cudze chwalimy, a o swoich piktogramach nie pamiętamy

Napisałam Wam o trujących smugach, a teraz chciałam przypomnieć o czymś mega niesamowitym i również związanym ściśle z naszym niebem. Może nawet to wszystko jest ze sobą jakoś połączone?

A jest o czym pamiętać bo pewnie rodzime kręgi w zbożu nie były takie ogromne jak co poniektóre światowe ale jak na nasze polskie warunki i tak bardzo spektakularne. Być może nawet miały jakiś pośredni związek z naszym katolickim krajem? Nadgorliwe społeczeństwo w jednym z nich znak hostii bowiem wypatrzyło i może ufo wystraszyło?  Nie wiadomo.

rzekoma hostia 😉

Wiadomo natomiast, że chyba o tej Ziemi zapomnieli już kosmici nawet i nie przylatują, nie zaglądają i nie odwiedzają ziemian. Skłaniam się ku teorii, że może rzeczywiście jesteśmy gatunkiem, który oni sobie eksperymentalnie wyhodowali i obserwowali z daleka nasze poczynania podchodząc czasem nieco bliżej z odważnym zamysłem zapoznania się. Eksperyment raczej nie udany gdyż dając nam we władanie taką piękną planetę, różnorodną i kolorową, podobno cudownie wyglądającą z kosmosu, popełnili błąd.

Edit: podczas fascynującej rozmowy z jedynym z najbardziej znanych polskich ufologów Stanisławem Barskim dowiedziałam się, że znaki pojawiają się nadal w Anglii oraz w innych krajach na świecie. W Polsce rzadko, ponieważ twórcy piktogramów uznali , że nie ma sensu rozmawiać o kolorach z daltonistami. Daltoniści nie zamierzają odpuścić. Robią wszystko aby istnieć.

Fotek nie wrzucam bo piszę o naszych 🙂 Otóż zrezygnowali z takiej manifestacji u nas i ograniczają się jedynie do przelotów, które to są niekiedy widoczne na zdjęciach niektórych ufologów lub przypadkowych ludzi nie zdających sobie sprawy z tego co uchwycili w kadrze (często, a może nawet najczęściej są to obiekty niewidoczne gołym okiem). Ale to może temat na inny tekst, a ten pozostawię już tak jak jest i nie będę Czytelnikowi za bardzo mieszała 🙂 Podążajmy zatem dalej 🙂

Człowiek bowiem w swym rozwoju mądrości rozumy wszystkie pożarł i prowadzi nierówną grę z przyrodą, która to w końcu tupnie i o swoje prawa się upomni. Nie zniesie dłużej prób atomowych w stratosferze, a manipulowanie pogodą chociażby po przez chemtrlais-y będzie miało dla nas przykre konsekwencje. Nikt nie jest w stanie przewidzieć jak to wszystko się skończy i kiedy np. wybuchnie taki wulkan Yellostone, a podobno to tylko kwestia czasu. I zmuszane środowisko do ocieplenia (m.in. celem stopienia lodowców i wydobycia spod nich ropy) samo się po prostu ochłodzi. Czynią i czyniły to właśnie wulkany emitując do atmosfery pył, który to oddzieli nas od słońca, a tym samych klimat schłodzi się właśnie zupełnie naturalnie. To nic, że przez kilka lat nie dotrą do nas promienie słoneczne. W obliczu miliardów lat i na przestrzeni różnych cykli to naprawdę nic takiego. A jak do tego dołożyć miliony hodowlanych zwierząt wytwarzających gazy cieplarniane to już się robi niezła zadymka. Dlatego jako jednostki mamy wpływ chociaż na to co jemy i warto ograniczyć ilość spożywanego mięsa w diecie. Nie tylko ze względów zdrowotnych i etycznych ale też dla dobra ludzkości. Coś ta ludzka rasa zarozumiała w swym działaniu kompletnie o tym zapomniała. Bogacze i multimilionerzy mają schrony i jakiś czas nawet w nich przeżyją ale czemu do jasnej cholery nie zastanawiają się co będzie jak z nich wyjdą? Co sprytniejsi będą planowali oddalenie się na jakąś inną planetę i coś co dla szarego człowieka jest kwestią fantazji dla nich po prostu faktem. Pieniądze światem rządzą i lepiej się z tym pogodzić. Nie masz nie lecisz 😉

Edit: plany bogaczy legły w gruzach, przynajmniej na chwilę, gdyż robale wysłane na stację kosmiczną po przebywaniu tam wcale nie tak bardzo długo wróciły zmienione. Jeden z nich powrócił z dwoma głowami, a miał jedną, a ponieważ ma możliwości regeneracyjne to po ucięciu wyrastają nadal dwie. Inne zaczęły się nagle same dzielić. Okazuje się też, że być może astronauci przebywający na stacji kosmicznej są zagrożeni i oczywiście o tym nigdzie nie piszą, nie mówią, a nawet pokazują  plany zasiedlenia Marsa. Jakoby nic niepokojącego się nie działo…

archiwum prywatne

A wracając do kosmitów to przylatywali kilka lat z rzędu do naszego polskiego Wylatowa, które w tym tekście dla Was odgrzeję bo zauważam tendencję do wychwalania zagranicznych znaków, a tym naszym też niczego nie brakowało. Od 2001 r każdego lata biwakowałam razem z innymi poszukiwaczami przygód w polach i doświadczyłam niesamowitych przeżyć, które potwierdziły tylko to, co wiedziałam wcześniej, że wszystko jest możliwe, a człowiek mało wie i małej wiary jest.

Otóż podczas pewnej medytacji miłości razem z kilkunastoma osobami, w tym szamanami (ich inicjatywa), poszukiwaczami/badaczami ufo, dziennikarzami i zwykłymi mieszkańcami wsi

przeżyliśmy i zobaczyliśmy na żywe oczy niesamowite zjawisko świetlnej kuli energii,

która to wynurzała się kilkukrotnie zza pobliskich drzew, powaliła niesamowitym kolorowym blaskiem, a spektakl trwało około minuty (było więc dość czasu żeby się temu przyjrzeć). Nikt nic nie zarejestrował bo sprzęty przy piktogramach często wysiadały, baterie rozładowywały się i zaplanować coś świadomie nie było możliwości. Nikt nie spodziewał się czegoś takiego, tylu barw ułożonych w zmyślną całość o zmieniającym się kształcie jakby kuli 🙂 A może nikt nie miał refleksu bo był uspokojony ćwiczeniami duchowymi? Tak więc wszystko zostało tylko w pamięci uczestników, a osobiście widoku nie zapomnę ja ani pewnie inni do końca życia.

Pewne jest, że wszystko jest energią i

na co dzień zapędzamy się w prozie realizmu zapominając o najważniejszym. Życiu.

archiwum prywatne

Kolejna obserwacja miała miejsce także w nocy,

kiedy wracaliśmy do domu (mieszkałam wtedy w Gnieźnie) i na niebie zobaczyliśmy ogromną czerwoną kulę, większą niż księżyc w pełni więc na początku sądziliśmy, że to właśnie on. Jakież było zdziwienie gdy okazało się, że księżyc jest ale… po drugiej stronie nieba. Kula, jajo, żółtko jak różnie (pieszczotliwie) to ludzie nazywali, płynęła po niebie majestatycznie, zmieniała kształt, aż w końcu znikła. Trwało to ładnych kilka minut, a może nam się tylko tak wydawało? Cofnęliśmy się do bazy i okazało się, że więcej było takich jak my i wszyscy bardzo przeżywali zjawisko. Godziny przed świtem kiedy ludzie mają już dość oczekiwania, zasypiają lub zwijają się do domu. Było to coś absolutnie cudownego i mistycznego nawet. Czy poczuliśmy się wybrani? Sądzę, że odrobinę tak.

To były 2 największe demonstracje

z tyloma świadkami. W tym z Robertem Bernatowiczem z Nautilusa i co starsi mogą pamiętać taką audycję Nautilus Radia Zet 🙂 Kiedyś marzyłam żeby faceta poznać bo słuchałam namiętnie o jego tajemniczych bardziej lub mniej historiach i o dziwo tak się stało. Kilka lat z rzędu wspólnie włóczyliśmy się po polach i utrzymywaliśmy kontakt. Reszty nazwisk nie wymienię bo publiczni byli jednak prywatnie 🙂

ostatni obraz w zbożu lipiec 2005 r

W ogóle klimat tam panujący był fantastyczny, ludzie zjeżdżali się co roku ci sami, pomijając atrakcje w postaci, a to znanego reżysera, komika czy jeszcze bardziej znanego jasnowidza lub naukowca. Atmosfera panowała przyjazna, biwakowa, życzliwa i niezwykle radosna. Zew przygody pachniał już w czerwcu: jest, jest już jakiś piktogram??? A później do żniw siedzieliśmy w polach. Głównie nocami i po pracy pędziliśmy do Wylatowa kompletnie niezmordowani i nakręceni 🙂

Pamiętam też doskonale ostatni piktogram i moment kiedy powstał.

Tak się złożyło, że ze znajomymi koczowaliśmy całą noc w polu, część z nas pojechała do pobliskiej piekarni po ciepły chleb, a część została. Leżeliśmy na miedzy w części pól, których nikt nie obstawiał, kiedy nagle poczuliśmy, że coś z nas z tego miejsca wypycha, usłyszeliśmy jakby głos w głowie, że mamy natychmiast odejść ale wcale na to ochoty nie mieliśmy i prowokowaliśmy los dalej. W końcu jednak wstaliśmy i

nakierowaliśmy aparat na puste, nocne pole i… ujrzeliśmy w monitorze kulę światła,

która sobie pływała nad zbożami, a kolega bardzo się wystraszył i zaczął uciekać 🙂 Nie chciałam zostać sama, uczucie było co najmniej dziwne jakby czyjejś obecności, a intuicja podsuwała pytanie czy na pewno chcę zobaczyć coś na co nie jestem kompletnie gotowa więc powoli oddalałam się cały czas patrząc co wyprawiają światła, których nagle było kilka i przypominały kształt obiektu – spodka. Mam nadzieję, że nie zrobiłam mu traumy zaciągając na obserwację 🙂 Bo nie wierzył i polemizował. Szkoda, że nic się nie nagrało ale soczewki aparatów fotograficznych są czulsze niż ludzkie oko to wychwytywały więcej. Widocznie manifestacja nie chciała być zarejestrowana i przeznaczona była tylko dla nas. Ponieważ godzina była znowu przed świtem pojechaliśmy do domu, a rano… dokładnie w tym miejscu był piękny obraz w zbożu. Szczerze mówiąc nie byłam nic, a nic zaskoczona.

W ogóle to

ja te piktogramy sobie zawłaszczam,

uważam, że powstawały dla mnie, bo łączą się od pierwszego 2000 r do ostatniego w 2005 r z moją osobistą historią. Motyl ma wyraźne znaczenie symboliczne dla naszego przypadku. Nikt i nigdy nie wmówi mi, że zrobili to ludzie. Nikt mnie nie przekona, że w hektarach pól, w środku nocy, bez latarek i w kilka godzin kiedy są najdłuższe dni, a brzask przychodzi bardzo szybko ktoś wygniatał to wszystko w zbożu. Niedowiarki – weźcie wyluzujcie poślady bo są na świecie rzeczy, których nie idzie wytłumaczyć racjonalnie. Może nawet nie z tego świata. Byłam tam i wespół z innymi chodziłam całe noce po tychże polach.

Nie wiem co to było ale BYŁO. I bardzo żałuję, że się skończyło bo

było piękne i dawało nadzieję, że jest coś więcej z czego sobie sprawy nie zdajemy. Dawało szansę dla ludzkości, że może się szybciej przebudzimy jak jednak na własne oczy zobaczymy. Ale dla zwykłego śmiertelnika okazało się to za małym dowodem, a jedynie dobrym obiektem do kpin. Nawet stojąc w środku kręgu. 

Widziałam panią, która prawie mdlała, telefon jej nie działał, samochód później nie chciał odpalić ale uparcie twierdziła, że kręgi wykonali ludzie. Taaak, jasne…

Mimo to warto wierzyć w niemożliwe i nie być zarozumiałym dwunogiem, któremu się wydaje, że jest sam we Wszechświecie. I w chwilach zwątpienia przypominam sobie medytację z Wylatowa i eskalację prawdopodobnie przekazu miłości, a może innych istot, które na tę właśnie miłość odpowiedziały? Teorii jest wiele, jeszcze więcej niedomówień, wątpliwości i interpretacji wyłącznie indywidualnych. Pewne jest, że człowiek (jeszcze i przynajmniej Polak) nie dojrzał do kontaktu z obcymi cywilizacjami i nie wiadomo czy kiedykolwiek dojrzeje bo mam wrażenie, że po przez swoją ignorancję uwsteczniamy się.

Dobrze żarło ale zdechło.

Smuci jedynie fakt, że już nie przylatują. Nawet jak widzę dziwne światła w tamtej okolicy to jednak nie jest to samo. Chociaż robią wrażenie i nie są to samoloty ani sondy. Niemal każdy wojskowy samolot z pobliskiego lotniska znamy i wiemy ze swoich źródeł o nowościach nie ujawnianych publicznie.

Zresztą wojsko tematem było o dziwo żywo zainteresowane i od razu ordynowało loty nad polami.

Śp. pilot, którego dobrze znaliśmy miał swoją teorię na ten temat i widział dziwne obiekty bywając w przestworzach. Ale o tym sza. Po prostu czasami można zaobserwować w okolicach Wylatowa niespotykane zjawiska na niebie i nikt tego rozumem ni nauką nie wytłumaczy(ł). Nikt prócz ufologów, których zastanawiam się czy ktoś traktuje poważnie? Piloci wszak głośno nie mówią co widzą. Dlaczego inne wymiary są obiektem kpin, a ludzie widzący rzeczy niewidzialne dla przeciętnego kowalskiego są wyszydzane i poddawane tylu wątpliwościom? I po co głos w tej sprawie zajmują osoby, które z tematem mają niewiele wspólnego? Pewne jest, że skoro ludziom czasem robiło się słabo, a auta zaparkowane przy ulicy nie mogły ruszyć to działała jakaś niewyobrażalna energia. Energia, która z człowiekiem miała tylko tyle wspólnego, że wszystko jest ze sobą połączone i my też jesteśmy energią. Czy jeżeli nie można czegoś logicznie wytłumaczyć to trzeba to od razu negować? Takiego pola elektromagnetycznego nie wytworzył człowiek choćby się, za przeproszeniem z*****.

młoda Herbata na wylatowskim polu 🙂

Nie objawiają się u nas i tyle. Czyżby zobaczyli, że nic z nas nie będzie? Skłaniam się ku teorii, że tak. Nawet jeżeli w pikotgramach skanowali ludzi i prowadzili własne obserwacje (co łączy się z teorią zasiedlenia nas na Ziemi) to

może przekonali się, że stworzyli kompletnie felerną rasę?

Która nie zaakceptuje nikogo prócz niej samej? Która niszczy, zabija i nie otworzy się na nic nowego? Teraz po latach myślę sobie, że ten znak przypominający hostię może jednak coś szczególnego znaczył dla naszego narodu? Może przewrotnie, weź przyjmij to ciało Chrystusa i zacznij żyć tak jak On głosił? A może chcieli łagodnie okazać swoje zainteresowanie w katolickim kraju? Ale nie,

nie z Polakiem takie numery.

Może hostię i zobaczył ale nic więcej z tego nie wyniósł. A było nawet prosto, jak krowie na rowie. Wszak każdy ma prawo do swoich skojarzeń, a znaki jednak były przemyślane i nie przypadkowe (wszystkie na całym świecie podobno przypominają części łańcucha DNA człowieka ale tu teorii jest wiele i co kraj to obyczaj).

A każdy przecież wie co głosił Jezus tylko czy o tym pamiętamy? 

Czy potrafimy odnieść to do siebie? Pochylić się bez ironii nad tym co miało miejsce, a co być może miało nas na celu przybliżyć do poszerzania świadomości i otworzenia więcej klepek w mózgu? Dodam, że zboża zawsze były jedynie pozginane. Jakby uszanowane. Nigdy połamane czy zniszczone. Zadeptywali je ludzie, którzy nie mogli przemieszczać się wyznaczonym szlakiem, a lecieli jak popadło.

Ależ my to lubiliśmy, tę ekscytację z powodu spotkania tylu niesamowitych ludzi i niesłychanego zjawiska. Cieszę się, że mogłam być uczestnikiem bezpośrednim sytuacji ale cudze znaki chwalicie, a o swoich nie pamiętacie… I paru niedowiarków zabraliśmy w nocne pole i oczy im się otworzyły. Kiedy rano w tv sami zobaczyli w sąsiedztwie czego wypoczywali pod gwiazdami.

Dlatego często spoglądam w niebo z dużą ciekawością 🙂 Nie tylko szukając smug chemicznych. A takich historii spoza naszego świata jeszcze parę Herbata ma 🙂 W rękawie albo raczej imbryku.

Dziękuje Ci Stasiu za rozmowę, za poczucie tamtej atmosfery i smak kolejnych przygód, które i tak zdarzają się nieprzeciętnym ludziom obdarzonym nieprzeciętnymi właściwościami. Nawet jak są wyśmiewani i uznawani za szaleńców. Inność zawsze była i jest piętnowana. Czy dalej będzie? Zobaczymy bo świat nasz wkracza w zupełnie inną erę, postępuje, kręci się i to jest piękne. Że zawsze jest nadzieja 🙂 Anglia odpowiada swoimi znakami tworzonymi przez człowieka. W szaleństwie jest metoda i nadal mogą się cieszyć kontaktem z nieznaną dla nas cywilizacją, która zrobiła krok w naszym kierunku.

Ps. Na wsiach rolnicy spotykali czasem takie kręgi w zbożach czy dziwne światła i u klienta mojego męża też lata temu powstał idealny i piękny okrąg. Ale nie chciał rozgłosu i się nie ujawnił. Nie ma się zresztą co dziwić, pól takich trzeba było pilnować przed totalną dewastacją. Pędziły ludziska jak opętane na nic nie patrząc.

A może obcy wycofali się żeby nie siać paniki? Pytań jest mnóstwo i sama Nancy Talbott próbowała też na nie odpowiedzieć odwiedzając Wylatowo. YO

zwykły człowiek

Na pewno warto i dobrze mieć marzenia, a może nawet dla higieny psychicznej są one wręcz potrzebne i niezbędne. Tylko czy czasami nas nie przerastają? Są takie, których realizacja to czysta przyjemność, niejako nagroda, która przychodzi bardzo często niespodziewanie ale jednak gdzieś tam w środku czekało się bardziej świadomie lub mniej na spełnienie. A są i takie, może to te kompletnie absurdalne, ze strefy: Niemożliwe. Tak bardzo odjechane, że aż prawdopodobne, że się spełnią właśnie 🙂 Taki sobie paradoksik.

I nagle

jak się dokonuje czy dokonać by miało to człowiek panikuje

i już sam nie wiem czy jest na to gotowy? Tak chyba można powiedzieć bez silenia się na górnolotność. Ale może niewielu ma takie dylematy (herbaty). A może właśnie tak 🙂 Kompletnie nie mam pojęcia. Wiem tylko, że co poniektórzy są nieźle tym życiem potargani i można mówić, że to takie proste i wystarczy chcieć żeby się uczesało. Nie jestem przekonana na ilu to wszystko, ta cała filozofia pozytywnego myślenia (mówiąc w skrócie) tak szybko działa bez jakiejś minimalnej pracy nad sobą czy może bardziej i ładniej brzmi zaangażowania. Żeby pomóc sobie i skorzystać też ze źródeł pomocy. No minimum jakieś trzeba z siebie dać, pomyśleć czy zastanowić się nad sobą, swoim postępowaniem i życiem nawet też. Przyłożyć trochę rękę, palec choćby do zmiany tego myślenia i łapaniu się na starych przyzwyczajeniach. Jednemu pójdzie łatwiej innemu nie, ktoś odniesie szybki sukces, ktoś inny powoli będzie parł do celu ale jednak coś tam tymi szarymi komórkami ruszać trzeba. Najlepiej okazuje się, że cały czas warto dbać o UWAŻNOŚĆ. Tego co się mówi, robi i MYŚLI. I dobrze czynić to z radością i lekkością oczywiście 🙂

lepiej jak rosną za duże niż siedzą przy ziemi za małe…

Czego się więc boimy gdy jesteśmy już u kresu, u końca realizacji naszego mega pragnienia? Że życzenie owo się właśnie spełni? Czy nie na tym nam właśnie zależało? Czy tylko tak się wydawało? Czasami okazuje się, że te obawy są tak mocno zakorzenione w naszej głowie/psyche/podświadomości, że na pstryknięcie palcem mimo chęci najszczerszych eliminacja ich nie działa. Tym bardziej, że niepokój pojawia się dopiero przy finale. Wcześniej rozum myśli (dobre sobie), że ze wszystkim już sobie poradził, przerobił (o, świetne słowo) i jest git. Marzenie nadciągaj, jestem, stoję tu… Jebnij mnie w głowę. I… jeb. Jebło. No co zdziwiony? Ano tak i to bardzo. I co teraz? Nie wiem, a znasz to?

Uważaj na marzenia bo mogą się spełnić…

Może tak być u ludzi z niską samooceną i pewnie jakimiś innymi fiksami też ale strach wyłazi sobie i już. Brak w wiary w siebie i poczucie nie zasługiwania na dobrostan. A wydawało nam się, że jesteśmy już tacy do przodu 😉 Może nawet być taki potencjał energetyczny uruchomiony z poprzednich pokoleń (energia nas tworzy z energii więc to co działo się wcześniej ma znaczenie). Taki kolejny myk, ciekawostka i zarazem bardzo interesująca sprawa.

Błysk, który ciapnął nas w nieodpowiednim momencie

kiedy np. coś przykrego stało się w naszym życiu. Zaskoczyło nie tak jak by miało i uruchomiło nie to co trzeba, co ciągnie się później za nami nawet całe życie. Czasami już nie pomoże nawet (klasyczna) psychoterapia ani (w dodatku) żadna inna apia i walczymy z wiatrakami. Gdy już liźniemy temat i trafimy na pomoc kogoś takiego kto wie co z nas wyciągnąć z poprzednich rodzinnych zdarzeń to nawet daje się w niektórych przypadkach (nie u każdego jest potrzeba aż takiej głębokiej terapii) połączyć szybko pewne rzeczy w jakąś całość. Oczy otwierają się szeroko ze zdziwienia, że możemy coś takiego (potencjał energetyczny) przenosić i to, co działo się z naszymi pra dziadkami i rodami ma olbrzymie znaczenie. Otarłam się o coś takiego, tzw. terapię rodową i muszę przyznać, że robi wrażenie. Przepina się później kanały energetyczne na specjalnych matrycach. Wiem, że brzmi dość odlotowo ale to wszystko oparte jest na fizyce kwantowej.

Poczuj to, jesteś energią.

Jak wszystko co nas otacza. Jak nasze myśli i słowa wypowiadane na głos. Ale zaprzestałam kontynuowania, bo zupełnie zwykły człowiek jestem, z powodów czysto ekonomicznych (drogo i tyle). Może to wytłumaczenie, oczywiście, ktoś ma prawo tak uważać i dla chcącego nic trudnego ale jednak powiem „cóż „… Drogo dla mnie of kors, dla ciebie może nie 🙂 Poza tym jak zwykle punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i gdyby porównywać cennik z ustawieniami Hellingerowskimi to rzeczywiście tanio.

I dopiszę, że miałam niesamowite odczucia, zadziało się ze mną coś szalenie intrygującego,

otworzyły się niemal natychmiast jakieś kanały przepływu informacji

na poziomie mentalnym i umysłowym. Czułam, że ta metoda na mnie działa i jestem w stanie pozbyć się swoich przypadłości tych bardzo uciążliwych zatruwających mi życie i jego swobodę. A do tego uzmysłowiłam sobie, że nie jestem za to odpowiedzialna ani tym bardziej niczemu winna. Po prostu taki, a nie inny potencjał energetyczny uruchomił się w jakimś momencie mojego życia i zaczęłam funkcjonować pod jego wpływem. Jedna trauma wystarczyła. I to jest piękne, że pozbyłam się tej ciążącej na mnie frustracji, że mogłabym inaczej, a nie potrafię. Ano nie potrafię, bo energia z poprzednich pokoleń ciągnie mnie w dół i zwodzi na manowce lęków i nerwów. Przez co nakręca się spirala coraz groźniejsza dla duszy kiedy to szamoczemy się z czymś w środku i nie potrafimy pozbyć.

Teraz, będąc tego świadoma po rodowych kęsach coraz częściej sama się wyłapuję na procederze i wybaczam sobie niemal od razu niecne zapędy psychiki/uczuć (bo jednak to uczucia nakręcają psyche i kiedy zaczynamy czuć wewnętrzny lęk, taki w sercu i żołądku, każdy inaczej ale zapewne wiecie co mam na myśli to rozum natychmiast w to wchodzi produkując jeszcze więcej czarnych scenariuszy) w nie te meandry co trzeba 🙂 Nawet jeżeli argumenty lęków są bardzo rzeczowe i przekonujące staram się przypominać sobie to ukryte drugie dno, które mną kieruje. No na pewno nie jest to świadomość. Tu akurat sprawa jasna jak słońce, ona nami nie steruje.

czasami dobrze chodzić z głową w chmurach 😀

Nie mam nic na swoją obronę, że nie kontynuuję terapii (prócz miliona przyziemnych spraw, w tym nieprzewidzianych wydatków). Tak czasami wychodzi, że się chce, a jakoś nie można. Czy to możliwe? Sama nie wiem. Czy to podświadoma ucieczka przed konfrontacją? Bardzo prawdopodobne, a niekiedy zupełnie trafione (choć herbata lubi mierzyć się ze sobą). Nie potwierdzam nie zaprzeczam ale wiem, że jesteśmy tylko i aż ludźmi. Jest nas miliardy, różnorodnych postaci, każdy inny i tak naprawdę jedyny w swoim rodzaju. To fantastyczne. Ale jesteśmy też częścią podświadomości zbiorowej, każdy jest falą i wszystkie się wzajemnie przenikają. Dlatego tak ważna jest uważność siebie i tego co nas otacza też. Panowanie nad swoimi myślami, sterownie nimi, w którą stronę podążać. Dbanie o ciało i ducha. Życia w wewnętrznej harmonii, uspokojeniu emocji i koncentracji na teraźniejszości. To jest możliwe. I odpuszczenie sobie wszystkiego wraz z  dopuszczeniem do siebie miłości i ufności, że wszystko jest i będzie dobrze 🙂

A marzenia, nie wiem czemu ale sądzę, że jak mają się spełnić to i tak się spełnią, bez względu (a może nawet czasem tym bardziej) na wszystko i na przekór wszystkim 🙂 kropka

i znowu te matki

Lubię czasami trochę poprowokować ludzi 🙂 I tak na przykład

uśmiecham się do przechodniów na ulicy

lub pań ekspedientek w sklepach i innych jednostek społecznych. Niby nic takiego, prawda? Zadziwia jednak skostniałość polskiego społeczeństwa kiedy to na zwykły i pospolity uśmiech reagują na tyle różnych sposobów tylko nie… uśmiechem.

Chociaż im częściej świadomie praktykuję owy zwyczaj tym więcej ludzi jednak odwzajemnia moje radosne emocje.

Pierwszy dzień – nazwijmy to eksperymentu bo nie z przypadku się kielczyłam tylko nakierowana byłam na reakcje ludzi, a do tego rzeczywiście wiele sytuacji, nawet prozaicznych np. na ulicy wywołuje po prostu uśmiech i pojawia się sam – był zaskakujący. Niektórzy patrzą zdziwieni, starsi na ogół rozglądają się dookoła jakby szukali wzrokiem kogoś innego obok siebie, młodzi chętniej się rewanżują, a najsłabiej chyba (niestety) matki z dziećmi. I znowu te matki 😉

Bea Herba ze swoim Herbatnikiem. Lubimy ludzi, którzy lubią się śmiać 🙂

I sama będąc taką właśnie matką z dzieckiem kompletnie nie rozumiem

tej ponurości spojrzenia, wzroku wbitego w ziemię i zero jakiejś zwykłej życzliwości. Matule mam wrażenie celują w smutasowaniu, być może przygniecione poczuciem nadmiaru obowiązków, może zmęczone pociechą i zakupami, może to, a może sro. A może tylko ja to tak postrzegam i właśnie matki zauważam? Na pewno miny mają często zacięte i ani grama uśmiechu. Albo uśmiechają się odwrotnie tzn. kącikami ust w dół. Mejbi bejbi.

Faktem jest, że będąc gościem na zagranicznych wojażach chyba nigdzie nie spotkałam się z takim zaskoczeniem na zwykły, najzwyklejszy uśmiech. I nawet w naszym kurorcie jeziorowo wypoczynkowym nastroje zmianie uległy i niegdyś ludzie jakoś tak spontaniczniej i ochoczo reagowali na siebie czy nawiązywali znajomości. Przenosząc spostrzeżenia na grunt wiejski sytuacja więc wygląda dość podobnie i na 20 spotkanych przypadkowo ludzi jakieś 2 odwzajemniają pozdrowienie czy w ogóle wyrażają jakąkolwiek chęć do uczynienia tego. Kierowcy z kolei to kolejna inna wredna nacja (ani uśmiechu ani nawet kultury jakiejkolwiek za grosz. I często czym piękniejsze auto tym wredniejsza gęba – chociaż znowu może to ja coś takiego wyłapuję).

A jak się powie komuś nieznajomemu do tego „dzień dobry”… Oooo to już czasem zaczyna bardzo przezywać ta osoba sytuację, od razu widać, że milion myśli przelatuje przez jej głowę w tym pada najważniejsze pytanie: SKĄD skąd skąd ja ją znam, lub skąd ONA zna mnie 🙂

Oczywiście trzeba kogoś znać żeby wyrzec słowa przywitania i oznaki uprzejmości ujawnić 🙂

to dopiero szczęście  🙂

Nooo dobra, przesadzam. Skoro coś takiego robię, to tak jak wspomniałam na początku, ludzie zaczynają odwzajemniać co bardzo polubiłam i motywuje mnie do dalszego niecnego postępku. Poza tym nie jestem odosobnionym przypadkiem (przynajmniej w czymś). Bo idzie sobie taka beatka wariatka drogą i cieszy się, że słońce świeci, że trawa zielona, że nie ma akurat kataru alergicznego i nos wolny, że dziecko podskakuje szczęśliwe obok, że niemowlak w wózku się do niej uśmiecha, że powstrzymała się od zeżarcia glutenu, ot takie zwykłe malutkie drobiazgi, które sprawiają, że zatrzymuje się w ulubionym (i niezbędnym) TU I TERAZ. I te sekundy zespolenia z Wszechświatem i połączenia z Ziemią działają na mnie uskrzydlająco. Bosa stopa postawiona na trawie, przytulenie (jakiegoś) psa, pogłaskanie swojego kota, gorąca kąpiel albo zimna w jeziorze jest tego całe mnóstwo dzięki czemu można w danej chwili poczuć szczęście absolutnie całym sobą i zestroić z Kosmosem. Nie euforycznie, po prostu zwyczajnie czuję się wtedy szczęśliwa. O  niczym nie myślę tylko się sobie cieszę 🙂 Ze wszystkiego co tylko do głowy mej przychodzi i serce podpowiada. Dlaczego nie, wszak zrobię chłopakom dobrą rybę na obiad, którą udało mnie się dostać, a czasem nie zdążę po świeżą, nigdzie się nie spieszę, mam zdrowe dziecko i piękne życie, którego nie zamieniłabym na żadne inne 🙂 Żyję i to też jest powód do radości 🙂

Dlatego zachęcam do prowokowania większej ilości stanów zachwytu i krzewienia pozytywnej energii samemu. A jak nie dajemy rady to odwzajemnijmy te, które płyną do nas od innych ludzi. Bo płyną!!! Czasami może tego nie dostrzegamy (nie chcemy bo wolimy i łatwiej jest narzekać), a wystarczy spojrzeć nieco dalej niż czubeczek własnego nosa i wyjść poza własne problemy i smutki 🙂 Dobrze też robi terapia śmiechem i to naprawdę działa! Na początku wydawało mi się całkiem odjechane, może nie skuteczne ale zwracam honor. Nawet jak zaczynamy śmiać się z jakiejś bzdury trochę na siłę to później idzie już z górki 🙂

Ps. Widzę ostatnio w necie rozdmuchiwanie takich chyba trochę sztucznych problemów, typu, że ciężarnym  nie ustępuje nikt miejsca w kolejkach i tramwajach, że z dziećmi nikt nie przepuści itp. Byle biadolić. Jak zwykle matki szturmem pod takimi postami wypisują jaki świat jest podły, jak w 9-tym miesiącu ciąży NIKT miejsca nie zwolnił, nawet jak się sama domagała. Łe rety ludziska! A mnie wszyscy zawsze przepuszczali i do dziś tak jest. Może dlatego, że sama zawsze tak robiłam i walczyłam o ciężarne, wpuszczałam babki z dzieciakami i byłam przychylnie do nich nastawiona. W myśl mojej ulubionej zasady CO SIEJESZ TO ZBIERASZ 🙂 I gdyby tak szczerze przeanalizować swoje zachowanie to dostajemy dokładnie to, co sami dajemy 🙂 Nawet jeżeli nam się to nie podoba i wydaje kompletną bzdurą. To tym bardziej warto zastanowić się chwilkę nad tematem i sobą, cmokasy herbatasy :**

chwila samotności na łonie przyrody wyzwala nieziemskie odczucia wdzięczności i radości 🙂

katastrofa wielkopolskich jezior !!! z aferą w tle

Będzie więc o katastrofie przyrodniczej być może nie do naprawienia 🙁

Niestety sobą bym nie była i czuję się nawet w obowiązku nadmienić o tym, że martwi mnie poziom wielkopolskich jezior i zabieranie wód przez pobliską kopalnię Konin. Już od paru ładnych lat zauważam, że poziom wody jest coraz niższy i to prawda, że Powidzkiego Małego niebawem w ogóle nie będzie. Nie rozumiem argumentacji, że niby kopalnia węgla brunatnego daje pracę wielu ludziom, a przepraszam turystyka to gips? Przecież dzięki niej żyją setki rodzin, Polska jest teraz bardzo popularnym kierunkiem turystycznym i przeżywa prawdziwy (ponowny) nalot. Dzięki temu rybacy i agroturystyki mogą wyżywić rodziny i zarabiać. To się nie liczy? NIE POJMUJĘ! A ludzie? Nie mają prawa do korzystania z piękna tego świata? Być może gdybym tu była na stałe próbowałabym czegoś więcej się dowiedzieć no ale przecież

nie jestem w żadnej gazecie zatrudniona, zrezygnowałam z lokalnego dziennikarstwa już wiele lat temu, między innymi przez to, że nie można było pisać prawdy

to kto mi coś w ogóle powie (prasówka jest przepustką do wywiadów w takich sprawach). Niewiele się zmieniło i w lokalnych mediach głównie nadają o dupie maryny (popularna ta maryna, nie ma co) i festynach okolicznościowych. Ewentualnie o wypadkach i przybywających żołnierzach amerykańskich stacjonujących w tutejszej bazie lotniczej 33. Którzy to nota bene jeżdżą bryczkami po wsiach i patrzą na wszystko jak na jakieś zoo 🙂 No tak, Polska wieś – jak żyją takich dziw nie widzieli. Dla przykładu jeden z tygodników i jakże istotne poruszone w nim sprawy…

za to takie widoki mogą niebawem pójść w zapomnienie

Do niedawna kopalnia kłamała, że wody nie podbierała z jezior tylko, że klimat nagle zrobił się stepowy. Dobre…

Władze kopalni przedstawiają własne ekspertyzy i od lat powtarzają: – Wielkopolska stepowieje. Klimat się ociepla. Jeziora wysychają właśnie dlatego. Nie mamy z tym nic wspólnego – fragment tekstu z gazety krakowskiej z 2010 r.

Przejeżdżając obok owej kopalni gołym okiem widać całe koryta transportowanej wody* i utworzony niedaleko zbiornik wodny. Dlatego pojawiło się na stronie kopalni coś takiego:

Wydobycie węgla brunatnego wymaga jego odwodnienia i odprowadzenia znacznych ilości wód kopalnianych. Odwodnienie złoża okresowo może mieć wpływ na wody powierzchniowe i podziemne. W celu określenia wpływu odwodnienia złoża na otaczające środowisko prowadzony jest monitoring środowiska wodnego.

*Edit: zupełnym przypadkiem podczas naprawiania naszej klamki przez tubylca dowiedziałam się co następuje. Żeby wydobyć węgiel brunatny najpierw trzeba się pozbyć wody, która to jest z pobliskich jezior. Dopiero wtedy można zacząć kopać. Kopią w różnych miejscach i dlatego trafiają na różne źródła od poszczególnych akwenów wodnych (ależ cudownie jest to wszystko ze sobą połączone, cała ta nasza planeta). Mieszkańcy sytuacją są bardzo przejęci. Ale to nic w porównaniu z tym jakie pewnie idą wałki z planami, żeby kopalnia oddała wodę. Tak sobie myślę, że realizacja opóźnia się z racji komplikacji przeprowadzenia machlojki finansowej na tak dużą skalę.

I co? I jajco. Napisali światu jak pięknie i kolorowo, że dzięki kopalni kwitnie region, a jeziora schną sobie dalej. Poza tym kłamią. A skoro nikt (z dziennikarzy) nie drąży tym bardziej kopalnia ma w nosie walkę ekologów. Co oni sami mogą zrobić? I jak to się mówi dupa zawsze z tyłu…

Bo temat aż się sam narzuca i prosi ale pewnie strach w oczy zagląda żeby posady nie stracić i dupsko trza lizać tu i tam co by się na powierzchni pseudo medialnego świat(k)a utrzymać.

Znalazłam newsa z marca tego roku jakoby woda miał być do jezior dopompowana. Wypowiedział się senator PIS (niegdyś z Gniezna) Robert Gaweł dla radia Merkury. Koryto więc od lat to samo, a wieści o uzupełnieniu zbiorników szerzą się od 2015 roku. Woda będzie pochodzić z kopalń odkrywkowych, które tę wodę odciągają i teraz to już naprawdę robi się NIEZŁY WAŁ. Akcja dopompowania wody to koszt kilkunastu milionów złotych ! A czy kopalni nie trzeba będzie przez przypadek za tę operację zapłacić? I pieniądze będą przepływały (jak ta woda) między państwem (gminą? województwem? dotacją z Unii na zniszczone środowisko?) a kopalnią? Czy zapłatę dostanie tylko firma dopompowująca wodę? I skoro tak się żrą to wiadomo o co chodzi. Będą teraz walczyć między sobą kto ma ten tort pogryźć. Tylko, że jeziora usychają dalej i…

(może) jest afera i skandal nawet też…

A nie lepiej chronić to, co mamy i szanować za wczasu, a nie później ratować za wszelką cenę? Nie, bo ktoś na tym ZARABIA. Jeżeli popłynęłam sprowadźcie mnie na ziemię, pliss. Nigdzie nie znalazłam publikacji pod takim właśnie kątem. Czyżby żadna osoba w ten sposób nie skojarzyła faktów

czy jednak jest zmowa milczenia

i np. jeżeli taka kopalnia Konin reklamuje się w jakiejś gazecie to nikt nie wydrukuje tekstu o nich? To oczywiście moja wyobraźnia (plus doświadczenie na własnej skórze zdobyte). Ale ciekawa jestem czy temat znowu ucichnie i wróci dopiero za rok przed sezonem? Zobaczymy też

czy jednak kopalnia odda łaskawie wodę, którą „niechcący” zabiera?

piękny jest ten nasz świat …

Czy zamierza tę wodę stargować?

Później będą wszyscy płakać, że turystyka zaniknie i po jeziorze najpiękniejszym w Wielkopolsce śladu nie będzie. Bo nie będzie. Czeka go ten sam los co jeziora: w Przyjezierzu i Skrzynka (Wilczyńskie i Niedzięgiel też niebawem do nich dołączą. Pamiętam jak za dzieciaka plaża w Skorzęcinie zaczynała się dużo szybciej, a huśtawki stały zupełnie w wodzie co uwielbiałam. Teraz tak kminię, że proces wysychania jezior trwa wiele wiele lat). Wtedy się zacznie lamet. I dyskusje CO trzeba było zrobić. Szukanie winnych. A może nie? Bo

kogo obchodzi los naszej cudownej planety,

kogo to w ogóle interesuje (prócz garści oszołomów) skoro nie ma na tym aż takiego zarobku jak na węglu? Zysku z perfidnej ingerencji człowieka w to co mamy najcenniejszego – dziedzictwo przyrodnicze. Coś, czego już nigdy nie odtworzymy. Gdyby nie byli tak pazerni i wydobywali mniej zapewne natura by sobie jakoś z tym poradziła. A radziła sobie wiele lat gdyż odkrywka ta istnieje od czasów wojennych i NIGDY takich problemów, na TAKĄ skalę nie było. Ale nie, plany są na kolejną inwestycję ale w nową kopalnię.

Kogo z mieszkańców Gniezna i okolic (ale nie tylko bo zjeżdżają się tu ludzie z całej Polski) interesuje, że niebawem nie będą mieli gdzie tak blisko wypoczywać? Że znika kawał pięknego świata na naszych własnych oczach?

Teraz jeszcze jest co ratować i wierzę, że po dużym Jeziorze Powidzkim niektórzy nie widzą ubytku ale ktoś, kto z nim żyje za pan bart i zna jego cykle widzi i wie swoje. Ludzie są przejęci i ochoczo opowiadają o swoich prywatnych spostrzeżeniach jak i donoszą wieści poparte praktyką i wiedzą zaczerpniętą z pracy w tejże kopalni. Kopalni, której właścicielem posiadającym pakiet większościowy jest Zygmunt Solorz-Żak. Tak wyglądają układy finansowe na szczycie. I wiadomo kto się nachapie najwięcej. Tylko dlaczego kosztem Bogu ducha winnej przyrody i takich wielkich czystych jezior…? Niemniej tak się właśnie robi duże interesy, po trupach. Mają nas i ten kraj głęboko gdzieś, a sami wypieprzą po świeże powietrze na prywatne wyspy. Teraz priorytetem jest dorwać się do kasy na regenerację jezior. Powiedzmy to otwarcie. Bo gdyby nie o to chodziło woda dawno by już była na swoim miejscu, a przede wszystkim kopalnia nie mogłaby tyle wydobywać i byłaby na to jakaś prawna regulacja, której musieliby przestrzegać. Ohyda. Wszyscy tacy sami w obliczu mamony.

Więc o babie na rowerze na pocieszenie też coś będzie… 🙂 

Czasami człowiek czuje się jak to dziecko. I okazuje się, że do szczęścia niewiele potrzeba. Wystarczy wiatr we włosach i rower (noo z tym wiatrem to przesadzone ale brzmi ładnie). Oczywiście okoliczności przyrody ważne tło stanowią i nie wiem czy w miejskim zgiełku miałabym podobne odczucia. Może tak, a może nie.

żółta strzała jest wspaniała 😉

Bo z takim bieganiem na ten przykład nie bardzo potrafię po chodniku i mimo, że park niedaleko to jakoś męczę oczy i ciało szybciej też. W lesie wszystko przychodzi samo, ten zew przyrody i ruchu pojawia się po prostu nieoczekiwanie  i nawet jak myślę, że nie dam rady niesie mnie po prostu przed siebie. I już już leżę gdzieś tu i tam bardziej lub mniej nasłoneczniona i już już sądzę, że to jest mój relaks wymarzony kiedy nagle pojawia się dziwne uczucie, które sprawia, że ruszam się z tego ciepłego i wygodnego miejsca i lecę 🙂 A później czuję się cudownie wyczerpana i paradoksalnie naładowana nową energią.

bywa mroczne i ciemne 🙂

Żółta strzała jest wspaniała. Dostarcza poczucia wolności i daje autonomię. Nie mogę przestać jeździć i przypominam sobie dzięki temu co czują najmłodsi. Euforia, radość, las, droga i ja. Wjeżdżam w kałuże i pędzę za szybko (nie mogę się powstrzymać i tylko w bardzo sprzyjających okolicznościach). No i jezioro, każdy zakątek na nim inny, czasami jest jak morze, z piaskiem delikatnym i błękitną wodą, a czasami mroczne, wietrzne i groźne. Zależy z której strony człek się doń zbliży. Jestem zachwycona tą różnorodnością i co roku, co przyjazd wręcz przeżywam to samo zauroczenie. Od początku do końca. Zakochana po uszy.

czasami jest jest jak morze 🙂

I miało być miło, a wyszło jak zwykle. Cóż, taka gorzka ta Herbata czasem. Niby słodka, a piołun… Ale proszę Was pismaki, ruszcie tyłki i zróbcie coś! Piszcie chociaż o tym. Przecież tu przyjeżdżają Wasze dzieci, a i sami Wy szpanujecie, że to Wasz teren.

A ja jadę zatem dalej i pozytywnie afirmuję, że przecież może się w każdej chwili coś zmienić na plus i ta Unia zakaże w końcu wydobywania węgla kosztem niszczenia świata, dóbr lokalnych i przy okazji, w konsekwencji, życia ludzi też. Gdzie są te kary nakładane przez Unię za degradację środowiska? Dlaczego pieprzona kopalnia nie płaci za zniszczenia? Chociaż nic nie wróci wody i nie zapełni akwenów (no, może ci, którzy je wykańczają podejmą wyzwanie). Przypominam, że Jezioro Powidzkie ma jedną z najczystszych wód w Polsce.  Bo tylko o hajs jak zwykle chodzi, ale nie Twój człowieku jeno tych co na górze samej siedzą i takim węglem handlują. A resztę mają gdzieś, zwierzęta, jeziora, lasy i nas… Dlatego być może niebawem nie będzie tego świata w takiej postaci w jakiej go znamy, a następne pokolenia będą mieszkać w jakimś podziemiach… Za to bogacze odlecą na inne planety zagospodarowane specjalnie dla nich 😉 Tfu tfu tfu przez lewe ramię 😉

Dobre leśne duchy, miejcie nas i ten (pojebany) świat w opiece, amen.

Mamę przepraszam za brzydkie wyrazy 🙂

rowerzyca górska

Tak człowiek marzy o urlopie, odpoczynku i wolnym czasie tylko dla siebie, że jak już go ma to… kompletnie nie wie co ze sobą zrobić. I okazuje się, że aklimatyzacja przebiega powoli, postępuje ślamazarnie i jedynie wyspać się w ciszy zupełnej można. I niby coś by się tam chciało, gdzieś ruszyć, może nawet czas jakoś użytecznie zagospodarować a… nie chce się po prostu.

Nie chce się ani chcieć ani nie chcieć.

Taka przewrotność losu widocznie. Że jak już dostajemy to, czego chcieliśmy to nie umiemy z tego korzystać. Oczywiście to tylko przejściowe, szybko przyzwyczaję się do dobrego, do garów też (kiedyś) wrócę w swoim czasie, zaprawy i przetwory nie uciekną. I może dobrze, że we wszystkich pobliskich miejscowościach (czyt. wiochach) nie ma na sprzedaż ani 1 (słownie: jednej) truskawki gdyż uchroni mnie to przed terroryzmem dżemowym. Inaczej miałabym wyrzuty sumienia, że są, czerwoniutkie i pachnące, a ja zamiast smażyć grzeję i smażę ale swoje własne dupsko w kompletnej bezczynności na słońcu. Lub na kocu, łóżku, trawie i innych miejscówkach do polegiwania stworzonych. Wybredna nie jestem, byle się opalać lub dżem-ać 🙂 Bom blada jak ta zimowa zwykła… dupa wlaśnie (ups, no przepraszam maaamooo).

buuuu ….

Doznałam też pierwszych obrażeń dosiadając po latach nie ujeżdżania roweru swego nowego (nowego dla mnie, a starego dla świata). Który to dostałam w prezencie i rodzina świadkiem, żem go sobie wyczarowała. Ponieważ od 2-óch (tak tak tylu aż) sezonów planowałam zakup jegomościa do celów przemieszczania się po lasach i jagód łapania, a cały czas coś stawało na drodze,

zaczęłam sobie (starym ale jakoś zapomnianym ostatnimi czasy sposobem) czarować.

Już słyszę śmiech moich chłopaków jak to przeczytają (tzn. duży sam, małemu trzeba pomóc) ale dobrze pamiętają jak świadomie wzywałam z niebios rower i go do siebie przyciągałam. Teraz mogę wyznać to publicznie. Bo przybył. Znikąd, a w zasadzie od znajomego. Usłyszał mentalnie akurat on ale do kogoś hokus pokus dotarło i rower też właśnie niedawno przybył do mnie osobiście. Bez kasy, za zupełne darmo (noo może za jakieś małe przysługi po drodze, zwykłe herbaciane i wynikające z cech mego charakteru na stanie posiadanych) górska damka, która to miała być damką zwyczajną i przede wszystkim wybitnie wolną. Taką, na której powiozę też syna.

No nie jest ani zmulasta ani tym bardziej wolna, wręcz przeciwnie, szybka i przyczepna do drogi wyjątkowo. Siodełko niestety zapieczone i za wysoko, sama nie opuszczę ale sobą bym nie była gdybym go (a może jednak jej, rowerzycy górskiej) nie dosiadła. Korciło bardzo żółtą strzałę wypróbować. Ale cóż, niedopasowana wysokość sprawiła, że oczywiście z hamowaniem na ogrodzie problem był. I pierwszy raz (chyba hihi) przyznać muszę mojemu ukochanemu rację, że się o mnie boi i jak usłyszał co to za pojazd to się lekko (nawet) wystraszył czy zaniepokoił? Zna mnie jednak i wie, że mogę stanowić nie lada niebezpieczeństwo dla otoczenia i co gorsza (może) samej siebie 🙂

ogród jednak za mały na rozmach herbaciany 😉

Miałam być zwykłą babą na rowerze a nie jak to dzikie zwierzę 🙂

Ale oczywiście cieszę się niezmiernie z tego co od Losu dostałam bo jednak DOSTAŁAM i potwierdziło to teorię, że

WSZYSTKO absolutnie WSZYSTKO można do siebie przyciągnąć.

Czuję prawdziwe szczęście, że eksperyment się powiódł, sama na początku jak głośno rower do siebie wzywałam wahnięcia miałam ale z racji tej, że już nie raz sobie coś tam wyczarowałam brnęłam dalej mimo uśmieszków (serdecznych) rodziny. Która to zresztą czasem do mnie przemawia: noo weeeź wyczaruj coś… Tak więc

namawiam wszystkich do przyciągania do siebie tego czego pragną,

a sama zachęcona rezultatem jakże dla mnie cudownym działam w tej materii dalej. I śmiem praktykować czary mary teraz na inne zamówienia. Nawet jak realizacja opóźni się w czasie to nic nie szkodzi.

nie ma się co podniecać, tak było w zeszłym sezonie 😛

Jedynie, że na taki szybki pojazd nie zamontuję fotela dla dziecka ale za to po jagody będę śmigać co bardzo czasu mi zaoszczędzi. Teraz jeszcze muszę dorwać kogoś we wsi do siodełka i tu o tyle jest szkopuł, że chłopa wszędzie pełno ale baby nad wyraz przewrażliwione na punkcie innych bab 🙂 A już na pewno tych turystycznych. A ponieważ dawno mnie nie było na razie jeszcze po swojsku nie jestem traktowana i zmieni się to dopiero z biegiem dni. Ciśnienia jednak nie mam, owszem, oddaliłabym się z chęcią moim jednośladem ale nie za wszelką cenę gdyż plątanie się bezczynne z kąta w kąt też mi wyjątkowo odpowiada i bardzo dobrze wychodzi 🙂 A może muszę wypocząć zanim pozdzieram asfalt 😀

Tak więc drżyjcie tak czy siak wiejskie drogi bo Herbata rusza, a jak już ruszy to nie wiadomo gdzie i na czym się zatrzyma 🙂 Kierowcy, miejcie oczy szeroko otwarte, ahoj przygodo 🙂 całusy herbatusy :*

koń by się uśmiał

Miasto – to dopiero twór żyjący własnym życiem. Potrafi człowieka pożegnać, nie ma co. Z wyjątkowym przytupem.

zawsze to atrakcja 🙂

I tak piątek poprzedzający niedzielny wyjazd okazał się dla rodziców dziecka swego nad wyraz rozrywkowy i w swoim towarzystwie wyłącznie własnym też można ulec zupełnemu zapomnieniu czasowemu. Sobota, starym zwyczajem, dniem kota (kocicy) oczywiście była więc to mąż sprawował cotygodniowy dyżur nad pociechą. Wstawanie zostało zatem przesunięte na późniejszą godzinę, a i tak z racji chwilowej rozłąki planowałam nie spać do południa tylko wspólnie z rodziną dzień weekendu świętować. I koń by się uśmiał bo

najpierw o 2 w nocy do uszu mych błogo zatapiających się w mięciutką poduszeczkę

(tylko zdrobnienia mogą stan odzwierciedlić 😉 ) dobiegać zaczęło zwykłe hau hau, które w nocnej ciszy brzmiało być może HAAAUUU HAAAUUU HAAAAAUUUUUUUU odbijając się o betony donośnym echem. Pomyślałam, że zaraz może przestanie, że ktoś go zamknął tego psa na jakimś balkonie (jeszcze nadzieję miałam), że może go ktoś narąbany zostawił przed blokiem i ze spaceru zapomniał… Może długie i szerokie niczym morze się zrobiło i później wcale nie było już tak miło. Ani tym bardziej zabawnie.

kocham psy ale w nocy lepiej jak śpią 🙂

Próbowałam więc medytacji i relaksacji,

przypominałam też sobie co robią mnisi buddyjscy,

którzy mogą medytować w każdych warunkach i nawet czasem udawało mi się odpłynąć. Do momentu jak nie usłyszałam zgrzytu klucza w zamku co zmusiło mię do wysunięcia nogi z łoża i nie podeszłam nieprzytomna do okna (celem namierzenia sprawcy uporczywego szczeku) i nie zobaczyłam nadal kompletnie zaspana mojego mena sunącego pod blokiem z rozwichrzonym fryzem celem przepędzenia z kolei tegoż psa. Wypasionego rudego kundelka. Tak więc już o 4-ej nad ranem jak świt do okien zaglądał tylko z oddali słychać było cichsze hau hau, które to czasem jeszcze gdzieś po przez senne majaki wracało w bardziej rozwiniętym tonie by o godzinie 6.50 zamienić się w… ryki i krzyki. Po psie ani śladu, za to…

na nich liczyć zawsze można, jebani kosiarze trawników,

nigdy ale to przenigdy w soboty nie przychodzili lecz od pewnego czasu blokowiska schamiały chyba ostatecznie i mieszkańców za nic mają. Zwłaszcza tych co w tygodniu pracują, a w taką sobotę chcieliby pospać chociaż do tej 9-tej. Nie mam na myśli siebie (matka wszak wolnym nie dysponuje) tylko faceta swego jedynego, którego bardzo mi żal było, bo najpierw ten (nie mniej jebany) pies, a później trawiarze mada faka pasjonaci. Wyrzynacze osiedlowych krzaków jak zaczęli koncert (i nie pomogły nawet zamknięte okna) to dziecię dosłownie 3 minuty później otwarte oczy szeroko miało i w oknie stało. Zachwycone może nawet: mamao mamamooo patrz ILE kosiarek przyjechało, patrz, musisz mamo to zobaczyć koniecznie, bo jest też baaardzo duży traktor…

Tak syneczku, of kors (a w głowie o niiiieeeeeeeeee niiiieeeeeeee noooołłłłłłlłl noooołłłłłlll i o wiele brzydsze słowa poleciały, których tym razem nie przytoczę). Mama z perspektywą ulotnienia się jakoś więc przetrwała ten niemy kryzys, w kłębek się zawinęła i na siłę uszy zamykała. Bo po 8-smej skończyli! Tak, przeszli na drugą stronę bloku. Ale dziecko pozamiatane, nie uśnie ponownie, bez szans. Ostatecznie tata poszedł na przekupstwo i w zamian za drzemkę obiecał motor 🙂 Trzeba sobie umieć radzić i czasem z różnych metod się korzysta.

buddyjscy mnisi medytują w każdych warunkach to czemu nie ja 😉

Tak czy inaczej gdybym nie wyjeżdżała to nie ręczę za siebie co bym z tego okna nawrzeszczała i jakiej zadymy narobiła. To pewne jak słońce świecące na niebie bo targał mną dodatkowo w darmowym pakiecie PMS. Dżizes mnie jednak uchronił i całe pobliskie otoczenie przy okazji też. Na zakończenie jeszcze przyszli o 15 kiedy to akurat zaczerpnąć łyczka szybkiej dżemki chciałam i chyłkiem oddaliłam się na spoczynek pod pretekstem pójścia do toalety. I nagle… znajomy świst i ryk ręcznej takiej małej ucinarki do żywopłotów. Wrócił dociąć (jebaniutki). Może krzaczek gdzieś wystawał.

Podróż z plecakiem ciężkim prawie tak jak ja i wysokim też prawie jak ja sama przebiegła pomyślnie. W przedziale stacjonował wespół z nami pan w wieku zbliżonym do mnie (nie powiem, ucieszyłam się z osobnika płci męskiej, krzepkiego i dość rosłego, bez nadmiernej konwersacji na ustach – z pobudek czysto egoistycznych jak i … jeszcze bardziej egoistycznych – bo przecież dziecię do WC 50 razy chodzić chciało to lepiej jak ktoś w przedziale siedzi, o plecaku nie wspominając), wydziarany przy tym bardzo przyjaźnie (pokarz tatuaż, a powiem ci kim jesteś… Haha ciekawe czy można się tym sugerować) i chętnie bagaż transportujący do samego końca. Silny chociaż jak go podniósł to się zdziwił ale sam napierał, że z siedziska na górną półkę położy za to od razu jak chwycił zapowiedział, że zniesie mi go na sam peron. A tak przy okazji plecaka to latem raczej i przynajmniej teoretycznie ale lżejszy być powinien… Ten odwrotnie, w cieple nabiera kilosów i rośnie większy niż zazwyczaj być może w symbiozie ze swoją właścicielką. Z tylu rzeczy przecież zrezygnowałam… Okroiłam ile wlazło.

bardzo zachęca do przetworzenia 🙂

A wieś, cóż… tu zaskoczenia nie ma… (poza drobnymi psikusami). Cisza, zielono, soczyście i bujnie, ptaki śpiewają, bociany klekocą, a na ogrodzie jak tylko wyjdzie słońce upał i palma, bez czarny zaczyna kwitnąć na biało i sądzę, że pójdzie pierwszy na tapetę chociaż tego jasnego syropu nigdy jeszcze nie robiłam. Ale rośnie praktycznie pod oknem i wystarczy wyjść na ogród żeby zerwać. Widziałam też kątem oka, że krwawniki na długich łodygach z trawy wyglądają i łąki moje na mnie czekają (haha).

trio (w końcu) wyszło, dwóch od razu głodnych i spragnionych 😉

Co prawda spory kawałek siebie zostawiłam w metropolii, która to też jest domem mym i częścią mnie jak się okazuje bardzo silnie zakorzenioną. I dziwnie trochę bez tego hałasu, tramwajów, tłumów, nagrzanych ulic, znajomych szalonych – przynajmniej przez pierwszy moment. A zamiast śmieciarki budzi pianie koguta, też o świcie 😉 Pozdrawiam Was serdecznie  i herbacianie 🙂

Ps. Oczywiście musiał spaść deszcz… Po prostu nie mogło być inaczej 😉 Za to tchnął nadzieją, że do wystąpienia w bikini jest jeszcze szansa na małą, malutką, tycią choćby ale zawsze poprawę 😀

 

BAJKA BAJECZKA

Bajkę (bajeczkę) tę napisałam wiele lat temu dla mojego potencjalnego wtedy jeszcze dziecka 🙂 Została wygrzebana przez synka z dna szuflady, a jako osoba bardzo wstydliwa przedstawiam ją wyłącznie na prośbę domowników, zwłaszcza najmłodszego z okazji Dnia Dziecka 🙂 Bo przecież był List... to musi być i bajka 😉 

PRAWDZIWA BAJKA O TOSI I FRENDZELKU

I

Dawno temu, nikt nie pamięta już kiedy, na świecie pojawił się knurek. Podobno wietnamski, bo mały ale za to bardzo rezolutny. Ponieważ rósł tylko do pewnego momentu, a i starzeć się nie zamierzał, był beztroskim, 4-ero kilowym świnkiem. Jego pani nadała mu imię Frendzelek, a jej życie nigdy nie było już takie samo.

Frendzelek zaczął poznawać świat i otaczającą go rzeczywistość. Zobaczył, że po ziemi chodzi dużo istot na 2-óch nogach z pewnością do niego nie podobnych i zrobiło mu się smutno.

Pani z Panem są wspaniali ale to jednak ludzie – pomyślał i poczuł się bardzo samotny.

Nie uszło to uwadze jego państwa i zauważyli metamorfozę. Ryjek zrolował w typowy dla knurków rulonik, a ponieważ znał już parę słów w ludzkim języku oznajmił, że nie chce więcej być wesoły i czuje się zupełnie samotnym odmieńcem. Nie jest wszak ani popularnym psem ani nawet (zarozumiałym) kotem. Zobaczył już COŚ i zrozumiał, że wszystkie gatunki żyją w stadach i parach, że nawet latające pierzaste stworzenia nie są samotne i jest ich bardzo wiele.

Nie zdawał sobie jeszcze sprawy jaką niespodziankę szykuje mu życie…

Jego żal dotarł bowiem do serca pani i pana, a ci wspaniałomyślnie postanowili, że ich knurek nigdy nie będzie już sam. I tak pojawiła się na świecie Tosia, knurka pochodzenia prawdopodobnie brazylijskiego o typowo afrykańskich korzeniach. Koloru czarnego.

To był najszczęśliwszy dzień w życiu Frendzelka! Od tej pory wiedział, że już nigdy nie będzie sam i będzie miał z kim gadać w knurzym języku.

II

Tosia i Frendzelek rozpoczęli wspólną przygodę. Najpierw skupili się na dorastaniu i nauczeniu języka ludzkiego. Co jakiś czas dorastali od nowa i uczyli się wszystkiego też od nowa bo do końca nie dorastali nigdy. Wiek lat 3-ech to maksymalna granica jaką osiągali, a potem liczyli lata wstecz nie tracąc do końca nabytych umiejętności gdyż były to bardzo inteligentne świnki.

-Knurki, nie świnki, jesteśmy knur-ka-mi. Frendzelek knurek, a Tosia knurka- zakomunikowała ochoczo nowa.

Oczywiście trudno było zaprzeczyć gdyż na pewno nie mogły to być zwykłe świnki.

Ponieważ oprócz kwiku i chrumkania mówiły ludzkim głosem nie mogły za często bywać wśród ludzi. Zwłaszcza z powodu niewyparzonego języka i szczerości wypowiedzi. Raz w sklepie Tosia chciała dostać batona i zaczęła głośno kwiczeć i jeszcze syczeć na ekspedientkę. Ta nie byłaby taka zakłopotana gdyby nie padły słowa:

-No i co taka zdziwiona, kwii, knury też lubią słodycze…hhh…

Kobiecie zrobiło się słabo ale zanim się ocknęła nikogo przy kasie już nie było… „A ponieważ na świecie nie ma świń mówiących ludzkim głosem, na pewno WSZYSTKO to mi się zdawało” pomyślała roztargniona wierząc w to bezgranicznie.

-Ach ci ludzie, chrum, za duzi żeby zobaczyć, za mali żeby zrozumieć- naszło Frendzelka znikającego za pazuchą pana.

I dlatego już od pierwszych dni pojawienia się towarzyszki Frendzelka wiadomo było, że razem stanowią dobraną parę. Nigdy i nigdzie nie mogły chodzić same, zbyt dużo czyhało na nich niebezpieczeństw. Mógł ktoś na przykład zwariować, wystraszyć się albo porwać naiwne zwierzaki, które wierzyły tylko w dobre intencje świata. O istnieniu drugiej strony medalu nie wiedziały. Może jeszcze nie, a może nigdy się nie dowiedzą.

Bardzo lubiły zabawę i głównie po to żyły.

odkopane notatki beatki, z rysowaniem jest jak jest 😉

herbata z innego świata

Bardzo, o jak bardzo nie chcę myśleć, że świat jest jednak pojebany na maksa. Nie wiem, zapewne zawsze taki był tylko ja może tego nie dostrzegłam? A przynajmniej nie tak dosłownie i mocno. Nooo niby od dawna to wiedziałam ale…

byłam jednak przynajmniej wg metryki trochę (haha) młodsza, to może też godziłam się z tym wszystkim łatwiej…  Nie jest tak, że się nie zastanawiałam ale wierzyłam (chyba), że coś się zmieni. Idealistka.

A może jednak spojebaniał bardziej?

Nawet jak człowiek chce się odciąć to przez ten internet choćby kątem oka, a COŚ zobaczy. Wystarczy nagłówek. Parę zdań, jedno może nawet, a w głowie utknąć potrafi.

awaria wody we Wro, synek oczywiście zachwycony 😉

Ponieważ dokładnie rok temu kiedy we Wrocławiu na komendzie Stare Miasto zginął chłopak Igor akurat jeździliśmy tamtędy z synkiem wieczorem na degustację hummusa i byliśmy jakby uczestnikami tego wszystkiego bo ilość policji z mrugającymi światłami stanowiła największą atrakcję dla młodego i musieliśmy zatrzymywać się celem dokładnego oglądania policyjnych suk 🙂 zapadło mi to w pamięci. Nie dało się przy tym nie zauważyć protestujących, smutnych młodych ludzi, którzy z racji Juwenaliów tłumnie przemieszczali się po mieście, poruszenie jakieś takie było ale osobiście wolałam dokładnie nie wiedzieć i nie wnikać w szczegóły.

lubię spacery po Wrocławiu

Teraz jednak mnie dopadło, skojarzyło się i kompletnie niepotrzebnie obejrzałam Superwizjer. Chyba ten lokalny patriotyzm też przeze mnie przemawia i po prostu ciekawi mnie co się w tym moim mieście wydarza. Choćby z opóźniaczem. Dla dziecka najważniejsze były wozy i są zawsze jak coś się dzieje 🙂 Ale

to co się stało jest nie do ogarnięcia. I nikt za to nie odpowiedział co jest chyba najbardziej przerażające.

Po co zatem te kamery skoro nagrania nie są dowodem w sprawie? A na podstawie monitoringu np. z miejskiego rynku jak ktoś rozwala śmietnik można człowieka zatrzymać i wyciągnąć od niego konsekwencje? A kurwa mać od psa, który dusi i bije NIE (przepraszam za słownictwo co wrażliwszych). Świadkowie przebiegu zdarzeń też są. Są nawet jacyś policjanci wpisani w grafik, tylko jakoś winnych tragedii nie ma… Edit. dopiero teraz zwolniony został komendant i jakieś głowy (główki raczej) poleciały. Można by tak mnożyć żale ale nie będę. To wystarczy. Nie rozumiem, głową nie pojmuję ni w ząb i wiem, że nawet nie ma co się zastanawiać.

Tak jest bo jest i już. Dlaczego?

Dlatego.

Po prostu. Można skupić się tylko na swojej rzeczywistości ale za bardzo nie wiem jak to pogodzić z dzieckiem. Z którym trzeba przecież wychodzić do świata, ludzi, szkół i mierzyć się z tym wszystkim. Wcześniej łatwiej było olewać system i wyłączyć się maksymalnie z matrixu. Teraz jest inaczej, człowiek mimowolnie zderza się z polskim realizmem i to od samego początku czyli od szpitala/porodówki widzi w co się zaangażował. Np. zostaje zmuszony do określenia się w jakiej przychodni zapisane będzie dziecko. Nie kumam tego, po co i na co ta akurat informacja jest AŻ TAK istotna, no ale cóż. Szantaże, że nie wydadzą książeczki zdrowia dziecka albo wypisu ze szpitala mnie osobiście doprowadziły prawie do łez. Na szczęście Herbata jest dość jadowita kiedy ktoś jej na ogon nadepnie to jakoś przebrnęłam. Może życie w jakiejś bieszczadzkiej wsi byłoby rozwiązaniem ale jest czy nawet są – pewne „ale”. Ogólnie wszystko to jest bardzo proste.

Chcę albo nie chcę czegoś.

Nie ma, że chcę ale gdzieś tam jednak waham się. To znaczy, że do końca nie chcę. Chciałabym zamieszkać w Bieszczadach. Otóż wcale nie jestem taka pewna czy by mi to odpowiadało tak na sto pro. W mieście pod pewnymi względami wygodniej i atrakcyjniej oczywiście z perspektywy rodzica. Jednak synek po dłuższym pobycie na wsi zaczyna dopytywać kiedy pojedziemy do miasta 🙂 Bo są rozrywki. Później zresztą pyta kiedy nad jezioro i tak w kółko 🙂 A im bliżej cywilizacji tym więcej trzeba się nagimnastykować. Żeby nie czytać, nie widzieć i nie słyszeć też. Nie dawać się wkręcać ani na sekundę.

A Beatę od razu ponosi jakby w nią coś występowało, może dziadek 😉 ?

Bo zaczynam przeżywać, latam po tej chacie, wykrzykuję, dziecku coś tłumaczę, patrzy na mnie przy tym niekiedy ostro zdziwiony, a na mnie rzutuje czasem to, co się dzieje na tym ziemskim padole.Może właśnie Herbata jest z innego świata i tyle lat żyje, a nadal zdziwiona. Słabo godzi się z podłością ludzką, która granic nie zna. I długo potrafię się powstrzymać ale jak załapię bakcyla to chyba trochę jak z nałogiem, powoli, nie wiadomo kiedy wciąga mnie. Np. Psalm pani poseł z PIS wygłoszony oficjalnie w jakiejś telewizji, na który to osobiście się załapałam po kanałach skacząc. Ciekawe od czego takie akcje mają odwracać uwagę społeczeństwa? Czyżby od tabletki „po” którą przepchnęli na receptę? Nieee pewnie od czegoś znacznie mocniejszego. Albo myślę sobie:

dlaczego Unia płaci tyle kasy za każdego uchodźcę,

utrzymuje ich łącznie z telefonami i prądem, a tych pieniędzy nie można zainwestować/przeznaczyć żeby im pomóc tam, na miejscu? Ratować tę głodną i spragnioną, wypraną przez USA i Rosję (chyba też) Afrykę, która nigdy tu się nie odnajdzie. I co, nawet jak przejmą gdzieś większość w europejskim państwie to sobie zrobią takie samo od jakiego uciekali. Nic nie rozumieją. Zupełnie inna mentalność, kultura, jeszcze głębiej zakorzeniona niż nasza. Np. w Nigerii jest oficjalnie wydany zakaz obrzezania dziewczynek, a i tak nikt tego nie respektuje. Matki same córki poddają takim okrutnym i okaleczającym zabiegom (Martyna Wojciechowska zrobiła o tym program). Taki zwyczaj, obrzęd, którego my ludzkim/europejskim umysłem nie jesteśmy w stanie ogarnąć. Kolejna sprawa to rodzenie dzieci. W państwach afrykańskich ilość wydanych na świat dzieci stanowi o użyteczności kobiety nawet jak przymierają głodem. Rozmnażają się na potęgę i nic do nich nie dotrze. To samo robią na wyjazdach. Żadne wydawać by się mogło, ale tylko dla nas, logiczne argumenty nie mają szansy przebicia. Po prostu tacy są i już.

Dlaczego więc nie mają żyć w im przeznaczonej części świata?

Niech sobie robią co chcą, trudno. Po prostu nie idzie nie myśleć mada faka. Siłą woli to się odbywa. Niezrozumienie tego pojebanego świata.

Chociaż teraz cofam film i wracam do omowania i mudr 🙂 Żeby się uwolnić od tych informacji, nie ulegać presji zbiorowych lęków i emanować na świat tylko tym co pozytywne. Wierzę w energię zbiorową, a z własnych obserwacji śmiem zauważać, że osoby bardziej wrażliwe mogą połykać haczyk bardzo szybko. Sensytywni i wyczuleni na zło, niesprawiedliwość, pełni miłości do bliźnich, zwierząt i świata jakoś są bardziej podatni na zbiorowy smutek i strach. Niestety albo stety zresztą. Przejmują się, a niekiedy nawet czują fizyczny ból.

Cechę owej sensytywności posiada wszak każdy i każdy może się uwrażliwić jak zacznie słuchać siebie i swojego wewnętrznego głosu.

Przebiegunuje te emocje i uruchomi pozytywną MOC i siłę płynącą z głębi wnętrza. Dopuści w ogóle go do świadomości. Zastanowi nad tym co i jakie reakcje w nim wywołuje, przyjrzy swojej duszy, polubi, a nawet potraktuje poznawanie siebie jako dobrą zabawę. Weźmie do ręki książkę lub wspomoże psychoterapią albo inną pomocą duchową żeby uwolnić się od lęków czy innych ograniczeń. Dowie się kim jest ta osoba zamknięta w ciele i czy aby na pewno wszystko się zgadza. Bo niestety ale często już w dzieciństwie mamy tłamszoną i tępioną duszę. Zabijany jest w dzieciach ich naturalny instynkt i niszczone jest bycie sobą. Takim ludziom w przyszłości będzie trudniej dotrzeć do samego siebie i wyzwolenia. Warto dowiadywać się kim tak naprawdę jestem, co czuję i czego chcę. Dać sobie prawo do bycia sobą. Czasami trzeba rodzić się od nowa ale

WSZYSTKO JEST PRZECIEŻ MOŻLIWE 🙂

To jest bardzo ciekawe, to odnajdywanie siebie i najlepiej zacząć jak najwcześniej (jeżeli czujemy się w kawałkach). Chociaż oczywiście każdy moment jest dobry. Kurcze, ta równowaga jest niezbędna żeby z niczym nie przesadzić tylko jak ją czasem złapać? Są ludzie naturalnie zrównoważeni, zupełnie inni ode mnie, z innej planety chyba albo to ja jestem (jednak) z jakiegoś odległego kosmosu 🙂 Fajnie mają. Z kimś takim jak ja jedynie, że nie jest nudno, a może nawet wesoło. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Tyle. The end bo się rozpisałam i sobie żabką nieco odpłynęłam 😉 Chociaż paradoksalnie tak jak tego świata nienawidzę tak samo mocno go kocham 🙂 amen (t) 😉

wolność odzyskały przynajmniej stopy 😉

Ps. Dodam jeszcze na pocieszenie, że każdy może uleczać energią i umieć się nią posługiwać „tylko” trzeba m.in. praktykować rozwój duchowy i przyglądać się sobie. Wyjść dalej niż ustawa nakazuje 🙂 PEACE

list

Nie będę pisać jak to jest być matką ani co się w moim życiu zmieniło jak nią zostałam. Nie będę pisać o trudach macierzyństwa ani jego urokach. Nie będę pisać o karmieniu piersią ani cudzie narodzin.

*******************

Chciałam Ci tylko powiedzieć, że dotyk Twoich dłoni jest zawsze ze mną kiedy zamykam oczy. Twoje włosy opadają na moją twarz kiedy miałam lat 4, 14 i oby 40. Nie ma znaczenia odległość, no może tylko taką że tęsknię. Ale serce moje jest zawsze przy Tobie nawet jeżeli dzielą nas kilometry. Są to kilometry miłości i wzruszeń których mi dostarczyłaś.

Nie mają znaczenia Twoje popełniane błędy bo każdy jest człowiekiem, a Ty zawsze byłaś ponad moje choćby nie wiem jakie złe były. I gdy tak ostatnio jak Cię odwiedziłam na tę jedną noc dałaś mi zwykłe buzi na dobranoc i pochyliłaś się zwyczajnie, zupełnie jak kiedy miałam te kilka lat, przeniosłaś mnie w czasy bezpiecznego dzieciństwa, a zapach Twojej skóry i włosów spotęgował to uczucie.

I wiesz, płakałam jak wyszłaś ale Ci tego nie powiedziałam bo jakoś tak chciałam zostać z tym sama i nie robić z siebie dziecka w Twoich oczach. Chciałam zatrzymać to wspomnienie jak dobrze mi było, jak bezpiecznie się zawsze czułam, bez trosk, zmartwień tylko po prostu żyłam i dorastałam. Kończył się dzień i usypiałam w miękkiej pościeli wiedząc, że jesteś obok. Zawsze. Ale to były łzy szczęścia, powrotu na ułamek sekundy to Twego łona nawet i to poczucie chciałam zatrzymać jak najdłużej. Napawałam się tym i delektowałam.

Te cudowne ułamki sekund dla mnie trwały wieczność i dały mi taką siłę do rozwiązywania zadań, które na mnie czekały, że nie mam słów. Dla mnie byłaś i jesteś najpiękniejsza ale to żaden ewenement bo przecież każda matka dla każdego dziecka jest ta NAJ, ta wyjątkowa i najlepsza.

Dziękuję Ci za tolerancję kiedy wszyscy złorzeczyli, że nic ze mnie nie będzie, za stanie murem kiedy wagarowałam i wiedziałam, że robię źle ale nie potrafiłam inaczej. Za zaufanie kiedy oznajmiłam, że po 3 miesiącach znajomości wychodzę za mąż, a dulskie koleżanki jazgotały że nic z tego nie będzie. Ty jedna wiedziałaś, że postępując w zgodzie ze swoją intuicją robię dobrze nawet jeżeli mnożyły się przeszkody. Jednak To właśnie nikt inny tylko Ty nauczyłaś mnie słuchać siebie i swoich odczuć. Dzięki Tobie mogę być tym kim chcę i nie czuję się winna.

Dzięki Tobie zbierałam się kiedy byłam rozsypana i nie potrzeba było słów tylko bycie przy mnie. Ty tę dzikość rozumiesz, szanujesz i akceptujesz bo sama przecież taka jesteś 🙂 Ja jestem częścią Ciebie tak samo jak Ty jesteś częścią mnie. Dziękuję za wiarę kiedy ja sama w siebie nie wierzę, a Ty zawsze wierzysz za nas dwie i cały świat. Za to, że nauczyłaś mnie być kobietą i niczego nie ukrywałaś nawet jak wszyscy dookoła stukali się w głowę.

I wiesz, mogłabym Ci dziękować jeszcze całą noc i cały dzień ale najważniejsze że jesteś. Że właśnie Ty jesteś moją mamą i możemy razem przeżywać przygodę zwaną życiem. I choć to życie różne pisze scenariusze to nasza przyjaźń przetrwa wszystko i sięga gwiazd. Jestem jaka jestem i Ty to wiesz, znasz mnie i dziękuję, że czasem idealizujesz choć akurat mi daleko do ideału i zawsze szłam własną drogą. To dzięki Tobie mogłam i mogę po niej iść, a Twoje ręce mnie prowadzą.

I tamtej nocy wróciły wspomnienia i nie bałam się swoich odczuć. Bo chyba trochę jednak na zawsze pozostajemy dziećmi. Nawet jak na chwilę zamieniamy się rolami i stajemy rodzicami swoich rodziców. Wiem, że to może zagmatwane 🙂

Całuję Twoje dłonie, usta, czoło i włosy i kończę bo istnieje ryzyko powodzi łez i zrobię się przesadnie romantyczna. Dla mnie Dzień Matki jest codziennie bo każdego dnia odczuwam głęboką wdzięczność za to, że Cię po prostu mam 🙂 i Ty to wiesz.

Marzeniem moim jest być tak dobrą i wielką mamą choć w ułamku tego jaka Ty jesteś. I tego życzę w ten dzień sobie. A czego życzę Tobie to przecież jasne i oczywiste jak nasza Miłość 🙂

I to jest mój list do Ciebie, a żeby nudy nie było tym razem w takiej formie bo wiem, że zaglądasz na Herbatę 🙂  do zobaczenia

pamiętajmy też o Niej 🙂 Matce nas wszystkich …

tajemnica chemtrails wyjaśniona !

I kto, KTO tego dokonał???

Przez zupełny przypadek skacząc sobie po kanałach trafiłam na jeden z odcinków ojca Mateusza. Wcale bym się nie zatrzymała bo to nie mój target ale coś mą uwagę zwróciło, że oglądałam dalej.

Otóż starsza pani, która mieszka u niego na plebanii razem z gospodynią Kingą Preis, kimkolwiek by nie była, wyczytała w necie o trujących smugach chematrails i opowiadała o tym gosposi właśnie, a ta też zaczęła czytać podobne tematy np. o chupakabrze i sobie cały odcinek rozprawiały. Najwięcej przeżywały właśnie smugi co usłyszał padre Mateo i …. OMG wtrącił się do rozmowy.

Otóż usiadł na krześle, podrapał się w głowę z niedowierzaniem, że jego panie śledzą takie bzdury i…

wyjaśnił tajemnicę smug chemicznych!!!

znawca tematów wszelakich

Naprawdę, rzeczowo wytłumaczył, że powstają one, czyli chmury rozszerzające się ze smug pod wpływem… skraplania i zamarzania w atmosferze jako spaliny po prostu zwyczajne. Teraz się śmieję hahaha ale powiem szczerze, wkurwiłam się. Jak można tak okłamywać społeczeństwo, ciemnotę babciom i dziadkom wciskać (bo kto ten serial ogląda?) i wodę z mózgu społeczeństwu robić? System widzę przenika głęboko, a manipulacja ludem trwa na wszystkich poziomach.

Do jasnej cholerki toż wojskowi w USA życiem przepłacali żeby udostępniać zdjęcia montowanych dodatkowych zbiorników na pokładzie, nawet Polski pojebany kraj przyznał się do praktyk, świat wszem i wobec wygłosił, że smugi robione są celem ochrony obywateli przez szkodliwym promieniowaniem słonecznym, nie będę wszystkiego wrzucała tutaj ale każdy może sobie znaleźć rzeczowe informacje na ten temat.

Od 13 lat prowadzę swoje własne obserwacje zjawiska i robią to wszystkie samoloty, nie tylko wojskowe, co gołym okiem widać i wystarczy samemu zadrzeć głowę. Że jak dni są słoneczne to zaraz wytwarzają sztuczne chmury, że sterują pogodą dążąc do ocieplenia klimatu żeby dobrać się do ropy znajdującej się pod lodowcami, a Rosja od lat ma program HAARP manipulujący pogodą i potrafią od dawna tworzyć lub rozpraszać chmury właśnie. Chiny podobnie. Więc o co kaman, co się dzieje z Tobą Polsko? Dlaczego cofamy się, a nie idziemy do przodu?

Ostatnio szumnie w internecie pojawiają się zwolennicy nie wpuszczania dzieci do przedszkoli bez szczepień. Porównują się przy tym do Francji i innych rozwiniętych krajów. Jak te owce bez zastanowienie, bez sprawdzenia faktów, że

w takiej Francji wypłacane są milionowe odszkodowania za powikłania po szczepieniach,

że szczepionki są najnowocześniejsze, a nie od Ruskich i takie, co np. Niemcy 30 lat temu wycofali z obiegu. Bezmyślność ludzi jest przerażająca.

Dlaczego nie walczymy o to co ważne?

Dlaczego fascynaci szczepień nie stoją razem murem z rodzicami, którzy przez te same szczepienia stracili dzieci?

Państwo-system strasznie i przerażająco manipuluje głupim za przeproszeniem tłumem, bo to już innego słowa użyć nie mogę.

Jeżeli są przymusowe szczepienia MUSZĄ być odszkodowania

za te co się nie udały!!!! Niemcy, USA, Włochy, one płacą rodzicom za leczenie! MILIONY!  A Ty Polaku zostaniesz sam! System zaszczepi Twoje dzieci ale gwarancji nie da, że wszystko będzie ok. A jak nie będzie i nie jesteś dziany to zdychaj na chodniku bo nikt Ci nie pomoże.

Co to, że świadomość rośnie to ją zabić i zniszczyć, a rodzicom dzieci odbierać?

Dzieci są własnością państwa polskiego? Normalnie jak przeczytałam

ostatnio coś takiego to dobrze, że leżałam bo chyba zaprawdę bym padła. Przepraszam, a co to państwo daje? Zniżki na bilety od 4 roku życia? Że na wyjście do ZOO 3 osobową rodziną trzeba mieć w portfelu minimum 100 zł – na same bilety? Małe podatki? Aaa 500 plus, może to o to chodzi?

Strach w tym kraju mieć dziecko

i tak naprawdę dużą odwagą wykazują się ci, którzy je na świat wydają. To nie Skandynawia czy Szwecja, to Polska. Jak wierzysz w system to znaczy, że jesteś wyprany z własnej ideologii (jeżeli ją w ogóle posiadałeś) albo leniem totalnym któremu nie chce się zgłębiać wiedzy.

Jak chcecie fani szczepionek żeby nieszczepione dzieci do szkół nie wchodziły to przyłączcie się do walki o odszkodowania!!!

Tym bardziej, że nigdy nie wiecie czy to nie dotknie waszej pociechy. Żaden lekarz ochoczo kłujący Twoje dziecko nie da Ci gwarancji. A szczepiają nawet przeziębione. I to rodzic musi mieć siłę do walki o swoje prawa i o swoje dziecko. O jego zdrowie. Weźcie się zastanówcie, skoro szczepiacie to chyba nieszczepione dzieci nie mogą stanowić zagrożenia. Po co to robicie? Zaszczepiacie i nadal boicie się choroby? PA RA NO JA (ale nie będę się aż tak powtarzać, odsyłam tutaj).

Przypomnę też

o za szybkim odcinaniu pępowiny

co udowodniono, że również jest przyczyną m.in. autyzmu wśród dzieci gdyż krew z łożyska nie zdąży przepłynąć do wszystkich komórek powodując niedotlenienie. Zwłaszcza u chłopców potrzeba więcej czasu, żeby dopłynęła wszędzie. Dżisas, nie do wiary, ja też ten temat przeoczyłam. A

łożysko jest własnością matki

i to ona decyduje kiedy ma być noworodek od niego odczepiony. Pępowinka musi przestać tętnić, a w Polsce prawie w żadnym szpitalu tego nie przestrzegają. Piszę „prawie” bo wszędzie zdarzają się dobrzy ludzie i łut szczęścia. Musi upłynąć kilka minut, a najlepiej poczekajmy aż sama zakończy bicie i przekazywanie krwi dziecku. Dlatego podaje się od razu po urodzeniu wit K. Bo po takim szybkim odcięciu jest ryzyko krwotoku. Gdyby tętnić przestała w sposób naturalny nie byłoby takiej potrzeby. Bo wszystko musi zapierdalać wbrew prawom natury. Taśmowo, raz dwa, szczepienie, wit K, a resztę martw się człowieku sam. A jak masz problem i nie masz kasy to wypierdalaj bo depopulacja zakłada odpadanie najsłabszych z łańcucha.

Jeszcze tylko na sekundę wrócę do chemtrails -ów, otóż będąc alergiczką na własnej skórze widzę/czuję, że jak są smugi to już od rana nasilają się moje objawy. I jest to prawidłowość od wielu lat istniejąca.W USA tyle tego robią, że ludzie zbadali na drzewach i roślinach ogromne ilości metali ciężkich opadające i siejące spustoszenie.

Nie wiem do czego ten świat zmierza. Staram się nie czytać, pomijać wzrokiem i uchem to co się dzieje ale będąc matką do końca nie jestem w stanie. Bo dopada mnie przerażenie i wpadam w lęki o synka i o to czy dam radę walczyć o swoje. A później przychodzi refleksja, że jak będzie trzeba znajdę siłę, choćby z samego Kosmosu,

bo matka potrafi zamienić się w lwa kiedy trzeba,

nawet jak ma 160 cm w kapeluszu 🙂 PEACE&LOVE

Ps. Niby według sondaży tylko 30% społeczeństwa ufa mediom. Oby tym razem naprawdę tak było. Niech Moc będzie z nami 🙂