(na)mowa ziół

Wszędzie z każdej strony napierają wręcz na nas informacje o zdrowym stylu życia, co wolno, czego nie wolno, co powinniśmy, a czego zdecydowanie nie powinniśmy, ile mamy łykać, a ile nie łykać. Mam wrażenie, że cała ta filozofia przypomina niekiedy zmasowany atak na zwykłego człowieka, a raczej jego portfel, który to może zacząć głupieć, szaleć i włosy rwać z głowy można zacząć celem zaspokojenia swojego organizmu, który to nie zawsze ma chęć na taką ilość eksperymentów. Mogą pojawić się nawet wyrzuty sumienia, że OMG to ja prawie nic z tych zalecanych i KONIECZNYCH rzeczy nie robię.

Daleka jestem do zniechęcania przed zażywaniem suplementów,

wręcz przeciwnie, sama ochoczo zeń korzystam ale często jest to kropla w morzu jakby tak poczytać niektóre porady ile jeszcze trzeba w siebie wtłoczyć. Pewne jest, że detoksykacja organizmu jest potrzebna, wręcz niezbędna, że zdrowe odżywianie ma być częścią nas samych, że lepiej unikać mięsa ze względów różnorodnych i tu opcji jest bardzo wiele, a każdy może wybrać jakąś dla siebie. Podobnie z cukrem, jest sporo zastępstw słodziwa, wybór mamy szeroki i śmiało można degustować po kolei wszystko aby trafić na takie, które akurat nam najbardziej smakuje.

Owoce, warzywa, do tego nikogo nie trzeba już przekonywać, że mają stanowić podstawę naszej diety. Strączki, no tu już sprawa bardziej złożona i różni (czasem szaleni) dietetycy różnie zalecają, nabiał szkodliwy ze względu na hormony i antybiotyki podawane krówkom, które to dodatkowo są bez miary dojone (plus wychładzające właściwości organizmu od środka, które na dłuższą metę nam nie służy). Okropność. No ale to co wymieniłam jest jakoby naturalnym czynnikiem wpływającym na stan naszego organizmu, nie trzeba u nikogo zaopatrywać się w suple żeby zrezygnować z takiego nabiału lub po prostu go ograniczyć. Teoria konieczności spożywania ryb również została obalona i tu już może przeciętny zjadacz chleba zacząć się gubić, bo mięso nie, ryba nie, strączki różnie to co? Ano

moim zdaniem i tak należy słuchać swojego prywatnego organizmu i nie wpadać w paranoję.

Wszystko to bowiem prawdę stanowi ale jednak zapominamy o pozytywnym myśleniu w sensie dosłownym, które to jest podstawą dosłownie wszystkiego.

Skoro myśl jest energią i to my decydujemy co i jak myślimy to również ta sama myśl może dodać nam zdrowia w postaci nie przejmowania się po prostu i zdystansowania do ogromu wiadomości,

których przyznaję, że ja nie daję rady czasami przemielić. Wedle niektórych blogerów od tegoż organicznego tematu musiałabym od wczesnych godzin rannych do późnych nocnych wrzucać w siebie tony suplementów od zwykłego moczeniu nóg w magnezie (najlepiej) począwszy do pasienia się chlorellą i tu w zależności czy chcę siwieć czy nie może być to trawa pszeniczna (której nie idzie tak łatwo dostać chyba że na specjalnych stronach w necie) lub trawa insza i jeszcze bardziej inna (to wolę trawę zwykłą i najzwyklejszą 😉 ).

Chleję tę Wit C, czuję że mi pomaga, łykam magnez (bo też uważam, że zwykły daje radę), Wit D3 z K2 rzeczywiście jest trochę różnica w samopoczuciu jak czasem przestaję zażywać i ogólnie to finito.

To znaczy

kiedy przyszła wiosna żaden z tych wszystkowiedzących blogerów nie poleca zwykłych i sprawdzonych sposobów jakimi są ZIOŁA.

Ano właśnie dlatego, że pewnie są za tanie i mało tego, ogólnodostępne. A ja na przekór im polecam właśnie zainteresować się tym tematem bo

zamiast wrzucać w siebie tony supli wystarczy czasem wypić 2 szklanki herbaty z czerwonej koniczyny

dziennie i już. To “zwykłe” zielsko, z którego czasem wijemy wianki ma w sobie tyle zdrowia, że aż boli, że człowiek wcześniej takiej nie odkrył. Ale nie odkrył bo tylko nieliczni zachęcają do zioło brania i łatwiej iść i kupić te tabletki. I znowu łatwiej tylko pozornie bo przecież chadzamy na spacery, do lasu czy na plażę, a owa koniczyna jak i inne rośliny lecznice rośnie sobie i się na nas patrzy. Może nawet czasem zdziwiona, że tak niewielu ją tyka.

koniczyna czerwona, czasem jest bardziej różowa czasem bledsza 🙂 pamiętaj o rozdrobnieniu przez zaparzaniem, uwolnisz olejki eteryczne 🙂

Polecana kobietom ale nie tylko bo również świetnie działa na mężczyzn. Ma witaminy A, B, D C czyli to co nabywamy w aptece lub na stronach bio i organic. A czemu nie zerwać, nie zasuszyć i nie pić sobie swojej witaminy zdrowia?  Reguluje hormony i nawet kobiety rezygnują z zastępczej terapii hormonalnej! Dzięki tym różowym kwiatkom, które zwiększają ilość estrogenów możemy przestać łykać wstrętne, sztuczne piguły. Zawiera fitohormon genesteinę czyli to, co kupujemy w suplementach.

Może jestem oszczędna, może? A może napatrzyłam się w dzieciństwie na pełne poddasze suszonych ziół u babci, która to całą zimę nas nimi i siebie poiła. Do rumianku, mięty i melisy nie trzeba nikogo przekonywać, zna chyba każdy i w każdego apteczce się znajdują. To czemu nie pójść o krok dalej?

oto on: krwawnik pospolity 🙂 najlepiej zbierać zioła z dala od głównych dróg 🙂

Jeszcze raz napiszę też o takim krwawniku bo zaczął się na niego sezon i rośnie w dużych ilościach.

Kobiety, przede wszystkim WY, zainteresujcie się tą piękną i bardzo łatwą do rozróżnienia rośliną!

Cudownie reguluje cykle menstruacyjne, a dodatkowo fantastycznie działa na jelita i układ trawienny. Są przypadki wyleczenia mięśniaków macicy, polipów, torbieli dzięki diecie i spożywaniu dużych ilości tegoż zioła (proszę poszperać w googlach). Naprawdę warto się zagłębić odrobinkę w to, co matka natura nam na co dzień sama daje, a z czego my, zapędzone w tej prozie życia, nie korzystamy. A później wydajemy dużo kasy na leki, które często rosną przed naszym domem. Wiem, może się nie chcieć przygotowywać i zaparzać. Ale jak podejdziemy do tego z miłością, że

te cudowne kwiaty rosną konkretnie dla nas, dla Ciebie,

czekają na łąkach żeby je zerwać, żeby zaangażować w to dzieci to może i przygotowanie zacznie sprawiać radość? Mi sprawia, przemywam nim nawet twarz, leczyłam dziecku krostki, a nadaje się także do kąpieli i nasiadówek. Mój synek uwielbia zbierać zioła razem ze mną, doskonale orientuje się w czerwonej koniczynie i krwawniku właśnie bo są tak charakterystyczne, że nie pomyli się nawet dziecko. A ile radości mu to sprawia, że mamusi zbiera kwiatki 🙂 I wie konkretnie jakie, potrafi je nazywać. Wystarczy podczas spaceru schylić się nieco i z tego łąkowego bukietu który stawiamy w wazonie zaparzyć herbatkę 🙂

Owszem, potrzebna jest systematyczność spożywania, ale czy w suplach nie jest? Też trzeba łykać non stop, a kolejne zioło, taki skrzyp polny rośnie wszędzie na potęgę. Czy nie lepiej wykąpać się w nim i umyć włosy niż płacić po 20 zł za pudełeczko przetworzonych pastylek?

Nawet jeżeli zaoszczędzimy hajsu to chyba dobrze co nie?

Wolę iść z dzieckiem do zoo (no niestety, chce zobaczyć tygrysa i wilka) niż stale zasilać czyjąś kasę.

Jak nie aptek, to sklepów internetowych prześcigających się w ofercie. I pięknie się mówi, że bez supli przeżyć nie można ale tylko wtedy gdy głównym celem jest ich sprzedawanie. Tak, bez wartości odżywczych przeżyć się nie da ale często sami możemy o to zadbać i sobie dostarczyć. Jakoś o dobrodziejstwie roślin samych w sobie zbieranych własnoręcznie za często nie przeczytamy. Nikt nas do tego nie nakręci tak, jak do kliknięcia w “Kup teraz”.

Nie zabieram się za zrywanie ziół trudnych i takie kupuję w zielarskim.

Np. oczyszczające z pasożytów i toksyn mieszam i piję raz na jakiś czas. Mój język to kocha, znika nalot i ogólnie czuję się super. Taki piołun, wrotycz, kora dębu i kruszyny. Wystarczy po łyżce każdego z nich zmieszać i pić rano na czczo. Parzy się wieczorem 1 łyżeczkę zalewając wrzątkiem i przykrywając więc luuz. Proszę jednak sprawdzić dokładnie procedurę bo te ziółka mogą być bardziej groźne przy nieodpowiednim zastosowaniu. Zwłaszcza piołun, z którego robi się absynt. U nas zakazany ale przecież w niejednym domu jest 🙂

Nie jestem zielarką, nigdy nie będę ale są to cudowne sposoby na podratowanie naszego organizmu kiedy same rośliny kwitną od wiosny do późnej jesieni i zachęcają do korzystania.

Po co kupować dla dzieci Sambucol za 30 zł jak wystarczy zerwać owoce czarnego bzu, zasypać cukrem i samemu zrobić syrop bez żadnych dodatków?

Sama homeopatka mi to poradziła, mówiąc: a po co pani kupuje? Nie lepiej zrobić samemu? Chylę czoło przed tą wspaniałą kobietą. Spójrz na tego kwiatka, na tę koniczynę pod innym kątem. Zobacz w niej (darmową) moc, moc płynącą z natury, bez zbędnej egzaltacji i cyrku z zamawianiem.

Suszę w tym sezonie tony krwawnika żeby starczył mi na całą zimę bo ten kupiony w sklepie ma przemielone łodygi i liście, a tak naprawdę pije się tylko kwiaty. Tym samym smakuje zupełnie inaczej, co tu kryć, sklepowy jest ohydny dość, a świeże mają zaskakująco delikatny smak i kolor. Z łyżeczką miodu dla wybrednych stają się nawet smaczne. Krwawnik trzeba pić ciepły bo szybko ulatniają się z niego właściwości, z kolei koniczynę parzy się też pod przykryciem żeby nie uciekały oleje eteryczne i rozdrabnia przed zalaniem. Co szkodzi spróbować?

zawsze jak gdzieś idę czy jadę zbieram lecznicze kwiaty… Ostatnio nawet jak biegałam koniczynę przytargałam 😉

Z krwawnikiem mam już pozytywne doświadczenia,

szybko po przestaniu karmienia piersią postawił moje hormony do pionu,

teraz testuję koniczynę i poję nią również moja mamę bo dla starszych kobiet jest niezwykle polecana. Pomijam menopauzę (i andropauzę u facetów – też mają coś takiego) ale obniża cholesterol, reguluje ciśnienie krwi, wzmacnia serce i pobudza układ trawienny. To akurat idzie szybko zauważyć. Wypita wieczorem cudownie działa na jelita.

Nie dajmy się zwariować bo ja czasami mam takie wrażenie zaglądając na FB że ciągle robię coś ze sobą za mało, nie dość wciskam w siebie tego wszystkiego, a za mało to tak naprawdę pozytywnie myślę, w ogóle za dużo myślę haha i tylko w głowie robi się coraz większa kręcioła.

Zgadzam się, że

wielu produktów należy unikać ale przede wszystkim należy unikać stresu! 

A z glutenu najlepiej wyeliminować chociaż pszenicę bo ona już dawno straciła swoje właściwości, natkana jest tym całym syfem golifastem, a 90 % ziaren na świecie jest zmodyfikowana pod tym właśnie kątem i kontrolowany jest rynek zbóż żeby nie było już normalnej. Rolnicy nie mogą używać własnych ziaren tylko te, co Unia zapodaje, a dla siebie mają malutkie poletka, o których my nie mamy pojęcia bo większość z nas idzie po chleb do piekarni. Co bardziej przedsiębiorczy pieką sami i też bym kiedyś chciała ale chyba jak będę miała większą kuchnię i znajdę miejsce żeby wstawiać te wszystkie urządzenia (maszyna do chleba, wyciskarka do soku, parownik itp.). Póki co pozostaje wybór, a że gluten kocham i jestem od niego uzależniona to wkurwiam się kiedy go ograniczam zupełnie. Staram się więc wybierać żyto czy orkisz, a bezglutenowe chlebki sorry ale są ohydne (chociaż nadal poszukuję ideału).

Jedzenie bowiem ma stanowić przyjemność, a nie przymus i dlatego dobrze jest typować świadomie ale bez katowania się.

Katowanie doprowadza do tego, że prędzej czy później człowiek nawpierdala się niezdrowych rzeczy i to z dziką przyjemnością. A później znowu będzie płakał jak bóbr i dawaj od nowa z wyrzutami sumienia i zaniżaniem samopoczucia.

Co innego ludzie, którzy  żyją z fotografowania się z zielonymi sokami, mają konkretną motywację żeby tylko pić liście szpinaku z miną szczęśliwą i zadowoloną, że cukier to odrzucające ich paskudztwo, a lody to już w ogóle największe zło świata. Lub co poniektórzy (znam takich ) minę krzywią podczas picia ale wmawiają sobie, że to lubią. Mistrzowie oszukiwania się, też metoda.

Ale jak żyć w takim razie?

Nie każdy przełknie koktajl z naci selery i np. ja smaków takich nie znoszę. Z bananów, truskawek, moreli owszem, mogę dodać pietruszki noo ale bez przesady. Ja wiem, że jest moda na bio i fit ale sądzę z obserwacji własnych, że dużo ludzi robi to po prostu na pokaz i dla generowania hajsu. Odseparować dziecko i siebie, rodzinę całą od wszystkich przyjemności i poić tylko wodą? Czy ten dzieciak nie pójdzie gdzieś i nie zje tej przeklętej parówki? A nie daj Boże mu zasmakuje to już chyba od razu harakiri można popełnić 😉

Pod tym względem nie jestem żadna ponad przeciętna i kocham czekoladę. Dlatego

stawiam na posty i świadome planowanie na jakiś czas pół głodówek oczyszczających ale tylko wtedy kiedy moja głowa jest na to gotowa.

Na co dzień wolę sobie coś tam skubnąć choćby niezdrowego bo inaczej dopiero bym na łeb dostała. Oczywiście synek ma ograniczany cukier, nabiał i gluten ale jak ma ochotę na szynkę to ją je. Uwielbia też kotleciki z soczewicy i wiele wegańskiego jadła, którym pasie się mama. Pyta jak zabijane są zwierzęta i dlaczego gluten jest szkodliwy. Pyta dlaczego piję zioła i jemy mało słodyczy. A ja mu odpowiadam, tłumaczę i daję wybór, którego i tak dokona jako dorosły człowiek. A zmuszać kogoś do nie jedzenia tego czego nie jem ja nie chcę i nie zamierzam. Bo

to co jednemu daje szczęście drugiemu nie koniecznie.

Jestem przeciwna jakiemukolwiek terrorowi również żywieniowemu i ktoś kiedyś oburzył się na mnie, że jestem pseudusem bo nie jem mięsa ale kotlety smażę. Tak, robię to i wcale się nie wstydzę bo wolę jak mój facet zje to, co sama mu przyrządzę niż pójdzie się nawpieprzać do knajpy niezdrowego i przetworzonego syfu. I o ile brzydzę się to fileta czy polędwiczkę mogę upiec.

Znam przypadki, że partner chciał rzucić mięso dla kogoś z miłości, a za plecami jechał do mamusi na karkówkę czy cichcem wpierniczał kabanosy.

I co? O to chodzi? To jest dopiero pseudo życie. Chcesz mieć zdrową rodzinę to ją sobie sama wykarm nawet tym czego nie jesz. Ale przynajmniej wiesz gdzie kupujesz i co spozywają Twoi najbliżsi. A uświadamiać uświadamiam nawet jeżeli nie chcą już mnie słuchać. I z sukcesami bo mama po mimo, że mięso kocha (uzależnienie i kody od dziecka, którym wszyscy podlegamy. Do 3 roku życia kształtuje się bowiem charakter kulinarny człowieka i udowodniono, że nawet zaciekli weganie, którzy w dzieciństwie kochali i jedli mięso wraca do tegoż nałogu choćby w bardzo późnym okresie życia. Nie zamęczajmy się więc wzajemnie, a zrozummy swoje zachowania) to prawie nie je. Więc co innego propaganda, a co innego narzucanie swojej woli i prześladowanie rodziny, że nie są tacy jak byśmy oczekiwali. Nikt nigdy nie spełni naszych oczekiwań i nie ma co nawet na to liczyć. Chyba, że chce się żyć samemu. I żal mi czasem bliskich wegan co nie potrafią się rozstać z mięchem i są za to karani, głównie przez kobiety, ale facetów roślinnych kompletnych świrów terrorystów też znam. Współczuję bardzo takiego niszczenia swobody i wolności. Jak ktoś chce to sam przestanie być mięsożerem, a PRZYMUS RODZI OPÓR. Temat na odrębny tekst mnie się narzucił 😉

Reasumując: wszystko i tak jest w naszej głowie i psychice i jeżeli będziemy uważać, że nic nam nie zaszkodzi to nie zaszkodzi. Moja babcia jadła mięso, piła trochę wódki, piekła przepyszne frykasy i dożyła prawie 90-lat umierając bo tak chciała i bez przeciwwskazań medycznych do życia.

Grunt to dobre samopoczucie, bez poczucia winy, lęku o jutro, stresów o dzisiaj i zamartwiania się wszystkim.

A reszta z umiarem, żeby później nie żałować, że coś jednak z tą dietą można było zrobić. Każdy musi znaleźć złoty środek taki, jaki podpowiada mu serce bo i o sercu nie można zapominać.

To dzięki mojemu sercu przestałam jeść mięso, za którym nigdy nie przepadałam ale długo jadłam. Jednak względy moralne, że nie chcę przyczyniać się do ich cierpienia zwyciężyły i obrzydzenie do tkanek, ścięgien i kości w kurczaku choćby, niby pałeczce, stały się nie do przeskoczenia. Organizm sam to rzucił ku mojej ogromnej radości na stałe (bo prób miałam mnóstwo od 14 roku życia kiedy trafiłam na dietę krisznowców i zachwyciły mnie ich posiłki). Plus trochę chęci żeby zacząć wgryzać się w wegetariańskie przepisy i samemu eksperymentować z przyprawami, np. kurkumą czy gałką muszkatołową ale

jak jest dobry moment to wszystko samo się układa.

I nie trzeba do niczego podchodzić z musem i żalem, że coś się traci skoro można tylko zyskać. Nie wszystko na raz żeby się nie się zniechęcić tylko stopniowo, krok po kroku. Sądzę, że bardziej niż nabiał i gluten szkodzi złość, zazdrość, kłótnie, brak miłości, nienawiść i inne negatywne emocje, którym czy chcemy czy nie to czasami ulegamy. Dbając o ducha dbamy też o ciało niejako automatycznie bo zaczynamy słuchać swojego prawdziwego głębokiego wewnętrznego głosu, który mówi nam co jest dla nas dobre i potrzebne w danej chwili.

A zioła są fajne dla każdego. Poszerzanie wiedzy też. Zbieranie ich daje nam przy tym kontakt z naturą, możemy usłyszeć siebie, pomarzyć, poleżeć na trawie, skontaktować się ze sobą i zrelaksować. To cudowne co mamy pod nosem, nie musimy szukać daleko. Wyjdź kobieto na łono natury i zerwij krwawnik. A później go sobie zaparz i poczuj to cudowne uczucie dziwnego powrotu do czegoś, czego nawet nie można sprecyzować ani określić słowami. Jakby powrotu do domu, do korzeni. Bo

w każdej z nas jest trochę zielarki, szamanki i mistyczki,

nawet jeżeli żyjemy w betonowej dżungli i tego nie czujemy. To właśnie tym bardziej trzeba wracać do tego co pierwotne bo beton zabija w nas to co oczywiste i potrzebne duszy. I nie jest tak, że nie kocham miasta, kocham i to bardzo ale sztuką jest godzić w sobie dualizmy, z których się składamy. Dać sobie szansę na skosztowanie życia i doświadczania jego z różnych stron. Dać sobie szansę na bycie miejską wieśniaczką 🙂 A (na)mowa ziół na mnie podziała i zaczęłam słyszeć ich głos 🙂 Kto wie, może i Ty usłyszysz jak się trochę do nich z uchem przybliżysz 🙂 Amen

Wiadomość z ostatniej chwili: śmiem sądzić, że 3 tygodnie pitej czerwonej koniczyny w ilości 1-2 szklaneczek dziennie powstrzymały u mnie PMS-a. Po prostu się nie pojawił, zero tkliwości piersi, napadów agresji, głodu niepohamowanego, zmienności nastrojów i poczucia, że jestem wielka jak hipopotam. NIC. Dopiero w ostatni, a w zasadzie pierwszy dzień okresu dopadł mnie wilczy apetyt i wścieklizna ale… zaraz wszystko minęło. W ogóle zapomniałam, że mam go dostać 🙂 lol

I na koniec dodaję żeby ze wszystkim ziołami przed zażyciem zapoznać się dokładnie, z działaniem i co równie ważne z dawkowaniem, a może nawet po poradę udać się do zielarza, nie mylić ze sklepem zielarskim 🙂

Autor: BeaHerba

Bea Herba to ziołowa beata herbata słuchająca siebie, swoich odczuć i snów, czasem słaba, czasem czarna i mocna, bywa też kompletnie zielona i delikatna biała, niekiedy słodka i aromatyczna. Jak życie…

7 myśli na temat “(na)mowa ziół”

    1. Bardzo proszę 🙂 też do chlorelli się jeszcze przymierzę ale chyba na zimę bo teraz jednak opijam się ziołami 🙂 A siwienie podobno występuje z braku selenu więc niebawem i to na sobie sprawdzę 🙂

  1. Beata serdeczne dzięki za cenny artykuł 🙂 Bardzo interesujące informacje, które na pewno wykorzystam! Jeżeli chodzi o moje doświadczenia z ziołami to stosowałam bardzo wiele w leczeniu przewlekłej boreliozy – efekty dość dobre. Od czasu do czasu korzystam ze wsparcia tybetańskiego lekarza, który ziołami z Tybetu utrzymuje moje zmęczone walką z chorobą organy – szczególnie jest to potrzebne mojej wątrobie (zabite krętki bakterii stanowią silne toksyny, które muszą być cały czas na bieżąco wydalane z organizmu) 😉
    Pozdrawiam Cię serdecznie! 🙂

    1. A ja dziękuje Tobie za bardzo za cenny komentarz. Bardzo jestem ciekawa tych ziół na boreliozę i czy zapisał je ten tybetański zielarz/lekarz? Niestety mamy aktualnie ukąszenie kleszcza w rodzinie… Pozdrawiam serdecznie

  2. Ja uwielbiam ziola, zreszta kiedys juz chyba pisalam. Moj dzien to zawsze pokrzywa, rumianek albo melisa, choroba nie obejdzie sie bez lipy i szalwi. Przestalam w ogole kupowac leki w aptece na przeziebienie bo drogie i wcale na mnie nie dzialaly. Nawet mojego narzeczonego przekonalam do roznych herbat, naparow i wywarow, niczmy jakas czarownica 🙂

  3. Bardzo dużo wątków poruszyłaś w swoim artykule. Zgadzam się co do ziół, bo warto korzystać z dobroci natury zamiast faszerować się chemią. Chociaż trzeba pamiętać, że zioła to też leki, choć naturalne, i powinno się je stosować umiejętnie i z umiarem, żeby sobie samemu nie zaszkodzić.
    Tylko z jedną rzeczą się nie mogę zgodzić. Piszesz, że “wszystko i tak jest w naszej głowie i psychice i jeżeli będziemy uważać, że nic nam nie zaszkodzi to nie zaszkodzi”, a to jednak duże uproszczenie. Mój dziadek palił papierosy i zawsze powtarzał, że mu nie szkodzą, że się wmawia ludziom głupoty o szkodliwości nikotyny itd – w końcu to właśnie te papierosy wykończyły mu płuca. Siła umysłu i nastawienia jest bez wątpienia ogromna, ale jednak są rzeczy, które szkodzą nam czysto obiektywnie i nasze podejście niewiele zmieni.

    1. Dzięki za podzielenie się swoją opinią 🙂 Sądzę, że to co człowiek mówi głośno to jedno, a to co myśli lub przeżywa to drugie. Przypadków jest bardzo wiele i tak naprawdę każdy ma inną historię. A szczegółów nie znamy co kto sobie w głowie rozmyśla sam ze sobą. Moja na ten przykład babcia, o której wspominam czasem, nie katowała się przesadnie dietami, chociaż posty krótkie robiła i bywało, że nie jadała kolacji. umarła bo tak chciała, bez przeciwwskazań medycznych, z wynikami jak na prawie 90 lat zadowalającymi. Więc naprawdę różnie bywa. Mimo wszystko podtrzymuję, podobnie jak w tekście, że suplementy i zdrowy tryb życia warto prowadzić co również z reguły czynię. Jednak czasami przychodzi taki czas, że ciągnie wilka do lasu 🙂 I najważniejsze dla mnie to czuć się ze sobą dobrze, czyli nie obwiniać, a bardziej akceptować 🙂 Nadmieniłam też, że niektóre zioła są wręcz niebezpieczne i trzeba szczegółowo zapoznać się z ich działaniem i za takie się nie nie zabieram 🙂 Ale może jakoś za słabo to zaznaczyłam… Pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *