przydatnych wstążek do czynienia prawdziwych dzieł sztuki. Przymusowy odpoczynek nie jest jednak tym co poniektórzy sobie cenią czy lubią w nadmiarze i niemożność biegania, pływania i uprawiania innych grzybów bardzo mierzi, żeby nie powiedzieć dołuje. Cóż bowiem po tym, że chciałoby się jak nie można.

nieskoszona trawa miejscem jadowitego przestępstwa stała się 😉

W moim osobistym przypadku zbiegło się dobrze w czasie bo zostałam pokąsana, tudzież oparzona rośliną jadowitą lub innym robalem nieco bardziej toksycznym. Opalając się na brzuchu, na zwykłym moim ogrodzie i jeszcze zwyklejszym kocu, trzymając stopę poza nim nagle poczułam ogromne swędzenie jej wierzchu. Po 10 minutach spuchła niemal jak bania i nie powiem, wystraszyłam się nico (zwłaszcza zakłóconej estetyki). Śladów po ukąszeniu zero, a ona jak szalona się powiększa w oczach. Z racji oddalenia od jakichkolwiek ośrodków medycznych poszedł ocet i propolis. Punkt apteczny kilka kilometrów dalej czynny (aż) do 15, a lekarz to już w ogóle o takiej godzinie w przychodni nie bywa, zresztą ta zamknięta na 10 spustów. Najbardziej ucieszyło się oczywiście dziecko: mamo, jedziemy na pogotowie? no pooowiedz, że jedziemy z tą twoją stopą na pogotowie… ja tak bardzo chcę 🙂 no tak 🙂

EDIT: po skoszeniu trawy okazało się, że niedaleko mojej miejscówki zagnieździły się jakieś dziwne mrówki targające jeszcze dziwniejsze jajeczka, obrzydliwe i zapewne wysoce trujące 🙂 Mężu, to nie wina diety! 😉

Dzieci cieszą się ze wszystkiego i wszystko potrafią obrócić na pozytywne ale może to wynikać z ich nieświadomości. Bo skąd mogą wiedzieć nie bywając w takich miejscach co kogo czeka. Książeczki podsycają ciekawość, wyjące karetki i inne ambulanse stanowią czystą rozrywkę, a środek pojazdu to już w ogóle atrakcja nie do przecenienia: mamo, może jednak wezwiemy prawdziwą karetkę do tej twojej nogi? 

gdyby nie moja mama nigdy nie byłabym sobą, walczyła o mnie jak jak lew ❤️❤️❤️ synek Ją uwielbia i wcale się nie dziwię ❤️❤️❤️
Czy my dorośli możemy przejąć coś z tego dziecięcego zachwytu?

Może warto próbować podejść do życia jak do przygody, ciekawej niewiadomej, a nie biadolić i dawać się ponieść swoim lękom i ograniczeniom? We mnie synek rozbudził lęk właśnie pytaniami o szkołę i zerówkę do której w przyszłym roku pójdzie. Nagle dopadły mnie traumatyczne wspomnienia i próbuję przesterować tę swoją głowę, że nie każdy przecież tak miał. Nie chcę opowiadać mu (przynajmniej nie teraz) o różnych koszmarach, które przeżyłam, prześladowaniach przez nauczycieli, rozwodzie rodziców, który w małym miasteczku okazał się polem do wyżywania się na mnie pań nauczycielek bo ojciec nie przychodził już i nie rozmawiał po męsku. A matkę miały za nic (znowu napisałam dosłownie ale tak po prostu jest, że z facetami te piczki liczą się zupełnie inaczej). Nie chcę straszyć go moją wstrętną koleżanką z wystającymi zębami i grubymi okularami, która nienawidziła mnie jak psa, podkładała świnie, buntowała innych bo miałam soczki z Niemiec (ze słomką-co za wydarzenie), które przynosiłam do szkoły i którymi chętnie się dzieliłam z innymi. I za to obrywałam, za to cierpiałam, że miała i dała, że przychodzili do mnie do domu, korzystali z zagranicznych słodyczy, koleżanki pożyczały ciuchy, a później miały jawne pretensje, że ja mam, a one nie. Zębata ciągnęła się za mną do liceum i tam też niestety na nią trafiłam. Prawie mnie wykończyła psychicznie z zazdrości, że grałam w amatorskim teatrze Macochę w Kopciuszku i w zasadzie to moja rola wybiła się na plan pierwszy. Ludzie przychodzili (również do teatru) zobaczyć właśnie mnie 🙂 Ona była Ochmistrzynią. Napisała mi kiedyś w pamiętniku taki wierszyk, który utkwił mi do dziś:

Ja cię ko… ale nogą

Ja cię lu… ale wodą

Ja cię ści… ale drzwiami

taka przyjaźń między nami.

miałam wrażenie, że się od niej nie uwolnię…

Zabite marzenie

Zabawne, prawda? Ale jednak ona naprawdę kierowała się tą zasadą z czego zdałam sobie sprawę parę lat później. Skoro jednak to zapamiętałam – znaczy wryło się i już. Z liceum musiałam odejść, nastawiała ludzi przeciwko mnie, nauczyciele wtórowali, że jestem aktoreczką i dawali pały za nic. Dlaczego? Nie wiem. Czy ktoś, kto się czymś wyróżnia, np. talentem zawsze obrywa, czy może w większych miastach jest inaczej?

Mam nadzieję, bo aktor z Wrocławia (co za zbieg okoliczności) prowadzący to kółko przygotowywał mnie do zdawania do szkoły teatralnej o czym marzyłam i może nawet bym się dostała. Kto wie? Niemniej jednak zniszczona przez grupę, która to nagle przestała się do mnie odzywać, a niektóre koleżanki trzymając z tamtą smutno się do mnie uśmiechały i widziałam zażenowanie w ich oczach skutecznie zabiły moje marzenie (oczywiście sama to zrobiłam niewiarą w siebie i brakiem odwagi). Aktor też odszedł bo nie miał z kim pracować i nie podobało mu się to co zrobiły. Nie odważyłam się więcej po nie sięgnąć. Nie maiłam siły walczyć z wronami i dałam się pokonać. Poszłam inną drogą, przynajmniej z dala od Zębatej małpy. Paradoksalnie silniejsza. Później spotykałam te same dziewczyny w różnych okolicznościach małego miasta, które zawsze czuły się w moim towarzystwie dziwnie, jakoś tak pytająco na mnie patrzyły ale nie, nigdy nie maiłam do nich żalu. Wiedziałam, że dały się zmanipulować jędzy i nie potrafiły przeciwstawić jej sile przebicia w atakowaniu kogoś kogo sobie upatrzyła. Może bały się, że spotka je to samo? Tylko paru chłopaków trzymało do końca ze mną sztamę i jak się okazuje na facetów zawsze mogłam liczyć 🙂 Ups, padło na mnie. Taki los. Że zawsze w tych szkołach się wyróżniałam na tle innych nie odzywając się nawet i siedząc w przysłowiowym kącie w worku.

bad bea, chodzi i myśli 🙂 im bardziej się ktoś boi tym bardziej odważne postawy przejawia 😉

Były też dobre wspomnienia, chociażby z handlówki ale one są kompletnie przysłonięte złymi. Przynajmniej teraz. Nagle pojawił się we mnie paniczny lęk, nie jak synek da sobie radę tylko jak JA sobie poradzę. Czuje się jakbym to ja miała iść do szkoły, a nie on. Mam stracha przed nauczycielami i konfrontacją z ludźmi ze szkół. Wiem, że będzie trzeba to przełamać, że potrafię i dam nawet radę.

Może jak minie PMS zacznę bardziej przychylnie patrzeć na swoją przeszłość i skupię na tym co dobre. Na ten moment jednak od (częstych) pytań dziecka o szkołę śnią mi się w te deszczowe noce koszmary. Budzę się i nie mogę spać bo przypomina mi się to wszystko, a synka nieco ściemniam, że szkoła jest super i opowiadam te pozytywne strony. Pełna obaw nie chcę go do niczego zrazić. I powtarzam sobie, że to dopiero za rok, że się przygotuję psychicznie i przeprogramuję umysł. Ale każde pytanie działa na mnie trzęsawką w środku. Wszystko wróciło.

Lęki siedzą czasem głębiej niż się spodziewamy i wychodzą z dużym opóźniaczem. Niby przecież to przepracowałam, niby się uporałam z przeszłością, a jednak nie do końca. Spodziewałam się nawet w jakimś sensie powrotu do tych wspomnień jednak nie sądziłam, że do tego stopnia we mnie siedzą. I to nie on się boi tylko ja. Przeszłość jednak nie istnieje, jest „tylko” tu i teraz co nie zwalnia mnie z odpowiedzialności ze zmierzeniem się z tą marą. Dla niego i przede wszystkim dla swojego wyzwolenia i SIEBIE.  Bo nie chcę projektować dziecku swoich negatywnych przeżyć. Dlatego opowiadam mu, że szkoła to wspaniała przygoda i będzie fajnie. Dziwnie się trochę czuję bo chciałabym w to wierzyć.

wybaczam wszystkim i wybaczam sobie OMMM OMMM OMMM

a dzisiaj jest pierwszy dzień reszty mojego życia 🙂

to oczywiście wyrywek z życia herbaty, a takich przeżyć, kolorowych i szarych, a nawet czarnych ma znacznie więcej 😉

relaksik, tym razem pytań o szkołę nie było 😉

W moim konkretnym przypadku niektóre teksty są swego rodzaju katarsis i… tak się stało też tym razem 🙂 Koleżankę nazwałam sobie może mało ładnie, zgadzam się ale nie wszystkie brzydule są w porządku. Kto przeczytał temu dziękuję i pozdrawiam serdecznie 🙂 bea

nurek

Mamo, język mi się dziś wygina i czasami jest łacina 😉 

Więc jak to często bywa można sobie plany robić, snuć, pleść niczym sieć pajęczą, a realia okazują się zgoła odmienne od zakładanych. A już najbardziej nie wiem po co w ogóle na cokolwiek się nastawiać. Chyba żeby potem przykro było, że szlag wszystko w sekundę trafił.

I tak wracając na wiejskie rozdroża roztaczając w głowie sielską wizję niedalekiej przyszłości uderzyłam nosem w beton. I po co mi to było? Jak siem mogłam tak zapędzić w swej pewności, że wszystko ułoży się ściśle według mych założeń? Wszak życie to nie żadna stała, płynie sobie w różne strony i nawet może niekiedy nie wiemy na początku CO jest dla nas takie dobre. A czasem może nam się po prostu tylko coś wydaje 😉 ? A może warto przyjmować każdy scenariusz jako dobrą niewiadomą, niespodziankę losu i przygodę życia? Czy nie było by za nudno gdyby wszystko układało się pod linijkę własnego perfekcjonizmu i wyimaginowanych czasem założeń? I czy nie jest zbyt dużą ignorancją myśleć, że nie ma innej możliwości 🙂 ?

sen prawdę powie 😉

A miałam kilka dni przed wyjazdem sen, w którym to dochodzę do mojej żółtej strzały, a tu flak, flaczysko w oponie przedniej przeokropne, zupełne i całkowite. Przebudziwszy się zaczęłam kminić i wykminiłam, że najsłabszej (ze snu) opcji zakładać nie można, nie będę, że znowu zamiast pozytywnie myśleć to kombinuję i przyczepiam się wersji najmniej ciekawej, że znaczenie co najwyżej może być odwrotne i takie tam tym podobne. Po południu mąż oznajmia, że ma dla mnie prezent, przynosi i wręcza mi z (samo)zachwytem… dętkę do roweru, że kupił przypadkiem, pod wpływem sam nie wie czego i mam ją zabrać. Wtedy sen wyśniony opowiedziałam i nawet trochę się śmialiśmy. Dętka podróżowała więc sobie w aucie i dopiero przed wyjściem na peron z bagażami po zęby utkanymi facet wciska mi ją mówiąc: masz, schowaj, na co ja: że gdzie, miejsca nie mam, nie biorę, po co, na co on stanowczo: CHOWAJ i już, do torebki 🙂 To schowałam.

Na ogród wypuszczona idę więc na ogólne oględziny terenu, podchodzę do Strzały, macam koło (wszystko identycznie jak w śnie) i… miękkie ale się (jeszcze) pocieszam, że nie tak bardzo. Myślę sobie może mnie się uda dopompować (sen ominąć) i próbuję, wtykam, dotykam, przyciskam, nic… Chyba pary w ręce nie mam, dalej brnę w swe rozważania, alle niechybnie (nagle jakoś przypadeczkiem) wentyl chyba dotknęłam (?) i nagle pufff psss szybko reszta powietrza umknęła bezpowrotnie w atmosferę… Czyli sen się ziścił dość dosłownie bo zostałam sama jak taka dętka z rozciapanym kołem 🙂 A w głębi serca czułam, że przewrotność tej majaki może być dosłowna więc tak czy inaczej przygotowana byłam (podświadomie może bardziej) na każdy efekt 🙂

Ups… było nie ruszać. A śniło się jej przecież, że flaka miała to gdzie te palce pchała? Jeszcze oburzona, sfochowana, że plany na przejażdżkę były i w tak diabelski sposób się zmyły.

Niby prosta sprawa – zmienić dętkę. Tak mnie mąż pocieszał, weź klucz i sama odkręć, a później zawieź do wulkanizacyji. Noo jasna sprawa, łatwizna, a gdzie klucze? Ba, we Wrocławiu 🙂 Tutaj nożem operuję i czasami zamiast młotka tłuczka do mięsa używam 🙂 Szczęściem całym, że już ją w ogóle (tę dętkę gwiazdę) miałam bo na wsi cisza, spokój, nawet psy (dupami) nie szczekały. Żar z nieba. I szczęście wtóre, że znajomy mamy przyjechał i mi to naprawił (imiennik mojego ojca, a nazwisko identyczne jak nazwisko drugiej żony tegoż samego ojca mego haha – taki psikus dzikus). No i rzecz najważniejsza, nie ma jak własny facet co to niekiedy wyprzedza rzeczywistość i czasem nawet rację MA 🙂

Oddaliłam się więc od domostwa pieszo w stronę plaży żeby burdy niepotrzebnej żadnej nie zrobić i wyhasać enerdżiję skumulowaną już podróżą plus nadciągającym PMS-em (taka ta herbata nie subordynowana była i w betonie koniczynę jeno raz zaparzyła). Niebezpieczna Herbata…

hrbata czasem stąpa po cienkim gruncie 😉

I tak (zanim rower uległ postawieniu na dwie nogi) z dwoma kilosami na plusie postanowiłam odwiedzić pomost i medytować jak jakiegoś (w miarę sensownego) naprawiacza koła do siebie przyciągnąć.

Poddać się podświadomości, która w swej twórczej sile każdego zawsze prowadzi tylko nie każdy chce to dostrzec i podchwycić 🙂

A jak już się rozebrałam i tak na tę wodę (po)patrzyłam to dylemat szybko mi się w głowie urodził. Moczyć się czy nie? Ryzykować lodowatość wody i pozostać suchą wygrzaną gorącą herbatą czy jednak zrobić to co zawsze i wykorzystać chwilę lata pełną piersią 🙂  Obie argumentacje bardzo przekonujące były bo druga strona podpowiadała, że w końcu wyszłam sama, bez psa, dziecia, męża i innych dodatkowych ciągutek, upał, jezioro czyste no i w tym sezonie jeszcze aż tak bardzo nie pływałam (a w zasadzie wcale).

Takie zajebiste to nasze polskie lato, że 9 miesięcy zimno, a później to już tylko lieto i lieto 😉 Czułam też, że zanurzenie dobrze mej psychice zrobi, hipotonię nieco zniesie i ciśnienie (paradoksalnie) podniesie, zmyję z siebie brudy mentalne wszelakie przy okazji też, trochę trzeźwiej na świat spojrzę no, a jak będą wodorosty to zawrócę. Wiadomo, że nie zawracam nigdy i nawet jak woda prądem mrozi to jak już zdecyduję się do niej wejść i tak wejdę. Teraz nie wiem czy to błogosławieństwo czy przekleństwo raczej? Że nie odpuszczę i nie cofnę się do punktu wyjścia. Nigdy przenigdy nie zdarzyło mi się nie przepłynąć jak już pupę zamoczyłam. Nie ma odwrotu 🙂 Lubię to wyzwanie, błahe może, zgadzam się, ale mi pomaga 🙂 Przełamuję swoje ograniczenia i grzech główny LENISTWO. Na nie człowiek bowiem zawsze ma wytłumaczenie i rozsądne argumenty. Tu jakaś szczepionka by się przydała i zastosowanie pożyteczne znalazła.

Było bosko, przywitanie z wodą potwierdziło moje przypuszczenia i poczułam się jak nowo narodzona (dopóki nie przypomniałam sobie o rowerze haha). Taki nurek był mi niezwykle potrzebny. Na siłę też przekonałam swój umysł, że plany czasem się zmieniają. Mogą i nawet prawo do tego mają i skoro tak to widocznie mam się opalać i odpoczywać, a rower w końcu naprawi się sam. Co prawda ograniczenie wolności kąsało silnie plany i postanowienia spokoju wszelakiego ale pokonałam wewnętrzną zmorę 🙂 I jak już się rozłożyłam i dupkę przypalać zaczęłam to rozwiązanie samo przydreptało, a w zasadzie nadjechało.

Suki nie wspominam (nagminnie i bez potrzeby) ale jednak pierwszy spacer bez niej sommerową porą od 13 lat był nieco dziwny. Nostalgiczno-romantyczny, podszyty swoistym urokiem, że za nikogo nie jestem odpowiedzialna 🙂 W takim sensie, że mogę się do woli zagapiać, zawiesić, zamyśleć i nikogo nie zgubię. Co mi się tak dosłownie nie zdarzyło ale jednak parę razy nie mogłam jej wzrokiem odszukać jak tak zatonęłam gdzieś nie wiadomo gdzie ponad ziemskie postrzeganie.

We ❤️❤️❤️

Poza tym zastanawiam się jak to jest, że

jak ludzie są razem to się żrą, a jak tylko na chwilę rozstaną to od razu tęsknią i beczą?

Istna Casablanca. I czy oby ta tęsknota nie jest lekko przereklamowana skoro później wracamy do starych schematów? I znowu jak za długo na wspólnym gruncie bytujemy to trzemy i trzemy aż iskry lecą?

Ale znam historie par, które całe wspólne życie się kłóciły, szantażowały rozwodami itp, a później i tak siedziały przy sobie cichutko jak trusie i rżnęły głupa, że w ogóle o co chodzi? Tak więc czasem lepiej nie brać na poważnie co tam ci partnerzy wygadują, bo sobie pogadają i zapomną 🙂 A znajomi/przyjaciele się później martwią. Para to odrębny byt co to swoimi prawami się rządzi, często niezrozumiałymi i z kosmosu. I lepiej nie próbować pojąć zjawiska bo tego nie ogarnia nawet ona sama 😀 W ostateczności się rozstają ale to w przypadkach skrajnych kiedy z miłością związek za wiele wspólnego nie miał, YO

Herbata sunie na górkiej rowerzycy w całkiem zielonej szalonej spódnicy. Myśli o sobie jak o zwykłej beacie, a jest zanurzona w topowej mery-nacie 😉

dzieci (nie)małpy

Mamo (i wszyscy co wrażliwsi), ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem 😉 

Zastanawiam się co sprawia, że rośnie nam pokolenie dzieci małp? Czyli takich, które recytują, śpiewają piosenki, co poniektóre nawet posługują się językiem nieco bardziej biblijnym, skomplikowanym nawet i potrafią wymienić 5 grzechów głównych, a nie rozumieją prostych zasad jakże potrzebnych w codziennym życiu. I dla jasności nadmienię, że nie nie mam nic do nabywania artystycznych umiejętności naszych pociech tylko niech to idzie w parze z rozmowami i tłumaczeniem dzieciom co jest dobre, a co złe. Niech to nie będzie głównym punktem naszego zachwytu, zaśpiewałeś to odejdź do swojego pokoju. Jak w cyrku.

Np. czy nie poświęcamy dzieciom za mało czasu? Czy traktujemy po partnersku i dzielimy swoimi doświadczeniami stosownie do wieku? Czy cieszymy się na kolejne tysięczne to samo pytanie czy może odsyłamy dziecko z kwitkiem (tłumacząc sobie nasze zachowanie zmęczeniem, problemami itp.)? Może jestem już nudna ale to takie ważne dla nas i jakości naszego życia, a już na pewno dla najmłodszych …

Czy jestem idealistką?

Oczywiście wiele czynności związanych z pociechami jest bardzo prozaiczna ale jako rodzic, matka, coraz dłużej pełniąc tę funkcję dociera też do mnie, że czujności nie można tracić ani krok, tym bardziej z dziećmi, których się nie zna. Przeraża też jak szybko one wszystko chłoną i chwytają. Przeraża mnie bo okazuje się, że przebywanie w towarzystwie agresywnego dziecka może tę agresję przenieść na siebie, a czym dłużej jest pod wpływem kogoś nie fajnego tym jednak gorzej.

Nikogo nie zamierzam oceniać, tym bardziej dzieci. Dzieci same w sobie są niewinne, często padają ofiarami dorosłych, a owi dorośli też kiedyś dziećmi byli i padli ofiarą innych dorosłych. Tak więc po trosze mniejszej lub większej

wszyscy jesteśmy ofiarami ofiar.

Dlatego wybaczam najmłodszym i staram się wybaczyć też dorosłym. Chociaż przyznaję lekko nie jest. Z perspektywy „zwykłego” człowieka, który sobie po prostu żyje całą złością można by obarczyć dziecko i czyta się czasem w necie o potworach bachorach ale czy ktoś próbuje chociaż odrobinę wpłynąć na sytuację tych dzieci, które zachowania wynoszą z domu? A w konsekwencji przenoszą je na grunt publiczny.

nie jest lekko wypuszczać dzieci w świat…

Przeraża mnie, że wypuszczę dziecko w świat pełen dobra ale też pełen zła. Nie chcę zamykać go w kloszu, nie mam takiego zamiaru ale już boli agresja, z którą prędzej czy później mojemu synkowi przyjdzie się zmierzyć. A jest bardzo wrażliwy i empatyczny. Nie dziwię się też niektórym rodzicom, że sami dokładnie dobierają towarzystwo szkolne i do zabawy, a nawet chronią się w enklawach przez siebie stworzonych. Czy pani w szkole, która ma 30 uczniów w klasie jest w stanie wychwycić każdą patologię? A może nie chce ryzykować swojego spokoju i etatu? Zniszczenia przez chorych rodziców, którzy uważają, że nauczycielka przesadza…

I zastanawiam się czy tak było zawsze? Możesz Drogi Czytelniku wyśmiać mnie za te rozważania ale one pojawiają się w umyśle matki analizatorki czy tego chce czy nie. Bo nie przypominam sobie jak uczęszczałam do takiego przedszkola żeby małe dzieci na siłę wkładały komuś np. kamienie do buzi. Jakoś kompletnie nie kojarzę takich akcji prócz błahych wyskoków w porównaniu do tego. Czy dziecko, które zna na pamięć 10 przykazań bożych, a rodzic chełpi się tym szeroko wie o co w tym wszystkim chodzi? Czy to dziecko rozumie co klepie z pamięci? Chyba nie skoro później idzie i bije młodszego/słabszego. Nikt mu po prostu nie wytłumaczył przerzucając odpowiedzialność na tymczasowych opiekunów.

Stwierdzenie katole-psychole samo ciśnie się mnie na usta. Pod płaszczykiem religijności czynienie drugiemu zła zamiatanego pod przysłowiowy dywan. Przyzwalanie na przemoc. Nie usuwanie agresora z towarzystwa, a zmuszanie do odejścia tych, którzy zostali skrzywdzeni. Czy to logiczne? Normalne? Dla mnie CHORE.

Historia dotyczy pewnego 6 latka, który to już rok temu na imprezie dziecięcej wykazywał paskudne tendencje szerzenia przemocy. I o ile młodszy robił to w sposób łagodniejszy o tyle czym starszy tym sieje większe zagrożenie. Do tego stopnia, że pewna rodzina z poza naszego kontynentu musiała zabrać dzieci z przedszkola tak były prześladowane. I znowu zastanawia mnie reakcja społeczeństwa, która to daje przemocowym rodzicom przyzwolenie na dalsze przemocowe praktyki, a dziecku poczucie wygranej. I umocniło go to w przekonaniu, że jego zachowanie jest przecież okej. Bo to poszkodowane dzieci musiały opuścić grupę, a agresor został. I nawet żaden psycholog nie brał udziału w rozmowach (a może brał ale bardzo słabo i nic o tym nie słyszałam). Może też to ze mną jest coś nie tak ale czy to nie ten chłopiec miałby ponieść konsekwencje? Czyżby aż tak bardzo wychowankowie bali się reakcji rodziców, że NIC kompletnie w tym kierunku nie uczyniono? Nie żal im dziecka, które jest regularnie bite i szarpane? Jak takie dziecko ma się zachowywać? To nierealne oczekiwania względem niego, którym nie sprosta. Naprawdę NIC nie można próbować zrobić? Jedynie litować się nad takim dzieckiem przyzwalając mu na destrukcję? Przecież to go nauczy jeszcze wstrętniejszego zachowania! Czym będzie starszy tym bardziej bezkarny! No skądś się to wszystko bierze! Dlatego w niektórych państwach dzieci, których rodzice zachowują się agresywnie wiedzą gdzie dzwonić po pomoc. A nie udawanie, że nic się nie stało. Bo źródło najczęściej leży w rodzicach i tam się to wszystko zaczyna. A później te potrzaskane dzieci kontynuują i uczą kolejne dzieci zachowania krzywdzącego innych. Może trochę w myśl zasady: z kim przystajesz takim się stajesz. Dzieci to gąbki, które wszystko chłoną, chłoną więc też negatywne wzorce. Dzieci, które dają się sprowokować i podejść takiemu małemu oprawcy (czasami z lęku żeby przemoc nie odwróciła się przeciwko nim) kompletnie nie kumają co robią, a jak dojdzie do jakiejś tragedii wtedy zaczyna się lament. A my rodzice wiemy z kim przebywają nasze dzieci czy tak naprawdę wolimy nie wiedzieć/widzieć? A w przypadku kata zachodzi bardzo silne uwikłanie psychiczne bo ktoś kto jest poniżany i szarpany będzie w taki sam sposób postępował również w celu poczucia się lepszym, dowartościowanym, że skoro ktoś zgnoił mnie to ja zgnoję kogoś i poczuję ulgę (chwilową). Przecież dziecko NIE ROZUMIE tego co się z nim dzieje.

Są ludzie dobrzy ale naiwni

i na słowo wierzą, że ktoś się zmienił. Tylko na słowo czyje? Rodziców? Bo chwilowo ucichł, a może właśnie lepiej się ktoś taki kryje i swoją politykę przeprowadza w inny sposób, bardziej zakamuflowany? I można powiedzieć, że przesadzam bo dzieci to „tylko” dzieci  ale nie, proszę Państwa. Dzieci kształtują się przy nas i są naszym odbiciem. Zachowania agresji i przemocy jeżeli taka jest obecna w domu nie wietrzeją, nie znikają i nie rozpływają się. One się jeszcze bardziej wżerają, zaczynają być sposobem na życie bo dziecko innej metody po prostu nie zna. Czy w katolickim przylądku można mieć oczy zamknięte na bicie? W żadnej instytucji nie może być coś takiego akceptowane! Niedopuszczalna jest przemoc jakakolwiek, tym bardziej na niewinnych i bezbronnych maluchach. I współczuję bardzo temu dziecku ale ponad wszelką wątpliwość chcę chronić swoje.

Nie wiem co to będzie jak ruszymy do szkoły. Czy będę w stanie milczeć, nie widzieć i nie słyszeć? Przykro mi, że mój synek otwarty i szczery trafił na takiego małego prześladowcę, który starszy będąc świadomy w tym co robi, z premedytacją, wyrachowaniem i założonym planem namawiał kolegę do przemocy na moim dziecku. Nakręcał spiralę agresji, szarpania, szydzenia, oddzielania od grupy kogoś, kto mu się nie spodobał. Rozumiem wszystkie jego pobudki ale NIE USPRAWIEDLIWIAM. Na szczęście nic takiego się nie stało bo dorośli kontrolowali sytuację (chociaż rodzica chłopca ani jednego nie było na miejscu), a synek jest bardzo dzielny i waleczny i bronił się bez płaczu i skargi. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że ma się w tym świecie bronić właśnie i w razie czego przyłożyć.

Wolę chodzić i tłumaczyć się z bójki niż reanimować moje dziecko z potłuczenia psychicznego…

A z takich małolaty się czasem nie podnoszą. Ogromna fala samobójstw jest obecnie wśród nastolatków, którzy nie mają żadnej sensownej podpory wśród zapracowanych rodziców. Spychologia jest bowiem chorobą naszego wieku. Najpierw cały prawie dzień dzieci spędzają w przedszkolu czyli chowają je obcy ludzie, później szkoła i podwórko. Śmiało można założyć, że z takiego chłopca, który mając 6 lat zamyka siłą młodsze dziecko w szafie i trzyma żeby nie wyszło, wpycha komuś kamienie do buzi itp. rośnie przestępca i bandyta, który mając lat 14 może doprowadzić jakiegoś nastolatka do czegoś znacznie gorszego. Wrzucając np. głupi filmik do internetu lub szczując całą grupę. Prowodyr, który zamiast być w porę wyłapany, a rodzina targana po psychologach umacnia się w swojej patologii. Umacniają się rodzice, którzy mają w nosie co się z ich dzieciakiem dzieje i są w 80% społeczeństwa polskiego, które stosuje przemoc i sądzi, że to normalne. Do tego co poniektórzy mogą zakładać, że szkoła jest od wychowywania, a dom to już niekoniecznie.

Jak się to ma do wiary? Ano ni jak.

Jesteśmy dokładnie tacy sami jak (znienawidzeni przez większość Polaków) wyznawcy islamu.

Katoliccy islamiści, nic absolutnie NIC nas od nich nie różni. Psychole mordujący w imię chorej doktryny panoszącej się w mózgu zindoktrynizowanym od niemowlęctwa religią. Tu podobnie, ręce złożone, a dziecku wpierdol.

Mimo wszystko żałuję (jeszcze) dzieci. Swojego, cudzego, każdego. Bo wiem, że nie one odpowiadają za swoje zachowania. To my rodzice ponosimy 100 procent odpowiedzialności za nie. Nie koledzy, szkoła, nauczyciele, ulica. NIE. MY jesteśmy za to odpowiedzialni i my przyczyniamy się do tego. My hodujemy psychopatów swoją tresurą i brakiem czasu. A dalej często milczeniem, które jest przyzwoleniem na przemoc. Tym, że boimy się odezwać i zająć jakieś stanowisko. Tym, że nie wierzymy, że coś da się zrobić i znajdziemy sojuszników. Tym, że odwracamy głowę i nie będziemy się wpieprzać w cudze życie. Tym, że dzisiaj mamy w nosie czyjeś bite dziecko, a jutro ktoś w tym samym nosie będzie miał nasze.

Nie chcę tak. Nawet jeżeli cena będzie wysoka nie chcę zaliczać się do milczących świadków agresji i dramatów. Nawet jeżeli nikomu nie pomogę to pomogę sobie, że próbowałam coś zrobić. A widzę, że przygody dopiero przed nami. Oby jak najlżejsze 🙂

Może więc warto żeby to dziecko chociaż latem, w wakacje, targało się przy tej matce czy ojcu, zostało w tym domu, odsapnęło i złapało równowagę/dystans. Później dzieci wracają za szkoły czy przedszkola podenerwowane, krzyczą albo się wstrętnie zachowują, a w domu dostaną jeszcze za to opieprz zamiast wsparcie i rozmowę. No MUSZĄ SIĘ GDZIEŚ ODREAGOWAĆ!!! Biedne małe istotki wypuszczone na ten świat walczą, radzą sobie jak potrafią, borykają się z historiami, których nie jeden z nas nie chciałby przeżywać. Dorosły wyżyje się na partnerze, dziecku, psie, a ten maluch nie ma uczuć? On nie musi rozładować napięcia? To takie smutne jak traktujemy dzieci. Jak małpy w cyrku, które mają ładnie wyglądać i wiersze klepać ale wyć i złościć się to już be, nie można, nie wypada, dzieciak ma znać swoje miejsce w szeregu etc. A później stawiane nierealne oczekiwania wobec tych dzieci powodują w rodzicach jeszcze większą frustrację. Nie wspominając o szacunku jakiego się domagają tylko czy sami szanowali?

Czy można oczekiwać od kogoś czegoś czego samemu nie potrafi się okazać?

Nie bądźmy później zdziwieni, że dzieci dorastając nie mają dla nas czasu ani serca. Wiem od młodych ludzi, że w przeważającej większości nie mają nawet swoich „starych” wśród znajomych na fejsbuku. Sami na to pracujemy. Że będą chciały jak najszybciej zapomnieć o swoim dzieciństwie pełnym łez i cierpienia. Gotowi odlatywać do innych krajów byle tylko dalej od wspomnień. I coś co dla dorosłego jest incydentem dla dziecka może stanowić traumę na resztę życia.

nie zawsze jest tak spokojnie…

Nasz synek przez kilka godzin dochodził do siebie, krzyczał i płakał. Na zmianę lamentował i histeryzował. Sam wszystko dokładnie opowiedział. Dostał szansę na odreagowanie i zawsze ją od nas dostanie. Bo jest takim samym człowiekiem jak my i ma dokładnie takie same prawa. Do szacunku i wyrażania złych emocji też.

I zdecydowanie rozsądniejszym wyjściem jest stosowanie antykoncepcji niż zachodzenie w niechcianą ciążę. Bo niektórzy ludzie lepiej żeby dzieci nigdy nie mieli. A wpadają i stają się często rodzicami z przymusu nie dając rady podjąć się nowej roli. Plus to, że nie czytają takich tekstów…

nożycoręka

Mamo, nie ma przekleństw (noo może jedno malutkie), możesz czytać 😛

Wszystko ładnie pięknie ale bycie fryzjerką z przymusu może wpędzić człowieka w zakłopotanie. Pierwszych kilka razy okej, człowiek włoski podcinał z radością nawet, z przyjemnością jakąś też jednak im dalej w las tym ciemniej.

lepiej za daleko w las nie chadzać z gołymi nogami 😀

I tak bardziej odrośniętych włosów nie idzie uciąć prosto, dziecię wierci się i kręci, a pójścia do prawdziwego fryzjera stanowczo odmawia. Oczywiście, powie ktoś, że trzeba było się kiedyś uprzeć, że z przymusu, jedynie tylko tak do tego dojść mogło bo żadne formy przekupstwa ani propozycji nie do odrzucenia od początku w grę nie wchodzą.

Dziecię ma się jednak wychowywać bez przemocy, zbędnych krzyków i płaczów

i masz teraz babo nowy zawód: fryzjerka. A w zasadzie nożycoręka 😉 Wolny wychów szczęśliwy, zadowolony i po mimo, że już był blisko fryzjerskiego fotela ostatecznie przed finiszem się wycofał i koniec. Nadal więc uparcie protestuje i kontaktu z zawodowcem sprytnie unika.

póki co grzywka wygląda jak wygląda 😉 czyli super… 🙂

Zanim przystąpię do cięcia oznajmiam więc już na kilka dni przed, że proceder będzie miał niebawem miejsce, przygotowuję psychicznie i zachęcam do samego końca do odwiedzenia (może jednak?) salonu (nadzieja umiera ostatnia). Ponieważ najbardziej nie lubi wpadających do oczu kosmyków znalazłam patent – na mokro w wannie. Warunek taki, że muszę sama do tej wanny z nim wejść, razem z nożycami fryzjerskimi (jestem więc świetnie przygotowana*) i zgrzebłem zgrabnie operować. Dobrze jak wanna wielka i babcina, a nie nasza blokowa to można się pławić i wyginać, pozy przybierać i dzieciem we wsze strony kręcić. Jednak nigdy przenigdy nie będzie to efekt wymarzony chociaż… wiedziona wieloletnią obserwacją jak robią to prawdziwi fryzjerzy jakoś tak dzierżąc te nożyce w dłoni zaczęłam kombinować innych sposobów haha i sama nie wierzę, że to zrobiłam 🙂

*czasami nawet za „świetnie” bo korci mnie podcinanie własnej grzywki 😉

Najsłabiej oceniam odpowiednią długość i pierwsze cięcie najważniejsze. Jak nie tak wyjdzie to dupsko zbite, zęby i inne otręby murowane. Obcinanie w wannie ma też tę zaletę, że nie uciekają małe stopy po całym domu tylko siedzą w jednym miejscu. Normalnie, zanim na ten genialny sposób wpadłam, była szopka, on biegał po całej chacie, a nawet dalej, a ja za nim z nożycami i grzebieniem 😀 Czasem przegląd mojego portfela, kosmetyków lub dzierżenie smartfona działał cuda ale też do czasu. Można się teraz śmiać ale do śmiechu mi nie było jak kiedyś mu ucho zahaczyłam. Bo fiknął w trakcie niespodzianie. Wtedy pierwszy raz odważnie pomyślałam, że rzucam ten nowy zawód i już nigdy, never nożyczek fryzjerskich się nie podejmę. Do następnego zarośnięcia i lamentów, próśb, całusków synka, że tylko mama ma to robić 🙂 I mama wymięka… Cóż, widocznie taki los mamy my mamy 😉 Więc temat ciągnie się dalej i prócz mnie (ucho krwawiło jednak nieco) nikt zrażony niczym nie jest.

tu nieco zapuszczone i zębiaste 😉

Zauważyłam też, że wiele od dnia zależy i mojego zrywu, weny*, której lepiej nie przegapić. Zdarzyło się bowiem, że czułam zew podcięcia włosia i go zignorowałam. Tłumacząc sobie, że bez przesady, teraz mi się nie chce, coś innego mam do roboty itakdalej… I zawsze klapa była.

A z tym wewnętrznym głosem, który przemawia do człowieka wszystko jakoś łatwiej przychodzi i się udaje.

Bez nerwów, gładko i z efektem pożądanym 🙂 I jak go słyszę w tej czy innej sprawie to się nie zawodzę 🙂

*potrzebna do wszystkiego, nawet do prozaicznych czynności. Dobrze działać pod jej wpływem, wszystko wtedy przebiega naturalnie, jak się poddamy i rozumem za dużo nie kombinujemy 🙂

Idąc dalej fryzjerskim tropem jak przystało na prawdziwą Nożycoręką strzygę sekatorem krzewy i drzewa w ogrodzie, a także pokrzywy, bluszcze i inne rośliny. Do tymianku wybieram sprzęcik mniejszy, zwykłe nożyczki ale znowu jednak ONE 🙂 Towarzyszą mi każdego dnia w takiej czy innej formie. Rozhulałam się, najpierw włosy później wrzosy 😉 Zahaczam też o trawy ale kosiarką, więc nie to samo. Niemniej jednak i z trawą obcować bardzo lubię…

Leżak – największym moim sprzymierzeńcem (jednak) jest. Do tego lasy, puste drogi i ja stanowimy całkiem dobrane trio i nie ma znaczenie czy pomykam z buta biegnąc (tak TAK TAK właśnie biegnąc) czy jadąc rowerem (o NIE NIE nie, niech nikt mi nie staje na drodze). Od razu skrzydła rosną, samo się po prostu dzieje i można poczuć znowu to cudowne uczucie wolności. Jednak przyroda działa kojąco na poszarpaną życiem i miastem duszę i jak pierwszy szok minął czuję ogromną wdzięczność, że mogę napawać się nią do woli. Plaża też cała moja z nowym pomostem (wolałam stary ale trza się cieszyć, że jest, a nie być taką sentymentalną piczką).

Teraz fragment taki, że Ty mężu nie czytaj i przeskocz do następnego akapitu Otóż prędkość w rowerze spodobała mnie się bardzo i ten (znowu) włos przy tym rozwiany. Jakieś takie powolne bujanie za bardzo Herbacie nie wychodzi i żałuję, że jak byłam młodsza bardziej się nie wkręciłam w jakąś jazdę wyczynową. Bo moja Żółta Strzała po terenie też zacnie sunie i podoba mi się to. W życiu rowerzycy górskiej nie zamieniłabym na żadną zwykłą i podrzędną damkę, tym bardziej na leśne podłoże.

herbatnica górska 😉

A ponieważ mój wiejsko-miejski żywot jest zakręcony jak lody z automatu donoszę o spostrzeżeniach z blokowiska. I tak słuchając wypowiedzi naszego rzekomego prezydenta odnośnie wizyty innego prezydenta USA jak to

nasz kraj jest krajem ludzi uśmiechniętych, zadowolonych z życia, o wysokiej stopie ekonomicznej

samochodowe samoje*** i nowe kolczyki rulezz 🙂

mało nie padłam na podłogę. Musiałam natomiast przerzucić kanał bo pan Andrzej nie bywa chyba w MOPS-ie, w przychodni czy na blokowisku. Nie chadza też po marketach i nie widzi ile serdecznych „uśmiechów” przekazują sobie ludzie. I tak dziecię bawiąc się na naszym osiedlowym placu zmusiło mię do ponownych obserwcyj i na mój uśmiech odpowiedziała tylko hiszpanka, tudzież włoszka, która to zdziwienia nie okazała żadnego. Reszta bez zmian. Mierzące się ponuraki nie pilnujące dzieci albo z kolei pilnujące nadmiernie. Włącznie z babcią (nie pierwszą już) wykazującą oburzenie, że ktoś śmie chcieć zjeżdżać na rampie (na wyczynowej hulajnodze), a przecież to takie świetne miejsce do wypuszczania nań niemowlaków pląsających na czworaczka 😀 Zwrócenie uwagi, a w zasadzie odezwanie się tylko, że po to właśnie jest rampa (do jeżdżenia of kors) poskutkowało oburzeniem, zabraniem dzieciaka ostentacyjnie i nie powiedzeniem zwykłego nawet „do widzenia”. Przynajmniej małolaty się ucieszyły 🙂 YO

tak wygląda moje miasto

Powroty bywają piękne ale i zaskakujące… Chociaż czy może zaskoczyć człowieka własny facet tudzież znane od lat blokowisko? Ano nigdy nie przewidzimy dnia ani godziny i za spokojnie spać jednak nie można 😉

wciągam pranę i mówię OMM OMM 😉

W mieszkaniu na naszym wspaniałym osiedlu już w godzinę od powrotu dało się słyszeć trel blokowego dzięcioła (jeszcze nie „jebanego”, jeszcze na relaksie i spokoju wakacyjnym psychika jedzie) i łupanie młotkiem może zbyt głośne nie było lecz dość obrzydliwie natrętne. No tak, sezon remontów (jebanych) się zaczął.

I od 7-mej rano, tuż po dzwonach kościelnych, które chyba cały Wrocław słyszy, od pierwszego poranka przez następne, wyje sobie jakaś maszyna, która to ucicha delikatnie po szczelnym domknięciu okna. No i przestaje wyć (oczywiście) około południa. Ale jak już człowieka taki hałas rozbudzi i zdenerwuje… Nieee, mnie jeszcze z równowagi nic takiego nie wyprowadziło, 3mam się nadal trzciny i wiem, że niebawem wrócę do raju 🙂

Za to mój mózg zastanawia się i analizuje tak po trosze co może sprzątać facet przez 2 dni w tym, jak się okazało, bez odkurzania i mycia podłogi?

Co co co co ON może tyle czasu sprzątać ???

To pytanie natrętne narzuciło mnie się samo i do łez śmiechu doprowadziło oczy me 🙂 Chociaż w dalszej kolejności prawie z tegoż samego śmiechu popuściłam 🙂

Huuuuczne zapowiedzi jeszcze bardziej hucznego sprzątania przed naszym powrotem słyszałam od dni kilku 🙂 No i zajeżdżam, kontrolerka alergiczka. Facet szczęśliwy, zadowolony z siebie, mieszkanie prezentuje ochoczo:

-popatrz, TU starłem, zobacz w górę, tam TAM gdzie ty nie sięgasz, wszystko wyczyszczone 🙂

Ale oddala się nagle celem zarobkowym i domostwo opuszcza, zostaję więc z dziecięciem rozpakowując dobytek tymczasowy. Nooo i niechcący zupełnie, bez przyglądania się zbytniego odkrywam kolejne niespodzianki męskich porządków 😀 Aha, nie żebym nie doceniła tego co uczynił 😉

Tak więc gdy wrzucam pranie do kosza na brudy pierwsze odkrycie to tona piasku i innych śmieci z piaskownicy jeszcze przez synka miesiąc temu pozostawionych. Idę do kuchni co by herbatkę (ziołową) sobie zrobić iiii… oooo blat koło zlewu do białości wyszorowany, przyznaję, sama w życiu bym tak nie doczyściła, biorę maliny co to za połową drugą mniejszą stoją iii… no tak biały ale tylko do pewnego momentu. Dalej bowiem uroczym kurzydłem przykryty, a nań koszyczek pięknych owoców myląco postawiony (nie mówię, że specjalnie, mogło wyjść przypadkowo). Teraz to już w głowie słyszę duże HA HA HA. Ale dalej synek pudła klocków wyciąga i tu już pył w powietrze idzie bardzo spory, autka wszystkie pozostawione jak, no jak? noo jak miesiąc temu oczywiście 🙂 W związku z każdym kolejnym jego ruchem unoszą się coraz większe tumany.

Mam taki swój własny test, nie na siłę spreparowany lecz od natury dany, że jak kurzu gdzieś za dużo bytuje (i nie dokładnie jest posprzątane) to psikam i prycham jak szalona. I jak zaczęłam, jak wystartowałam to do wieczora przestać nie mogłam 🙂 Ale dobra, widzę braki lecz za radą mamy milczę srogo, doceniam dalej wartości z innych prac płynące jak np. wyczyszczenie obrazków w pokoju dziecka i tu sprawa bardzo ciekawa bo Jezus zabytkowy po prababci w spadku dostany całkiem czysty, teściowej (czyli mamy mojej) zdjęcie, nooo na moje oko jakby dłonią przetarte ale za to jego/pana/faceta fotka w dużą antyramę oprawiona czysta jak nigdy, świecąca z oddali, wybłyszczona i widoczna baaardzo dobrze 🙂 No tak, pucowanie obrazka i blatu może 2 dni pochłonąć 🙂 się nie rzucam 🙂

Na tym nie dość atrakcji bo niechcący zalawszy łazienkę (delikatnie z roztargnienia pranie czyniąc i wąż zahaczając) musiałam do mopa się pochylić. A on ci na wiór zasuszony, wąsy wykrzywione do góry na dół spaść nie mogły, myślałam, że odpadną trzeszcząc, za to prawdę powie i nie oszuka 🙂 Podłoga na bank więc myta ni razu nie była i kwitł sobie taki mopik na wieczne wysuszenie. Wraca ukochany, pytam:

a Ty podłogę chociaż raz myłeś?

-noo tak, jasne, myłem, przed twoim przyjazdem też 😀

taaak, a jak? bo mop suchy jak wiór zwykły pospolity?

-noo bo ja myłem i mopem nawet też ale… bez użycia wody 🙂 🙂 🙂

I tu już padłam (ze śmiechu of kors) chociaż męża swego znając rzeczywiście mógł na sucho wyszorować 😉

Staje w progu z gąbką do naczyń z miną bardzo dumną i rzecze:

-tym myłem (nie powiem, zdziwko mię chapło i na momencik zaniku myślenia logicznego dostałam)

na co ja: –całą chatę?

-taaak

-w sypialni też?

Tu wymięka i rechotać się zaczyna. Po chwili już oboje tarzamy się ze śmiechu bo okazało się, że dodatkowo też odkurzał tylko… bez użycia odkurzacza 😀 To jest sztuka!

W ogóle to mój facet jest po prostu magikiem,

sprzątać potrafi fantastycznie, niemalże ekologicznie i bez użycia wody podłogi myje 🙂

sweterek niechlubną sławą owiany i chętnie wypominany 🙂

Okazało się też na moje szczęście (męża nie) że są już wyprzedaże i nie idzie NIE skorzystać 🙂 To znaczy przypadeczkiem zupełnym całkowitym wybierając się na miasto przeceniłam warunki pogodowe. I ubrałam się za cienko. Gołe nogi (bo ładnie opalone to szkoda ukrywać), krótki rękaw, a w zasadzie jego brak i bosa stópka w nowym lakierze na wolność wystawiona. A tu wiatr, deszcz zacina, zimno się zrobiło, że skóry gęsiej dostałam i naprawdę miałam/chciałam tylko parasol (w Renomie mojej ulubionej co na drodze mnie stanęła) kupić, a wyszłam… w swetrze 🙂 Nie żebym nie była zadowolona… Ja tak, budżet domowy już nie koniecznie.

Jest też akcja (jeszcze bardziej) pozytywna, otóż

mając 2 godziny bez dziecia

co to z tatą gdzieś popląsał nie leżałam, nie sprzątałam i nie gotowałam nawet też (coś te gary mnie nie lubią i ogólnie omijamy się łukiem dość szerokim). Nagle zrywu na bieganie dostałam, stojąc i naczynia myjąc poczułam, że MUSZĘ lecieć. Bo jak nie od razu to kiedy?

Moment chęci łatwo utracić bowiem można,

a pokus dużo, oj dużo bardzo z każdej strony czyhających. Że się wypad na zumbę odwrotnie nieco ułożył to poczucie straty ruchu miałam. Więc w te pędy się ubrałam i zaczynam… Ledwo krok robię, a tu klucze mi od domu dzwonią. No to kombinuję, przekładam, próbuję, cuduję nic. Trochę biegnę, trochę idę w stronę parku aż dochodzę do momentu, że chrzanię to, niech sobie dzwonią (za ambitna na cofanie). Będę udawać, że nie słyszę. I one oczywiście przestają się rzucać więc uff. Już się nawet ucieszyłam ale nagle coś innego podskakuje i lekko pstryka. Znowu prawie do domu się wróciłam ale jakoś dałam radę. Raz się śmiejąc raz przeklinając głośno nawet (matka co to ciągle do dziecka gada wypuszczona sama na wolność nawija dalej ale do siebie). Jakem rytm złapałam to ku końcowi się zbliżałam. Ale warto było i bieganie dobre jednak jest na wszystko (a przynajmniej większość znakomitą). I dupa ruszona to głowa przewietrzona nabiera zaraz innego znaczenia 😀 Jedynie, że do ludzi muszę się przyzwyczaić bo dzikusem z lasu jestem i spojrzenia przechodniów krępują mnie nieco.

nie-idealna rodzina nasza, pozory czasem mylą 😉 W ZOO z 3 kłótnie przy końcu ze ślubnym własnym małżonkiem zaliczone 😉

Ruszyłam w końcu i do tych niechlubnych złą sławą owianych garów, cóż począć było, ociągając się na maksa

biszkopt i krem maskarpone z truskawkami zrobiłam ale niestety jeden się rozciapał,

a do tego zamrożony celem ratunkowym okazał się nad wyraz przepyszny. I powstać musiał na dzień następny kolejny maszkarponiec (płacz i lament, że za mało, brzuchy nie nażarte, a języki NIC nie poczuły, zwłaszcza ten największy). Zostało odśpiewane drugi raz „sto lat” i kwiaty z koperku też pozostały wręczone więc Dzień Ojca jak się patrzy pełnym ryjem 😀 Za to głodówka mnie nie minie i z facetem własnym dieta żadna nie wychodzi, leży, kwiczy i się śmieje 🙂 Może na wsi uda mnie się jakiś reżim wprowadzić i z grubej rury na post Dąbrowskiej lub chociażby witarianizm przeskoczyć 🙂

Całe chyba osiedle się remontuje, bez litości, razem z drzwiami, balkonami, podłogami, trawnikami, placami zabaw, klatkami schodywymi i innemi, z każdej strony wrrrrr wrrrrr wrrrrr wiertareczka w głowie jeździ. Tylko świadomość ucieczki pozostawia mię przy normalności. Bo jak na chwilę wzięła beatę znowu nienawiść do cukru, tłuszczu, nabiału i glutenu to piec musiała. Tyle się naczytałam o tej całej pszenicy… A idź pan w pyry normalnie z tym wszystkim 😉

jedyny mój obiekt do zdjęcia 🙂

Do ZOO to już chyba raczej więcej moja noga nie postanie. Przyjemność dziecku zrobić chciałam bo prosił, sam wybrał miejsce, które chce odwiedzić i koniecznie z obojgiem rodziców. Do człekokształtnych tym razem nie zajrzałam, w stanie nie byłam bo już przy mniejszych małpach ścisnęło mnie w gardle jak łapki przez kraty wyciągały i bardzo smutne oczki miały. Ni w ząb nie rozumiem jak można złapać zwierzęta, pozamykać je i chodzić oglądać… Zapomnijcie o dowodach z Pisma Św. Cytuję ten, na który wielu się powołuje:

Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi». 29 I rzekł Bóg: «Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem. 30 A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla wszelkiego ptactwa w powietrzu, i dla wszystkiego, co się porusza po ziemi i ma w sobie pierwiastek życia, będzie pokarmem wszelka trawa zielona».  

Zastanawiam się dlaczego ludzie-katolicy powołują się zaledwie na pierwszą część tychże słów, że zwierzęta mają im być poddane… Nigdzie Bóg nie powiedział, że zabijane i zjadane. „Poddane” to słowo oznaczać może wiele ale w kontekście kolejnych chyba jasne i logiczne jest co przykazał jeść… Roślinę przynoszącą ziarno i owoce z drzewa. Czytajmy dokładnie, a nie wyrywkowo i tylko dla usprawiedliwiania mordowania. Bierzmy na klatę to co robimy i do czego się przyczyniamy. To nie Bóg Ci kazał jeść mięso. A jak już jesteśmy TAKIMI katolikami to może zacznijmy właściwie interpretować słowo boże. Tacy sami chrześcijanie jak muzułmanie. Odbieranie życia w imię boga jakiegoś. Dokładnie identyczni. Ale o tym może jeszcze napiszę 🙂

Co poniektóre zwierzole też na ludzi jak na zoo patrzyły i zdziwione, przyglądały się temu tłumowi. Serce moje jednak jest za wrażliwe na takie widoki. Sfotografowałam więc jeno żółwia bo jakoś tak na dość pogodzonego wyglądał 🙂

I tak wygląda moje miasto w skrócie iście telegraficznym i nie tylko nocą 🙂 Bo to co wyprawia Herbata i jej familia cała nie sposób opisać dokładnie 😉

Ręka noga mózg na ścianie jest totalne rozjebanie… Aj hejt garnki i inne narzędzia kuchenne. Słowo „obiad” to wróg numer 1, a pytanie: co dzisiaj na kolację? przyprawia mnie o spazmy…  I czy moja miłość do gotowania nie spaliła się razem z ostatnim garnkiem… ?

sen uzdrawiający duszę

Od zawsze wiedziałam, że mój pies, suka, była wyjątkowa i ową wyjątkowość jak się okazuje potrafi objawić również po śmierci. Fizycznej bo czy ta duchowa ogólnie istnieje? Nikt tego do końca nie wie, wszystko jest zlepkiem ludzkich przeczuć, przeżyć osobistych i doświadczeń i każdy może sobie wierzyć w to co chce lub w to, co mu łatwiej przychodzi. Albo poszukać naukowego aspektu sprawy bo i takowe publikacje się pojawiają.

Tak więc przyjeżdżając na wieś musiałam po raz kolejny zmierzyć się ze swoimi wspomnieniami bo co i rusz na każdym kroku coś kojarzyło mi się z nią. I co zrobiła Herbata? Ano zaczęła się nad sobą roztkliwiać, nurzać w przeszłości, a nawet łzy cichcem (małe co prawda ale jednak) ronić. Tu ze mną chodziła, a tu się kąpała, tu leżała, a tu futro w słońcu grzała i w ten deseń różne pierdoły. Jeszcze synek czasem też sobie o niej przypomina, że rok temu z nami łaziła niemal wszędzie i takie tam bohomazy psychiczne zaczęły się w tej mojej głowie jątrzyć.

Aż stało się coś bardzo ciekawego, a mianowicie

przyszedł do mnie sen.

Sen, w którym to psica moja leżała gdzieś sobie zawieszona w próżni jakiejś chyba bo scenerii konkretnej i tła nie było. Spała zawinięta w kłębek jak to miała w zwyczaju na żywca czynić, bardzo spokojnie oddychając. Na to oczywiście ja: moja kochana, suczeczka moja najsłodsza, pieseczek mój kochany i tu wyciągam do nie rękę celem pogłaskania pyska. A ona na mnie wyszczerzyła zęby jak wilkołak, zupełnie jakby naprawdę to robiła kiedy jej np. dla zabawy dmuchałam w nos 🙂 I cap, złapała mnie za rękę w nadgarstku zębiskami. Mocny uścisk poczułam i tak dosłowny, że jak się obudziłam patrzyłam czy nie mam śladów pokąsania.

Zrozumiałam maleńka i przepraszam, że Cię stale zaczepiałam. Ty jesteś już spokojna i jest Ci dobrze. Może ktoś się śmiać

ale przyszła po prostu do mnie i dała jasność obrazu, że nie ma co jęczeć

tylko cieszyć przeżytymi wspólnie chwilami, zostawić je w szufladce wspomnień i iść dalej. Jestem bardzo wdzięczna za ten sen i dziękuję za niego. Pomógł mi uporać się z przeszłością i zrozumieć (ach ileż to razy trzeba pojmować coś od nowa), że życie naprawdę toczy się dalej, kula ziemska kręci się, a to co było minęło. Było pięknie ale już nie istnieje. I ona bez żalu odeszła i bez cienia goryczy przebywa sobie w innym wymiarze słodko śpiąc 🙂 A ja w jakimś sensie uwolniłam się i pozbyłam żałoby sercowej, a nawet wręcz przeciwnie, zaczęłam cieszyć i radować 🙂

wszystko z wiatrem przeminie sobie…

Takie wydarzenia niemal mistyczne czasem ściągają mnie szybko na ziemię i pozwalają złapać pion. Paradoksalnie. Bo na początku byłam trochę zła, że sama pozbawia mnie rozpamiętywania ale już później poczułam się uspokojona. Przede wszystkim mam wewnętrzną wiedzę, wiarę i zgodę na to, że jej życie na Ziemi się skończyło. Przeminęło z wiatrem jak wszystko przeminie, a jedyna chwila najlepsza i dobra dla nas to TU I TERAZ. Nie ma cenniejszego momentu na celebrowanie życia. Nie ma też na co czekać i odkładać w nieskończoność niczego na wieczne jutro, które nie nadchodzi nigdy.

Chociaż psowe perypetie na tym się nie zakończyły gdyż ogólnie wymyśliłam sobie, że jak będę (będziemy ale piszę tu o sobie) gotowa to nowy lokator zjawi się po prostu sam. A wtedy, takiego przybłędę, będę musiała zatrzymać już siłą faktu. Znając bowiem swoje własne i osobiste serce nie byłabym w stanie znajdy nigdzie dalej przekazać. Z kolei jechać i świadomie jakiegoś brać do domu nie jesteśmy (jeszcze?) w stanie. Owszem, chciałabym mieć psa ale najlepiej na jakiś czas, pożyczonego może albo w depozyt wakacyjny od znajomych pozostawionego. Bo kocham przytulać się do psiej sierści i Bogu dzięki, że mam takie psowe koleżanki, które to fundują mi dogoterapię wedle mej potrzeby. Kochane moje WY i Wasze PSY 🙂 Wrzucam Wam jednego czuba, ze swoim jednym z psów (nie mniejszych czubów), który to zmusza ją do treningów z dyskami i kocha to po prostu 🙂

zawsze im kibicuję 🙂 Wrocław, zawody Park Południowy, II miejsce ale moim zdaniem ktoś się pomylił bo są najlepsi 🙂 Kasia z Rajko 🙂 Zmora głuchoniema, też border colllie, siedzi na trybunach 😛
albo na szyi 😀

Dobra, daję też Zmorę bo się bardzo lubimy i nie może ciocia Becia jej pominąć 🙂

Tak więc idąc za dom celem złowienia ziela krwawniku bez zbytniego oddalania się i nóg męczenia usłyszeliśmy z młodym szczekopisk. Tenże psi, szczenięcy trel słyszałam już dużo wcześniej gdzieś na czyimś ogrodzie i szczerze powiedziawszy sądziłam, że to sąsiadki bo niedawno ktoś jej pod dom podrzucił szczeniaka właśnie, który to z nimi został. Dlatego jak szczekopisk cichł sądziłam, że pies jest z kimś i ok. Ale nagle zza płotu działki pustej i bezludnej zupełnie blisko dał się słyszeć owy dźwięk i tu już razem z synkiem stwierdziliśmy, że musimy sprawdzić o co biega. I okazało się, że za płotem jest mały piesek, odrośnięte szczenię. Bardzo spragnione. Więc poleciałam do sklepowej coby komisyjnie w razie czego przejść przez płot (żeby później nie gadali, że samowolnie latam po czyichś posesyjach, a sąsiedzi oko czułe mają). Już już się nawet ucieszyłam, mówię: kurcze, czyżbym naprawdę znowu coś sobie wykrakała? Zmyliła mnie jedynie płeć bo jak już pies to koniecznie chcem suczkę ale co tam, biedak, nieważny fiutek, ważne że trzeba pomóc. Mąż też już aprobatę wyraził ale…

Nagle przyleciała sąsiadka, że to jej pies i ona go cały dzień szuka (nie wiem jak skoro niedaleko mieszka, a żadnych oznak namierzenia lokalizacji szczenięcia nie odnotowałam). Jednak kamień spadł mi z serca i możecie nawet sobie o mnie źle pomyśleć ale głównie o tę płeć mi chodziło właśnie. Pomijam atrakcję dodatkową dla mamy mej, która na pewno takim entuzjazmem jak chociażby osobisty facet nie pałała. Serce mi zabiło jednak mocnej i znowu uwierzyłam (chociaż co ja gadam, stale wierzę), że mogę sobie przyciągnąć to co chcę na zawołanie. Psa również. I będzie to suka 🙂

Przyśnił mi się sen uzdrawiający duszę moją. Nawet jeżeli są to obrazy wyobraźni, mózgu, umysłu, nie wiadomo. To oczywiście teoria dla racjonalistów bo przecież we śnie rozum śpi 🙂 Wtedy budzi się zupełnie inna, równoległa rzeczywistość, może do głosu dochodzi podświadomość dlatego dobrze zaraz po przebudzeniu zapisywać sobie marzenia senne i je analizować. Mówią dużo o śniącym i podpowiadają jaką ścieżką i w którą stronę podążać. To cudowne narzędzie do poznawania siebie i pomoc w mentalnym podejściu do życia. Duchowa strefa nas samych codziennie manifestująca swoją obecność. Wszystko mamy w zasięgu ręki, wszystkie informacje o nas przechodzą przez nas tylko trzeba chcieć je odczytać i układać. Każdemu coś się śni jedynie, że nie każdy pamięta, nie chce pamiętać i wypiera obrazy ze świadomości. Jak się łapie kontakt z samym sobą zaczynają się odkrywać kolejne karty i pojawiają się też sny. Dlatego chciejmy śnić i cieszmy się nawet z najbardziej absurdalnych majak. Niektóre są tylko resztkami dnia, a inne mają bardzo duże znaczenie łącznie z pokazywaniem nam przyszłych zdarzeń. Koszmary to głównie nasze lęki, które w ten sposób do nas przemawiają i czekają na oswojenie. Trzeba się zapoznać ze swoim wnętrzem, z prawdziwym ja bo interpretacje bywają różne i przewrotne, dla każdego nieco inne. Należy umieć wyczuć czy coś śni się dosłownie czy odwrotnie i wraz z praktyką ta umiejętność rośnie. Temat jest bardzo szeroki i ciekawy bo można też w dalszej kolejności praktykować świadome śnienie i czasami robimy to sami z siebie, nieświadomie. Kiedy śni nam się coś nieprzyjemnego i sami sobie karzemy się obudzić. Można sterować senną rzeczywistością i osobiście uprawiam świadome śnienie czynnie od dzieciństwa.

Tobie drogi i wytrwały Czytelniku życzę powodzenia i mądrego korzystania ze swojej Intuicji, która czasem przemawia do Ciebie kiedy słodko sobie śnisz 🙂

A na dni kilka przygarniamy wilka 😀 I będziemy mieli w depozycie wakacyjnym psa koleżanki, już się cieszę juhhu !!!

(na)mowa ziół

Wszędzie z każdej strony napierają wręcz na nas informacje o zdrowym stylu życia, co wolno, czego nie wolno, co powinniśmy, a czego zdecydowanie nie powinniśmy, ile mamy łykać, a ile nie łykać. Mam wrażenie, że cała ta filozofia przypomina niekiedy zmasowany atak na zwykłego człowieka, a raczej jego portfel, który to może zacząć głupieć, szaleć i włosy rwać z głowy można zacząć celem zaspokojenia swojego organizmu, który to nie zawsze ma chęć na taką ilość eksperymentów. Mogą pojawić się nawet wyrzuty sumienia, że OMG to ja prawie nic z tych zalecanych i KONIECZNYCH rzeczy nie robię.

Daleka jestem do zniechęcania przed zażywaniem suplementów,

wręcz przeciwnie, sama ochoczo zeń korzystam ale często jest to kropla w morzu jakby tak poczytać niektóre porady ile jeszcze trzeba w siebie wtłoczyć. Pewne jest, że detoksykacja organizmu jest potrzebna, wręcz niezbędna, że zdrowe odżywianie ma być częścią nas samych, że lepiej unikać mięsa ze względów różnorodnych i tu opcji jest bardzo wiele, a każdy może wybrać jakąś dla siebie. Podobnie z cukrem, jest sporo zastępstw słodziwa, wybór mamy szeroki i śmiało można degustować po kolei wszystko aby trafić na takie, które akurat nam najbardziej smakuje.

Owoce, warzywa, do tego nikogo nie trzeba już przekonywać, że mają stanowić podstawę naszej diety. Strączki, no tu już sprawa bardziej złożona i różni (czasem szaleni) dietetycy różnie zalecają, nabiał szkodliwy ze względu na hormony i antybiotyki podawane krówkom, które to dodatkowo są bez miary dojone (plus wychładzające właściwości organizmu od środka, które na dłuższą metę nam nie służy). Okropność. No ale to co wymieniłam jest jakoby naturalnym czynnikiem wpływającym na stan naszego organizmu, nie trzeba u nikogo zaopatrywać się w suple żeby zrezygnować z takiego nabiału lub po prostu go ograniczyć. Teoria konieczności spożywania ryb również została obalona i tu już może przeciętny zjadacz chleba zacząć się gubić, bo mięso nie, ryba nie, strączki różnie to co? Ano

moim zdaniem i tak należy słuchać swojego prywatnego organizmu i nie wpadać w paranoję.

Wszystko to bowiem prawdę stanowi ale jednak zapominamy o pozytywnym myśleniu w sensie dosłownym, które to jest podstawą dosłownie wszystkiego.

Skoro myśl jest energią i to my decydujemy co i jak myślimy to również ta sama myśl może dodać nam zdrowia w postaci nie przejmowania się po prostu i zdystansowania do ogromu wiadomości,

których przyznaję, że ja nie daję rady czasami przemielić. Wedle niektórych blogerów od tegoż organicznego tematu musiałabym od wczesnych godzin rannych do późnych nocnych wrzucać w siebie tony suplementów od zwykłego moczeniu nóg w magnezie (najlepiej) począwszy do pasienia się chlorellą i tu w zależności czy chcę siwieć czy nie może być to trawa pszeniczna (której nie idzie tak łatwo dostać chyba że na specjalnych stronach w necie) lub trawa insza i jeszcze bardziej inna (to wolę trawę zwykłą i najzwyklejszą 😉 ).

Chleję tę Wit C, czuję że mi pomaga, łykam magnez (bo też uważam, że zwykły daje radę), Wit D3 z K2 rzeczywiście jest trochę różnica w samopoczuciu jak czasem przestaję zażywać i ogólnie to finito.

To znaczy

kiedy przyszła wiosna żaden z tych wszystkowiedzących blogerów nie poleca zwykłych i sprawdzonych sposobów jakimi są ZIOŁA.

Ano właśnie dlatego, że pewnie są za tanie i mało tego, ogólnodostępne. A ja na przekór im polecam właśnie zainteresować się tym tematem bo

zamiast wrzucać w siebie tony supli wystarczy czasem wypić 2 szklanki herbaty z czerwonej koniczyny

dziennie i już. To „zwykłe” zielsko, z którego czasem wijemy wianki ma w sobie tyle zdrowia, że aż boli, że człowiek wcześniej takiej nie odkrył. Ale nie odkrył bo tylko nieliczni zachęcają do zioło brania i łatwiej iść i kupić te tabletki. I znowu łatwiej tylko pozornie bo przecież chadzamy na spacery, do lasu czy na plażę, a owa koniczyna jak i inne rośliny lecznice rośnie sobie i się na nas patrzy. Może nawet czasem zdziwiona, że tak niewielu ją tyka.

koniczyna czerwona, czasem jest bardziej różowa czasem bledsza 🙂 pamiętaj o rozdrobnieniu przez zaparzaniem, uwolnisz olejki eteryczne 🙂

Polecana kobietom ale nie tylko bo również świetnie działa na mężczyzn. Ma witaminy A, B, D C czyli to co nabywamy w aptece lub na stronach bio i organic. A czemu nie zerwać, nie zasuszyć i nie pić sobie swojej witaminy zdrowia?  Reguluje hormony i nawet kobiety rezygnują z zastępczej terapii hormonalnej! Dzięki tym różowym kwiatkom, które zwiększają ilość estrogenów możemy przestać łykać wstrętne, sztuczne piguły. Zawiera fitohormon genesteinę czyli to, co kupujemy w suplementach.

Może jestem oszczędna, może? A może napatrzyłam się w dzieciństwie na pełne poddasze suszonych ziół u babci, która to całą zimę nas nimi i siebie poiła. Do rumianku, mięty i melisy nie trzeba nikogo przekonywać, zna chyba każdy i w każdego apteczce się znajdują. To czemu nie pójść o krok dalej?

oto on: krwawnik pospolity 🙂 najlepiej zbierać zioła z dala od głównych dróg 🙂

Jeszcze raz napiszę też o takim krwawniku bo zaczął się na niego sezon i rośnie w dużych ilościach.

Kobiety, przede wszystkim WY, zainteresujcie się tą piękną i bardzo łatwą do rozróżnienia rośliną!

Cudownie reguluje cykle menstruacyjne, a dodatkowo fantastycznie działa na jelita i układ trawienny. Są przypadki wyleczenia mięśniaków macicy, polipów, torbieli dzięki diecie i spożywaniu dużych ilości tegoż zioła (proszę poszperać w googlach). Naprawdę warto się zagłębić odrobinkę w to, co matka natura nam na co dzień sama daje, a z czego my, zapędzone w tej prozie życia, nie korzystamy. A później wydajemy dużo kasy na leki, które często rosną przed naszym domem. Wiem, może się nie chcieć przygotowywać i zaparzać. Ale jak podejdziemy do tego z miłością, że

te cudowne kwiaty rosną konkretnie dla nas, dla Ciebie,

czekają na łąkach żeby je zerwać, żeby zaangażować w to dzieci to może i przygotowanie zacznie sprawiać radość? Mi sprawia, przemywam nim nawet twarz, leczyłam dziecku krostki, a nadaje się także do kąpieli i nasiadówek. Mój synek uwielbia zbierać zioła razem ze mną, doskonale orientuje się w czerwonej koniczynie i krwawniku właśnie bo są tak charakterystyczne, że nie pomyli się nawet dziecko. A ile radości mu to sprawia, że mamusi zbiera kwiatki 🙂 I wie konkretnie jakie, potrafi je nazywać. Wystarczy podczas spaceru schylić się nieco i z tego łąkowego bukietu który stawiamy w wazonie zaparzyć herbatkę 🙂

Owszem, potrzebna jest systematyczność spożywania, ale czy w suplach nie jest? Też trzeba łykać non stop, a kolejne zioło, taki skrzyp polny rośnie wszędzie na potęgę. Czy nie lepiej wykąpać się w nim i umyć włosy niż płacić po 20 zł za pudełeczko przetworzonych pastylek?

Nawet jeżeli zaoszczędzimy hajsu to chyba dobrze co nie?

Wolę iść z dzieckiem do zoo (no niestety, chce zobaczyć tygrysa i wilka) niż stale zasilać czyjąś kasę.

Jak nie aptek, to sklepów internetowych prześcigających się w ofercie. I pięknie się mówi, że bez supli przeżyć nie można ale tylko wtedy gdy głównym celem jest ich sprzedawanie. Tak, bez wartości odżywczych przeżyć się nie da ale często sami możemy o to zadbać i sobie dostarczyć. Jakoś o dobrodziejstwie roślin samych w sobie zbieranych własnoręcznie za często nie przeczytamy. Nikt nas do tego nie nakręci tak, jak do kliknięcia w „Kup teraz”.

Nie zabieram się za zrywanie ziół trudnych i takie kupuję w zielarskim.

Np. oczyszczające z pasożytów i toksyn mieszam i piję raz na jakiś czas. Mój język to kocha, znika nalot i ogólnie czuję się super. Taki piołun, wrotycz, kora dębu i kruszyny. Wystarczy po łyżce każdego z nich zmieszać i pić rano na czczo. Parzy się wieczorem 1 łyżeczkę zalewając wrzątkiem i przykrywając więc luuz. Proszę jednak sprawdzić dokładnie procedurę bo te ziółka mogą być bardziej groźne przy nieodpowiednim zastosowaniu. Zwłaszcza piołun, z którego robi się absynt. U nas zakazany ale przecież w niejednym domu jest 🙂

Nie jestem zielarką, nigdy nie będę ale są to cudowne sposoby na podratowanie naszego organizmu kiedy same rośliny kwitną od wiosny do późnej jesieni i zachęcają do korzystania.

Po co kupować dla dzieci Sambucol za 30 zł jak wystarczy zerwać owoce czarnego bzu, zasypać cukrem i samemu zrobić syrop bez żadnych dodatków?

Sama homeopatka mi to poradziła, mówiąc: a po co pani kupuje? Nie lepiej zrobić samemu? Chylę czoło przed tą wspaniałą kobietą. Spójrz na tego kwiatka, na tę koniczynę pod innym kątem. Zobacz w niej (darmową) moc, moc płynącą z natury, bez zbędnej egzaltacji i cyrku z zamawianiem.

Suszę w tym sezonie tony krwawnika żeby starczył mi na całą zimę bo ten kupiony w sklepie ma przemielone łodygi i liście, a tak naprawdę pije się tylko kwiaty. Tym samym smakuje zupełnie inaczej, co tu kryć, sklepowy jest ohydny dość, a świeże mają zaskakująco delikatny smak i kolor. Z łyżeczką miodu dla wybrednych stają się nawet smaczne. Krwawnik trzeba pić ciepły bo szybko ulatniają się z niego właściwości, z kolei koniczynę parzy się też pod przykryciem żeby nie uciekały oleje eteryczne i rozdrabnia przed zalaniem. Co szkodzi spróbować?

zawsze jak gdzieś idę czy jadę zbieram lecznicze kwiaty… Ostatnio nawet jak biegałam koniczynę przytargałam 😉

Z krwawnikiem mam już pozytywne doświadczenia,

szybko po przestaniu karmienia piersią postawił moje hormony do pionu,

teraz testuję koniczynę i poję nią również moja mamę bo dla starszych kobiet jest niezwykle polecana. Pomijam menopauzę (i andropauzę u facetów – też mają coś takiego) ale obniża cholesterol, reguluje ciśnienie krwi, wzmacnia serce i pobudza układ trawienny. To akurat idzie szybko zauważyć. Wypita wieczorem cudownie działa na jelita.

Nie dajmy się zwariować bo ja czasami mam takie wrażenie zaglądając na FB że ciągle robię coś ze sobą za mało, nie dość wciskam w siebie tego wszystkiego, a za mało to tak naprawdę pozytywnie myślę, w ogóle za dużo myślę haha i tylko w głowie robi się coraz większa kręcioła.

Zgadzam się, że

wielu produktów należy unikać ale przede wszystkim należy unikać stresu! 

A z glutenu najlepiej wyeliminować chociaż pszenicę bo ona już dawno straciła swoje właściwości, natkana jest tym całym syfem golifastem, a 90 % ziaren na świecie jest zmodyfikowana pod tym właśnie kątem i kontrolowany jest rynek zbóż żeby nie było już normalnej. Rolnicy nie mogą używać własnych ziaren tylko te, co Unia zapodaje, a dla siebie mają malutkie poletka, o których my nie mamy pojęcia bo większość z nas idzie po chleb do piekarni. Co bardziej przedsiębiorczy pieką sami i też bym kiedyś chciała ale chyba jak będę miała większą kuchnię i znajdę miejsce żeby wstawiać te wszystkie urządzenia (maszyna do chleba, wyciskarka do soku, parownik itp.). Póki co pozostaje wybór, a że gluten kocham i jestem od niego uzależniona to wkurwiam się kiedy go ograniczam zupełnie. Staram się więc wybierać żyto czy orkisz, a bezglutenowe chlebki sorry ale są ohydne (chociaż nadal poszukuję ideału).

Jedzenie bowiem ma stanowić przyjemność, a nie przymus i dlatego dobrze jest typować świadomie ale bez katowania się.

Katowanie doprowadza do tego, że prędzej czy później człowiek nawpierdala się niezdrowych rzeczy i to z dziką przyjemnością. A później znowu będzie płakał jak bóbr i dawaj od nowa z wyrzutami sumienia i zaniżaniem samopoczucia.

Co innego ludzie, którzy  żyją z fotografowania się z zielonymi sokami, mają konkretną motywację żeby tylko pić liście szpinaku z miną szczęśliwą i zadowoloną, że cukier to odrzucające ich paskudztwo, a lody to już w ogóle największe zło świata. Lub co poniektórzy (znam takich ) minę krzywią podczas picia ale wmawiają sobie, że to lubią. Mistrzowie oszukiwania się, też metoda.

Ale jak żyć w takim razie?

Nie każdy przełknie koktajl z naci selery i np. ja smaków takich nie znoszę. Z bananów, truskawek, moreli owszem, mogę dodać pietruszki noo ale bez przesady. Ja wiem, że jest moda na bio i fit ale sądzę z obserwacji własnych, że dużo ludzi robi to po prostu na pokaz i dla generowania hajsu. Odseparować dziecko i siebie, rodzinę całą od wszystkich przyjemności i poić tylko wodą? Czy ten dzieciak nie pójdzie gdzieś i nie zje tej przeklętej parówki? A nie daj Boże mu zasmakuje to już chyba od razu harakiri można popełnić 😉

Pod tym względem nie jestem żadna ponad przeciętna i kocham czekoladę. Dlatego

stawiam na posty i świadome planowanie na jakiś czas pół głodówek oczyszczających ale tylko wtedy kiedy moja głowa jest na to gotowa.

Na co dzień wolę sobie coś tam skubnąć choćby niezdrowego bo inaczej dopiero bym na łeb dostała. Oczywiście synek ma ograniczany cukier, nabiał i gluten ale jak ma ochotę na szynkę to ją je. Uwielbia też kotleciki z soczewicy i wiele wegańskiego jadła, którym pasie się mama. Pyta jak zabijane są zwierzęta i dlaczego gluten jest szkodliwy. Pyta dlaczego piję zioła i jemy mało słodyczy. A ja mu odpowiadam, tłumaczę i daję wybór, którego i tak dokona jako dorosły człowiek. A zmuszać kogoś do nie jedzenia tego czego nie jem ja nie chcę i nie zamierzam. Bo

to co jednemu daje szczęście drugiemu nie koniecznie.

Jestem przeciwna jakiemukolwiek terrorowi również żywieniowemu i ktoś kiedyś oburzył się na mnie, że jestem pseudusem bo nie jem mięsa ale kotlety smażę. Tak, robię to i wcale się nie wstydzę bo wolę jak mój facet zje to, co sama mu przyrządzę niż pójdzie się nawpieprzać do knajpy niezdrowego i przetworzonego syfu. I o ile brzydzę się to fileta czy polędwiczkę mogę upiec.

Znam przypadki, że partner chciał rzucić mięso dla kogoś z miłości, a za plecami jechał do mamusi na karkówkę czy cichcem wpierniczał kabanosy.

I co? O to chodzi? To jest dopiero pseudo życie. Chcesz mieć zdrową rodzinę to ją sobie sama wykarm nawet tym czego nie jesz. Ale przynajmniej wiesz gdzie kupujesz i co spozywają Twoi najbliżsi. A uświadamiać uświadamiam nawet jeżeli nie chcą już mnie słuchać. I z sukcesami bo mama po mimo, że mięso kocha (uzależnienie i kody od dziecka, którym wszyscy podlegamy. Do 3 roku życia kształtuje się bowiem charakter kulinarny człowieka i udowodniono, że nawet zaciekli weganie, którzy w dzieciństwie kochali i jedli mięso wraca do tegoż nałogu choćby w bardzo późnym okresie życia. Nie zamęczajmy się więc wzajemnie, a zrozummy swoje zachowania) to prawie nie je. Więc co innego propaganda, a co innego narzucanie swojej woli i prześladowanie rodziny, że nie są tacy jak byśmy oczekiwali. Nikt nigdy nie spełni naszych oczekiwań i nie ma co nawet na to liczyć. Chyba, że chce się żyć samemu. I żal mi czasem bliskich wegan co nie potrafią się rozstać z mięchem i są za to karani, głównie przez kobiety, ale facetów roślinnych kompletnych świrów terrorystów też znam. Współczuję bardzo takiego niszczenia swobody i wolności. Jak ktoś chce to sam przestanie być mięsożerem, a PRZYMUS RODZI OPÓR. Temat na odrębny tekst mnie się narzucił 😉

Reasumując: wszystko i tak jest w naszej głowie i psychice i jeżeli będziemy uważać, że nic nam nie zaszkodzi to nie zaszkodzi. Moja babcia jadła mięso, piła trochę wódki, piekła przepyszne frykasy i dożyła prawie 90-lat umierając bo tak chciała i bez przeciwwskazań medycznych do życia.

Grunt to dobre samopoczucie, bez poczucia winy, lęku o jutro, stresów o dzisiaj i zamartwiania się wszystkim.

A reszta z umiarem, żeby później nie żałować, że coś jednak z tą dietą można było zrobić. Każdy musi znaleźć złoty środek taki, jaki podpowiada mu serce bo i o sercu nie można zapominać.

To dzięki mojemu sercu przestałam jeść mięso, za którym nigdy nie przepadałam ale długo jadłam. Jednak względy moralne, że nie chcę przyczyniać się do ich cierpienia zwyciężyły i obrzydzenie do tkanek, ścięgien i kości w kurczaku choćby, niby pałeczce, stały się nie do przeskoczenia. Organizm sam to rzucił ku mojej ogromnej radości na stałe (bo prób miałam mnóstwo od 14 roku życia kiedy trafiłam na dietę krisznowców i zachwyciły mnie ich posiłki). Plus trochę chęci żeby zacząć wgryzać się w wegetariańskie przepisy i samemu eksperymentować z przyprawami, np. kurkumą czy gałką muszkatołową ale

jak jest dobry moment to wszystko samo się układa.

I nie trzeba do niczego podchodzić z musem i żalem, że coś się traci skoro można tylko zyskać. Nie wszystko na raz żeby się nie się zniechęcić tylko stopniowo, krok po kroku. Sądzę, że bardziej niż nabiał i gluten szkodzi złość, zazdrość, kłótnie, brak miłości, nienawiść i inne negatywne emocje, którym czy chcemy czy nie to czasami ulegamy. Dbając o ducha dbamy też o ciało niejako automatycznie bo zaczynamy słuchać swojego prawdziwego głębokiego wewnętrznego głosu, który mówi nam co jest dla nas dobre i potrzebne w danej chwili.

A zioła są fajne dla każdego. Poszerzanie wiedzy też. Zbieranie ich daje nam przy tym kontakt z naturą, możemy usłyszeć siebie, pomarzyć, poleżeć na trawie, skontaktować się ze sobą i zrelaksować. To cudowne co mamy pod nosem, nie musimy szukać daleko. Wyjdź kobieto na łono natury i zerwij krwawnik. A później go sobie zaparz i poczuj to cudowne uczucie dziwnego powrotu do czegoś, czego nawet nie można sprecyzować ani określić słowami. Jakby powrotu do domu, do korzeni. Bo

w każdej z nas jest trochę zielarki, szamanki i mistyczki,

nawet jeżeli żyjemy w betonowej dżungli i tego nie czujemy. To właśnie tym bardziej trzeba wracać do tego co pierwotne bo beton zabija w nas to co oczywiste i potrzebne duszy. I nie jest tak, że nie kocham miasta, kocham i to bardzo ale sztuką jest godzić w sobie dualizmy, z których się składamy. Dać sobie szansę na skosztowanie życia i doświadczania jego z różnych stron. Dać sobie szansę na bycie miejską wieśniaczką 🙂 A (na)mowa ziół na mnie podziała i zaczęłam słyszeć ich głos 🙂 Kto wie, może i Ty usłyszysz jak się trochę do nich z uchem przybliżysz 🙂 Amen

Wiadomość z ostatniej chwili: śmiem sądzić, że 3 tygodnie pitej czerwonej koniczyny w ilości 1-2 szklaneczek dziennie powstrzymały u mnie PMS-a. Po prostu się nie pojawił, zero tkliwości piersi, napadów agresji, głodu niepohamowanego, zmienności nastrojów i poczucia, że jestem wielka jak hipopotam. NIC. Dopiero w ostatni, a w zasadzie pierwszy dzień okresu dopadł mnie wilczy apetyt i wścieklizna ale… zaraz wszystko minęło. W ogóle zapomniałam, że mam go dostać 🙂 lol

I na koniec dodaję żeby ze wszystkim ziołami przed zażyciem zapoznać się dokładnie, z działaniem i co równie ważne z dawkowaniem, a może nawet po poradę udać się do zielarza, nie mylić ze sklepem zielarskim 🙂