jin i jang

Muszę przyznać, że bardzo się cieszę, że mam synka. Zawsze chciałam mieć córeczkę i oczywiście najidealniej byłoby posiadać przysłowiową parkę. Ale zanim zaszłam w ciążę poczułam bardzo bardzo wielką ochotę na synka właśnie. Nie było więc innej możliwości 🙂

Oczywiście moje pobudki mogą wydać się komuś wyjątkowo niskich lotów ale jakoś tak po głębszej analizie wychodzi mi, że chłopaki mają jednak, mówiąc bardzo pospolicie, w życiu trochę łatwiej. Chociażby nie muszą ciągle myśleć o tych jajnikach, zawianiach i innych babskich wyjątkowo wrażliwych sprawach. Odnoszę też wrażenie – wracając wspomnieniami do szkoły, że chłopakom wszystko jakoś inaczej uchodziło i nawet jak ktoś się na takiego uwziął to jednak akcja gnębienia przez nauczyciela na przykład przebiegała nieco inaczej niż u dziewczyny.

Pewnie indywidualista wyróżni się z tłumu bez względu na płeć i kłopoty sprawiać każdy może ale jednak ten męski świat wydaje mi się trochę prostszy. I czasami rzeczywiście mam wrażenie, że jesteśmy z jakichś innych galaktyk. Wiele teorii już snułam w tym temacie raz, że inni zupełnie jesteśmy to znowu doszłam do wniosku (ciągle jakąś literaturą intelekt faszerując) że uczucia i emocje mamy takie same przecież i przeżywamy podobnie. To też jest prawda bo jesteśmy przecież ludźmi i targają nami podobne uczucia bólu, żalu czy miłości. Chłopcy są tak samo wrażliwi jak kobiety (o ile nie bardziej nawet). Wyciągnęłam więc kompromis, że facet taki sam ludź jak kobieta ale jednak inny całkiem … (można powiedzieć, że odkryłam amerykę 😉 )

Mimo, że mężczyźni mają też swoje życiowe wyzwania wcale nie takie proste, np. tą odpowiedzialność za rodzinę, zdobywanie pożywienia – w obecnej sytuacji kasy na nie, no i wzwód – główną przyczynę poczucia szczęścia lub nie – to jednak psychicznie trochę mniej skomplikowani jakby są. Nie rozmyślają bez potrzeby, nie dramatyzują bo hormony nimi  AŻ tak nie sterują jak nami (co za szczęście!), nie przejmują się pierdołami i o ile trafi się czasem jakiś pedancik o tyle reguły nie stanowi żadnej.

Druga sprawa gdzie teraz tych prawdziwie męskich mężczyzn poszukiwać? Nigdy łatwo nie było ustrzelić fajnego ale jednak jacyś tacy bardziej przebojowi byli. Chyba, że się zestarzeli i sił już nie mają 😉 Wychowanie pewnie też ma znaczenie i miłość matczyna jest cudowna i potrzebna bardzo ale może być tłamsząca i zbyt wyręczająca we wszystkim. Sama też będę musiała się bardzo pilnować żeby nie wychować jakieś kompletnej niedołęgi życiowo społecznej bo rzeczywiście relacja syn-mama dziwną formę przybierać lubi. I ta mamusia na rzęsach staje i WSZYSTKO za synusia jest w stanie zrobić. A zasady wpajać jakieś trzeba, przy okazji jak postępować z kobietami i w ten świat kobiecy też może wciągać? Jak facet bowiem ma zrozumieć kobietę kiedy nic o niej nie wie? Skąd ma wiedzieć o tych naszych szalejących hormonach jeżeli nikt z nim o nich nie rozmawiał? Noo z pewnością się NIE domyśli bo jak już wiemy w większości faceci tej konkretnej umiejętności nie posiadają i jedynie przekaz WPROST jest skuteczny.

A jak się tak człowiek-dziewczyna za młodu powieści naczytała o miłościach romantycznych to myśli, że w realu po minie ukochany pozna co ją trapi. Nie nie pozna, jeszcze urażony będzie, że się czepia. Najlepiej więc mówić wszystko konkretnie i bez owijania w bawełnę. Już na własnej skórze wiele razy się przekonałam, że to jedyna skuteczna metoda jeżeli nie chcę czuć się nie zrozumianą czy zlekceważoną (oczywiście w świecie moich domysłów). Oni nie widzą tego naszego cielęcego spojrzenia, nie analizują godzinami wyrazu naszej twarzy i wymownego (haha) ehh i ohh … Nie zastanawiają się zbytnio siedząc w swoim ukochanym fotelu co my tam sobie rozmarzone myślimy… W ogóle nie biorą takiej wersji pod uwagę. I można sobie godzinami i latami nawet czekać na jego “domyśli się”. Później może pojawić się tylko frustracja, że jak to, świnia jedna, tyle szansy mu dawałam, a on nadal nic nie kuma. No niestety nie. Nie było jasno powiedziane co i jak się dzieje. Nawet kartkę po zakupy szczegółową robić trzeba i nie wystarczy napisać : makaron… trzeba dopisać, że pełne ziarno na przykład i świderki (chociaż wydawać by się mogło, że wie doskonale jaki jemy i lubimy familią całą).  Inaczej w najlepszym przypadku biały przyniesie i do spaghetti, a w najsłabszym – ryż. I powie : a to nie wszystko jedno? przecież na kartce nic NIE BYŁO napisane ! Dodam, że kiedyś ukochany miał mi zakupić lakier do włosów zwiększający objętość jakiejś tam konkretnej firmy, a przyniósł zupełnie inny, wielki i ogromny i mówi : no przecież sama napisałaś, że ma być większa objętość to wziąłem największy jaki był hehe 😀

Ale jak już wyszczególnimy i powiemy o co chodzi to z reguły pomoc jest od razu. O dziwo dialog też potrafią podjąć i rozmawiać na unikane tematy. I nawet jak w pierwszym odruchu złapie się za głowę, że co to znowu za wymysły, to w drugim już zrozumie. I podtrzyma na duchu, a nawet okazać się może, że troszkę się spodziewał (ale bez potrzeby nie wychylał, bo po co?)… Domyśli się więc czegoś czasem, ale tylko czasem i nastawiać się nie można ani jako regułę potraktować. Facet na banały czasu bowiem nie traci i dopiero czymś zaczyna się przejmować jak mu własna INTUICJA to podsunie do baniaka i wewnętrzny niepokój sam z siebie poczuje. Wtedy szybko wyjątkowo spostrzegawczy się staje i czujny za bardzo nawet. A intuicję mają równie dobrą jak my kobiety (czasem nawet lepszą bo bez emocji zbędnych gadającą) tylko po co za dużo rozmyślać i w nadmiarze jej używać?

winfda

Bo te półkule mózgowe to nam chyba naprawdę inaczej trochę działają i o ile nasze żeńskie potrafią jak polny konik przeskakiwać z lewej na prawą to u nich niestety godzinami ten proces nieraz trwa. Więc jak ten men z pracy do domu  wraca i o interesach jeszcze myśli to lepiej dać mu trochę czasu żeby przestawił się na życie domowe i ochłonął. Można uniknąć przy tym nieporozumień, że my tu czekamy z głową pełną pomysłów, bo dziecku buty trzeba jechać kupić, pies na obcięcie pazurów iść musi i zadajemy milion pytań z tym związanych : kiedy? o której? jak, pieszo czy autem? a podoba ci się moja nowa pomadka? do tego dorzucimy: a co na obiad JUTRO byś chciał? jak jeszcze obecnego nie zjadł 🙂 A później pretensje mamy, że nie słucha, nic go rodzinne życie nie obchodzi, paskud i leń ogólny zwykły … Do pracy tylko chodzi i o forsie ciągle myśli, a nie o nas …  A wystarczy odczekać, wykarmić, niech usiądzie bezmyślnie trochę (przepraszam ogólnie i bez urazy), niech pogapi się chwilę przed siebie czy w ten telewizor choćby zerknie,  pyknie trochę w jakąś gierkę przy kompie  i może chwyci i przestawi się po czasie jakimś, że już nie musi logicznie myśleć tylko uczuciami trochę może zacząć się kierować. I z dzieckiem się pobawi z przyjemności, a nie z musu. Delikatnie, taktownie z nim postępować … jak z jajkiem hihi …

Dlatego o swój spokój trzeba dbać bo inaczej nic dobrego z tego wszystkiego nie wynika. Faza zakochania wiadomo mija szybko (chociaż w naszym przypadku – na szczęście – trwała długo bardzo ale bez okresu narzeczeństwa i chodzenia ze sobą dłuższego niż 4 miesiące – więc może dlatego) i sielanki non stop nie ma. Chyba, że sami będziemy dążyć do poprawiania jakości naszego życia i związku i szanować się na wzajem. Bo my kobiety to dopiero za skórę potrafimy zaleźć. Wcale się nie kryję, że okropna czasem jestem i sama ze sobą wytrzymać nawet nie mogę …  I mimo, że uwielbiam być kobietą, czuję się cudownie w swojej żeńskiej postaci to wiem, że minimum raz w miesiącu przechodzę samą siebie. Nic nie mogę na to poradzić mimo prób wszelakich różnych, od medytacji, po przez zioła, dietę, gimnastykę i nawet o leki uspokajające zahaczyłam byle tylko to pieprzone napięcie przedmiesiączkowe zniwelować. Ale cóż, nie udało się i pilnować jedynie się można, żeby jakiejś większej szkody nie wyrządzić otoczeniu i sobie. Mojego męża naprawdę więc podziwiam, że to wszystko dzielnie wytrzymuje i znosi i wiem, że czasami MUSI mnie do pionu postawić bo sama bym tego nie zrobiła. I po tylu latach niemal matczyną miłość mi czasem okazuje żeby rozklekotane hormony uspokoić troszkę. Czekoladą napasie, ostrych papryczek przyniesie, do kąpieli aromatycznej wciśnie, z drogi schodzi, i nigdy przenigdy nie potwierdza, że jestem gruba haha. Wręcz przeciwnie, zawsze mówi, że jestem szczupła i zgrabna – mistrz dyplomacji. Zresztą, każdy facet mógłby być już od niemowlaka niemal uczony, że szczerość w kwestii pytań zadawanych  przez kobietę -czy przytyłam?- nie zawsze popłaca 😀

Bo to znowu my baby – specjalistkami od czepiania się jesteśmy np. :    o niee przytyłam, kochanie, zobacz jaką dużą dupę dostałam, no zobacz, PATRZ MÓWIĘ CI... a on : nieee skarbie, wydaje ci się przecież… ona: NIEEE PATRZ DOKŁADNIE, ślepy przecież nie jesteś, nie spojrzałeś nawet bo nic cię nie obchodzę, a lustro mam i WIDZĘ… on: no może trochę rzeczywiście się zaokrągliłaś, ale to nic, jesteś i tak seksowna i śliczna i lubię taki tyłek…. na co ona: taaak wiedziałam, że już od dawna to widzisz, DLACZEGO, DLACZEGO mi NIC nie powiedziałeś buuuu jestem taka gruba i TY o tym wiedziałeś… JAK mogłeśa podobno mnie kochasz itp. No, mniej więcej tak to czasem wygląda 😉 I nauczka dla nas, że faceci owszem wzrokowcami są ale na detale większej uwagi nie zwracają (bardzo nad wyraz wyjątkowo coś tam zauważą) dopiero jak im same osobiście wciśniemy je w oczy 😉 I to my kobiety odpowiedzialność bierzemy za to, co stale im same w te gały wpieramy i koniecznie (chyba) chcemy żeby dostrzegli (no właśnie, czy to jest aby  TAKIE niezbędne?) Więc czy to naprawdę aż tak nie fajnie, że zmiany koloru włosów nie odnotują ? skoro setnej nowej bluzki czy spodni też nie zauważą 😉

Tak więc kocham WAS FACECI, uwielbiam i życia sobie bez Was nie wyobrażam 🙂 Jesteście zajebiści po prostu! I choćby z tego powodu cieszę się na maksa, że jestem kobietą 🙂

mamy bunt

Pijąc tym razem hektolitry herbaty z krwawnika wychodzi mi, że każdy w różnym stopniu ale przyzwyczaja się do dobrego.

Oczywiście faceci bezdyskusyjnie przodują i z owej dobroci im okazywanej czerpią ile się da nie przejmując zupełnie niczym, a nawet poczucie mając, że im się wszystko należy (bezbłędni jesteście i podoba mi się podejście 😉 ). Ale wszystkich domowników czy ludzi żyjących ze sobą emocjonalnie blisko to dotyczy… Zwłaszcza, jak kobieta, która głównie domem i rodziną całą najbliższą się zajmuje nagle zaczyna zajmować się sobą i swoimi zainteresowaniami, przyjemnościami czy czymkolwiek co zajmuje jej czas i sprawia frajdę.

Nie jest tak, że się nie cieszą, są naprawdę szczęśliwi ale jednak mają poczucie utraty bezwzględnego dobrostanu. Bo posprzątane, poprane, obiad na godzinkę zażądaną wjeżdża na stół, fikuśny bardziej lub pospolity ale jest, frykasy na kolacyjkę w lodówce czekają, sok świeżo wyciskamy codziennie (oczywiście z myciem sokowirówki), owoce do wyboru do koloru, dziecię wyhasane, pies spacerowany przynajmniej raz na 2 dni minimum 45 min do parku i wiele innych spraw na tip top ogarnięta… I nagle … wszystko staje, bo mamusia nowe powołanie odkryła jakieś i szokową terapię na rodzinie przeprowadza. Zakupy do minimum ograniczone, obiad na ostatnią chwilę albo prawie wcale go nie ma (dziecko najmniej poszkodowane – tu obiad być MUSI, a że lubi też frytki, racuchy, naleśniki i spaghetti to mamcia na łatwiznę idzie – TAK niestety – czasem trzeba), wszędzie spóźniona, niedomalowana i ubrana równie dziwnie, nawet pies zdegustowany z resztką nadziei w oczach spogląda – jak się do drzwi zbliżyć, że już … już … może teraz mnie gdzieś wyprowadzi… ???

I żal nawet ekipy po czasie się robi, że zaniedbana taka trochę odłogiem sobie żyje. Choć ta matka dwoi się i troi żeby jednak minimum socjalne  wszystkim zapewnić … Ale nie może przestać i nagle zrezygnować z obranej drogi. Kwestią czasu jest i zmiany organizacji sytuacja po prostu wymaga. Bo nie można być tylko żoną i matką, trzeba też być sobą, pozwolić sobie na to i jak trzeba – zawalczyć. A walka szersze kręgi zatacza bo poza domem własnym też się daje we znaki takiej np. mamie swojej własnej. Bo na wyjazdach też wszystko zrobione, bo starszej osobie chce się pomóc i lata się ze ścierką jak nakręconym, a i chce się podogadzać, zdrowym wegetariańskim jedzeniem – napaść ile wlezie bo przeciętny człowiek z babciowego pokolenia, z przeciętnego miasta pochodzący, nie ma pojęcia o przygotowywaniu takich posiłków (ani czasu czasem jak całe dnie pracuje) .
I nagle trrach – odebrano im to wszystko … i to prawda, że dziecię najlepiej stoi i czasu najwięcej dostaje, a reszta dorosła przecież jest i sama musi sobie, mimo protestów, radzić. Szantaż,  manipulacja na “misia”, branie na litość, krzyk, terror, płacz, a nawet choroby i niemoc fizyczna – wszystko zrobią byle tylko ta matka wróciła na, powiedzmy, swoje miejsce. A czy ktoś ucieka od obowiązków i dezerteruje (choć czasem by się chciało) ? Mamusia nie zniknie, ma tylko też jeszcze kogoś do ogarnięcia o kim sobie w końcu przypomniała – SIEBIE ! Komu też potrzeba jest uwaga i uczucie trochę wyższe jednak niż li tylko sprowadzające się do podstawowych potrzeb …

I bunty wybuchają i zamieszki lokalne. Ale samemu też trzeba się trochę zbuntować właśnie i zobaczyć, że świat się jednak nie wali jak czegoś nie zrobimy,  nie posprzątany etc., a z głodu też jakoś nikt nie pada.
Nie mniej jednak nawet jak wszystko na początku się rozsypie to na pewno  z powrotem poukłada.

Zauważyłam też, że jak się nazwie rzeczy pewne po imieniu i wypowie je sobie głośno, to dopiero zaczyna się coś w tej bani zmieniać. Taka konfrontacja i upadek na glebę jest potrzebny żeby sobie ten swój

świat przewartościować naprawdę, a nie tylko o tym gadać czy snuć jakieś iluzje, w które sami wierzyć chcemy.
Żeby nie popaść w totalną psychiczną zapaść trzeba więc działać. Moim zdaniem jak wyrzuci się ze swojego wnętrza jedną sprawę to można poruszyć w ten sposób następne i przeżyć swego rodzaju katharsis żeby ponownie poczuć tą Moc, Wszechświat, Boga, Absolut – nazwa nie ma najmniejszego znaczenia bo chodzi o jedną i tą samą cudowną energię, która chce naszego dobra i jeżeli się na Nią prawdziwie otworzymy to zadziała i przeprowadzi nas przez wszystko (do tego po naszej myśli). Modlitwa, medytacja, relaks, joga, zwykła gimnastyka, sprzątanie nawet z intencją jakąś, kontakt z przyrodą czy serca wkładanie w proste czynności i wykonywanie ich z miłością i radością – wszystko absolutnie nas do tego przybliża bo napełnia wiarą i miłością nasze serce, a co za tym idzie spokojem, że wszystko jest dobrze, wszystko jest możliwe, że jeżeli żyjemy w zgodzie ze sobą i swoimi uczuciami /przekonaniami to nagle ta droga zaczyna być widziana jako prosta i prostą się staje. Ale trzeba się przełamać, nie wstydzić mówić czasem wprost nawet czegoś, co otoczeniu nie pasuje. Nie wstydzić się okazać emocji, zapłakać – nie wiem, cokolwiek zrobić co czujemy, że zniknie ta wewnętrzna blokada i spadnie jakiś ciężar z duszy.

Jeżeli o mnie chodzi to posprzątałam cały dom mamie tam, gdzie sama nie daje rady i chęci żadnej na to nie ma (dobrze, po to jestem – żeby jej pomóc), zrobiłam to z WIELKĄ ochotą, która nagle sama do mnie przyszła, śpiewając przy tym i odwracając uwagę od trujących myśli (z którymi wcześniej walczyłam) , wspomogłam się muzyką – i tu możesz mężu się śmiać bo włączyłam Eska TV ha ha ale nie ma to znaczenia. Stopniowo pogodziłam się też, że w lesie utknęłam bo zobaczyłam, że być może tak ma być dla mojej mamy, która bardzo za nami tęskni (my za nią zresztą też) i że czasami plany muszą się trochę zmienić żeby np. ktoś inny był szczęśliwy. A druga strona wcale na tym aż tak nie ucierpi. I że tęsknota za ukochanym zajebiście ożywia związek w sposób pozytywny, czysty i dobry. Nagle można dogadać się bez kłótni, pretensji i irytacji (przynajmniej przez chwilę). Udało się ziół regularne parzenie i spijanie, a wcześniej się nie chciało – choć w zasięgu ręki były osobiście latem zbierane i suszone. Organizm się upominał z dala od apteki – do natury wręcz zmuszony. Korzyść kolejna bo cukru mi się odechciało i ćwiczyć też trochę zaczęłam, a nie robiłam skłonów ostatnio nawet. Jakoś tak bardziej kobieco się przy tym poczułam. Na lęki pewne przypomniałam sobie ich przyczynę i mimo, że jeszcze nie przepracowane do końca, sama świadomość tego,  że ktoś już o nich wie, że gdzieś już zaczęłam ten proces wyciągania spraw z PODświadomości, sprawił, że doznałam bliżej nie zidentyfikowanego poczucia spokoju i ulgi…
Październik to fajny miesiąc jednak był 🙂
W wielkim skrócie oczywiście 😉

santa be

Tak mi przyszło do głowy, czy zawsze upodabniamy się do swoich rodziców? I czy dzieje się to poza naszą świadomością czy może jednak mamy na to wpływ jakiś?

Pamiętam doskonale jak moja mama nie znosiła negatywnych cech swojej mamy. Jak bardzo próbowała przełamać stereotyp i robić swoje. Wiele nerwów ją to czasem kosztowało bo babcia mimo wszystkich cech pozytywnych nieźle potrafiła zajść za skórę – swoim dzieciom zwłaszcza. Nie krytykuję, wojna odcisnęła piętno na tamtym pokoleniu a poza tym każdy próbuje dać dzieciom to, co w jego mniemaniu jest najlepsze.
I tak podziwiam moją mamę, że przełamała wiele schematów, które i na moje życie negatywny wpływ mieć mogły. Najpierw więc na czuja postępowała zanim w świat psychologii trafiła …

Zawsze uciekała przed tymi nie fajnymi aspektami z rodzinnego domu, które jej nie pasowały i nawet się to udawało (szacunek). Ale czas upływał, lata mijały i co? Nagle widzę te podobieństwa, których tak przecież nienawidziła ! Co się stało i dlaczego pytam – siebie samą nawet może? Kiedy do tego doszło w sposób niemal niewidoczny… ?  A jak zmarła babcia to nawet okazało się, że nad wyraz podobną gestykulację mają. Czy wcześniej tego nie widziałam po prostu? A Może w ten sposób chce zatrzymać tę mamę gdzieś jeszcze na powierzchni wspomnień? A może nagle pokochała Ją MIMO WSZYSTKO? I zapomniała co przez pół życia wygadywała? Czy jest to silniejsze od nas i nic nie możemy zrobić? Pewnie wszystko po trochu…

Chodzi o to, że i ja nie chcę się upodobnić się aż tak bardzo do swojej rodzicielki (przepraszam). Mam wrażenie, że jesteśmy zupełnie inne ale to może być tylko wrażenie właśnie. Bo czasem już od kogoś słyszę, że jestem identyczna jak mamusia. I wyrzuty padają i niechlubne cechy charakteru lub może kody wszczepione są tak określane i wytykane. Rety, jak tego porównania nie lubię. Ale wiem, że skoro tak bardzo mnie ono denerwuje to oznacza, że prawdą jakąś jest i zmierzyć się z tym muszę/mogę/chcę.

Czy uda mi się schemat przełamać – nie wiem. Czy świadomie przyjmę jej cechy, których teraz nie chcę – obiecać nie mogę. Ale staram się to zrobić dla mojego dziecka, żeby nie zamęczać go niepotrzebnymi zachowaniami, na które czasem wpływ jednak jakiś mamy (a przynajmniej teraz tak mi się wydaje). Kiedyś jak młodsza byłam nakarmiłam się ideologią przeznaczenia i że niby tylko ono nas prowadzi.. Ale człowiek nie krowa  – poglądy zmienić może, poza tym fascynowały mnie różne zagadnienia i dotarłam w końcu do teorii, że nasze myśli są energią (jak cały Wszechświat, w który żyjemy) i w skrócie oczywiście, sami sobie myślą i słowem przyciągamy praktycznie wszystko. I za sytuację w jakiej jesteśmy nie odpowiada nikt inny jak nasze myśli, które generowały takie, a nie inne cząsteczki i ich wibracja przyciągnęła do nas zdarzenia dokładnie o takiej samej częstotliwości. Tej teorii trzymam się do dziś i wierzę w nią bardzo. Przetestowana na wiele sposobów. Obnaży niestety do bólu nasze słabości i negatywne myślenie, z którym trzeba się mierzyć TYLKO samemu ze sobą. I że zmiana sposobu myślenia zmienia nasze życie. A że WYDAJE nam się, że nasze myśli są dobre i pozytywne to już inna kwestia. Dopiero jak przyjrzymy się bliżej bez zakłamania i iluzji –  zobaczymy jak na dłoni tę relację : myśl-energia-przyciąganie. Okaże się nagle, że to i piękne i straszne. Piękne bo możemy zmienić od razu to, co w tej głowie się roi i pilnować języka (słowo to też ogromna dawka energii), a straszne – bo naprawdę bezwzględnie to prawo na nas działa w każdej sekundzie życia i wymaga ciągłego samodoskonalenia. I trzeba wyłapywać się samemu (lub nawzajem rodzinnie) co się gada. I jak bardzo jesteśmy podszyci krytykanctwem i ile używamy negatywnych sformułowań sami zobaczymy.  Owszem, cuda też potrzebne, ale właśnie jak pilnujemy myśli swoich i słów wypowiadanych – zaczynają zdarzać się znacznie częściej. Bo można sobie wszystko przyciągnąć i widać to gołym okiem w drobiazgach typu, że ochota na orzechy to ktoś siatkę przyniesie, kojec dla dziecka potrzebny, bardzo proszę – SAM się zjawia i wiele innych prozaicznych (bardziej lub mniej) rzeczy.

Inna sprawa, że kwestie dla nas bardzo ważne pojawić się czasem nie chcą – podszyte lękiem, że się nie uda i nie zasługujemy na dobro w naszym życiu… Ale to odrębny temat przekodowania podświadomości, która w bardzo dużej mierze (lub nawet całkowicie) steruje naszym życiem. I znowu tylko wydaje nam się, że wszystko dobrze o sobie wiemy … I im więcej tych obaw, że na coś nie zasługujemy, a do tego w podświadomości siedzących – to tym bardziej pożądany cel oddalać się będzie.  A słowa i myśli na luzie zupełnym generowane, bez żadnego stresu – magiczną moc mają i się spełniają. Uważać nawet trzeba żeby się nie zapędzić za daleko bo np. w złości wypowiadane szkody narobić mogą. W moim przypadku złość jest właśnie wyjątkowo twórcza tylko nie zawsze w dobrą stronę idzie 😉 bo jak np. powiem z pasją, że stara suszarka mnie denerwuje to psuje się niemal natychmiast. Więc uważam i pilnuję się żeby bez potrzeby językiem nie szastać i pamiętać stale, że słowo silną moc sprawczą ma. Najlepiej uwagę większą po prostu zwrócić na to zjawisko.

Wiem, że jak już się nie mieszka razem to przebywanie dłużej z rodzicami mimo wszytko wariactwem grozić może i psychice szkodzić troszkę. Co innego w przypadku zdarzeń życiowych poważnych i losowych. Te w żadne kategorie i szuflady się nie mieszczą.

A z racji szacunku do starszych gryzę się więc czasem w język i słowa powiedzieć nie mogę/nie chcę nawet. Poza tym kochając kogoś nie chce się tej osoby ranić. Delikatne próby edukacyjno-oświeceniowe czasem też niewiele dają ale w tym przypadku kropla trochę jednak drąży skałę 🙂 i próbować delikatnie swoją politykę przemycać można. Najlepiej też mieć swojego zaufanego i dobrego psychoterapeutę (skarb istny żywy). I że zawsze tej terapii potrzebujemy to pewne jest, a jak myślimy, że nie – to znaczy, że tym bardziej TAK.

Może wydaje się to wszystko bzdurą jak sielanka w familii akurat jest lub odległość dzieli, a tęsknota łączy. Może jak człowiek cel sobie taki postawi, że nie chce być zrzędą w tym starszym wieku, to uda mu się go osiągnąć.  I kurcze, mam nadzieję, ze to jest możliwe, choć szereg obserwacji w otoczeniu nie potwierdza tej tezy. Ale przychodzi moment, że myślę sobie, że podejmę każdy rodzaj terapii (prawie) byle uwolnić się od kodów, przyzwyczajeń i narzuconych schematów. Zwłaszcza tych w dzieciństwie  wszczepionych (a może nawet w przeszłych pokoleniach) bo one trzymają najmocniej. Jak się tak rozejrzeć bowiem w koło –  towarzystwo różne do swoich starych się upodabnia, pracę podobną wykonuje, uroda ksero prawie dosłowna i krok po kroku mniej chlubne nawyki przejmowane. A nikt z nas (w większości) tego nie chciał… I co byśmy sobie powiedzieli gdybyśmy te 20 lat teraz mieli? Czy byśmy byli z siebie zadowoleni? Z powielenia wzorca, najczęściej niestety negatywnego. A tak w ogóle ciekawe czemu człowiek ma taki zapał do chwytania tego co nie koniecznie pożyteczne jest, a szkodę nawet przynosi … ?

Nie mniej jednak upodabniamy się nawet do partnera, z którym żyjemy. Tak po prostu jest i już. A co dopiero do rodziców… Ale może ktoś znalazł jakiś sposób żeby tak się nie stało? Żeby nie udzieliły się te cechy charakteru, których nie chcemy. Albo chociaż żeby je dostrzec jakoś i okiełznać troszkę w porę. Małżeństwa/pary będące ze sobą latami stają się nawet fizycznie podobne. Może to i piękne i nawet magię jakąś w sobie ma. Wszak teoria przyciągających się przeciwieństw nie życiowa trochę jest i na krótko działać może gdyż to podobne przyciąga podobne ze znacznie większą siłą. Przykład stanowią opowiadający cuda nie widy o swoich partnerach, wytykający ich wady i robiący z siebie poszkodowanych. A żyją że sobą wieki całe i tylko wydaje im się, że są tacy inni czy lepsi. I na pozór owszem-są. Ale gdyby tak się dokładniej przyjrzeć – są niemalże identyczni, wyznają te same wartości i dlatego ze sobą wytrzymują. A to co wkurza nas u innych dokładnie sami posiadamy i dokładnie tacy sami jesteśmy. I TO jest dla nas znak nad czym mamy pracować i ewentualnie zmieniać. Tylko tak szczerze, bez oszukiwania się.  Nikt za nas tego nie zrobi bo to my jesteśmy swoim własnym, duchowymi poligonem doświadczalnym. Na pewno więc lepiej skoncentrować się na SWOICH zachowaniach a nie tylko czyichś. Niestety ta zasada działa z każdym człowiekiem, z którym wchodzimy w jakąkolwiek relację, zwłaszcza w taką, która wyprowadza nas z równowagi.

 

Tylko pamiętać trzeba żeby nie zapomnieć… A ja miewam pamięć dobrą ale krótką czasem 😉
Łatwiej więc napisać niż zrobić ale próbować trzeba …

 

jutro to dziś

Człowiek taką istotą dziwną jest, że nawet jak ma wszystko co potrzebne do życia i tak będzie nie zadowolony…

Za każdym razem jak widzę historie ludzi kalekich, którzy nie mają części ciała, a jednak są szczęśliwi ponad to, a może właśnie dzięki temu, czuję się jak idiotka jakaś… Słaba herbata, lura nawet totalna …

Jak można być tak niewdzięcznym wobec życia i nie dostrzegać tego ogromu dobra, które mamy tu i teraz – non stop dostępne?

Poruszyła mnie historia kobiety z Florydy pokazanej przez Martynę Wojciechowską i mimo, że nie jest to pierwsza taka opowieść, którą widziałam dała mi wiele do myślenia …

Jak bardzo i jak daleko trzeba się zapędzić w swoim użalaniu, egoizmie i marnowaniu energii na rzeczy, które po głębszej analizie okazują się często zupełnie mało ważne? Dlaczego dopiero dzięki TAKIM historiom budzimy się z jakiegoś letargu ale później i tak o tym zapominamy?

Nie obwiniam się tłumacząc, że ogólnie tacy niedoskonali przecież jesteśmy jako ludzie – chociaż czasami zastanawiam się czy to aby nie wymysł tworzący się w głowie – wytłumaczenie zwykłe żeby się nie doskonalić tylko brnąć w te ciemne otchłanie swojego umysłu.

A to wszystko TAKIE proste przecież jest skoro mamy ręce, nogi, oczy i zdrowe ciało to znaczy, że każdego ranka mamy MEGA powód do radości i wdzięczności. Dlaczego więc tak rzadko to robimy?

Nie prościej cieszyć się tym faktem i przy okazji jeszcze paroma innymi kwestiami? Że mamy dach nad głową, bliskich, żyjemy w kraju posranym na maksa – sorry za słownictwo – ale jednak bez wojen i bomb. Czy naprawdę tak trudno celebrować nam po prostu ŻYCIE? A może właśnie NAJtrudniej. Czy jest też tak, że żyjemy sobie w przekonaniu (być może podświadomym nawet) że wszystko nam się należy, że to oczywiste, że jesteśmy zdrowi i nie jest to żaden szczególny powód do większej ekscytacji (a tym bardziej rozważań jakichś i rozmyślań). A jednak jest bo po mimo, że jesteśmy w tej fizycznej materii na chwilę w sumie – to służy nam ona i jest także jednym z powodów do poczucia bezgranicznego szczęścia…

bbbb

Zawsze po zetknięciu się z tego typu historiami czuję się dziwnie mała. I uzmysławiam sobie, że te moje problemiki, czasem trochę rozdmuchane, czasem nawet realne są niczym w porównaniu do braku np. nogi. A często ci ludzie mają jeszcze siłę pomagać innym i prawdziwie pokonywać swoje prawdziwe ograniczenia. I udowadniają, że nie ma rzeczy nie możliwych, a to co nie jest możliwe tkwi jedynie w naszym umyśle i umysłu ograniczeniem jest właśnie…

Mogę tylko podziękować Martynie, że pokazała opowieść kobiety z protezą nogi, opiekującą się delfinem z protezą płetwy i posiadającą psa z protezą łapy. Poczułam OGROMNĄ wdzięczność za moje życie takie jakie jest i wiem, że niczego bym nie zmieniła (może oprócz swojego myślenia czasem 😉 ). Lepiej znacznie częściej sobie odpuścić, zdać na Siłę Wyższą bo ONA zawsze nas przez wszystko przeprowadzi. I cieszyć się każdym dniem, chwilą nawet, odczuwać wdzięczność za wszystko dobro, które JEST naszym udziałem w każdej sekundzie życia i tylko my zaślepieni jesteśmy, że tego nie widzimy. Być może życie w realu i materii nas od tego poczucia szczęścia oddala, życie z dala od przyrody, od zwierząt i gwiazd. Zapędzeni w gonitwie posiadania zapominamy o tym co MAMY … Nie patrzymy w niebo bo w dużych miastach nie wiele widać, nie chodzimy boso bo się pokaleczymy, nie pływamy nago bo
nie wypada i nie łamiemy konwenansów z lęku
przed odrzuceniem czy ośmieszeniem.
Podkładamy się dla pieniędzy, że niby tak można przetrwać zamiast realizować marzenia choćby kosztem utraty pozycji. Właśnie pozycja, ona i to fałszywe poczucie, że dzięki niej jesteśmy w czymś lepsi. A tak naprawdę wszyscy jesteśmy tacy sami i równi zupełnie. I czujemy to ale dopiero jak wali się zdrowie i wtedy żadne pieniądze nie mają znaczenia i owszem pomagają ale też nie zawsze i chyba każdy oddał by wtedy wszystko żeby tylko ŻYĆ. Zacznijmy więc żyć teraz, a nie później… Bo jurto to dzisiaj tylko, że jutro 😉

beata na miotle lata

A ja lubię to nasze polskie Święto Zmarłych* … Już od dziecka dobrze na mnie działało ale może przez to, że listopadowa dziewczyna jestem 🙂 Zawsze przenosi mnie do czasów i ludzi, których już nie ma, a którzy (dla mnie) żyją w innym wymiarze… I o ile na co dzień staram się nie robić wypraw ku przeszłości, tak ten raz folguję sobie bezkarnie… Beata zatem na miotle czasu lata … 😉

*to chyba błąd w sformułowaniu, może nazwa potoczna, bo rzeczywiście nazywa się ono Wszystkich Świętych… Może to mi się tak wkręciło…?

Najpierw jako dzieciakowi zupełnemu wybitnie

bardzo podobało mi się moczenie paluchów w roztopionym wosku w odkrytych i pachnących ogniem zniczach.

Robiły się kolorowe skorupy, a zabawa polegała na tym, kto więcej kolorów zbierze i na jak największą ilość paluchów. Ze szkoły z kolei tuż przed 1 listopada jeździliśmy na radziecki cmentarz groby sprzątać i też atrakcja była bo lekcje odwołane, a i klimat kolorowej choć zgniłej jesieni pociągający…

Czytaj dalej beata na miotle lata

casablanca

Czasami nie jest łatwo godzić się z czymś co rzeczywistością się zwie. Tyle planów człowiek robi i co? W jednej chwili wszystko przysłowiowy szlag trafia …
Zwłaszcza z dziećmi owe plany są wyjątkowo ulotne. I tak np. utknęłam na dobre w lesie. Odcięta prawie od świata i rozrywek wszelakich (o nieee, tylko nie too!). I o ile kocham tą przyrodę bardzo o tyle w nadmiarze i z przymusu służyć wszystko chyba przestaje…

Pojawiło się bowiem przeziębienie, przyszła paskuda taka nie wiadomo skąd i się zagnieździła. A w domostwie na stanie 1 panikara i babcia, która to czasem myśli, że na duchu podnosi ale efekt odwrotny jest całkiem.

Ileż już tych przeziebień przeszłam (i zapewne przejdę) a za każdym razem i tak się denerwuję (może jednak kiedyś przestanę?). Mały chłopczyk reaguje zupełnie jak ten większy i trzeba się baardzo dużą cierpliwością wykazywać. Zwłaszcza po którymś dniu siedzenia w domu bo pierwsze doby litość ogromna, bezgraniczna się rodzi i żal młodego jak płacze. A płacze w niebogłosy bo kataru nie znosi, a kaszlu to już chyba nienawidzi… Ja zresztą też nie przepadam. Pierwsze 2 noce zawsze z głowy, sypiam po godzinkę lub góra dwie ciągiem, obstawiona lekami wszelakimi. Kombinuję chemia plus natura, wciskam wszystko co tylko można, nacieram, zakraplam, parówki z ziół i wyciągów różnych podstawiam i dobrze, jak mam apteki i zioła wszelakie w zasięgu ręki. No teraz ten luksus odpadł więc trzeba sobie inaczej radzić w ekstremalnej sytuacji.

Najtrudniej przestawić psychikę, że miało być tak pięknie… Że plany były inne – a ona (no jasne, psychika wyraźnie jest żeńsko-rodzajowa) niepokorna, zmian nie chce, stawia się buntuje i złości. A tu szybko działać trzeba bo dziecku za bardzo nie można okazać aż takich emocji, pora nie bardzo na to właściwa – kiedy czułość, spokój i opanowanie matczyne na pierwszym miejscu być mają. No i we dwójkę, w sensie, z facetem swoim prywatnym – łatwiej jakoś. Bo może i opieprzy czasem ale i na duchu jednak też podniesie i przytuli jak już się ta matka-kobieta rozklei… Mama MOJA cieszy się za to z takiego spraw obrotu i od radości okazywania powstrzymać nie może (mimo żałowania dziecka). Tylko mi na płacz się zbiera. Ale dobrze, że ktoś ma radochę z tej sytuacji i za dobrą monetę bierze 🙂

Bo z partnerem kłócić się można, koty drzeć, boczyć, foszyć, a jak przychodzi do jakiejś chwilowej rozłąki to nagle tęsknota i miłość wielka w sercu wyzbiera i już na dworcu kolejowym istna Casablanca się robi. A tak człowiek na nieistotnych pierdołach skupiony – niepotrzebnie całkiem… I wystarczy wyjechać na trochę i hierarchię szybko można ustalić, KTO i CO tak naprawdę JAKIE ma znacznie.

Człowiek taką przewrotną naturę  ma po prostu. I ile ja bym teraz dała żeby nie musieć znowu stawać na wysokości zadania i walczyć ze sobą – tylko brać sytuację na klatę jak leci …

No nie jest łatwo czasem żyć razem ale osobno to już do kitu zupełnie …

20160724_183114

Może też być tak, że nie umiem bez ruchu siedzieć i zamiast cieszyć się, że przymusowe wolne mam to lamentuję. Ale akurat TERAZ nie chce mi się odpoczywać . Chociaż mama wnukiem się trochę pozajmuje, a ja mogłabym poleżeć na przykład to mnie akurat przewrotnie – nosi i roznosi na wsze strony. Bo odpoczywać lubię ale może bardziej sama z siebie… Istnieje też prawdopodobieństwo, że uciekam przed beatą i konfrontować się z nią nie chcę – bo jak już się odpoczywa to myśli wcale wyłączyć się nie mają zamiaru. Szkoda wielka, że guzika do nich nie ma, mentalny jedynie, a ten nie zawsze działa. Nie mam bowiem do perfekcji opanowanej zmiany myślenia na życzenie. Ćwiczę – owszem. Ale jak mam negatywnych używać to już wolę czymś konkretnym się zająć i odwrócić uwagę. Odkurzacz straszy i obowiązki odstręczają nadal – kwestie przyziemne pozostają więc bez zmian – odpychające wyjątkowo … Książki wszystkie w domu mamy wyczytane, zostały pozycje naukowe i psychologiczne – na które głowy ani ochoty nie mam (a jeszcze bym coś za mądrego przeczytała i się tylko zdenerwowała – stresu dodatkowego unikam bowiem i wystarczy mi ten co mam). Jeszcze słońce wyszło i pogoda piękna się zrobiła… A my w domu. Zostaje więc wierna jak pies, suka może nawet – gimnastyka (pożytek z niej przynajmniej jakiś, a liczenie powtórzeń myśli niepokorne zajmuje).

Sami jesteśmy odpowiedzialni za to, co w tej głowie sobie ubzduramy. Nikt prócz nas osobiście tej mocy nam dać ani zabrać nie może. I chociaż punkt widzenia zależy trochę od punktu siedzenia to jednak bywają też pozytywne strony sytuacji. Tylko nie potrafimy /chcemy ich zobaczyć i przyjąć… Bo czasem wygodniej użalać się nad sobą i może
wcale aż takie szkodliwe to nie jest skoro już
te, a nie inne uczucia się pojawiły? Może lepiej
je z siebie wyrzucić  żeby odzyskać trochę radości i spojrzeć na wszystko z innej perspektywy… Czasami jak sobie tak popłaczę i odreaguję to zaraz inaczej na świat spoglądam  🙂

w ramach zdrowej diety upiekłam eksperymentalną babkę, yeah… Samo robienie poprawiło mi już trochę nastrój – ale za to POSTARAM się nie jeść więcej niż okruchów parę 😉 bo wyszła pyyszna

 

pan kotek był chory

Niektórzy ludzie są naprawdę dziwni. A może wszyscy czasem tacy jesteśmy? Że dopiero jak coś utracimy to chcielibyśmy z powrotem odzyskać…

Przykład prozaiczny choć na życiu pewnym oparty. U sołtysa na wsi urodziły się małe kotki . Niby nic nadzwyczajnego, wyskakiwały na ulicę i bardzo podobały się synkowi. Jak chodziliśmy na spacer z psem szczególnie jeden za nami latał i wychodził dziurą w płocie. A że kot SOŁTYSA to przerzucaliśmy go z powrotem żeby nic mu się nie stało. Ale po niedługim czasie imię Krówka dostał bo łaciaty niczym typowa krowa właśnie… Jak już podrósł nie szło go powstrzymać i jak tylko widział, że z bramy wychodzimy pruł ile sił w łapach. I mimo, że jeszcze tamtej zagrody się trzymał (no kota odebrać komuś nie można było) zaczął chodzić z nami na spacery jako drugi pies. Szczerze mówiąc między mną, a nim zrodziło się prawdziwe uczucie i od razu zaiskrzyło. Zaczął bywać na podwórku ale nie był nachalny, raczej bardzo dyskretny i kulturalny. Jak się mu powiedziało, że ma iść do siebie to smutny ale odchodził. W domu padły stwierdzenia, że mam kotka nie oswajać bo wyjadę, a zabrać do mieszkania drugiego kota i zwierza trzeciego w sumie nie mogę.

Wyjechałam ale często o nim myślałam i pytałam mamę o jego losy ale z racji, że kobietą pracującą jest – wtedy go od innych nie odróżniała.

Wróciłam po paru miesiącach ale Krówki ani śladu. Poszłam więc na spytki do sklepu bo kociara go prowadzi i o wiejskich kotach wszystko wie. Trochę się niepokoiłam bo sen dziwny i nie miły miałam z kocurkiem w roli głównej. I okazało się, że źle z nim bardzo i sąsiadka owa z okna wielopiętrowego domu swego wypatrzyła, że ledwo żywy ciągnął nogi, leży gdzieś na jakiejś szmacie wychudzony i orzekła, że chyba żywot kończy… No czegoś takiego się NIE spodziewałam !!! Do sołtysa wszak lecieć pytać nie mogłam bo afera we wsi od razu by była, dość nie komunikatywne to towarzystwo bowiem, bramy poza tym pozamykane więc zaczęłam po imieniu go wołać na swoim ogrodzie. Dwa razy zawołałam i zobaczyłam biedaczka jak czołgał się prawie przez ulicę. Ale dotarł więc uff odetchnęłam. Ponieważ lato było i zakaz sprowadzania do domu kotów i zwierząt wszelakich miałam zaraz przy oknie tarasowym zorganizowałam mu mini domek z nieużywanego już wózka po dziecku. A że solidny był bardzo to ani deszcz ani wiatr nie miał szans. Kot 3 dni prawie z budy nie wyszedł ale jadł i to było pocieszające. Już miał trafić do weterynarza (znajomy, który przyjeżdżał akurat urlop miał więc się przeciągnęło ) i nagle wyczłapał z kryjówki na powierzchnię i z każdym dniem lepiej już było. Ale został u nas i przez czas jakiś w ogóle za płot łapy nie wystawił. Później na spacery tylko chodzić znowu zaczął.

kot

Ogólnie do ludzi jest nieufny (może dobrze) i ewidentnie boi się samochodów (rowerów przy okazji też). Oczywiście mimo ostatnich, słabnących na sile protestów familii – na zimę był już w mamy domu. Wyrósł na pięknego i bardzo mądrego kota, który mam wrażenie, wszystko rozumie. Przetrwał też nie jedną eksmisję na przyjazdy mojej zaborczej kocicy, która jak konkurencję w domu zobaczyła od razu kociej depresji dostała.

I nagle po czasie Sołtys na lewo i prawo opowiada, że to JEGO kot jest, bo myszy pięknie łapie i wspaniały taki. Zaczęli go dokarmiać i zwabiać nagle do siebie ale bez skutecznie. U nas mu dobrze i naszym kotem stał się po prostu. Pawdziwym przyjacielem, towarzyszem, w którego oku jak mruczy czai się ogromna wdzięczność i miłość. Jest ta chemia i już. I wcale tak nie jest, że ciągle mnie te kocie fascynacje dopadają. Owszem, dokarmiam koty, pomagam różnym w miarę możliwości, zostawiam zimą otwartą kotłownię, paru zapewniłam\ zapewniliśmy, w sumie wszyscy, godne odejście z tego świata. Ale ten jest absolutnie wyjątkowy i wyjątkowe miejsce w sercu zajmuje…

Oczywiście szum się we wsi o kocie sołtysowym zrobił (ha ha) i nagle jak sąsiedzi zobaczyli nas na spacerach zaczęli pytać : a czyj to kot jest? A on tak na spacery z wami chodzi? To kot SOŁTYSA przecie jest itp. Najpierw nie odpowiadałam nic dosłownie – uśmiechając się pod nosem. Ale teraz jak lat parę minęło powiedziałam, że KOT jest NASZ. Do nas przyszedł jak był ledwo żywy. Jest pół domowy, jak chce idzie na lofry, miskę zawsze pełną ma i drzwi otwarte. Choć wybredny i byle żarciem się nie zadowoli (jak się co poniektórym wydaje). Ma też trochę krzywe łapki ale ucieka przed innymi kocurami na drzewa tak wysoko, jak jeszcze nigdy nie widziałam.

Może więc warto szanować to co się ma zanim będzie za późno ?

kot2

gorzka herbata

Wiem, że temat drażliwy ale przy herbacie z piołunu zaświerzbiły mnie palce…

Wyznanie Natalii Przybysz zbulwersowało opinię publiczną i wstrząsnęło krajem. We mnie niestety również coś poruszyło i jakiś taki wewnętrzny smutek obudziło …

Zadziwiająco zbiegło się też z wydaniem nowej płyty co nowością żadną nie jest i przykład M. Wiśniewskiego, który wyniki badań nowotworowych publikował już mieliśmy. Tu sprawa poważniejsza bo o życie jednak chodzi… Tak, może ktoś opowiadać o bezwartościowych zarodkach, które NIC nie czują i innych spłycających słów używać, ale płód rozwija się MEGA szybko i powiększa się w zawrotnym tempie. Tak więc ową komórką jest zaledwie na początku. W 12 tygodniu waży około 10 gram i jest wielkości limonki.

Czytaj dalej gorzka herbata

ranna sowa

Tak sobie rozmyślam przy szklaneczce krwawniku zbieranego latem, że w sytuacji kiedy pojawia się dziecko życie zmienia się diametralnie. I jest to oczywista oczywistość, którą niby bierzemy pod uwagę. Ale gdybyśmy byli świadomi jak wielkie są to zmiany chyba przestalibyśmy się na taką skalę rozmnażać  😉

Obserwując sobie dzieciatych znajomych wydaje nam się, że dociera do nas czym to całe rodzicielstwo grozi i …

Chwała dla nas kobiety, że jakoś szybciej przystosowujemy się do nowej sytuacji co nie znaczy, że jest nam łatwo. Bo nie jest. I może zanim zdecydujemy się na dziecko myślimy w duchu, że nam akurat NAM będzie lepiej? Że NASZE dziecko inne będzie i prześpi noce całe, później po bajce grzecznie powędruje do łóżka żeby zasnąć słodziutko zaraz po ostatnim czytaniu. Noo a pobudka wiadomo, nie szybciej niż 8 😉
Oczywiście każda sytuacja JEST INNA ale są te punkty zbieżne, które przejść trzeba.

I tak okazuje się, że świeżo przyniesiony do domu noworodek nie zamierza pospać ani kwadransa dłużej niż książkowe 3 godziny (oby tylko). W szpitalu spał, w domu odmawia. I życie weryfikuje wypowiedzi co poniektórych znajomych jakoby wyspani i wypoczęci chadzali. A po powiedzmy 2 latach nagle oznajmiają, że nie sypiali prawie wcale… Oj te problemy z pamięcią 😉 Z reguły w opowieściach czyjeś dzieci też pięknie jedzą i nie chorują.
A propos chorowania, tu sprawa ciekawa, za każdym razem gdy ktoś pyta : a dziecko zdrowe? I powiem “tak ” od razu na drugi dzień choruje. W ramach pozytywnego podejścia do życia nie można kłamać, że chore, bo a nuż się wykracze i paskudną afirmację chorobotwórczą rzuci … Ryzykować i mówić, że super też nie bardzo… Próbowałam wszak różnych metod i jedyna skuteczna to udać, że nie słyszy się pytania… Może bokiem przejdzie i nic się nie przyczepi …

Mi (do tej pory przynajmniej) najtrudniej było pogodzić się z utratą snu i sowim życiem. Weź tu człowieku latami po nocach żyjący stań się nagle skowronkiem … Lektury, ćwiczenia, porady, kombinacje, a pociecha budziła się między 5 a 7 i już. Dobrze, że pierwsze miesiące w amoku trochę biegną to człowiek zafascynowany nowym doświadczeniem aż tak się nie zastanawia. No i facet ukochany na rzęsach staje i robi co może. Zabawa zaczyna się później. Jak mleko TYLKO z cyca (wszak facet nie da to niech śpi sobie biedaczysko co na chleb nasz zarabia), butli nienawidzi i nagle niepostrzeżenie na matkę przechodzi w 100tu procentach ssak mały (co normą niestety pozostaje na wieki już chyba). Pocieszne to i rozkoszne, że mamusia na piedestale sobie stoi ale też przyczyną niezłego wkurwienia i goryczy bywa. Nie samo karmienie, ale pobudka, np. niedziela wakacje wszyscy śpią włącznie z kogutami bo 4.30 (!) a ty wstawaj i baw się. Czasem pierwsza u mamy z wózkiem po wsi zasuwałam licząc, że dziecię dobrze wybujane uśnie jeszcze. Ale nic z tego. Na szczęście od 6stej wylegało więcej mi podobnych. I to właśnie JEST pocieszające (choć okrutne nieco może) że inni wcale tak bardzo lepiej nie mają. I od razu łączą się te matki we wspólnym “cierpieniu ” wymieniając doświadczeniami…

aaaa1

Później nagle dociera do człowieka, że wszytko przemija i już nigdy ten mały człowieczek nie będzie taki mały … Ta świadomość pomaga przetrwać i spojrzeć na sytuację z innej strony. Kiedy to zrobimy zaczyna się pobłażanie i odpuszczanie niemalże wszystkiego. Bo to tylko raz w życiu przecież 😉

Okazuje się też, że można dziecko nauczyć spania dopasowanego do trybu życia głównego opiekuna. U nas matki. I że jak później padnie to później wstanie. I jest to kwestia wyrobienia nawyku i trwa czas jakiś ale poddawać się nie można jeżeli chce się osiągnąć pożądany efekt. A jak komuś się nie podoba niech sam sobie o świcie wstaje 😉

No cóż, nudy nie ma i nie będzie. Rozrywka na lata zapewniona ale prawda jest taka, że nie wróciłabym już za nic do czasów z przed dziecka, mimo wszelakich wygód i autonomii. Bo kiedy te pulchne rączki mnie obejmują, kiedy, mówi mi: maamoo a spoktamy dinozay w parkuu (?) i całuje tym umorusanym buziakiem to wszystko inne przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie… Choć brzmi to jak zwykły (może nawet wyświechtany) banał naprawdę jest dla kogo żyć i dużo spraw, które miały kiedyś ogromne niby znaczenie przestaje liczyć się niemal zupełnie. I uświadamia człowiek to sobie szybko, przy pierwszej kolce już może nawet, nie mówiąc o pierwszej gorączce powyżej 38 … Co się wtedy dzieje z rodzicami … Z moich obserwacji wynika, że najczęściej jesteśmy dobrani w pary uzupełniająco, tzn. jedno panikuje – drugie opanowane (w skrócie). Niektórym mimo nabierania doświadczenia i większej wprawy z radzeniem sobie w różnych podbramkowych sytuacjach nie mija niestety panikarstwo, a jedynie przechodzi do bardziej utajonej fazy. Ale jak się człowiek naczyta o tych wszystkich alergiach, przypadłościach, przypadkach i zagrożeniach to kosmos jakiś … a jeszcze objawy dopasuje …

Jest wszak też wiele atutów ze wspólnej drogi z dziecięciem ale to, że mamy szansę cofnąć się do bycia samemu przez niektóre chwile dzieckiem jest wyjątkowo korzystne dla psychiki. Nie bójmy się więc bawić i wymyślać różne, nawet na pozór głupie i błahe zabawy. Wejdźmy w ten świat wyobraźni. Dajmy sobie poskakać na trampolinie, pozjeżdżać z dmuchańców, pokręćmy na karuzeli czy pohuśtajmy trochę. Mam wrażenie, że jest w tym jakaś magia i jeżeli się na nią otworzymy to mamy szansę doświadczyć czegoś absolutnie fantastycznego od czego w duszy młodniejemy i dostajemy ogromnego przypływu energii (wynikającej z czystej radości).

Wcale się nie dziwię, że moje dziecko uwielbia te wszystkie kinder rozrywki i w miarę możliwości też z nich korzystam 😉 (najbardziej lubię duże wysokie zjazdy z dmuchańców i trampoliny). Tu muszę nadmienić, że latem kasjer zachęcał jedną z matek, której córeczka bała się wejść na dmuchańca właśnie, żeby zjechała z nią ale za nic nie chciała. A ponieważ stałam obok zapytałam czy ja za tą panią mogę i jak zjeżdżałam (kasjer zniknął z pola widzenia to jechałam ile wlazło)  jak się super bawiłam z moim synkiem, ile śmiechu było (również inne dzieci się do nas przyłączyły) to widziałam smutek i żal lekki w oku tej babeczki. I na bank sporo młodsza ode mnie była. Ale się nie przełamała mimo, że ją zachęcałam i prawie prawie buty już zdjęła.

Nie miejmy kompleksów, że np. za grubi, za duzi, nieodpowiednio ubrani, za starzy itp. Olejmy czasem konwenanse … Dajmy sobie szansę. Pomyślmy o tym dziecku, które kocha zabawy właśnie z nami na 1 miejscu. A jeżeli tak nie jest – zastanówmy się dlaczego (mowa o kilkulatkach dla jasności 😉 ). Też czasem bywam nie odpowiednio odziana, np. w spódnicę akurat i bluzkę bardziej jeszcze niestosowną od spódnicy – bo oczywiście nie zawsze przewidzi się takie rozrywki. A może z nadmiaru obowiązków zaczyna brakować nam spontaniczności i do tego jak pojawia się dziecko to nagle mamy uczyć się tych całych rytuałów bo przewidywalność potrzebna jest dziecku do prawidłowego i spokojnego rozwoju (i prawda w tym akurat jest). A tu przychodzi moment, że kilkulatek rządny jest większej uwagi, uczestniczenia w zabawach i wchodzenia w jego świat… Nie bądźmy kostuchami duchowymi i nawiązujmy głębokie relacje z dziećmi bo szanse z każdym intensywne przeżywanym przez malucha dniem maleją … To może jak będzie nastolatkiem nie wykopie nas (tak często) ze swojego pokoju i nie powie : teraz to (JA) nie mam czasu (dla CIEBIE) sorry …

A jak mam wszystkiego dość to idę do lasu i krzyczę, wrzeszczę ile wlezie aż samo przechodzi 😉

bo  życie jest piękne i fascynujące YO

 

 

(de)mobilizacja

Obiecywałam sobie, że będę ćwiczyć u mamy i na powiedzmy, urlopie na pewno się zmobilizuję.

Bo przestrzeń odpowiednio duża, lustro w lepszym miejscu, czasu dla siebie ciut więcej no i powietrze świeże leśne przecież … I co ? Z jakiejkolwiek gimnastyki najlepiej wychodzi mi kontrola mamowych garów bo wege zupki na żądanie gotowane i w zakamarkach różne rarytasy, a że ktoś poda to już w ogóle luksus nad luksusy 🙂 Palenie w piecu i zaszycie się w ciepłej i cichej kotłowni przyjemność nie lada stanowi… i na krótko żadnym wysiłkiem wielkim nie jest … Grzybów do zbierania nie ma to i motywacji do przesadnego hasania po lesie też brak…

A ogród – zbawienie – wystarczy dziecko ubrać odpowiednio i niechaj lata, niechaj biega i natlenia się dowoli 🙂 Samemu też nie zaszkodzi wokół domu się przespacerować, a przynajmniej odzienie może być byle jakie …

Beata zalicza się bowiem do tych matek, które jak okazję mają to na łatwiznę idą niestety, a jak się już same “wypuszczą” to i u lekarza w kolejce chwilę przed czasem chętnie posiedzą gazetkę przeglądając i na zielonym świetle dłużej zagapione w cudne niebo postoją- nie przechodząc oczywiście, wybiorą spacer zamiast tramwaju albo mówią, że już już są koło bloku (nie koniecznie swojego).

Teraz rozumiem matki i ich dar do przymusowej organizacji czasu. I choć zdarza się, że nie wszystko idzie zgodnie z planem to właśnie plan zawsze musi być (również B, a niekiedy C). Oj ta doba z gumy nie jest i najmniej czasu na sen i swoje (TYLKO swoje) sprawy pozostaje. Ktoś powie, że wymówki, że dla chcącego NIC trudnego i racja to nawet jakaś jest. W nocy też można przecież na siłkę skoczyć…
A jednak są takie dni, że no nie ma tej siły przebicia żeby o swój czas zawalczyć (nawet ze sobą samą) a jak już się go urwie ciutkę to (w sezonie zimowym zwłaszcza) dżemnie boczkiem iii za chwilkę koniec laby… Jak to JUŻ? a miałam przecież poćwiczyć … tyle szumnych planów było …

Później są te pieprzone wyrzuty sumienia… Chociaż teraz dla odmiany postanowiłam akceptować siebie bezwzględnie i koniec i kropka. Co mi szkodzi przetestować inną metodę na życie, a nuż zadziała? Ostatecznie nie mam nic do stracenia. Naobwiniałam się już w życiu dosyć. Nie muszę być perfekcyjną mamą ani żoną (ani ciągle do tej perfekcji dążyć) i gdzie jest u licha napisane, że moja chata ma lśnić na błysk zawsze, ja bez grama tłuszczu i cellulitu, zrobiona i wypoczęta od rana do wieczora … Wiecznie fit i happy. Zwłaszcza, że nikt oprócz mnie samej tego nie wymaga (najważniejsze wszak koryto pełne, a 3 kilosy w tą czy w tą widoczne tylko moim okiem są 😉 ) Może więc czas naprawdę przestać katować się, że ma być stale lepiej i lepiej … W moim przypadku popadnie ze skrajności w skrajność na szczęście ( choć może paradoksalnie) pomaga znaleźć równowagę…

13256477_1158553887512276_7657387954832934879_n

Ale mimo, że obiecuję sobie nie żreć tych cholernych słodyczy i nawet kilka dni wytrzymam to przychodzi moment, że jak synek śpi lecę wyjadć jego zapasy … Bo najlepszą metodą na ograniczenie jest po prostu NIE posiadanie. Dziecka jednakże ta zasada nie obejmuje … Jestem więc totalnym wyjadaczem bez jakichkolwiek skrupułów (nie tylko zresztą ja 😉 ). Waga jak i kobieta zmienną wszak bywa … Byle nie wykroczyć poza rozmiar i choćby na styk trzymać się swojego 😉 to wierzę, że reszta przyjdzie sama, a natchnienie i zacięcie do pracy nad sobą (fizycznej bo psychicznie ciągle trzeba coś modernizować) WRÓCI … A chęć zdrowego trybu życia wygra i zostanie na dłużej.

Może być też tak, że każdy jest od czegoś uzależniony, noo może buddyjscy mnisi stanowią wyjątek. Albo od jakiejś substancji (w tym jedzenia, cukru, tłuszczu nawet itp.) albo od emocji. Szkodliwość społeczna jedynie przybiera różną postać. Nazywana niekiedy przyzwyczajeniem lub wręcz przymusem genetycznym 🙂 (ostatnio bardzo popularne teorie jakoby za wszystko odpowiedzialne są geny).

Na razie na poprawę nastroju i tuszowanie drobnych niedoskonałości
najlepszy i najwierniejszy pozostaje SHOPPING.
Jakie to cudowne, że my kobiety mamy zawsze pod ręką tą tajną broń na słabsze chwile … I cieszymy się choćby z zupełnego drobiazgu jak szalone…  Być może nie jest to za mądre ale działa i to najważniejsze 🙂 No bo same zakupy to już nikogo przecież nie ranią i nie krzywdzą, może z wyjątkiem męża (węża) portfela 😉